Piątek 15 Listopada 2019r. - 319 dz. roku,  Imieniny: Amielii, Leopolda

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 10.02.19 - 13:57     Czytano: [684]

Dział: Głos Polonii

Zaślubiny z Australią





Wszędzie mięsiste węszą nosy, w powietrzu kłębią się donosy” - pisał poeta w niezapomnianym poemacie „Towarzysz Szmaciak”.

Musiały wspierać go proroctwa, bo skoro obóz zdrady i zaprzaństwa wypowiedział wojnę nienawiści, to i nosy i donosy muszą nie tylko się pojawić, ale i nasilić. To zresztą tradycja, bo obóz zdrady i zaprzaństwa, reprezentowany oczywiście przez antenatów rozmaitych dzisiejszych bojowników z nienawiścią, zawsze posługiwał się donosami. W ten sposób, rękami gestapo („Szanowny Panie Gestapo!”) likwidowano AK-wców, żeby zrobić miejsce dla nowej elity, a jak już nowa elita zajęła miejsca, to gwoli utrzymywania szerokich mas w stanie permanentnej mobilizacji, co i rusz wywoływała jakieś wojny. A to z ziemniaczaną stonką, co to Amerykanie zrzucali ją na spadochronach z samolotów na kartofliska spółdzielni produkcyjnych i PGR-ów, a to „z sówką chojnówką” , „żukiem polnym” i innymi wrogami ludu pracującego miast i wsi, ukrywającymi się pod postaciami owadów i niewielkich ssaków – a to z „kułakami”, co to, niczym zmora, dusili „biedniaków” i „średniaków”, aż władza ludowa zdjęła im z nóg kajdany razem z butami – i tak dalej i tak dalej. Tych wszystkich zwycięstw nie byłyby w stanie opisać nie tylko „usta stu Homerów” , ani pióra „paryskich dzienników” - chyba, żeby rolę Ksenofontów najnowszej wojny z nienawiścią przejęła resortowa „Stokrotka”, czy pani red. Justyna Pochanke. Ale incipiam.

Na lotnisku w Abu Dhabi, gdzie oczekiwaliśmy na samolot do Melbourne, ze zdumieniem usłyszałem swoje nazwisko z lotniskowego megafonu. Podszedłem tedy do biurka urzędników, ale żaden z nich niczego nie wiedział – aż wreszcie wśród pasażerów znalazł mnie funkcjonariusz. Okazało się, że to tylko postillon d’amour, który telefonicznie łączył mnie z ukrytym w czeluściach lotniska australijskim oficerem imigracyjnym. Zadawał mi on rozmaite pytania, a gdzie, a co, a po co, a dlaczego, a jak – i tak dalej – a tymczasem godzina odlotu samolotu zbliżała się nieubłaganie, niczym ostateczna klęska znienawidzonej nienawiści. Tedy za pośrednictwem owego funkcjonariusza pozwolił nam wsiąść do samolotu, zapowiadając, że na lotnisku w Melbourne zajmie się mną inny funkcjonariusz, który albo jednym ruchem ręki da mi z Australią zaślubiny, albo nie da i ciupasem odeśle do Warszawy.

Można się domyślić, że w tej sytuacji 13-godzinny lot z Abu Dhabi do Melbourne minął, jak z bicza strzelił, dowodząc w ten sposób, że cytowane przez Aleksandra Sołżenicyna powiedzenie, iż „z władzą radziecką nie będziesz się nudził”, ma zastosowanie nie tylko do władzy radzieckiej. I rzeczywiście – na lotnisku w Melbourne zajęła się mną Przemiła Pani, która zaprowadziła mnie do ustronnego pomieszczenia i poinformowała, że wcale nie jestem aresztowany, jak mi się zdawało, a tylko pragnie przeprowadzić ze mną rozmowę. Kiedy przez telefon połączyła się szczęśliwie z francuskim tłumaczem, poprosiłem go, by zapytał o co chodzi i czemu zawdzięczam to wyróżnienie. Uczynił to – ale Przemiła Pani nie odpowiedziała, tylko zaczęła zadawać mi pytania, po co właściwie przyjechałem do Australii. Wyjaśniłem, że w podwójnym celu; po pierwsze, spotkać się z przyjaciółmi oraz obejrzeć sobie to i owo, a po drugie – żeby wygłosić cykl prelekcji w polskich klubach, rozsianych po różnych tutejszych miejscowościach. Wyjaśniłem też, że zaprosiło mnie polonijne stowarzyszenie Nasza Polonia, które nie tylko opłaciło nam przeloty, ale też zapewni utrzymanie w Australii. Bo już w Abu Dhabi mój anonimowy rozmówca dowiadywał się, ile mam pieniędzy przy sobie i na koncie.
Przemiła Pani zapytała, dlaczego stowarzyszenie podjęło się opłacenia przelotów również mojej żonie. Odpowiedziałem, że dlatego, bo „są grzeczni”. Wyjaśnienie to zostało przyjęte ze zrozumieniem, ale nie był to bynajmniej koniec „wywiadu” , bo po części organizacyjnej nastąpiła część merytoryczna. Odpowiadając na pytanie, o czym będą te prelekcje wyjaśniłem, że o sytuacji politycznej w Polsce w roku wyborczym oraz o jej międzynarodowych uwarunkowaniach. Wtedy Przemiła Pani zapytała, czy moje wypowiedzi nie będą aby „kontrowersyjne” . Odparłem, że może będą, bo to nie zależy ode mnie, ale od tego, kto mnie słucha. Ta sama wypowiedź przez jednych będzie uważana za oczywistą, a przez innych – za „kontrowersyjną” - cokolwiek miałoby to znaczyć.

Potem zaproponowała, bym jej to opowiedział – ale wyjaśniłem, że taka prelekcja trwa co najmniej półtorej godziny, więc przyjęła to do wiadomości i po zanotowaniu moich odpowiedzi wyszła do sąsiedniego pomieszczenia, w którym musiał przebywać Ktoś Ważniejszy. Oczekiwanie na jej powrót trwało dość długo, ale nawet i w takiej sytuacji można liczyć na rozrywkę, bo oto grupa funkcjonariuszy tamtejsze Straży Granicznej właśnie wprowadziła na korytarz, a potem do innego pokoju jegomościa z kajdanami na rękach i nogach. Na ten widok zrozumiałem, że jestem szczęściarzem, nawet, a może nawet zwłaszcza, gdybyśmy zostali deportowani. Nigdy bowiem nie jest tak dobrze, by nie mogło być jeszcze lepiej, jako że lepsze jest wrogiem dobrego.

Po długim oczekiwaniu Przemiła Pani pojawiła się z nową serią pytań, przekładanych z francuskiego na angielski już przez innego tłumacza, bo pierwszy był mężczyzną, a teraz Przemiła Pani dodzwoniła się do kobiety. Wspominam o tej podmiance, bo pierwsze pytanie z nowej serii dotyczyło mego stosunku do aborcji – czy jestem za, czy może przeciw. Odparłem, że jestem przeciw, a wtedy Przemiła Pani zapytała – dlaczego. Wyjaśniłem, że uważam, iż nie powinno się mordować ani ludzi bardzo małych, ani ludzi dużych. Potem poprosiła o informację, jak ta sprawa wygląda w Polsce, tedy wyjaśniłem, że pod pewnymi warunkami aborcja jest legalna, ale w innych warunkach – nie. Na koniec przestrzegła mnie, bym nie mówił źle o „mniejszościach” - już bez precyzowania, o jakie mniejszości chodzi, więc być może – o wszystkie. Pomyślałem sobie, że to ciężkie zadanie, zwłaszcza gdyby się okazało, że na przykład złodzieje, bandyci czy idioci są jednak w mniejszości – no ale skoro taki jest rozkaz, to trudno. Na tym procedura się skończyła i Przemiła Pani jednym ruchem ręki dała mi z Australią zaślubiny, przybijając pieczątkę na druczku, który wypełniliśmy jeszcze w samolocie.

Opisuję ten przypadek nie dla jakiegoś samochwalstwa, w myśl wskazówki Poety: „Niechaj tam inni księgi piszą i nawet niechaj im sława dźwięczy jak wieża studzwonna. Ja ksiąg pisać nie umiem, a nie dbam o sławę” - no bo i po co dbać, skoro w naszym nieszczęśliwym kraju sława, podobnie jak za komuny „woł-ciel z kością” przyznawana jest według rozdzielnika? Zatem nie dla sławy, bo wiadomo, że sława, zwłaszcza wielka, „to żart” , a „książę błazna jest wart” - tylko gwoli pokazania, że nieubłagana wojna z nienawiścią przekracza granice państw i nie ma takiego miejsca na świecie, w którym nienawistnik mógłby się schronić. „Wszędzie mięsiste węszą nosy, w powietrzu kłębią się donosy” - nawet na drugiej półkuli, o której jeszcze całkiem niedawno myślano, że tam ludzie chodzą do góry nogami. Może kiedyś tak i było, ale teraz chyba wszyscy zostali już postawieni do pionu.

Stanisław Michalkiewicz
(Tekst ukazał się w Tyg. „Najwyższy Czas”)

Wersja do druku

Monika - 21.02.19 5:31
Na australijskim portalu niezależnym www.pulspolonii.com można przeczytac jak red. Michalkiewicz został potraktowany w Australii przez koła żydowsko-polskie. Warto przeczytac, polecam.

Danuta Duszynska - 16.02.19 16:18
Donosy były, są i będą. Przykre to bardzo, bo często zupełnie niewinnym ludziom nie tylko zakłóca się spokój, ale i uprzyksza życie, żeby nie powiedzieć jeszcze dosadniej. Mam nadzieję, że już na miejscu spedził Pan miło czas z sympatyczną Polonią. Serdecznie pozdrawiam z Perth postawiona do poziomu.

Wszystkich komentarzy: (2)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

15 Listopada 1896 roku
Urodził się Bronisław Duch, polski generał (zm. 1980)


15 Listopada 1976 roku
Zmarł Jean Gabin, francuski aktor filmowy.


Zobacz więcej