Czwartek 14 Grudnia 2017r. - 348 dz. roku,  Imieniny: Alfreda, Izydora, Zoriny

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 17.11.17 - 19:02     Czytano: [514]

Wybuchła wojna polsko-ukraińska


Co prawda, jeszcze nie doszło do zbrojnego konfliktu, ale wojna dyplomatyczna w mediach obu państw już się rozpoczęła. Poniżej przedstawiam niektóre wypowiedzi i komentarze różnych mediów polskich, które zostały opublikowane w ostatnim czasie. W wyborze tym chcę przedstawić genezę polskiej polityki wschodniej i dotychczasowy przebieg napięcia w stosunkach polsko-ukraińskich. Z pewnością jest to jedyny w mediach polskich taki zestaw. Dla myślących ludzi i patriotów polskich bardzo wymowny i pouczający. Pisany z myślą, żeby Polak nie był wiecznym frajerem – pionkiem-popychadłem w rękach wszystkich sąsiadów (nawet takiej małej i nic nie znaczącej Litwy!) i możnych tego świata. Zarzućmy wreszcie głupie – bardzo głupie w polityce hasło „Za WASZĄ i naszą wolność”. Nie, wolność i suwerenność Polski powinna być najważniejszym celem każdego prawdziwego Polaka. A o wolność innych będziemy zabiegać i walczyć, jak będzie to NAPRAWDĘ w interesie Polski. Hasło giedroyciowskie: „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy” nie ma historycznego uzasadnienia i nie pokrywa się z rzeczywistością. Ja je odbieram tak, jakby jakiś zażarty rusofob i antykomunista w czasie II wojny światowej mówił: „Nie ma wolnej Polski bez wolnych i wielkich Niemiec hitlerowskich”. Bowiem faktem było, że oba państwa: Niemcy hitlerowskie i Związek Sowiecki były śmiertelnymi wrogami Polski i narodu polskiego. I każdy, kto jest dobrze obeznany w sprawach ukraińskich i polsko-ukraińskich wie, że Ukraina wcale nie jest mniejszym wrogiem Polski i Polaków o Rosji, co udowodni niezbicie poniższy materiał. Powiem więcej: silna Ukraina może być nawet większym zagrożeniem dla Polski od Putinowskiej Rosji, bo ta chociaż nie ma wobec Polski roszczeń terytorialnych. – Kiedy to zrozumieją wreszcie nasze elity polityczne, szczególnie ci politycy, którzy chcą uchodzić za patriotów polskich?!

Zaczynam więc od sprawy Jerzego Giedroycia – twórcy amerykańsko-polskiej polityki wschodniej, przedstawiam ją, jak i reakcję na nią osób, którym z rozumu nie zrobiono sieczki.

Tygodnik „DoRzeczy” (5.11.2017) opublikował artykuł Anny M. Piotrowskiej pt. „Kult zbrodniarzy na Ukrainie. Fiasko polskiej polityki wschodniej”.

Uważam również, że każdy, kto chce lepiej zrozumieć obecne napięcie w stosunkach polsko-ukraińskich powinien zapoznać się z tym artykułem, który, jak chyba żaden innych artykuł opublikowany w mediach polskich, najlepiej naświetla przyczyny tego napięcia. Powiem więcej: także i ten artykuł powinien przeczytać nie tylko każdy patriota polski, ale przede wszystkim nasi politycy, ogłupiali tak skrajną proukraińską postawą, że graniczącą ze zdradą narodową, tym bardziej, że ukazał się on w patriotycznym tygodniku „DoRzeczy” (Marian Kałuski).

Jerzy Giedroyć - renegat i agent amerykański twórcą polskiej polityki wschodniej?

Aby zrozumieć dobrze myśli Jerzego Giedroycia dotyczące polskiej polityki wschodniej, która jest z determinacją realizowana przez wszystkie rządy polskie – niezależnie od koloru przekonań politycznych – po 1989 roku, należy najpierw zapoznać się z biogramem redaktora paryskiej „Kultury”.

Otóż nie ulega wątpliwości, że Jerzy Giedroyć (1906 – 2000) urodził się jako Polak, ale nie zmarł jako Polak. Chociaż emigracyjne wydawnictwa litewskie (przez Polaków nie czytane!) uważały go za Litwina, to raczej zmarł jako „ni pies. ni sobaka”, jako dziwak i internacjonalista – może nie typu sowieckiego, ale jednak, jako człowiek, którego koncepcja polityczna wiele już zaszkodziła i nadal szkodzi Polsce i polskim interesom.

Giedroyciowie byli rodem kniaziowskim pochodzenia litewskiego, który już dawno, dawno temu ulegli w naturalny sposób polonizacji - przez wyższą kulturę polską, życie w państwie polskim i języka polskiego oraz mieszane małżeństwa. Jednak z takimi osobami nic nigdy nie wiadomo co zrobią głupiego. Najlepszym tego przykładem może być Andrzej Szeptycki (1865 – 1944), rzymskokatolik, wychowany w polskiej kulturze i w polskim języku, syn dawno spolonizowanego Rusina (ale nie Ukraińca!) i matki etnicznej Polski – Zofii, córki wielkiego polskiego komediopisarza Aleksandra Fredry i brat Stanisława (1867 – 1950), generała Wojska Polskiego i w 1923 ministra spraw wojskowych II RP. Za obiecaną mu w Watykanie (gdzie mu przypomniano jego rzekomo ciągle aktualne ruskie pochodzenie) godność grekokatolickiego arcybiskupa lwowskiego, nie tylko że stał się grekokatolikiem i Ukraińcem, ale także wielkim i niebezpiecznym wrogiem Polski, Polaków i wszystkiego co polskie. Prawdziwym renegatem!

Podobnie było z Jerzym Giedroyciem. Pochodził z rodziny od wieków spolonizowanej, a pomimo tego żył faktem jej jakoby ciągłego litewskiego pochodzenia, co było dziwactwem, gdyż np. Amerykanie, którzy 10 czy nawet 5 pokoleń wstecz byli Irlandczykami, Niemcami czy Polakami na pewno na co dzień nie żyją myślą, że są ciągle Irlandczykami, Niemcami czy Polakami. A przy tym Giedroyć nie brał przykładu z zacnych i zasłużonych oraz Polskę kochających Giedroyciów, ale raczej z tych upadłych i zdrajców, jak np. z Jana Stefana Giedroycia (1730- 1802), który dzięki poparciu Rosjan i ich króla polskiego Stanisława Augusta został w 1778 biskupem żmudzkim, był przeciwnikiem konstytucji 3 maja i gorącym zwolennikiem konfederacji targowickiej; po stłumieniu powstania kościuszkowskiego 1794, gdy pewien podległy mu ksiądz w jego obecności użył słów obrażających carycę Katarzynę II, Giedroyć nakazał go aresztować, czym zasłużył sobie na podziękowanie posła rosyjskiego Repnina. Znany był z promowania swoich krewnych Giedroyciów na stanowiska kościelne; jednym z nich był jego następca na tronie biskupim żmudzkim Józef Giedroyć (1754 – 1838), który po III rozbiorze Polski w 1795 roku jako delegat Księstwa Żmudzkiego udał się z misją dziękczynną do Katarzyny III; a drugim biskup sufragan żmudzki Szymon Giedroyć (1764 – 1844), który także wysługiwał się gorliwie zaborcy rosyjskiemu.

Jerzy Giedroyć urodził się w od dawna polskiej rodzinie, ale z własnej inicjatywy, jak już wspomniałem, żył jej litewską przeszłością; urodził się w Mińsku, a więc dzisiejszej stolicy Białorusi, w 1931 roku ożenił się z Rosjanką Tatianą Szwecow. W tym fakcie definitywnie nie ma nic złego, ale z drugiej strony obrazuje on frywolny/lekceważący stosunek Giedroycia do tragicznych dziejów polsko-rosyjskich. Także jego brat Henryk (1922-2010), który prowadził paryski Instytut Literacki w latach 2003-10, był ożeniony z Włoszką, co świadczy o tym, że w tej rodzinie nie przywiązywano dużej wagi do polskości i jej podtrzymywania. W 1994 roku Jerzy Giedroyć odmówił przyjęcia polskiego Orderu Orła Białego, natomiast w 1997 roku przyjął honorowe obywatelstwo Litwy! No i najważniejszy fakt: dyrektor Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa, p. Jan Nowak, napisał („Na Antenie” czerwiec 1972), że paryska „Kultura” Jerzego Giedroycia jest finansowana przez Amerykanów. Nikt za darmo nikogo nie finansuje. Jest bardzo poważne przypuszczenie, że Amerykanie finansowali „Kulturę” za wybielanie-usprawiedliwianie ich zbrodni w Jałcie w 1945 roku, gdzie prezydent USA Roosevelt, premier Wielkiej Brytanii Churchill i dyktator Związku Sowieckiego Stalin zaakceptowali sowieckie panowanie w Polsce i oderwanie od Polski Ziem Wschodnich, włącznie z arcypolskimi miastami – Lwowem i Wilnem. Jeśli to prawda, to red. Jerzy Giedroyć był płatnym agentem amerykańskim i, jak wyżej wspomniani biskupi Giedroyciowie, renegatem! Nie takim jak grekokatolicki arcybiskup Andrej Szeptycki, ale takim jakim był margrabia Aleksander Wielopolski (1803-1877).

I właśnie ten fakt tłumaczy, umożliwia nam lepiej zrozumieć myśli Jerzego Giedroycia dotyczące polskiej polityki wschodniej.

Myśli te sformułował wraz z Juliuszem Mieroszewskim („Londyńczykiem”, człowiekiem-dziwakiem, który przez tragiczny los swego ojca we Lwowie, znienawidził to miasto, a tym samym polski Lwów!), w 1974 roku w artykule pt. Rosyjski „kompleks polski” i obszar ULB opublikowanym na łamach „Kultury” (nr 9). Ich główna myśl wyrażała się w sformułowaniu, iż suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi (ULB) jest czynnikiem sprzyjającym niepodległości Rzeczypospolitej, natomiast zdominowanie tych krajów przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia także Polski i że Polska w imię przyjaźni z Ukrainą, Litwą i Białorusią powinna ustępować tym państwom we wszystkim – we wszystkich spornych i nawet we wszystkich innych kwestiach (to było credo wystąpień Giedroycia). A więc przede wszystkim powinna uznać narzuconą Polsce w Jałcie wschodnią granicę Polski i raz na zawsze zapomnieć – po prostu zapomnieć o tym, że Lwów i Wilno były kiedykolwiek polskie czy starać się o zwrot zagrabionych przez Stalina polskich skarbów narodowych (które po 1991 r. są w większości w łapach ukraińskich, litewskich i białoruskich).

Wielu Polakom, szczególnie patriotom polskim, trudno było zaakceptować koncepcję Jerzego Giedroycia. Odrzucała ją zdecydowanie jeśli nie cała, to prawie cała emigracja polska, uważając ją za „szkodliwe pięknoduchostwo”. W kraju, gdzie 45 lat antypolskich rządów komuny na usługach Kremla, zniszczyło duszę wielu milionów Polaków, nawet tych uważających się za inteligentnych i należących do opozycji antykomunistycznej, wśród których było także bardzo wiele osób wypranych z patriotyzmu i mało inteligentnych, zdania były podzielone. Bardzo duży wpływ w grupie zwolenników koncepcji Giedroycia, szczególnie wśród polityków, miały takie osoby jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń, który otwarcie i w sposób wyjątkowo brutalny i antypolski mówił, że cieszy się, że Lwów jest dzisiaj ukraiński, chociaż sam pochodził z tego miasta. To nie naród, ale właśnie ludzie nowej władzy zadecydowali o przyznaniu Jerzemu Giedroyciowi doktoratu honoris causa przez Uniwersytet Jagielloński w 1991 roku, Uniwersytet Wrocławski i Uniwersytet Warszawski w 1998 roku, Uniwersytet w Białymstoku, Szczeciński i Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie w 2000 roku, Nagrody Kisiela w 1992 roku, Orderu Orła Białego w 1994 roku i o ustanowieniu przez Sejm 28 lipca 2005 roku rok 2006 Rokiem Jerzego Giedroycia. W 2001 roku redakcja dziennika rządowego „Rzeczpospolita” we współpracy z giedroyciowskim Instytutem Literackim w Paryżu ustanowiła doroczną Nagrodę im. Jerzego Giedroycia.

Wśród oponentów koncepcji Jerzego Giedroycia wyrosła krytyka jego założeń, która uzewnętrzniła się w pojęciu sformułowanym przez wrocławskiego socjologa prof. Zbigniewa Kurcza - tzw. „mitu giedroyciowskiego” w jego książce Mit giedroyciowski wobec wyzwań polskiego sąsiedztwa na Wschodzie (w) Pogranicza i multikulturalizm w warunkach Unii Europejskiej: Implikacje dla wschodniego pogranicza Polski (t. 2, Białystok 2004).

Niestety, po upadku rządów komunistycznych w Polsce w 1989 roku koncepcja giedroyciowska znajdowała i ciągle znajduje zwolenników wśród ludzi rządzących krajem. Koncepcja ta jest w pełni realizowana, chociaż po rozpadzie Związku Sowieckiego w 1991 roku i po przystąpieniu Polski do NATO i Unii Europejskiej nie tylko że straciła na znaczeniu, ale stała się wręcz niedorzeczna. Zdaniem krytyków mit giedroyciowski miał jakiś sens dopóty był koncepcją uniwersalną, dopóki istniało wspólne dla wszystkich krajów: Polski, Ukrainy, Litwy i Białorusi zagrożenie. Natomiast po wygaśnięciu tego zagrożenia na plan pierwszy wysunęły się inne obawy - co do wzajemnych stosunków Polski z jej nowo powstałymi wschodnimi sąsiadami. „Mit giedroyciowski” jest interpretowany przez niektórych historyków jako poświęcenie pewnych zasad, prawdy historycznej i interesów Polski, za cenę innych zasad (fałszywie pojmowanych „uniwersalnych zasad demokratycznych”) i dobrosąsiedzkich stosunków ze wspomnianymi trzema byłymi republikami Związku Sowieckiego. Według prof. Bogumiła Grotta „mit” ten, prowadził nie tylko do przemilczeń, ale i prostego zakłamania, jak w przypadku odsuwania na margines sprawy masowych mordów ludności polskiej na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów. B. Grott pisze: Do dziś pamiętam, jak Jerzy Giedroyć w radiowym wywiadzie, dokładnie dwa tygodnie przed śmiercią, problem mordów UPA na Polakach skwitował krótkim: należy zapomnieć (Wiktor Poliszczuk - historyk przemilczanych zbrodni (27 Dywizja Wołyńska AK, Biuletyn Informacyjny, nr 1(101), styczeń-marzec 2009 Warszawa: wikipedia.pl). – Czy Giedroyć odważyłby się powiedzieć Polakom, aby zapomnieli o Katyniu czy Żydom, aby zapomnieli o holokauście, bo to wyjdzie na dobre obu narodom i ich państwom?!

Zdecydowaną krytykę założeń giedroyciowskich wcielanych w Polsce w życie przez rządy polskie po upadku Związku Sowieckiego przedstawił także prof. Czesław Partacz w swojej pracy Przyczyny i tło konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939-1947 (w:) Biuletyn 27 Dywizji Wołyńskiej AK, Nr 1 (101), Warszawa 2009. Stwierdził tam, że poświęcenie prawdy historycznej dla dobrosąsiedzkich stosunków ukazuje naiwność i fałszywość nowej polityki wschodniej Polski, a teza Giedroyca, że bez niepodległej Ukrainy nie ma niepodległej Polski według Partacza świadczy o nieznajomości historii i geopolityki, oraz jest ahistoryczna i antypolska.

Koncepcja Jerzego Giedroycia jest przede wszystkim antypolska. To definitywnie przez nią rządy polskie po 1989 roku nie podjęły zdecydowanych starań o odzyskanie skradzionych nam przez Stalina i obecnie przetrzymywanych bezprawnie polskich dóbr narodowych i nie walczą zdecydowanie o prawa pozostałych Polaków na Litwie, Ukrainie i Białorusi. Nawet wówczas, kiedy, w przypadku Litwy, która tak jak Polska należy do Unii Europejskiej i nie przestrzega jej polityki wobec mniejszości narodowych, rząd polski mógłby walczyć o te prawa w Brukseli. Mógłby także walczyć z pomnikami stawianymi przez Ukraińców Stepanowi Banderze, który jest odpowiedzialny za rzezie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, ale, stosując się do nauki swego guru – Jerzego Giedroycia, nie chce tego robić. Wolą być polactwem niż Polakami!

Przeklęty jest dzień, w którym urodził się Jerzy Giedroyć i w którym napisał za amerykańskie pieniądze swoje myśli o polskiej polityce wschodniej (Marian Kałuski KWORUM 1.11.2013).

Fiasko polskiej polityki wschodniej

Anna M. Piotrowska pisze: Wyrzekliśmy się polskości Kresów Wschodnich, ofiary ludobójstwa na Wołyniu skazaliśmy na zapomnienie. Co z tego mamy? Ukrainę czczącą zbrodniarzy z UPA, brak jej poszanowania dla polskiej wrażliwości historycznej i zakaz przeprowadzenia ekshumacji. Czas zrozumieć, że nie da się zbudować dobrych relacji z Ukrainą na kłamstwie, przemilczeniach i tak daleko idącej asymetrii.
Lata milczenia w imię „nadrzędnego interesu” na temat rzezi wołyńskiej i budowania tożsamości współczesnej Ukrainy na kulcie zbrodniczego nacjonalizmu przynoszą konkretne efekty. Jakie to efekty? Otóż wspierany przez nas na wielu polach sąsiad pozostaje jedynym krajem, na terenie którego Polacy nie mogą prowadzić ekshumacji i upamiętniać swoich pomordowanych rodaków. „Chcecie ekshumacji? Odbudujcie pomnik UPA w Hruszowicach na Podkarpaciu” – usłyszeli przed kilkoma dniami wicepremier Piotr Gliński i wiceprezes IPN Krzysztof Szwagrzyk. Na tym jednak nie koniec. W ostatnich dniach były prezydent Ukrainy Wiktor Juszczenko uważany przez Lecha Kaczyńskiego za wielkiego przyjaciela Polski porównał Armię Krajową do Ukraińskiej Armii Powstańczej, Józefa Piłsudskiego do Stepana Bandery, zaś szef ukraińskiego IPN Wołodymyr Wiatrowycz oskarżył Polskę o „imperialne zapędy”. Wszystko to wydarzyło się w niespełna dwa miesiące po tym, jak polski rząd ugiął się pod presją Kijowa wycofując własną, złożoną obywatelom Polski propozycję zakładającą umieszczenie motywu Cmentarza Obrońców Lwowa na paszporcie projektowanym na setną rocznicę odzyskania niepodległości.

ZDZIWIENI?
Czy zachowanie Ukraińców może dziś kogoś dziwić? Jeśli tak, to chyba jedynie czołowych przedstawicieli polskiej elity politycznej rządzącej Polską po 1989 roku.
Ledwie kilka miesięcy temu, wielki kat Polaków naczelny dowódca Ukraińskiej Powstańczej Armii Roman Szuchewycz odpowiedzialny za ludobójstwo na Wołyniu został patronem jednej z kijowskich ulic. Na próżno szukać protestów polskich władz, podobnych ze zgłaszanymi przez stronę ukraińską w kwestii paszportów. A przecież ulica Szuchewycza nie była przypadkiem jednostkowym, tylko przemyślaną i konsekwentnie realizowaną od lat koncepcją budowania tożsamości Ukrainy na tradycji zbrodniczego „czynnego” nacjonalizmu Dmytro Doncowa wdrożonego w życie z iście aptekarską precyzją przez fanatyków z UWO, OUN i UPA. Ideologii, sprowadzającej społeczeństwo ludzkie do roli świata zwierzęcego, której kwintesencję można zamknąć w niniejszych słowach jej autora:
„Utwierdzanie prawa do życia, przedłużania rodu – ma charakter aksjomatyczny, wyprzedza wszystkie inne prawa. To wieczne, irracjonalne prawo narodu do życia należy postawić ponad wszystko (…) ponad życie jednej jednostki, ponad krew i śmierć tysięcy, ponad dobrobyt danej generacji, ponad abstrakcyjne rozumowe spekulacje, ponad »ogólnoludzką« etykę, ponad stworzone w sposób oderwany pojęcia dobra i zła”.
Co ważne, kult ten nie jest domeną marginalnych organizacji i ruchów nacjonalistycznych, ale oficjalną polityką państwa ukraińskiego aspirującego do Unii Europejskiej. Przez lata upamiętnienia doczekali się nie tylko Stepan Bandera (któremu Wiktor Juszczenko nadał tytuł Bohatera Ukrainy) czy Dmytro Klaczkiwski, ale także Dywizja „SS-Galizien” („Hałyczyna”), której członkowie mieli na rękach krew setek Polaków z Huty Pieniackiej, Podkarmienia czy Palikowy, a którym na Cmentarzu Łyczakowskim postawiono monument. Jak zauważa w jednej ze swoich publikacji prof. Bogumił Grott, jest to bodaj jedyny w Europie pomnik postawiony na chwałę SS-manów.

PUSTKA IDEOLOGICZNA
O powodach obrania takiego kursu przez naszych sąsiadów, pisał w książce poświęconej Ukrainie profesor Włodzimierz Pawluczuk: "Nie byłoby jednak niepodległej Ukrainy, nie byłoby historii narodu ukraińskiego jako narodu politycznego, walczącego o pełną niepodległość, gdyby nie nacjonalizm, gdyby nie UPA, gdyby nie narodowy fanatyzm jednostek opętanych szaleńczą ideą stworzenia z amorficznej "ruskiej" masy bitnego, znaczącego dziejowo narodu”.
Profesor Pawluczuk ocenił wprost, że „gdyby wykreślić z dziejów Ukrainy zawartość ideową i działalność nacjonalistów, w tym przede wszystkim UPA, to kultura i historia Ukrainy nie zawiera treści, które by dawały szanse na legitymizację pełnej niepodległości tego kraju”.

ZMOWA MILCZENIA
Znamienne, że wypełnianie tej pustki ideologicznej na fundamencie – bądź co bądź – antypolskim, odbywało się przy cichym przyzwoleniu Polski. Przez całą III RP nie było jasnego sprzeciwu polskich władz wobec czczenia przez Ukrainę zbrodniarzy. Co więcej – aby nie drażnić sąsiada – wyrzekliśmy się nie tylko pamięci o Kresach, ale i upominania się prawdy o bestialsko pomordowanych przez UPA. Lata całe jak ognia unikano słowa „ludobójstwo” w odniesieniu do zbrodni dokonanej na obywatelach II Rzeczpospolitej. Przypomnijmy tu choćby batalie środowisk kresowych o jakiekolwiek upamiętnienie ofiar rzezi wołyńskiej przez polski Sejm.
Ta swoista zmowa milczenia przybrała na sile w czasie Majdanu na Ukrainie i w pierwszym okresie wojny z Rosją w jej wschodniej części. Czołowi polscy politycy wszelkich opcji za cel nadrzędny uznali wówczas wspieranie sąsiada w obliczu rosyjskiej agresji i bez większych refleksji spoglądali na powiewające dumnie na kijowskim placu czerwono-czarne flagi wznosząc pozdrowienie ukraińskich nacjonalistów „Слава Україні! Героям слава!” (sic!). Przekonywano nas wówczas, że walka o niepodległość Ukrainy jest walką o nasze bezpieczeństwo, bo także my jesteśmy zagrożeni imperialnymi dążeniami Moskwy, a wszystkich niezgadzających się z tą diagnozą bądź sposobem jej realizacji lekką ręką spychano do roli „ruskich agentów”.
To tabu udało się w pewien sposób przełamać w lipcu ubiegłego roku, kiedy Sejm podjął uchwałę ustanawiającą 11 lipca Narodowym Dniem Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II RP. Uchwała o takiej treści nie była jednak oczywista dla wszystkich. Niedługo przed jej podjęciem, wiceminister kultury Jarosław Sellin z sejmowej mównicy próbował rozmyć ukraińską odpowiedzialność za zbrodnię wołyńską, wskazując jako głównych jej winowajców Sowietów i proponując ustanowienie dnia pamięci męczeństwa Polaków na Wschodzie na 17 września (sic!). Znamienne, że powiedział to przedstawiciel formacji, której brakuje determinacji do walki z haniebnym określeniem „polskie obozy śmierci” i rozpoczynania płomiennej dyskusji o reparacjach od Niemiec.
O tym, że w Polsce dokonała się tylko częściowa zmiana w podejściu do ukraińskiego nacjonalizmu świadczy wciąż nieprzyjęty projekt ustawy złożony w Sejmie w ubiegłym roku przez klub Kukiz"15 zakazujący propagowania w Polsce banderyzmu i podważania zbrodni ludobójstwa na Wołyniu. Nie ma wśród rządzącej większości woli, aby zakazać symboli związanych z ukraińskim nacjonalizmem, którego główny (i w zasadzie jedyny) ideolog wprost nawiązywał do takich postaci jak Mussolini, Stalin i Hitler. Jak słusznie zauważył dr Wiktor Poliszczuk, od nazizmu i bolszewizmu różni się on tym, że po upadku rządów tych dwóch ostatnich ideologie i praktyki polityczne zostały potępione, „zaś nacjonalizm ukraiński do dziś gloryfikuje swą działalność zarówno w okresie międzywojennym, jak i w czasie okupacji hitlerowskiej, domaga się praw kombatanckich dla członków UPA”.

MIT GIEDROYCIA WIECZNIE ŻYWY
Jakie są przyczyny realizacji takiej właśnie polityki wobec Ukrainy przez polskie władze? Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski wskazuje na trzy główne powody, które pozostają niezmiennie od 25 lat. - Po pierwsze, to mit Giedroycia, który jest już karykaturą. Giedroyć 40 lat temu napisał, że najważniejszy jest sojusz Polski z Białorusią, Litwą i Ukrainą i że trzeba poświęcić pewne sprawy dla dobra tego sojuszu, zrezygnować z roszczeń terytorialnych, ale też poświęcić Kresy – hasło „zapomnij o Kresach”. I wszystkie kolejne ekipy – Unii Wolności, Platformy, teraz PiS-u – odwołują się do tego, jak do świętej księgi. A przez te 40 lat już się świat przewrócił kilka razu do góry nogami i ta doktryna jest już absolutnie nieaktualna – wskazuje duchowny.
Drugi powód wskazany przez ks. Isakowicza-Zaleskiego to „ogromna rusofobia”. – PiS uważa – moim zdaniem słusznie – że Rosja jest zagrożeniem, ale przyjmuje także zasadę, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem. To jest fałszywa zasada, bo o ile Rosja jest zagrożeniem, tak wcale nie oznacza to, że ten kto jest antyrosyjski jest jednocześnie propolski. Skutkuje to tym, że wspiera się banderowców licząc na to, że - skoro są przeciwko Rosji - będą przyjaciółmi Polski. To jest jednak kompletne pomylenie, bo ruch banderowski był zawsze antyrosyjski, ale też antypolski, antysemicki i proniemiecki. Dla nich najważniejszym sojusznikiem zawsze są Niemcy, a nie Polska – tłumaczy.
Warto zwrócić uwagę, że także strona ukraińska w swojej retoryce dotyczącej rzezi wołyńskiej, oprócz próby zrównywania katów z ofiarami, sięga po argumenty antyrosyjskie (czyżby wyczuwając nastroje polskiej klasy politycznej?). Ledwie w ubiegłym roku Wołodymyr Wiatrowycz przekonywał, że w Polsce temat Wołynia jest upolityczniony i wykorzystuje to rosyjska propaganda. Także wcześniej pojawiały się głosy ze strony Ukraińców, że „zbrodniarza” i „satelitę” Adolfa Hitlera uczyniła ze Stepana Bandery komunistyczna propaganda, której celem było skłócenie Ukraińców z Polakami i Rosjanami.
Trzecią przyczyną takiego stanu rzeczy jest – zdaniem duchownego – „kompletny brak zrozumienia Kresów Wschodnich”. – Warszawka i Krakówek, czyli środowiska polityczne krakowsko-warszawsko-gdańskie - zupełnie nie rozumieją zjawisk, które dzieją się na Ukrainie – podkreśla duchowny, przypominając uhonorowanie Wiktora Juszczenki przez Katolicki Uniwersytet Lubelski tytułem doktora honoris causa. – Niby mówiono tam o Unii Lubelskiej, ale ona nie jest ani dla Ukraińców, ani Białorusinów niczym pozytywnym. To jest mitomaństwo – ocenia.
Ks. Isakowicz-Zaleski dodaje, że w przypadku obecnej władzy istotny jest także czynnik prowadzonej przez nią polityki skrajnie proamerykańskiej.

W RELACJACH POLSKO-UKRAIŃSKICH DOSZLIŚMA DO ŚCIANY
Dziś, jak chyba nigdy wcześniej, widać fiasko polskiej polityki wschodniej. Okazuje się, że z udzielanego Ukrainie wsparcia m.in. finansowego i uległości w imię dobrych stosunków, Polska nie ma właściwie nic. – W relacjach polsko-ukraińskich doszliśmy do ściany. Już dalej nie ma nic. Na tym etapie zostały położone relacje z Ukrainą, która nas nie szanuje, łatwo bierze pieniądze, ma co chce, a równocześnie nie wyraża zgody na najdrobniejsze rzeczy. Dziś już nie mają argumentów prezydent Andrzej Duda czy minister Waszczykowski. To jest fiasko tej polityki. Ostatnie 10-15 lat zostało zmarnowanych kompletnie. O ile początkowo wydawało się że nastąpi jakaś zmiana, była na to nadzieja (...), to w 2007 roku, za prezydentury Wiktora Juszczenki rozpoczęła się gwałtowna gloryfikacja UPA przy absolutnej obojętności Lecha Kaczyńskiego, który pierwszy popełniał te błędy, a później to już szło po równi pochyłej – mówi ks. Isakowicz-Zaleski.
Po latach uprawiania polityki na kolanach, którą sprowadzić można do stwierdzenia „plują nam w twarz a my udajemy, że deszcz pada”, minister Witold Waszczykowski zdaje się okazywać dziś zdziwienie zachowaniem Ukraińców i zapowiada stanowcze działania. Panie ministrze, nie ma co się dziwić. To tylko efekt działań waszego obozu i waszych poprzedników, a Ukraińcy robią dokładnie to, do czego ich przyzwyczailiście (bo robili to przez wiele lat) i na co pozwalaliście.
Doszliśmy do momentu, w którym okazuje się, że „ruscy agenci”, którzy przestrzegali przed "flirtem" z banderowcami mieli rację, a giedroyciowcy dziwnie zamilkli.
Źródło: DoRzeczy.pl 5.11.2017

Czy Ukraina stanowi bufor między Polską w Rosją?

Akurat jesteśmy świadkami poważnego kryzysu w międzyrządowych stosunkach polsko-ukraińskich. Polityka wschodnia według Jerzego Giedrojcia zaprowadziła Polskę na manowce, uczyniła Polskę pionkiem w rękach Kijowa (osobno także nacjonalistów litewskich).
Mnie najwięcej irytuje, jak słyszę z ust polityków "polskich" wszystkich opcji, że musimy popierać nawet antypolską Ukrainę, gdyż stanowi ona bufor między Rosją a Polską. Dzieciaczki nie znają geografii i geopolitycznego położenia Polski i nie wiedzą, że Polska GRANICZY z Rosją na odcinku 210 km (obwód kaliningradzki) i wojska rosyjskie nie potrzebują przechodzić przez Ukrainę, aby walczyć z Polską. A atak z obwodu kaliningradzkiego doprowadził by do tego, że po zaledwie 3 dniach walki wojska rosyjskie maszerowały by w roli zwycięzców ulicami Warszawy.

Pojednanie polsko-ukraińskie możliwe tylko na ukraińskich warunkach

…Jakie pojednanie polsko-ukraińskie? Na ukraińskich warunkach? Pomoc Ukraińcom m.in. bezzwrotna pożyczka w wysokości 4 miliardów złotych (dana Ukrainie przez rząd PiS zaraz po objęciu władzy) - ale rozbite jajko na polskim Prezydencie (Komorowskim)? Cisza nad rzezią wołyńską ze strony Polaków - ale nauka banderowskich historyków o ukraińskim Przemyślu i powiatach ościennych? Ba - nawet o ukraińskim Krakowie się słyszy... Banderowcy podniesieni do rangi kombatantów, polskie groby zaorane, kłamstwa ukraińskich IPN-owoców nawet dotyczące ilości polskich ofiar i przerzucanie WINY za rzeź na polskie niemowlęta.... Radzę zapoznać się z opiniami ukraińskich internautów, chcących nadal "rizać Lachiw" - a potem bredzić o pojednaniu... Ale cichutko, by nikt tych głupot nie słyszał. Bo takiego pojednania nikt przyzwoity z Polaków nie chce - niezależnie od aktualnej sceny politycznej (Aneta Mrygoń „Kultura Liberalna” 11.10.2016).

Ukrainizowanie Polski: Ukraińcom przysługują specjalne prawa

Z wolni Stalina, Roosevelta i Churchilla Polska miała być homogenicznym państwem – w zasadzie bez mniejszości narodowych. I tak było do 2016 roku. W 2015 roku PiS doszedł do władzy i przez swą cielęco-głupią miłość do Ukrainy i Ukraińców postanowił uczynić z Polski – państwa Polaków państwo polsko-ukraińskie. Dotychczas wpuszczono do Polski 1,5-2 miliona Ukraińców, w 2018 roku ma być ich 3 miliony, a chcą ich wpuścić aż 5 milionów, a może i więcej. Już niedługo ta wielka masa obcych i w zasadzie wrogich nam ludzi zacznie być roszczeniowa i groźna dla Polski i Polaków. Właściwie Polacy już cierpią przez Ukraińców.

„2,5 mln Polaków za granicą; 1,5 mln Ukraińców w Polsce. Wielkie zmiany strategiczne, a głupki PO-PiSowe dają się mamić tanią propagandą...” – napisał na Twitterze wicemarszałek Sejmu RP Stanisław Tyszka z Kukiz15 i wywołał dyskusję wśród internautów: „Nareszcie ktoś głośno to powiedział!”, „Brawo Kukiz15!”. Im naprawdę zależny na Polsce.

Tyszka w swoim wpisie nawiązał do interpelacji poselskiej, którą złożył w sprawie "emerytur obywateli ukraińskich wypłacanych ze środków ZUS-u do minister pracy Elżbiety Rafalskiej".
Wicemarszałek Sejmu napisał na Facebooku, że media donoszą o tym, że obywatele ukraińscy, legalnie pracujący w Polsce mają prawo do emerytury w Polsce, nawet jeśli okres ich pracy w Polsce wynosił kilka miesięcy. "Takie prawo ma wynikać z postanowień umowy między Rzeczpospolitą Polską a Ukrainą o zabezpieczeniu społecznym, sporządzonej w Kijowie dnia 18 maja 2012 r.(...) W związku z tym, że średnia emerytura na Ukrainie wynosi mniej niż 2000 hrywien (ok. 270 zł), a minimalna polska emerytura to 1000 zł brutto może to oznaczać zwiększone zainteresowanie obywateli Ukrainy polskimi emeryturami" – przytomnie zauważył Tyszka. Przestaną oficjalnie pracować i żyć z polskiej emerytury, na lewo dorabiając sobie.

Niestety wielu Polaków dalej nie rozumie o co toczy się stawka. Polacy aktualnie tracą szansę na to by zarabiać lepiej, na to by przełamać monopol Januszów biznesu. Bo czego Polak nie weźmie to weźmie Ukrainiec, mieszkający w 10 osób w obskurnym mieszkaniu i zajadający się żarciem z puszek. Dlatego pensje nie rosną. Janusze biznesu zacierają ręce. A Polacy migrują. Dla przypomnienia warto dodać, że Polska musiała najpierw wejść do Unii Europejskiej by inne kraje otworzyły przed nami rynek pracy! A i tak Niemcy zamknęli dla nas swój rynek pracy na 7 lat w niektórych sektorach (do 2011 roku!)

Tymczasem w Polsce jak w lesie, nie dość, że masowo wpuszcza się Ukraińców, także tych z wyrokami za morderstwa, oszustwa etc. To jeszcze rząd chce im dawać emerytury z polskich składek, przysługuje im też 500+ (nie muszą mieć polskiego obywatelstwa!), cały rynek pracy stoi przed nimi otworem, zaniżają pensje i często jakość usług. W biedronkach nie można się z nimi dogadać, bo tylko „szo szo?” i ani be ani me ani kukuryku. Ruja i poróbstwo. Niszczenie kraju i podmiana społeczeństwa. A PiS jeszcze polskich lekarzy wygania z kraju, jego politycy jeszcze bezczelnie pyskują o pracy dla idei i tym podobnych głupotach, sami kasując sute poselskie pensje i dodatki. To polski rząd, czy ukraiński siedzi w Warszawie? (Mały Dziennik / dorzeczy.pl 26 października 2017).

Ukraińcy we więzieniach w Polsce

Wicemarszałek Sejmu RP z listy Kukiz’15 Stanisław Tyszka napisał, że do Polski masowo wpuszcza się Ukraińców, także tych z wyrokami za morderstwa, oszustwa etc. (Mały Dziennik / DoRzeczy 26.10.2017). W dalekiej Australii, gdzie mieszkam, państwowa etniczna stacja telewizyjna SBS emituje każdego dnia półgodzinne wiadomości z Polski – Polsat News stacji telewizyjnej Polsat. W pierwszych dniach listopada 2017 roku w wiadomościach codziennie podawano informacje o przestępstwach dokonywanych przez Ukraińców przebywających w Polsce. Powiedziano m.in., że nie ma dnia, aby nie aresztowano Ukraińców za różne przekroczenia prawne w samych tylko największych miastach polskich. A przecież Ukraińcy mieszkają dzisiaj w całej Polsce. Obecnie ponad 300 Ukraińców odsiaduje wyroki sądowe we więzieniach polskich za różne przestępstwa. Oczywiście na koszt polskiego podatnika. Tylko czekać, jak powstanie w Polsce groźna tak jak sycylijska mafia ukraińska. I nie można wykluczyć tego, że i terroryści banderowscy dadzą znać o sobie w naszym kraju. To wszystko zafunduje nam rząd PiS! A co jak konflikt polsko-ukraiński się zaostrzy? Po czyjej stronie będą te miliony Ukraińców w Polsce i czy nie staną się V-kolumną?!

PiSowska ukrainizacja Polski bez zgody narodu polskiego!

W Jałcie w 1945 roku Stalin, Roosevelt i Churchill bez przedstawiciela wolnej i suwerennej Polski czyli bez polskiego zadania w tej sprawie, zadecydowali o nowych granicach Polski i o uczynieniu z Polski państwa bez mniejszości narodowych (co było związane z sowieckim planem oderwania od Polski Ziem Wschodnich). Polska miał był homogenicznym etnicznie krajem – krajem tylko Polaków. Ten stan rzeczy trwał do 2016 roku. W 2015 roku wybory do Sejmu i Senatu wygrała partia Prawo i Sprawiedliwość, której wodzem (w dosłownym tego słowa znaczeniu) jest Jarosław Kaczyński. Kaczyński i główni politycy PiS są bardzo proukraińscy i interes Ukrainy i Ukraińców stawiali do końca października 2017 roku wyżej od interesu Polski i narodu polskiego. To dobrze udowodnione fakty! Teraz Kaczyński jako wódz i tylko on zadecydował, że Polskę trzeba zukrainizować, czyli przyjąć do naszego kraju do 5 milionów Ukraińców. Już w tej chwili mieszka w Polsce ok. 1,5 – 2 miliony Ukraińców. Niestety, Kaczyński i PiS idąc w ślady Stalina, Roosevelta i Churchilla nie spytali się Polaków – narodu polskiego – suwerenów Polski czy chcą w Polsce miliony imigrantów ukraińskich i to, aby ich kraj stał się etnicznie krajem polsko-ukraińskim. Rząd nie przeprowadził referendum w tej sprawie. A było to jego psim obowiązkiem! To jest za poważna sprawa – za poważne wydarzenie w dziejach narodu polskiego, aby tylko garstka polityków decydowała o etnicznej kompozycji Polski. Polska jest państwem wszystkich Polaków a nie tylko Kaczyńskiego i jego spółki. To zbrodnia przeciwko narodowi polskiemu. Jednak wódz zadecydował, że tak ma być i tak będzie, a jak się to Polakom nie podoba, to mogą się wypchać trocinami, albo wyemigrować z Polski. PiS bawi się zapałkami. Może wzniecić pożar – straszny w skutkach dla władzy bunt narodu.

Postępowanie Waszczykowskiego w sprawie Ukrainy to już skrajność

W rozmowie z Kresami.pl (24.102017) ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski powiedział, że: „Od 25 lat III RP, niezależnie kto rządzi, prowadzi politykę uległości wobec Ukrainy. To się przejawia w bardzo sprawach, a ostatnio także w braku reakcji władz RP o ustawie oświatowej, dotyczącej także szkolnictwa mniejszości narodowych na Ukrainie. Ks. Isakowicz-Zaleskiemu chodzi przede wszystkim o zapisy, według których od klasy V edukacja we wszystkich szkołach na Ukrainie, w tym w szkołach z nauczaniem w językach mniejszości narodowych, ma być docelowo prowadzona praktycznie wyłącznie w języku ukraińskim. Jednocześnie, szef MSZ Witold Waszczykowski publicznie bagatelizował zagrożenie dla polskiego szkolnictwa, jednocześnie dystansując się od protestów takich krajów jak Węgry czy Rumunia. Kraje te dbają o swoje mniejszości. A strona polska, niemal „tradycyjnie”, nabiera wody w usta uważając, że jakakolwiek interwencja popsułaby dobre relacje z obecną ekipą prezydenta Poroszenko i premiera Hrojsmana. To sytuacja kuriozalna, bo absolutnym obowiązkiem władz Polski jest troska o nasze mniejszości, czy to w Niemczech, czy w Czechach, a także na Litwie czy Ukrainie. I z tego obowiązku obecna ekipa rządowa, podobnie jak poprzednie, się nie wywiązują – uważa. Ks. Isakowicz-Zaleski podkreśla przy tym, jak „szalenie ważne” jest polskie szkolnictwo na Kresach, w tym na Ukrainie: „W tej chwili są dwa główne podmioty, które podtrzymują polskość na Kresach Wschodnich. Pierwszym z nich jest przede wszystkim Kościół katolicki. Tam, gdzie funkcjonuje parafia katolicka i są odprawiane msze św. po polsku, to zawsze wokół takiej parafii koncentruje się życie Polaków. Nie ma parafii – życie zamiera. Natomiast drugim podmiotem są szkoły. Ten system działał lepiej lub gorzej, nawet za komuny. Oczywiście, jak wiadomo komuniści tępili wszelkie przejawy narodowe i religijne, ale szkolnictwo jako takie istniało. Natomiast teraz, gdy zmienia się zasady i wycofuje się język polski, nauczanie w języku polskim, to oznacza dla tych środowisk śmierć. Duchowny zwraca uwagę na ważny paradoks: „Ukraińcy mają na terenie Polski rozbudowane szkolnictwo mniejszościowe. Ono jest coraz większe. Nie ma zachowanej zasady wzajemności, więc choćby z tego względu milczenie strony polskiej uderza w nasze interesy narodowe na Kresach. – Minister Waszczykowski jest chyba najbardziej klasycznym przykładem polityki uległości. Rzeczywiście, jego postępowanie jest już skrajne, a śmiem twierdzić, że chyba najgorsze ze wszystkich dotychczasowych ministrów spraw zagranicznych. Natomiast uważam, że w tej sprawie jest tylko pionkiem, bo wykonuje polecenia. Można je sparafrazować do hasła „Ukraina jest najważniejsza”. Czyli, cokolwiek by Ukraińcy nie zrobili złego, to i tak władze polskie chowają głowę w piasek. A strona ukraińska, w myśl zasady „na pochyłe drzewo każda koza wejdzie”, wie doskonale, że Polska nigdy nie zareaguje na te sprawy. Więc czuje się bezkarna w tej sytuacji.

Z kolei wysocy przedstawiciele Polski, np. marszałek Senatu Stanisław Karczewski, poruszając sprawę szkół polskich na Ukrainie przy okazji rozmów z Ukraińcami nie tylko bagatelizują problem, ale też sprawiają wrażenie, jakby go nie rozumieli. Przypomnijmy, że podczas swojej wizyty na Ukrainie Marszałek Senaty Stanisław Karczewski przyznał, że kwestia kontrowersyjnej ukraińskiej ustawy o oświacie, uderzająca m.in. w polskie szkolnictwo, w przeciwieństwie do Węgier czy Rumunii nie niepokoi polskich władz: „My podchodzimy bardzo wstrzemięźliwie do jej zapisów” – mówił Karczewski. „To już nie jest naiwność. To jest głupota ze strony Marszałka Senatu, który daje się ogrywać cwaniakom z Ukrainy” powiedział Kresom.pl dr hab. Andrzej Zapałowski, historyk i ekspert ds. bezpieczeństwa, komentując wizytę Stanisława Karczewskiego na Ukrainie (Kresy.pl 24.10.2017).
Jak podały media (7.10.2017) Thorbjørn Jagland, Sekretarz Generalny Rady Europy opublikował artykuł, w którym krytycznie ocenił ukraińską ustawę o oświacie, zagrażającą szkolnictwu mniejszości narodowych. Uważa, że stwarza ona niekorzystne warunki do nauki w językach mniejszości narodowych, a prezydent Poroszenko „stąpa po cienkiej linii”. – Dotyczy to Węgrów, Polaków, Rumunów i Rosjan, więc trudno się dziwić, że rządy całej Europy są zaniepokojone nową ustawą – pisze Jagland. Niestety, do państw zaniepokojonych tą ustawą nie należy Polska. Wszystkie rządy polskie od 1989 roku działają na szkodę Polaków na Kresach. Warto zauważyć, że ukraińską reformę oświatową poparł rząd USA. Stąd nijakie stanowisko rządu polskiego w tej sprawie. Widać, że rząd polski jest marionetką amerykańską i nie działa w polskim interesie narodowym.

Uprawiamy na Ukrainie politykę nieskuteczną i bardzo naiwną

W „Dzienniku.pl” z 30 października 2017 roku prof. Andrzej Gil z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego pisze, że stosunki z Ukrainą są dla Polski bardzo ważne, ale obecnie Polska nie ma w Ukrainie partnera. Ocenił, że polska polityka zagraniczna wobec Ukrainy jest naiwna, oparta bardziej na życzeniowym myśleniu, niż na politycznym pragmatyzmie. „Wydaje mi się, że szukanie na Ukrainie partnera dzisiaj jest zadaniem niewykonalnym. Tam nie ma partnera, tam jest tylko ktoś, kto chce maksymalnie wykorzystać naszą spolegliwość, nasze zrozumienie sytuacji. Mam wrażenie, że my uprawiamy politykę po pierwsze nieskuteczną, po drugie bardzo, bardzo naiwną. Politykę, która oparta jest bardziej na życzeniowym myśleniu, niż na politycznym pragmatyzmie” - podkreślił w rozmowie z PAP. Odniósł się ten sposób do opinii ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego, który niedawno na łamach "Rzeczpospolitej" napisał m.in. że partnerstwo z Ukrainą pozostaje kluczowym zadaniem polityki zagranicznej naszego państwa oraz, że relacja między Polską a Ukrainą jest głęboka i wielopłaszczyznowa. Chciałoby się, gdybyśmy rzeczywiście mieli w Ukrainie partnera, natomiast my nie mamy w Ukrainie partnera - skomentował te słowa profesor.

Jego zdaniem Ukraina, albo przyjmuje postawę bardzo roszczeniową, albo zapomina o przeszłości i o tym, że Polska stanowi istotny element porządku europejskiego i światowego. Mam wrażenie, że na Ukrainie toczy się teraz wielka gra, ale nie o zrealizowanie pewnych wartości, pewnych zasad, dojście do jakiegoś celu, ale gra o to, co jeszcze na tej Ukrainie zostało, o te resztki zasobów, resztki potencjału, który jest - powiedział politolog. W jego ocenie Polska w jakiś przedziwny sposób bierze w tym udział popierając siły, których nie powinna popierać. Nikt o zdrowym podejściu do polityki nie powie, że rząd i obecny prezydent ukraiński, to jest spełnienie wszystkich marzeń, że się cokolwiek w tym systemie zmieniło. Nie można żyrować tego systemu - uważa prof. Gil. Gdyby rzeczywiście na Ukrainie działo się coś pozytywnego, nie mielibyśmy tego ogromnego uchodźstwa. To już są miliony ludzi, którzy przestali wierzyć w obietnice polityków jakichkolwiek - czy to będzie obecny układ rządzący, czy opozycja, czy być może wyłoni się jakaś trzecia, inna siła. Ludzie przestali wierzyć w jakiekolwiek zmiany – zaznaczył ekspert. Według niego Polska nie ma dobrej polityki wobec Ukrainy, nie przynosi ona oczekiwanych rezultatów. Jak dodał, nie ma ani otwarcia na polskie towary, ani rzeczywistej współpracy gospodarczej, która by cokolwiek inicjowała, ani nie ma tak naprawdę dobrej współpracy politycznej. W ocenie Gila w konflikcie pamięci i sprawach upamiętniania ofiar konfliktów polsko-ukraińskich Polska stosuje politykę parytetu - oni i my, ale ze strony ukraińskiej tego nie ma.

W Polsce wszystkie miejsca kaźni Ukraińców są w jakiś sposób upamiętnione, a jeżeli nie są, to Polska jest otwarta, władze ukraińskie mogą wydelegować swoich przedstawicieli, mogą szukać, mogą upamiętnić. Ze strony ukraińskiej parytetu nie ma - podkreślił profesor. Tu się nie da zrównać cierpienia obydwu narodów, niestety. I mówienie o tym, że czcimy ofiary po obydwu stronach jest oczywistą nieprawdą - dodał Andrzej Gil. Wskazał też na zmiany w systemie oświaty na Ukrainie, które jego zdaniem wręcz wyeliminowały język mniejszości narodowych z procesu edukacji. To nie jest dobre. Stanowi zaprzeczenie idei i wartości, do jakich rzekomo dąży Ukraina - podkreślił profesor. My przeszliśmy nad tym do porządku dziennego. Rumunia, Węgry jednak to kontestują, jednak wychodzą z tym na forum międzynarodowe, dążą do jakichś swoich celów politycznych. My składamy to wszystko na ołtarzu dobrych stosunków z Ukrainą - zauważył politolog. Jak podkreślił, dla Polski bardzo ważne są stosunki z każdą Ukrainą niezależnie od tego, kto w niej rządzi lub będzie rządził. Są (jednak) pewne zasady i pewne założenia polityczne, których nie można łamać. A my, mam wrażenie, ciągle je łamiemy i składamy to wszystko w ofierze jakiejś wizji polityki, która nie przynosi tak naprawdę rezultatów - zaznaczył ekspert. Przypomniał, że Ukraina jest bardzo ważna dla Polski nie tylko jako jeden z kluczowych elementów porządku politycznego, ale przede wszystkim ze względów ludzkich. To są ludzie, z którymi żyliśmy przez setki lat w jednym państwie, nie tylko obok siebie, ale i razem. To są nam bardzo bliscy ludzie, to są nasi bracia, bracia w kulturze, w historii. O tym nie możemy zapominać. Ale też czasami między braćmi dochodzi do konfliktów i wtedy musi zwyciężyć mądrość i rozwaga, a nie pewne poddanie się i nie wejście w taki dialog, który prowadzi donikąd. My musimy mieć naprawdę dobrą politykę ukraińską, (…) niestety nie mamy - zaznaczył Gil.

Redaktor „DoRzeczy” Paweł Lisicki krytykuje politykę Polski wobec Ukrainy

Redaktor naczelny tygodnika „Do Rzeczy”, Paweł Lisicki wystąpił w studiu telewizyjnym Wirtualnej Polski w którym podsumował politykę władz Polski wobec Ukrainy. „Polska jako pierwsza, całkowicie bezwarunkowo, przyjmując prostą zasadę, niepodległości Ukrainy jest tak ważna, że nie poruszamy, żadnych innych kwestii. W związku z tym przez dwa lata przymykano tak na prawdę oczy na to, co się tam faktycznie dzieje. Czyli na wzrost tendencji nacjonalistycznych, na gloryfikację UPA, na wspieranie ruchów, które są zbliżone, lub które nawiązują do Bandery. Taktowano to jakby to było w ogóle nieistotne” – mówił Lisicki. Jak podkreślił – „Polska jako jedyny kraj tego regionu nie zauważyła niebezpiecznej dla mniejszości ustawy oświatowej, która się pojawiła na Ukrainie, praktycznie przechodząc nad tym do porządku dziennego”. Mówiąc o przesłankach takiej polityki Lisicki opisuje – „Polska traktowała tak: Rosja jest dla nas największym zagrożeniem, wartość niepodległości Ukrainy jest absolutnie bezwarunkowa i niepodważalna, w związku z tym Polacy odebrali sobie wszelkie możliwości nacisku na Ukraińców”. Jak zauważył publicysta „teraz Ukraińcy wiedzą, że Polska uważa ich własną niepodległość za bezwzględną, bezwarunkową, to tak na prawdę nie musi się z Polską liczyć”. Powiedzmy to bardziej poprawnie: Ukraina ma Polskę w dupie i wie, że może z nami robić co chce, włącznie ze skakaniem nam po głowie i obsikiwaniem nas (Wirtualna Polska/Kresy.pl 6.11.2017).

Dla Ukrainy Polska jest frajerem

W rozmowie z portalem wSensie.pl, która znalazła się na YouTube i omówiona w Kresach.pl, publicysta Rafał Ziemkiewicz wskazuje, że założenia polskiej polityki wobec Ukrainy są błędne.

Zdaniem Ziemkiewicza ulegamy błędnemu złudzeniu, że Europa patrzy na to jak układają się relacje naszego kraju z Ukrainą, przez co są one ważne. Publicysta tłumaczy, że jest to błąd. Jego zdaniem Niemcy wspierają Ukrainę jedynie na zasadzie „jeża w gaciach”, kraju, który ma przysporzyć problemów i osłabić Rosję i Polskę, co jest zgodne z niemiecką geopolityką. Ziemkiewicz uważa, że najwyższy czas, aby gruntownie zrewidować polską politykę wschodnią. Zdaniem publicysty musi mieć ona realistyczne założenia. Przyznaje, że Rosja putinowska nie będzie polskim przyjacielem, ale możemy na tym mniej tracić, nie robiąc Moskwie na złość wspierający wszelkie antyrosyjskie ruchy.

Odnosząc się bezpośrednio do kwestii ukraińskiej Ziemkiewicz stwierdza: dla nas Ukraina jest partnerem, a dla Ukrainy Polska jest frajerem. Jeżeli Polska daje i nic za to nie wymaga, to głupi by nie wziął w tej sytuacji. Publicysta przypomina, że polityka polega na stawianiu jasnych warunków wsparcia innego kraju. Zdaniem Ziemkiewicza Polska ma realny potencjał by przeprowadzić swoje postulaty polityczne wobec Ukrainy, ale jest porażona swego rodzaju polityczną poprawnością, wiedzioną z Giedroycia i śp. Lecha Kaczyńskiego, że wszyscy zagrożeni przez rosyjski imperializm będą się lubić i wspierać. Publicysta tłumaczy, że ani Ukraina, ani Białoruś, ani Litwa nie kierują się tym wydumanym przez nas wspólnym interesem walki z Rosją, bo oni wcale nie chcą walczyć z Rosją. Oni [Ukraińcy – red.] owszem mają problemy w Donbasie, wierchuszka ukraińska cały czas jest uzależniona […] od interesów z Rosją. Ziemkiewicz nazywa ostatnie wypowiedzi ministra Waszczykowskiego na temat niewpuszczania do Polski jawnie antypolskich Ukraińców ratowaniem twarzy i jego zdaniem to się nie uda. Dodaje, że jest to tylko gest skierowany pod tą część opinii publicznej, która ma dość polityki „głaskania” Ukraińców. Według publicysty są to działania spóźnione o wiele lat. Redaktor podkreśla, że Polska powinna uderzyć pięścią w stół i pokazać Ukraińcom działaniami o wymiarze gospodarczym, które ich zabolą, że nie mają do czynienia z frajerami, do których się przyzwyczaili. Ziemkiewicz uważa, że Ukraina nie jest jeszcze państwem, wbrew polskiemu postrzeganiu. Naród ukraiński, zdaniem publicysty, jeszcze się nie ukształtował, a kraj kierowany jest przez oligarchów (wsensie.pl / Kresy.pl / youtube.com 2.11.2017).

To jest ku*estwo, a nie polityka

Znany niezależny publicysta polski Stanisław Michalkiewicz w swoim felietonie w ostrych słowach krytykuje politykę wobec Ukrainy prowadzone przez rządy w Polsce.
Michalkiewicz ostro krytykuje postępowanie rządów, tak Prawa i Sprawiedliwości, jak i wcześniejszych wobec Ukrainy. Jego zdaniem postępowanie rządów w Warszawie: „nie zasługuje nawet na nazwanie go polityką. Bo polityka powinna mieć jakiś cel, tymczasem postępowanie to polega na żyrowaniu w ciemno wszystkiego, na co tylko wpadnie rząd w Kijowie. To jest ku*estwo, a nie polityka. Zdaniem publicysty przynosi to rezultaty opłakane, bo cwane ukraińskie rezuny znakomicie opanowały sztukę obcinania kuponów od prezentowania Ukrainy jako państwa specjalnej troski, któremu lepiej się nie sprzeciwiać, podobnie jak szurniętemu dziecku, bo nie wiadomo, czy nie zrobi albo sobie, albo komuś czegoś okropnego. Michalkiewicz podkreśla, że tego typu działania są prowadzone niezależnie od rządzącej opcji politycznej. Przypomina, że np. żona byłego ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego Anna Applebaum wypisuje dyrdymały, że nacjonalizm ukraiński trzeba „tolerować”, jako istotny składnik tamtejszej tożsamości. Według publicysty, gdyby ktoś w Polsce naprawdę uprawiał politykę zagraniczną, to jeszcze przed tzw. pomarańczową rewolucją polski urzędnik powinien pojechać do Departamentu Stanu i powiedzieć, że Polska zrobi wszystko co trzeba, by pomarańczowa rewolucja się udała – ale pod jednym warunkiem – że jej siłą napędową nie będą banderowcy. Ponieważ tak się nie stało, to zdaniem Michalkiewicza konsekwencje ponosi oczywiście nasz nieszczęśliwy kraj, któremu Nasi Sojusznicy wyznaczyli rolę czegoś w rodzaju pogotowia seksualnego dla Ukrainy – jak tylko któryś z tamtejszych grandziarzy kiwnie palcem, to nasi Umiłowani Przywódcy od razu mu się nadstawiają i to ponad podziałami – zarówno płomienni dzierżawcy monopolu na patriotyzm, jak i przedstawiciele obozu zdrady i zaprzaństwa.
Kresy.pl / magnapolonia.pl 2.11.2017

Zachód i Polska ignoruje neonazizm na Ukrainie

Stephen F. Cohen, emerytowany profesor Princeton University i New York University, jest jednym z najbardziej znanych amerykańskich badaczy Rosji. Ze względu na swoje żydowskie pochodzenia, Cohena szczególnie niepokoi milczenie mediów głównego nurtu i zachodnich ośrodków władzy wobec narastającej fali neonazizmu na Ukrainie, związanej z kultem terrorystycznych i ludobójczych Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA). Cohen zwrócił uwagę na łamach portalu „The Nation”, że sugestie, iż Rosja wspiera ruchy skrajnie prawicowe lub promujące wyższość białej rasy są bezzasadne i są formą odwrócenia uwagi od faktu, że na Ukrainie istnieją odwołujące się do ideologii III Rzeszy ugrupowania, powiązane z obecnymi ukraińskimi władzami. „Amerykański establishment milczy na temat złowieszczego rozwoju skrajnie prawicowych, a nawet neonazistowskich ruchów na Ukrainie. Przy milczącym poparciu, obojętności lub impotencji rządu w Kijowie, te dobrze uzbrojone ruchy rehabilitują i wspominają ukraińskich morderców Żydów (Polaków i Rosjan) z drugiej wojny światowej, pisząc historię na nowo i na ich korzyść, wznosząc pomniki i zmieniając nazwy miejsc publicznych na ich cześć, od czasu co czasu grożąc ukraińskim Żydom” – napisał Cohen. - Amerykańscy politycy, w tym Biały Dom, wykorzystuje konflikt ukraińsko-rosyjski i wspiera Ukrainę dla własnych celów politycznych: on osłabia Rosję i Ameryce właśnie zależy na słabej Rosji przed zbliżającym się konfliktem polityczno-gospodarczym Ameryki z Chinami. Słaba Rosja nie będzie znaczącym w grze sojusznikiem Chin. Biały Dom wciągnął do tego konfliktu także Polskę (Kresy.pl 27.10.2017). Nawet w okresie zaboru rosyjskiego rusofobia wśród polityków polskich nie była aż tak zażarta jak jest obecnie. W imię sojuszu polsko-amerykańskiego i, niestety, ale także zwykłej głupoty i braku patriotyzmu.

Złe myślenie o banderowcach

Toczy się teraz debata na temat zbrodni banderowskich i pojawiły się argumenty, że on był trochę dobry, bo chciał niepodległości Ukrainy. To złe myślenie, bo trzeba spojrzeć na całokształt postawy powiedział niedawno Paweł Lisicki, redaktor naczelny „DoRzeczy”.

Ukraina nie chce należeć do rzymskiej cywilizacji

Senator PiS, profesor Jan Żaryn udzielił wywiadu dla portalu wPolityce.pl, który przyznał, że w rozmowach polsko-ukraińskich mamy wielowymiarowy kryzys. Kryzys ten został spowodowany poważnymi i głębokimi różnicami kulturowymi między Polska a Ukrainą. Ukraina nie chce należeć do rzymskiej cywilizacji. Zachowuje się jak barbarzyńca w sprawach pamięci historycznej. Senator dodał, że wzajemna polsko-ukraińska relacja będzie bardzo płytka, jeżeli Ukraina nie zrozumie, że dużo głębsze relacje pochodzą z wymiaru kulturowego, czyli długiego trwania narodów. Nie da się jej zbudować na zadaniach wynikających z bieżącej, zmiennej rzeczywistości politycznej.

Profesor Żaryn podkreślił, że rozwiązanie kryzysu leży po stronie ukraińskiej. Historyk zaznaczył, że to Ukraina ma w rękach klucz do tego, czy chce być z polską i z polską kulturą. Ukraina musi sobie odpowiedzieć, czy chce wziąć współodpowiedzialność za trwanie szeroko pojętej kultury materialnej na terenie dzisiejszej Ukrainy. Odnosząc się bezpośrednio do spawy poszukiwań polskich grobów i zakazu jaki wprowadził ukraiński IPN profesor Żaryn podkreśla, że w ramach szeroko pojętej kultury materialnej mieszczą się cmentarze i miejsca pochówków, a tym bardziej miejsca ostatniego spoczynku, które nie zostały jeszcze naznaczone obecnością krzyża. Krzyż jest właściwym symbolem upamiętnienia Polaków mordowanych i zabijanych w różnych okolicznościach podczas I i II wojny światowej. To wydarzenia, które wiążą się z polskim dziedzictwem w XX wieku, którymi do dziś żyjemy. Jeżeli nie będzie zrozumienia tej prostej prawdy po stronie ukraińskiej, to nasza „przyjaźń” będzie coraz bardziej się oddalała – tłumaczył profesor Żaryn (wPolityce.pl / Kresy.pl 1.11.2017).

Szef ukraińskiego IPN jest nacjonalistą w najgorszym, wulgarnym znaczeniu

Wiceminister spraw zagranicznych Jan Dziedziczak będąc zapytany w Polskim Radiu 24 czy MSZ podejmie działania w sprawie zablokowania przez ukraińskie władze polskich prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych na Ukrainie, odpowiedział, że MSZ jest w stałym kontakcie z Instytutem Pamięci Narodowej, który jest odpowiedzialny za prowadzenie tych prac na Wschodzie i służy Instytutowi pomocą. Dziedziczak powiedział, że przeszkodą w realizacji prac polskiego IPN na Ukrainie jest ukraiński Instytut Pamięci Narodowej, który „niestety nie jest partnerem, który dąży do porozumienia” – przeciwnie stanowi dużą przeszkodę dla pojednania polsko-ukraińskiego. Wiceszef polskiego MSZ nazwał dyrektora ukraińskiego IPN Wołodymyra Wjatrowycza nacjonalistą „w najgorszym, wulgarnym tego słowa znaczeniu” (to znany „kłamca wołyński”, historyk, który zrobił karierę na Ukrainie gloryfikując OUN-UPA i zaprzeczając ludobójstwu wołyńsko-małopolskiemu, które nazywa „drugą wojną polsko-ukraińską”). „…jest to osoba niesprzyjająca Polsce, niesprzyjająca polsko-ukraińskiemu pojednaniu, jest to osoba, która szuka tego, co dzieli – mówił Dziedziczak wskazując, że szef ukraińskiego IPN przeszkadza Polakom „przy najprostszej nawet operacji choćby oddania czci zmarłym”. To on i władze ukraińskie w kwietniu br. wstrzymały wydane już zgody na poszukiwania szczątków polskich ofiar wojny na Ukrainie. Postępowanie Ukraińców było konsekwencją stanowiska ukraińskiego IPN z Wołodymyrem Wjatrowyczem na czele, który w „odwecie” za rozbiórkę nielegalnie postawionego przez Ukraińców w Hruszowicach – na polskiej ziemi (!) pomnika oddającego hołd bandytom z UPA, zalecił wstrzymanie wydawania zezwoleń na prowadzenie przez polski IPN prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych na Ukrainie. Zablokowano także wydawanie pozwoleń na stawianie polskich znaków pamięci na Ukrainie a także na renowację istniejących. Podczas oficjalnej wizyty polskiej delegacji z wicepremierem Glińskim na czele w Kijowie pod koniec października 2017 roku strona ukraińska nie tylko nie zgodziła się na odblokowanie działań IPN na Ukrainie, ale także w brutalny, chamski i prowokacyjny sposób zażądała odbudowy pomnika w Hruszowicach (Polskie Radio, Kresy.pl 31.10.2017).

Strona ukraińska traktuje nas jak okupantów

Komentując w programie wPolsce kwestię rozmów polsko-ukraińskich dotyczących działalności polskiego IPN na Ukrainie, jego wiceprezes, profesor Krzysztof Szwagrzyk zwrócił uwagę na wycofanie przez stronę ukraińską pozwoleń na prace ekshumacyjne. Odpowiedzialnym za wydanie zgody jest ukraiński IPN, którego dyrektor Wołodymir Wjatrowicz – znany i obrzydliwy polakożerca odpowiada za zatrzymanie prac polskiego zespołu badawczego IPN na Ukrainie. „Jako polska delegacja, z wicepremierem Piotrem Glińskim, złożyliśmy w Kijowie propozycję, w której prace ekshumacyjne i poszukiwania nie muszą być łączone z jakimikolwiek innymi kwestiami. Kiedy proponowaliśmy, aby relacje w zakresie tych prac przenieść na szczebel międzyrządowy, słyszeliśmy, że nie ma takiej potrzeby, ponieważ zgoda na prowadzenie prac wydawana przez ukraiński IPN jest wystarczająca. Okazało się, że jednak tak nie jest, ponieważ kilka dni później dyrektor ukraińskiego IPN pan Wołodymir Wjatrowicz, napisał na stronie własnej, że: "Polacy grają zwłokami ofiar", odnosząc się do naszych propozycji. Tego typu retoryka uniemożliwia rozmowy. Trudno dojść do porozumienia, w sytuacji, w której strona ukraińska traktuje nas jak okupantów - powiedział Krzysztof Szwagrzyk w magazynie Polsce. Jego zdaniem "dotychczasowe doświadczenia pokazują, że rozmowy powinny być prowadzone na najwyższym szczeblu". „Jeśli mamy sytuacje, w której strona ukraińska wyraża zgodę na działania związane z pracami poszukiwawczymi, podpisując stosowne dokumenty, po czym, w reakcji na zburzenie pomnika UPA w Hruszowicach, wysoki urzędnik ukraińskiego IPN odmawia nam możliwości wjechania na teren Ukrainy, to jest niepoważne. Argumentem był brak możliwości zapewnienia nam bezpieczeństwa. To niemożliwe, by w ten sposób funkcjonować w Europie XXI wieku. Skłaniam się ku tezie, że są osoby na Ukrainie, którym ten konflikt jest potrzebny, ustawicznie go podsycając – dodał (Dziennik.pl 30.10.2017).

Ukraiński pisarz także krytykuje polakożercę W. Wjatrowycza

W ostatnim czasie w relacjach Ukrainy z praktycznie wszystkimi sąsiadami wynikają te lub inne problemy. Rumunia, Węgry, Polska, Serbia, choć nie sąsiad, ale mamy z nimi te same problemy. Tę listę można wydłużać, na przykład z Białorusią była lista podobnych skandali. I kolejny najnowszy przykład, z Polską – rozpoczął dziennikarz prowadzący program w ukraińskiej telewizji informacyjnej „112Ukraina”. Występujący w tym programie znany ukraiński pisarz i dziennikarz Dmitrij Gordon komentując m.in. relacje Ukrainy z Polską oraz działalność szefa Ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyra Wjatrowycza, w odniesieniu do niedawnej wypowiedzi szefa polskiego MSZ Witolda Waszczykowskiego, że osoby które „zachowują skrajnie antypolskie stanowisko” oraz „ostentacyjnie zakładają mundury SS Galizien do Polski nie wjadą” powiedział: „Mnie także nie podobają się ludzie, którzy noszą mundury SS-Galizien, nawet bardzo mi się to nie podoba. Dlatego rozumiem Waszczykowskiego, rozumiem Polaków, którym ludzie w mundurach SS-Galizien uczynili wiele nieprzyjemności”. „Kto u nas na to wczoraj opowiadał [stanowisko strony polskiej]? Pan Wjatrowycz (…) dał Polakom zdecydowany komunikat, że wy nie macie prawa tego oceniać (…)” dodała współprowadząca nagranie dziennikarka Wioletta Trykowa. Dmitrij Gordon kontynuował: „Mnie się nie podoba, że pan Wjatrowycz szczuje na siebie narody. Dlaczego on to robi? Czy przypadkiem nie proszą go o to z Moskwy? Pytam o to otwarcie pana Wjatrowycza. Szczuje nie tylko narody na siebie, ale także ludzi wewnątrz Ukrainy. Podburza ich przeciwko sobie. Nie wiem po co to robi. Może wypełnia zadanie z Moskwy, nie boję się tego powiedzieć. Dziwnie postępuje ten pan Wjatrowycz, nie wiem kim on w ogóle jest, skąd się wziął w Kijowie? Rozumiecie, pojawiają się tego typu ludzie, którzy przynoszą kłopoty całym narodom, prowokują międzynarodowe skandale. Pytanie po co to robią? Ja z dużym szacunkiem odnoszę do pamięci narodowej i rozumiem, że w historii Ukrainy było bardzo dużo ludzi, którzy walczyli przeciwko bolszewizmowi, walczyli o niepodległość Ukrainy i że to są święci ludzie. Ale nie rozumiem, dlaczego trzeba czcić tych, którzy zabijali Żydów, Rosjan i Polaków. Nie rozumiem, dlaczego w Kijowie są niezbędne prospekty Szuchewycza i Bandery. I głosowałem przeciwko temu, jako jedyny deputowany Kijowskiej Rady Miejskiej. Nie rozumiem, dlaczego się to teraz wrzuca, żeby Rosjanie, Żydzi z kłócili się Ukraińcami o to kim była Bandera i Szuchewycz. Nie powinno się tego teraz robić. My mamy jednego wroga, putinowską Rosję, która napadła na nasz kraj. Po co teraz wrzucać te drzewa w ognisko. Po co kłócić nas z Polakami, którzy bronią Ukrainy? – kontynuował Gordon. Na koniec dyskusji Dmitrij Gordon powtórzył swoje oskarżenie pod adresem Wjatrowycza, nazywając go m.in. „łajdakiem”. – Zadaję pytanie Wjatrowyczowi, on postępuje w ten sposób dlatego że ma takie zdanie, czy dlatego, że pociągają go za sznurki z Rosji? Zadaję to pytanie wprost, panie Wjatrowycz, dość już wzbudzania niepokoju między społeczeństwami. Daj zajmować się ludziom gospodarką i sobą samym, dość już wyciągania szkieletów z szaf i handlowania nimi – zakończył (Kresy.pl 5 listopada 2017).

Prorządowy portal wzywa do rewizji polityki wobec Ukrainy

Publicysta, sympatyzującego z rządem oraz Prawem i Sprawiedliwością, portalu wPolityce.pl Piotr Cywiński pisze o „końcu złudzeń” wobec Ukrainy i wzywa do rewizji polityki wobec tego państwa. Wezwanie to nie zrobiło aż do końca października żadnego wrażenia na ministrze spraw zagranicznych Witoldzie Waszczykowskim. Przeciwnie od czerwca do końca października trwał wiernie przy giedroyciowsko-pisowskiej polityce wobec Ukrainy. Był nawet bardziej uległy wobec Kijowa niż dotychczas. To on np. rzucił i realizuje politykę ukrainizacji Polski, wycofał z projektowanego paszportu wizerunek Cmentarza Obrońców Lwowa (na 100-lecie odzyskania przez Polskę niepodległości) i zgodził się de facto na likwidację polskiego szkolnictwa na Ukrainie.

Piotr Cywiński za punkt wyjścia swoich rozważań bierze specjalną uroczystość jaką władze Ukrainy zorganizowały z okazji liberalizacji ruchu granicznego między tym państwem a państwami strefy Schengen. Uroczystość tę zorganizował na granicy ze Słowacją. „Wybór Słowacji na ten uroczysty akt nie był przypadkowy” – twierdzi Cywiński – „Mówiąc bez ogródek, był to zamierzony policzek dla Polski, samozwańczego „adwokata” Ukrainy w jej drodze do Europy”. Publicysta pisze dalej, że „w polsko-ukraińskich relacjach dzieje się źle” a nawet, że „dobrze nie działo się nigdy”. Dwustronne relacje podsumowuje tak: „Były gesty, były słowa, było rzekome zapoczątkowanie nowego rozdziału, zapewnienia o partnerstwie i przyjaźni, słowem: był blichtr i w gruncie rzeczy kicz pojednania”. Charakteryzuje on polską politykę wobec Kijowa w kategoriach „bezkrytycznego wstawiennictwa w dążeniach niepodległościowych Ukraińców”. Oczekiwanie, że Ukraińcy sami rozliczą się ze swoją zbrodniczą przeszłością okazało się ze strony Polaków naiwnością. Zamiast tego zachodzi na Ukrainie „proces poszukiwania własnej tożsamości, scalania narodu, rozbudzania patriotyzmu, którego bohaterami stali się przywódcy zbrodniczych formacji OUN–UPA” – mordercy Polaków. „W polskiej polityce wobec Ukrainy zwyciężał pierwiastek emocjonalny” i „naiwne misjonarstwo” – pisze dziennikarz. Następnie Cywiński wskazuje na wrogie Polsce gesty takie jak „uniemożliwienie polskiemu Instytutowi Pamięci Narodowej prac poszukiwawczych i ekshumacyjnych w miejscach kaźni na Ukrainie, a także domaganie się „odbudowy notabene bezprawnie postawionego w 1994 roku pomnika UPA w Hruszowicach na Podkarpaciu”. Uznaje przy tym, że na płaszczyźnie polityki historycznej „są to są ramy dla naszego kraju nie do przekroczenia”. Jak to ujmuje „można mieć pretensje, że Ukraina od pierwszych chwil uniezależniania się od Rosji korzysta z wsparcia politycznego naszego kraju w jej drodze do integracji z Europą, z naszej wszechstronnej pomocy, z otwarciem granic i rynku pracy włącznie, a równocześnie buduje własną tożsamość narodową na antypolskiej, zakłamanej historii i gloryfikacji sprawców bestialskich mordów na Polakach”. Cywiński jednoznacznie wskazuje na winę polskich elit politycznych, których „infantylna tolerancja” dla tego rodzaju polityki historycznej władz Ukrainy doprowadziła do obecnego stanu rzeczy. Przytacza w tym kontekście artykuł współpracownika ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Serhija Rabienki, który na łamach „Ukraińskiej Prawdy” pisał o „micie ludobójstwa na Wołyniu”.
Cywiński wspomina też o „niszczeniu polskich pomników na Ukrainie, a nawet o atakach na polskie przedstawicielstwa”, przy czym wygodnym tłumaczeniem jest dla ukraińskich polityków jest zrzucanie wszystkich tego typu incydentów na rosyjskich agentów, którzy „pozostają nieuchwytni i anonimowi”. Protestuje przy tym przeciw przyklejaniu łaty „antyukraińskiej zapiekłości” każdemu krytykowi obecnej Ukrainy. Cywiński postuluje by polityka Polski wobec Ukrainy była „beznamiętnie pragmatyczna. W rozbieżnościach dotyczących prawdy historycznej nieustępliwa, konsekwentna, bez sentymentów, wyprana z naiwności, zaś odnośnie do współdziałania politycznego – tak, gdzie będzie to możliwe i przyniesie nam korzyści”. Bowiem „Czas się obudzić i spojrzeć prawdzie w oczy. Prezydent Poroszenko wszedł do Europy przez drzwi na granicy ze Słowacją. Ostentacja, z której nasi politycy powinni wreszcie wyciągnąć wnioski” (wPolityce.pl/kresy.pl 22.6.2017).

…..

I ni stąd ni zowąd w polskiej polityce wobec Ukrainy nastąpiło trzęsienie ziemi. A może tylko burza w szklance wody czy przedstawienie cyrkowe dla głupiej gawiedzi?! Redaktor Rafał Ziemkiewicz nazywa ostatnie wypowiedzi ministra Waszczykowskiego na temat niewpuszczania do Polski jawnie antypolskich Ukraińców ratowaniem twarzy i jego zdaniem to się nie uda. Dodaje, że jest to tylko gest skierowany pod tą część opinii publicznej, która ma dość polityki „głaskania” Ukraińców (Kresy.pl). Niektóre osoby mają inne wytłumaczenie tego obecnie ostrego tomu wobec Kijowa. Kiedy wicemarszałek Senatu Adam Bielan powiedział w TVN24, że Ukraina ze swoją banderowską politykę już niebawem będzie miała poważne problemy na arenie międzynarodowej. „Wpływowe środowiska żydowskie w USA są tym zaniepokojone”, internauci tak to skomentowali: LaszkaU.D: „To już wiadomo, dlaczego Waszczykowski odważył się powiedzieć prawdę o Ukrainie”; franciszekk: „PiS-iorki podskakują do neo-banderowców, bo Żydzi podnieśli larum. Gdyby Żydzi nic nie mówili to PiS-iorki siedzieli by potulnie a neo-banderowcy traktowaliby ich z buta”.

Zwrot o 180 stopni Warszawy w stosunkach polsko-ukraińskich

Mówiąc w radiowej Trójce o stosunkach polsko-ukraińskich szef MSZ Witold Waszczykowski powiedział, że Polska do tej pory "zaciskała zęby w dzielących Polskę i Ukrainę sprawach bilateralnych", jednak doszła do wniosku, że "jesteśmy wykorzystani". "Mówimy otwarcie: agresja rosyjska nie może być wymówką, aby tych spraw nie rozwiązywać". Oświadczył, że Polska uruchamia "procedury, które nie dopuszczą ludzi, którzy zachowują skrajnie antypolskie stanowisko, do przyjazdu do Polski". Dodał, że ludzie, którzy ostentacyjnie zakładają mundury SS Galizien do Polski nie wjadą, a konsekwencje poniosą również osoby, które na poziomie administracyjnym nie dopuszczają do kontynuowania ekshumacji (chodzi o prace poszukiwawcze IPN) i renowacji polskich miejsc pamięci. Minister zapowiedział również, że będzie się zastanawiał, "czy rekomendować polskiemu prezydentowi wizytę na Ukrainie". Waszczykowski powiedział, że podczas rozmowy z prezydentem będzie chciał przedstawić to, co widział w czasie zakończonej w niedzielę dwudniowej wizyty we Lwowie. "Mogę powiedzieć, że optymistycznej wiadomości nie mam dla pana prezydenta" - przyznał minister. Jak dodał, sytuacja w relacjach z Ukrainą jest "dość skomplikowana". Jak mówił minister, podczas swojej wizyty na Ukrainie spotkał się z grupą polskich konsulów, którzy mówili, że na poziomie lokalnym "sprawy się toczą i są rozwiązywane", natomiast "gdzieś te problemy (w relacjach polsko-ukraińskich - PAP) zaczynają się na szczeblu centralnym". Ocenił, że postawa władz ukraińskich jest zadziwiająca, ponieważ "Polska jest jednym z nielicznych już adwokatów sprawy ukraińskiej, szczególnie w kwestiach utrzymania jedności państwa, terytorialnej jedności, w kwestiach odzyskania Krymu, odzyskania Donbasu". "Więc jesteśmy potrzebni Ukraińcom i rządowi, szczególnie centralnemu" - przekonywał Waszczykowski. Wśród "kości niezgody" pomiędzy Warszawą a Kijowem szef polskiej dyplomacji wymienił kwestie historyczne, "do pewnego stopnia" szkolnictwo a także "zwrot mienia, również kościelnego". "To nie jest oczywiście jakiś olbrzymi problem dotyczący miliardów, ale (...) kiedy kościół zamieniony jest w salę koncertową i księża mogą na godziny czasem wynająć ten kościół, to jest to dość kompromitujące w XXI w." - zaznaczył minister. W odpowiedzi na uwagę dziennikarki, że śp. prezydent Lech Kaczyński w stosunkach z Ukrainą "w imię polskich interesów i wzajemnych dobrych relacji przymykał oczy na odmienne podejście do kwestii historycznych" Waszczykowski powiedział: "My też do tej pory zaciskaliśmy zęby, dlatego że uważaliśmy, iż ze względu na naszą doktrynę polityczno-wojskową, bezpieczeństwa, utrzymanie niepodległej Ukrainy może jest bezcenne do pewnego stopnia". "Ale uznaliśmy, że jesteśmy wykorzystywani, że Ukraina dosyć niefrasobliwie patrzy na ten problem i wychodzi z założenia, że my będziemy bezwarunkowo popierać bezpieczeństwo, niepodległość Ukrainy i będziemy po jej stronie stać w konflikcie z Rosją, i nie będziemy domagać się rozwiązywania się tych kwestii bilateralnych, np. historycznych czy szkolnych. My mówimy otwarcie: tamte sprawy, rosyjskie zagrożenie, agresja rosyjska nie może być wymówką, aby spraw bilateralnych między nami nie rozwiązywać" - dodał szef MSZ (p.mal „Rzeczpospolita 6.11.2017).

„Nie!” dla znaku równości między bandycką UPA a Armią Krajową

Nigdy nie zgodzimy się, by postawić znak równości między UPA a Armią Krajową - zapowiedział minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski.

Minister Spraw Zagranicznych Witold Waszczykowski pytany przez "Nasz Dziennik", czy z jego ostatniej wizyty we Lwowie wynikają jakieś wnioski, odparł, że "była to swego rodzaju wizja lokalna". - Misja we Lwowie pokazała, że są sprawy niewyjaśnione i nie widać - jak dotąd - woli, by je rozwiązać - podkreślił Waszczykowski.

- Nigdy nie zgodzimy się, by - co czasem słychać w wypowiedziach niektórych naszych ukraińskich rozmówców - postawić znak równości między UPA a Armią Krajową - powiedział. Jak tłumaczył, "w czasie wojny zdarzają się różne rzeczy". - Ale nie było ze strony AK polityki eksterminacji ludności na terenach, na których prowadziła wojnę z okupantem - podkreślił. - Po stronie UPA taka polityka była i jest to udokumentowane - zaznaczył.

- My mówimy teraz jasno: ingerencja rosyjska w waszym kraju nie może być wymówką dla wstrzymywania rozwiązywania problemów, odwlekania dalszych reform. Moi poprzednicy biernie czekali, licząc, że sprawy się same jakoś wyjaśnią - wskazał szef MSZ.

- My jeszcze jesteśmy cierpliwi, ale inne kraje europejskie, jak Węgry i Rumunia, już zaczynają otwarcie działać przeciwko ukraińskim interesom, np. w grudniu nie będzie spotkania Komisji NATO - Ukraina na szczeblu ministrów spraw zagranicznych z powodu weta Węgier, za to będzie podobne spotkanie z Gruzją - mówił.

- Staramy się uświadomić Ukraińców, że mogą mieć realne problemy, niekoniecznie wytworzone przez Polskę. Ale Polska może pomóc je rozwiązać. Zobaczymy, jak na to zareagują - dodał Waszczykowski (Rzeczpospolita 9.11.2017).

MSZ nareszcie przedstawia prawdę o antypolskiej polityce Ukrainy

Ukraina podejmuje dzisiaj decyzje, które stawiają pod znakiem zapytania deklarację o polsko-ukraińskim strategicznym partnerstwie - mówił w Sejmie wiceszef MSZ Bartosz Cichocki. Według niego jest deficyt decyzji po stronie ukraińskiej sprzyjających dialogowi historycznemu.

9 listopada Sejm wysłuchał informacji bieżącej w sprawie "aktualnych relacji Polski z najbliższymi sąsiadami oraz polityki rządu RP wobec naszych sąsiadów, ze szczególnym uwzględnieniem Ukrainy, Niemiec, Litwy, Białorusi, w kontekście ostatnich decyzji i wypowiedzi przedstawicieli rządu RP". Wniósł o to klub parlamentarny PO do prezesa Rady Ministrów. PO krytykuje obecną zmianę polityki polskiej wobec antypolskich poczynań Kijowa.

Przedstawiając informację Cichocki uznał, że polski rząd musi reagować w "sytuacji, kiedy spotykamy się z decyzjami naszych partnerów, nawet naszych sojuszników, które nie mieszczą się w ramach relacji sojuszniczych, partnerskich czy sąsiedzkich". Jak mówił, przykładem tego jest "niezrozumiała, bulwersująca decyzja urzędników państwa ukraińskiego o zakazie poszukiwania i ekshumacji szczątków polskich ofiar wojennych konfliktów na terytorium Ukrainy". Według niego niepokojące są też wypowiedzi szefa ukraińskiego IPN Wołodymyra Wjatrowycza, który "w publicznych wypowiedziach uznaje cmentarz w Bykowni za nielegalny". - Zadajemy stronie ukraińskiej pytanie, jak mamy to rozumieć - powiedział. - Jesteśmy w konstruktywnym kontakcie na różnych szczeblach, łącznie z najwyższym, prezydenckim, gdzie staramy się to wyjaśnić - dodał Cichocki. Kilka godzin przed czwartkową debatą w Sejmie "Dziennik Gazeta Prawna" poinformował, że Wjatrowycz otrzymał zakaz wjazdu do Polski. Informacji tej nie potwierdził minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski, pytany o to przez dziennikarzy w Sejmie.

Cichocki prezentując informację przypomniał wizytę wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego w Kijowie pod koniec października, gdzie podczas konsultacji zaproponował "mechanizm rozmów na wyższym szczeblu niż dotychczas, na szczeblu wicepremierów, ministrów odpowiedzialnych za kulturę". Miałyby one wyjaśnić m.in. sprawy upamiętnień i ochrony dóbr kultury. - Ta konstruktywna propozycja spotkała się z odmową i nie obarcza to polityki zagranicznej rządu polskiego, obarcza to politykę państwa ukraińskiego, które podejmuje dzisiaj decyzje, które stawiają pod znakiem zapytania deklarację o strategicznym partnerstwie - powiedział Cichocki. Dodał, że nie ma deficytu kontaktów w relacjach z Ukrainą. - Jest deficyt decyzji po stronie ukraińskiej sprzyjających postępowi w niektórych kwestiach dwustronnych nazywanych ogólnie dialogiem historycznym - podkreślił wiceminister spraw zagranicznych.

- Te kwestie są znane stronie ukraińskiej od lat, one się nie pojawiły w trakcie tej kadencji Sejmu. To jest kwestia stosowania języka czasów sowieckich o polskiej okupacji. To jest kwestia własności kościelnej wspólnoty rzymskokatolickiej. To jest kwestia bezrefleksyjnej rehabilitacji czy gloryfikacji UPA i braku rozliczenia zbrodni katyńskiej - wymieniał Cichocki. Wiceszef MSZ mówił też o decyzjach strony ukraińskiej "cofających nasze relacje dwustronne" takie jak "wymierzone w dobre imię Polski" upamiętnienie na Przełęczy Wereckiej żołnierzy Siczy Karpackiej, które zostało otwarte niedawno z udziałem wicepremier Ukrainy Iwany Kłympusz-Cyncadze. Upamiętnienie to - jak mówił - stanowi oskarżenie wobec Polaków o masową zbrodnię w 1939 roku (na co nie ma żadnych dowodów!).

Odpowiadając PO, Cichocki mówił: - Dziwi mnie, że obarczacie politykę zagraniczną Polski decyzjami, które obarczają decyzje Ukrainy. - Urzędnicy ukraińscy posuwają się nie tylko do relatywizowania czy wręcz zakłamywania prawdy o zbrodni wołyńskiej, ale posuwają się do gloryfikacji formacji kolaborujących z hitlerowskimi Niemcami - zaznaczył. Wspomniał też o "publicznych chamskich wypowiedziach o polskich władzach" ukraińskich urzędników z ostatniego tygodnia. - To jest klęska europejskiej polityki Ukrainy, która nas niezwykle martwi – dodał (PAP / Rzeczpospolita 10.11.2017).

MSZ Ukrainy niefrasobliwie kopiuje zasadę przebaczamy i prosimy o przebaczenie

Podczas konferencji prasowej zorganizowanej w Konsulacie RP we Lwowie na początku listopada br. polski minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski zapytany m.in. o wydany wcześniej komentarz ukraińskiego resortu spraw zagranicznych dotyczący ostatnich zgrzytów w stosunkach polsko-ukraińskich, w którym zapewniono, że na Ukrainie nie ma antypolskich nastrojów, zaś spory historyczne powinny być rozwiązywane w myśl zasady chrześcijańskiej „przebaczamy i prosimy o przebaczenie” odpowiedział: „ Oświadczenie ukraińskiego MSZ bardzo nas cieszy. Cieszy nas również, że na Ukrainie nie ma nastrojów antypolskich. Dostrzegamy oczywiście pewne incydenty, poszczególne osoby, które zachowują się w sposób mało przyjazny”. Krytycznie odniósł się jednak do drugiej kwestii podniesionej przez stronę ukraińską mówiąc: „Wydaje mi się, że ministerstwo spraw zagranicznych Ukrainy dość niefrasobliwie kopiuje pewną drogę, którą kiedyś polscy biskupi zaproponowali stronie niemieckiej. Nawet jeżeli założymy, że jest to dość niewłaściwa interpretacja, to gdzie są spotkania historyków? Z naszej strony jest pełna otwartość”. Minister dodał, że Polska od wielu lat jest otwarta, aby „kwestie historii, jak również bieżących kontaktów polsko-ukraińskich wyjaśniać” i już dawno zaproponowała różne kanały współpracy. Czekamy tylko na odpowiedzi, na chęć współpracy ze strony ukraińskiej” – mówił Waszczykowski. Dodał też, że otwarty na współpracę jest polski IPN, który chce na Ukrainie prowadzić prace poszukiwawcze dotyczące ofiar z okresu II wojny światowej: „Jeśli (…) poza deklaracjami, poza oświadczeniami Ministerstwa Spraw Zagranicznych będą również podjęte rzeczowe kroki współpracy z Polską, to z naszej strony na pewno będzie otwarcie. W mojej delegacji są eksperci, którzy są gotowi do współpracy w ramach forum polsko-ukraińskiego, czekamy tylko na chęć i otwartość ze strony historyków ukraińskich. Czekamy również na możliwość odblokowania decyzji o możliwości ekshumacji i możliwości renowacji wszystkich miejsc związanych z historią polską i ukraińską” (Kresy.pl / Telewizja Republika 4 listopada 2017).

Ukraina ma w d.pie Polskę

Pawło Klimkin, minister spraw zagranicznych Ukrainy ignoruje (to delikatnie powiedziane) stanowisko polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych wobec polakożercy Wołodymyra Wjatrowycza, stwierdzając, że jego kraj będzie bronił wszystkich osób zaangażowanych w „pojednanie” polsko-ukraińskie (po myśli Kijowa!), w tym Wołodymyra Wjatrowycza (Kresy.pl 11.11.2017).

Ukraiński lewicowy portal Lb.ua opublikował 9 listopada artykuł znanego ukraińskiego liberalnego i prounijnego dziennikarza i komentatora politycznego, który jest także przewodniczącym ukraińskiej części Polsko-Ukraińskiego Forum Partnerstwa, Witalija Portnikowa, poświęcony ostatniemu pogorszeniu się oficjalnych relacji między Warszawą a Kijowem. W artykule zatytułowanym „Dzieci i dorośli” Portnikow bagatelizuje pretensje wysuwane ostatnio przez polskie władze wobec Ukrainy. W jego opinii Polska nie posiada rzeczywistych narzędzi, które umożliwiałyby jej skuteczne wpływanie na Ukrainę, a „kaprysy” obecnej polskiej ekipy rządzącej wystarczy przeczekać, gdyż z czasem zostanie ona zastąpiona przez „dorosłych” polityków (Kresy.pl 10.11.2017). Chodzi zapewne o polityków z PO, którzy będą ponownie parobkami Kijowa.

Z kolei politolog ukraiński Taras Beresowetz powiedział: „My musimy odejść od tego, żeby Polskę jako adwokata Ukrainy w EU traktować. Ukraina nie potrzebuje adwokatów, tylko dobrych partnerskich układów z najważniejszymi krajami UE, czyli z Niemcami i z Francją. Polska powinna się zająć swoimi wewnętrznymi problemami”.

I tyle w temacie. Każde NORMALNE państwo odpowiednio by zareagowało. Byłby koniec wspierania Ukrainy. Ale polskojęzycznych władz to nie dotyczy (jaro7, Kresy.pl 11.11.2017).

Ukraina liczy na to, że Polska skapituluje i złoży wiernopoddańczy hołd władcom Ukrainy. Ameryka o to zadba, bo właśnie jej zależy na konflikcie rosyjsko-ukraińskim i udziale w nim Polski po stronie Ukrainy, chociaż to jest całkowicie sprzeczne z polską racją stanu. Marny będzie wówczas los Polski, bo Ukraina będzie nie tylko chciała narzucić Warszawie swoją wersję „pojednania” polsko-ukraińskiego. W zgodzie z ukraińskim narodowym charakterem i mając oparcie w Ameryce, będzie się mściła i jeszcze bardziej poniżała i prowokowała Polskę i Polaków. To wredny, mściwy i dziki naród co dobitnie pokazuje film „Wołyń” i o czym dowiadujemy się z książki pisarza polskiego pochodzenia żydowskiego Aleksandra Ziemnego pt. „Rzeczy ukraińskie” (Verba 1991), według którego, po analizie historii Ukrainy, Ukraińcy w swych genach mają zakodowane ludobójstwo i pogromy. Potwierdzają to sami Ukraińcy, jak np. czołowi banderowcy i upowcy Bohdan Czerwak czy Jurij Michalczyszyn.

Nacjonalista ukraiński Bohdan Czerwak grozi Polakom powtórzeniem rzezi UPA

Przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Żydowskiego Eduard Dolinski po zapoznaniu się z bojowym antypolskim wystąpieniem Bohdana Czerwaka, wiceprzewodniczącego Państwowego Komitetu Telewizji i Radia Ukrainy, a także szefa melnykowskiej wersji Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, uznał, że grozi on Polakom powtórzeniem rzezi UPA (Kresy.pl 10.11.2017).

Czas najwyższy odgrodzić się od Ukrainy chińskim murem i modlić się o to, aby ją diabli wzięli. Chociaż Polacy i Rosjanie nigdy nie będą przyjaciółmi, bez wątpienia z Rosją będziemy mieli mniej problemów niż z nacjonalistyczną – antypolską i dążącą do rewizji granicy Ukrainą, szczególnie jak przestaniemy być – w imię wspierania Ukrainy - skrajnymi rusofobami i powiemy Ameryce, że przyjaźń przyjaźnią i ją chcemy i cenimy i wiele dla niej zrobimy, ale niech się nie spodziewa, że Warszawa będzie działała na szkodę Polski i polskich interesów narodowych. Prezydent Trump bez przerwy mówi o stawianiu interesów amerykańskich na pierwszym miejscu! Podobnie prezydent Francji Macron (bijąc m.in. w polskie interesy ekonomiczne) czy premier Wielkiej Brytanii May. Dlaczego Polska ma być ZAWSZE frajerem?!

PiS oszukał własnych wyborców odnośnie polityki wschodniej

W „Do Rzeczy” (6.11.2017), ukazał się artykuł Macieja Pieczyńskiego pt. „W „Noworosji” chwalą Waszczykowskiego”, w którym przytacza m.in. tę oto wypowiedź działacza narodowego Dawida Hudźca: „…PiS oszukał własnych wyborców, bo podczas kampanii obiecał bezkompromisowość wobec „ukraińskiego szowinizmu”, a po wyborczym zwycięstwie nie dość, że wsparł Kijów kredytem, to jeszcze, „zamiast walczyć z banderowcami, zaproponował wojnę z pomnikami sowieckimi i z generalnie z Rosją, o czym partia wcześniej nie wspominała”. Zdaniem Hudźca symbolika banderowska powinna być potraktowana, zgodnie z prawem, jako zakazana w Polsce symbolika szowinistyczna i rasistowska, a więc i oficjalnie zakazana. „Trzy lata temu Polsce mówiono, że na Ukrainie nie ma żadnych banderowców, i że to wymysł rosyjskiej propagandy. Potem mówiono, że banderowców jest niewielu. Jeszcze później przekonywano, że to nie jest antypolska ideologia, a niszczenie polskich pomników to robota Rosji. Nad tą narracją usilnie pracowała władza i media. Jednak Polacy nie dali sobie sprzedać tego kłamstwa, wręcz przeciwnie – dziś obrona banderowców traktowana jest jak zdrada” – pisze Hudziec. Stwierdza, że słowa Waszczykowskiego jeszcze niewiele znaczą, dopóki nie pójdą za nimi konkretne decyzje. Podsumowuje jednak z pewną dozą optymizmu (oczywiście, optymizmu z punktu widzenia zwolennika donieckich prorosyjskich separatystów): „W Kijowie właśnie rozgrywa się kolejny Majdan. Tym razem nie ma tam pana Kaczyńskiego, a Gosiewska nie robi sobie już zdjęć z żołnierzami ochotniczych batalionów. Przeciwko Poroszence protestują radykałowie, którzy do tej pory nie przeszkadzali polskiemu MSZ. Wręcz przeciwnie, w 2014 roku otrzymywali pomoc humanitarną (mowa o batalionie ochotniczym „Azow”, na bazie którego powstała partia Korpus Narodowy, uczestnicząca dziś w kijowskich protestach – red.). Ale teraz ci ludzie chcą zdobyć władzę na Ukrainie i są pierwszymi kandydatami na „czarną listę”. Szczerze wątpię, czy na tej liście znajdzie się Poroszenko, który podpisywał ustawę, uznającą członków UPA i SS „Hałyczyna” za bohaterów Ukrainy. Pozytywnie podchodzę do oświadczenia (Waszczykowskiego) – trzeba poczekać na konkrety” – dodaje.

Lament B. Sienkiewicza i S. Nowaka nad biedną banderowską Ukrainą

Sienkiewicz w latach 2013-2014 był ministrem spraw wewnętrznych i koordynatorem służb specjalnych w rządzie Donalda Tuska. To on w warszawskiej restauracji Sowa w rozmowie z Markiem Belką – prezesem Narodowego Banku Polskiego powiedział, że Polska jest państwem teoretycznym – „ch…j, dupa i kamieni kupa”. W „Rzeczpospolitej” (4.11.2017) Sienkiewicz skomentował słowa Witolda Waszczykowskiego, który zapowiedział ostatnio, że zostaną uruchomione procedury, które "nie dopuszczą ludzi, którzy zachowują skrajnie antypolskie stanowisko, do przyjazdu do Polski. Ludzie, którzy ostentacyjnie zakładają mundury [14. Dywizji Waffen] SS Galizien, do Polski nie wjadą" - jak zapewni Waszczykowski. Szef MSZ powiedział też, że będzie się zastanawiał, czy nie odradzić prezydentowi Dudzie wizyty na Ukrainie. - Ten rząd i ten minister doprowadzają do sytuacji, która się nie zdarzyła przez prawie 30 lat istnienia państwa polskiego. Do takiego popsucia stosunków z Ukrainą, w których gruncie rzeczy rządzi historia. To nie obecnie żyjące pokolenia, nie nasze dzieci są w tej chwili ważne, tylko tak naprawdę trupy polskich obywateli sprzed 74 lat - mówił Sienkiewicz.

Pod tą informacją zamieściłem taki komentarz:
Widać, że o antypolskim i antyżydowskim banderyzmie na Ukrainie pan Sienkiewicz zapomniał, albo go lekceważy. Jak i o to, że proukraińska polityka rządów polskich w ostatnich 30 latach nic stronie polskiej dobrego nie dała. I nie chodzi tu o rzeź wołyńską, ale np. tragiczną sytuację Polaków na Ukrainie. Czy to p. Sienkiewicza nie martwi? Jeśli nie, to mam pytanie do niego: czy czuje się jeszcze Polakiem? Marian Kałuski, Australia

Z kolei były minister infrastruktury za czasów rządów PO (który według Pawła Kukiza powinien siedzieć we więzieniu polskim), a od października 2016 roku ukraiński obywatel i urzędnik (kieruje agencją dróg Ukrawtodorem), również krytykuje rząd Prawa i Sprawiedliwości i jego OBECNY stosunek do Ukrainy. (Za rządów Tuska też kłaniano się Ukraińcom w pas i spełniano jej wszelkie życzenia i ignorowano antypolonizm Kijowa). Sławomir Nowak plunął na Polskę pisząc na Twitterze: „Za pojednanie nie może być odpowiedzialna tylko jedna strona – ukraińska. Obecny polski rząd nie sprzyja dialogowi i odwraca się od Ukrainy. Taka jest prawda”.

Tacy „Polacy” byli w rządzie Platformy Obywatelskiej!

Jerzy Targalski straszy Polskę i Polaków ukraińskim odwetem

PiSowski ekspert od spraw wschodnich, bodajże największy, obok Pawła Kowala, kochanek Ukrainy i Ukraińców wśród Polaków, a przy tym skrajny, doprowadzający człowieka do wymiotów rusofob (np. jeśli się nie mylę, to on twierdził, że to sami Rosjanie zestrzelili rosyjski samolot z 220 pasażerami nad Synajem w 2015 r.), który we wszystkich krytykach polityki wschodniej Warszawy widzi agentów rosyjskich, dr Jerzy Targalski, w rozmowie z frondą.pl, niezadowolony z obecnych posunięć ministra spraw zagranicznych Witolda Waszczykowskiego wobec Ukrainy, przestrzega ostro przed zabawą zapałkami w stosunkach polsko-ukraińskich i ostrzega przed krokami odwetowymi ze strony Ukrainy (Kresy24.pl 6.11.2017). Ukraińcy już bardziej nie mogą prześladować nielicznych Polaków na Ukrainie. Dlatego czy Targalski boi się, że Ukraińcy ich wymordują w taki sam brutalny sposób w jaki mordowali Polaków na Wołyniu w 1943 roku, czy wypowiedzenia Polsce wojny przez Ukrainę – marszu odrodzonej SS Galizien na Warszawę? I po czyjej stronie będzie pan podczas tej wojny?

Panie Targalski, niech pan się wypcha swoimi strachami na Lachów! Swoimi licznymi niepoważnymi wypowiedziami deprecjonuje pan swój tytuł naukowy – doktora. A przy tym ośmiesza Prawo i Sprawiedliwość. Mnie osobiście obraził pan stwierdzeniem, że w sprawach polsko-ukraińskich rząd polski nie powinien się kierować wolą i opinią NARODU (Kresy24.pl 6.11.2017). Ładny z pana demokrata i z jaką pogardą odnosi się pan do obywateli polskich – suwerenów Polski!

Lider Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów grozi Polakom użyciem siły

Obecny lider frakcji melnykowskiej OUN, Bohdan Czerwak podkreśla, że nie ma takiej siły, która mogłaby zmienić nastawienie Ukraińców do OUN-UPA, Bandery czy Szuchewycza – o czym w Donbasie „przekonali się moskale”. – Polacy też chcą się przekonać? – pyta Czerwak. – Jego [Jarosława Kaczyńskiego] stanowisko odnośnie OUN i UPA niczym nie różni się od stanowiska Kremla –napisał Bohdan Czerwak na Facebooku, odnosząc się do głośnej w Polsce i na Ukrainie wypowiedzi szefa PiS Jarosława Kaczyńskiego o tym, że gloryfikowanie Stepana Bandery i zbrodniarzy z OUN-UPA uniemożliwi Ukrainie integrację z Unią Europejską. Słowa Kaczyńskiego nazwał „otwartym chamstwem”. – Kreml naszą odpowiedź dostaje w Donbasie. Konkretnie – pod Awdijiwką. Polacy też chcą się przekonać? – pyta lider frakcji melnykowskiej OUN. I dodaje: Swojej „Awdijiwki” Polacy nigdy by nie wytrzymali. Czyli, według Czerwaka, w wojnie (z ledwo zipiącą!) Ukrainą Polska by przegrała.

Słowa Kaczyńskiego wcześniej ostro skomentował Wołodymyr Wjatrowycz, szef ukraińskiego IPN i negacjonista wołyński i w ogóle skrajny wróg Polski i Polaków. Powiedział butnie: „Jarosław Kaczyński jest przekonany, że Ukraińcy „przebili Niemców w okrucieństwie względem Polaków”. I taki człowiek chce narzucać Ukraińcom własne fantazyjne wyobrażenia o przeszłości, jako warunek wsparcia w chwili obecnej. Imperializm z powikłaniami” – napisał na Facebooku. Opinię tę powtórzył w rozmowie ze stacją 112 Ukraina. Stwierdził tam, że „Kaczyński przeszedł sam siebie w niezrozumieniu ukraińskiej i polskiej historii”. Jego zdaniem, wypowiedź szefa PiS pokazuje jego pogardę względem Ukrainy, a ukraińską historię próbuje się wykorzystywać na wewnętrzny użytek w Polsce”. (Facebook.com / Kresy.pl 7.2.2017)

Znany Ukrainiec zapowiada bicie Polaków we Lwowie

Neobanderowski polityk zapowiedział, że odpowiedzią na asertywną politykę Polski wobec Ukrainy będą napady na Polaków noszących symbolikę AK we Lwowie. Jurij Michalczyszyn, ukraiński polityk ze Lwowa, były parlamentarzysta z ramienia neobanderowskiej Swobody oraz były doradca szefa SB Ukrainy, zagroził biciem Polaków, którzy będą nosić we Lwowie akowską symbolikę. Miałby to być odwet za ewentualne udzielanie zakazów wjazdu na terytorium Polski osobom, które prezentują antypolskie stanowisko (Kresy.pl 3.11.2017).

Szczerski: dostrzegamy negatywną ewolucję polityki Ukrainy względem Polski

2 listopada 2017 roku minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski zapowiedział, że zostaną uruchomione procedury które nie dopuszczą Ukraińców, zachowujących skrajnie antypolskie stanowisko, do przyjazdu do Polski. Przy okazji zapowiedział, że będzie się zastanawiał, „czy rekomendować polskiemu prezydentowi wizytę na Ukrainie w tej chwili”. Do wypowiedzi szefa MSZ odniósł się Krzysztof Szczerski, szef gabinetu prezydenta Andrzeja Dudy. W rozmowie z PAP podkreślił, że „relacje polsko-ukraińskie mają charakter złożony i nie sprowadzają się wyłącznie do kwestii bezpieczeństwa”. Przyznał też, że Kancelaria Prezydenta Rzeczpospolitej Polski dostrzega „negatywną ewolucję” ukraińskiej polityki, w tym względem Polski: „Dostrzegamy negatywną ewolucję polityki historycznej i tożsamościowej Ukrainy wobec Polski oraz jej pogarszające się relacje ze środkowoeuropejskimi sąsiadami. Fakty te prezydent bierze pod uwagę przy ocenie perspektyw stosunków polsko-ukraińskich”. Szczerski dodał, że prezydent w swoich decyzjach o polityce międzynarodowej „jak zawsze (…) będzie kierował się polskim interesem narodowym i wynikającą z niego wieloaspektową oceną działań naszych partnerów” (Kresy.pl 2.11.2017).

Nieprawda! Prezydent Andrzej Duda nie zawsze kierował się i kieruje polskim interesem narodowym. Np. nie tylko, że nie potępia, ale po cichu zdecydowanie popiera antypolską politykę rządu litewskiego wobec Polaków w Wilnie i na Wileńszczyźnie. Szczerski niedawno wyraźnie powiedział, że tych spraw prezydent nie będzie poruszał.

Prezydent Duda: Usunąć polakożerców z ważnych miejsc w ukraińskiej polityce

W rozmowie z Telewizją Trwam i Radiem Maryja (7.11.2017) prezydent Andrzej Duda powiedział m.in.: „Oczekuję od pana prezydenta Petro Poroszenki i od jego współpracowników, od pana premiera (Wołodymyra) Hrojsmana, że ludzie, którzy otwarcie głoszą poglądy nacjonalistyczne i antypolskie nie będą zajmowali ważnych miejsc w ukraińskiej polityce, ponieważ tacy ludzie nie budują relacji pomiędzy naszymi krajami, oni je burzą. Więc tacy ludzie w wielkiej polityce, w polityce, która ma międzynarodowe znaczenie, nie powinni mieć od strony ukraińskiej miejsca”. Dodał, że „To, że są (takie osoby) - bo przecież wszyscy wiedzą że są - to bardzo niedobry znak ze strony ukraińskiej wobec nas. O tym też trzeba głośno mówić, że na bardzo ważnych stanowiskach na Ukrainie są ludzie, którzy praktycznie otwarcie mają poglądy antypolskie. To jest coś nie do przyjęcia”.

Ukraina musi spełniać żądania Polski

W „Rzeczpospolitej” (3.11.2017) ukazała się bardzo radykalna – trudna do wprowadzenia w życie wypowiedź Jazmiga, która jednak nie jest pozbawiona logiki. Jazmig pisze: „Cała filozofia pisowskiej polityki wobec Ukrainy wynika z założenia, że za wszelką cenę musimy mieć dobre stosunki z tym krajem. Zdaniem pisowców Ukraina jest wrogiem Rosji i przyjacielem Polski. Jest to poważny, strategiczny błąd władz Polski od początku III RP., lepszy jest bowiem prawdziwy wróg od fałszywego przyjaciela. O ile można było się jakoś układać z w miarę cywilizowanymi poprzednimi władzami Ukrainy, to z władzami banderowskimi jest to krok samobójczy. Banderowcy byli są i będą antypolscy i proniemieccy. Mówi o tym historia, więc nie będę uzasadniał tego faktu. Banderowska Ukraina bez osłonek zgłasza swoje pretensje terytorialne wobec Polski, a rzeczywiste cele Niemiec są podobne, aczkolwiek na razie skrywane. W razie problemów, obydwa te państwa rzucą się na Polskę bez chwili wahania. W chwili obecnej to Ukraina ma interes w tym, żeby mieć dobre stosunki z Polską. Ukraina nie ma Polsce nic do zaoferowania, bo jej władze i tak są z Rosją w złych stosunkach z powodu Krymu i Donbasu, a bez Polski Ukraina nie dostanie się ani do UE, ani do NATO. Dlatego to Polska może i powinna narzucać Ukrainie warunki współpracy i zacząć od tego, aby władze ukraińskie zostały oczyszczone z banderowców. Ukraina nie może wrócić do dobrych stosunków z Rosją, bo musiałaby na początek zrezygnować z wszelkich pretensji do Krymu. Dlatego Ukraina jest na musiku i musi spełniać żądania Polski. Skoro dzieje się odwrotnie, to oznacza, że albo mamy nieudolne władze, albo te władze zdradzają świadomie swój kraj – Polskę”.

Banderowska Ukraina do niczego nam nie jest potrzebna

Na pytanie, do czego potrzebna jest Polsce banderowska Ukraina, odpowiedź powinna brzmieć – do niczego – odpowiedział Leszek Miller, były premier Polski i były szef SLD.
Czas najwyższy, aby wreszcie to zrozumieli politycy PO i PiS.
Były premier Leszek Miller na łamach se.pl komentował ostatnie napięcia na linii Kijów-Warszawa. Zwrócił uwagę m.in. na to, że antypolskie wypowiedzi byłego prezydenta Wiktora Juszczenki i szefa Ukraińskiego IPN Wołodymyra Wiatrowycza wreszcie doczekały się reakcji ze strony polskich władz (Kresy.pl 8.11.2017).

Pomimo tego nic się nie zmieni w polityce PO i PiS wobec Ukrainy

„Polak mały” w Onet.pl z 6 listopada 2017 pisze: Cytat: Minister Waszczykowski "Ocenił, że postawa władz ukraińskich jest zadziwiająca, ponieważ "Polska jest jednym z nielicznych już adwokatów sprawy ukraińskiej, szczególnie w kwestiach utrzymania jedności państwa, terytorialnej jedności, w kwestiach odzyskania Krymu, odzyskania Donbasu". - Więc jesteśmy potrzebni Ukraińcom i rządowi, szczególnie centralnemu - przekonywał Waszczykowski.... - tu powiedział prawdę. My im jesteśmy rzeczywiście bardzo potrzebni, no ale oni do czego nam są potrzebni - do dalszego dawania im pieniędzy, wspomagania grantami, ciągłych nas upokorzeń, do zakłamywania historii? Pomimo, że Waszczykowski nie jest z mojej bajki i gra pod publiczkę to powiedział prawdę. Niestety, ale żadne czyny za tym nie pójdą i nic się nie zmieni w naszej postawie wobec Ukrainy. Ja w to nie wierzę...

I nic się jednak nie zmienia

Na fali krytyki polityki Ukrainy wobec Polski, którą rozpoczął na początku listopada br. minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski, na rozpoczynające się 8 listopada posiedzenie Sejmu zaplanowano drugie czytanie projektu ustawy klubu Kukiz"15 zakazującego propagowania w Polsce banderyzmu i podważania zbrodni ludobójstwa na Wołyniu. Projekt został złożony dokładnie rok temu i do tej pory zgodnie z decyzją Jarosława Kaczyńskiego znajdował się w tzw. zamrażarce sejmowej. Tymczasem tuż przed rozpoczęciem posiedzenia, na konwencie seniorów, zapadła decyzja o zdjęciu tego punktu z dzisiejszych obrad. Głos w tej sprawie zabrał poseł Tomasz Rzymkowski z Kukiz’15. PiS po raz kolejny blokuje ustawę o penalizacji banderyzmu. Polityk ocenił, że zapowiedziana ostatnio zmiana w relacjach z banderowską Ukrainą jest pozorna. Według polityków PiS banderowcy na nas nie plują, to tylko deszcz pada. (Polakożercy) Giedroyć i Geremek są dumni z PiS! – ocenił Tomasz Rzymkowski. W 1990 roku parlament polski potępił Akcję Wisła, a do tej pory Sejm nie jest w stanie potępić i wprowadzić do swojego porządku prawnego regulacji, która będzie potępiała banderyzm – zbrodniczą ideologię, która kładzie się cieniem między naszymi narodami – mówił Rzymkowski. Poseł Kukiz15 tłumaczył, że jeśli my jednoznacznie nie powiemy, że banderyzm jest zły, to nie możemy oczekiwać tego od naszych sąsiadów. Czekam, kiedy warta honorowa SS Galizien będzie przyjmowała polskiego ministra spraw zagranicznych, polskiego prezesa rady ministrów i polskiego prezydenta. To jest skandal! Jak długo będziemy to tolerować? Jak długo będą przyjeżdżać przedstawiciele państwa ukraińskiego, pluć nam w twarz, porównując marszałka Piłsudskiego (…) z bandytą Banderą, naszych bohaterów z AK i NSZ z bandytami z OUN-UPA? Jak długo będziemy znosić te upokorzenia?! – zakończył Rzymkowski (DoRzeczy 8.11.2017).

Głupota wielu polityków polskich – mądrość zwykłych Polaków

Dla rządzących Polską od 1991 roku interesy Ukrainy są ważniejsze od polskich interesów narodowych. Z ludzkich mózgów robi się sieczkę mówiąc: „Nie ma wolnej Polski bez wolnej Ukrainy”. Stąd musimy akceptować banderyzm na Ukrainie i jego i rządu ukraińskiego antypolskie oblicze. Honor narodowy to wymysł agentów Moskwy. Zapomina się o jakże ważnym powiedzeniu: Szanuj siebie samego, a będą ciebie szanować. Szczytem bezczelności rządzących było i jest przedstawianie siebie jako patriotów polskich. Zapominają o tym, że prawdziwy patriotyzm nie jest wybiórczy. Że dobry i mądry polityk-patriota dba przede wszystkim i zawsze o dobro własnego państwa i narodu. Warto przypomnieć tu słowa prawdopodobnie największego poety polskiego XX w. oraz wielkiego i szczerego (a takich dziś wśród Polaków nie ma!) patrioty polskiego Mariana Hemara, który w książce „Awantury w rodzinie” (Londyn 1967, str. 84) napisał: „Polityka jest amoralna, co więcej, musi być amoralna, w tym jej siła i realizm. Polityka jest bowiem sztuką działania dla dobra własnego narodu, dla żadnych innych celów, jest sztuką świętego egoizmu, świętego oportunizmu, świętej hipokryzji, świętego profitu”. A my mamy dzisiaj u władzy polityków – niby patriotów polskich, którzy akceptują banderowską, czyli antypolską Ukrainę, godzą się na prześladowanie Polaków na Ukrainie, są chętni rozmawiać z Ukraińcami na kolanach, dawać Ukrainie miliardy złotych na wieczne nieoddanie i spełniać wszystkie jej życzenia, a plucie na Polaków (w tym także i na nich!) nazywają padaniem deszczu. Nie brak wśród zwykłych Polaków - ludzi mądrzejszych od naszych przywódców politycznych. Nijaki Jazmig w internetowej „Rzeczpospolitej” napisał: „Fundamentalną zasadą polityki jest stwierdzenie, że silne państwo to takie, które ma samych słabych sąsiadów. Już tylko dlatego nie mamy interesu w tym, żeby Ukraina była mocna. Ponadto rządzona przez banderowców Ukraina jest antypolska i proniemiecka, a co gorsza, Ukraina wysuwa wobec Polski poważne roszczenia terytorialne. Ostatnio ukraiński IPN wyprodukował grę planszową dla szkół, na której spora część terenów Polski znajduje się w granicach Ukrainy”.

Opr. Marian Kałuski
(Nr 165)

Wersja do druku

W. Panasiuk - 20.11.17 1:16
Chylę czoła przed autorem tego artykułu. Napisał Pan szczerą prawdę. zasadnicze pytanie brzmi: dlaczego nasi rządzący nie rozumieją tak prostych pojęć? Może po prostu nie chcą zrozumieć, albo czerpią z tego jakieś korzyści. Jak można lekką ręką dawać miliardy wrogom gdy nasz biedny kraj jeszcze tak daleki od doskonałości nie ma na szpitale i inne potrzeby. O dziwo nawet temu nie sprzeciwia się ta niedobra opozycja. Są momenty kiedy trudno odróżnić po od pisu. O ważnych sprawach nie mówi się nic, albo marginalnie, natomiast błahe nagłaśnia się do przesady i niekiedy ten wzrost gospodarki i inne sukcesy przypominają erę wczesnego Gierka albo nawet późnego Gomułki. W tamtym czasie rosło pogłowie, górnicy przekraczali 200% normy. Podwyższano minimalne płace, ale nie zmniejszano maksymalnych. teraz jest podobnie, na ten przykład otrzymałem podwyżkę emerytury aż o 7 zł. miesięcznie. Na tysiącu złotych robi to ogromne wrażenie. Czy to nie sukces? Podobnych mamy wiele. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Marian Kaluski - 19.11.17 19:05
Jan Orawicz: Dziękuję Panu za głębsze zainteresowanie się pogłębiającym się kryzysem polsko-ukraińskim. Oczywiście, to nie otwarta wojna i do niej chyba nigdy nie dojdzie. Jest to jednak tzw. "zimna wojna". Okładka ostatniego - 47 numeru "DoRzeczy" reklamuje artykuł pt. "Zimna wojna coraz gorętsza. Ukraina kontra Polska".
Oczywiście, zapewne większość Ukraińców nie jest wrogo nastawiona do Polski i Polaków. Ale ta większość nie rządzi Ukrainą. Rządzą nią wrodzy nam banderowcy.
Pozdrawiam,
Marian Kałuski

Lubomir - 19.11.17 14:37
Na szczęście z polskiej perspektywy nie ma takiej wojny. Można spotkać kulturalnych i uprzejmych Ukraińców, a to w firmie internetowej, a to przy wykładaniu towarów w którymś z hipermarketów, a to pytającego, jak dojść w nieznane miejsce?. Oby było tak dalej. Prowokatorów nigdy nie brakuje!.

Jan Orawicz - 18.11.17 20:17
Panie autorze tego artykułu,jeszcze nie jest tak żleł! Przecież nie słychąć
armatnich kanonad - żeby to nazwać wojną.To są nieporozumienia, wywołane
przez ukraińskich wariatów,którzy wracają do tamtego swojego niechlubnego
czasu. I to bez najmniejszego powodu! Myślę,że wielu Ukrainców nie podziela
ich nieodpowiedzialnych zachowań.Oczywiście Putinowi zależy na wojnie
Ukrainsko-Polskiej.Bo przecież,jak wskazuje historia, nasz wschodni sąsiad nie
różni się od sąsiada zachodniego. To są kolosy,które bardzo odważnie napadają
na słabsze od siebie kraje,by je zabijać i rabować! Do tej pory, ci bandyci i rabusie nie zwrócili nam zrabowanych dóbr w czasie napadu na nas w 1939r.
Jak chcemy odszkodowania od nich,to bezczelnie nam odmawiają spłat ,a
zarazem zwrotu zrabowanych dóbr kultury - w ilości przeszło 6O tysięcy!!
To jest bandycka kultura tych kolosów,którą się popisują na oczach świata
cywilizowanego. A ten cały cywilizowany świat,jest tak zcywilizowany,że w
tej sprawie, napełnia swoja buziunię przysłowiową wodą.A to znaczy,że
bandytyzm silniejszych - jest tworem niekaralnym! Oto odwieczny dorobek
tzw. Humanizmu Człowieka,który jeszcze nie wyzbył się bandyckich zachowań
wobec słabszych. To jest sprawa przerażająca. To jest objaw zdziczenia
Człowieka,który zabija słabszych od siebie! A gdzie jest Przykazanie Boże:
Nie zabijaj?! Ten przykry temat trwa i jest nietykalny -na życzenie Belzebuba!
Pozdrawiam Szanownego Autora artykułu!

Jan Orawicz - 17.11.17 20:20
Szanowny Panie historyku, szczerze gratuluje tej Pańskiej historycznej pracy!!
A to z tego prostego powodu,że moja wiedza historyczna jest nazbyt skromna!
I to z tej prostej przyczyny,że należę do tego pokolenia Polaków,przed którymi
nauczyciele skrywali prawdy historyczne albo je sami nie znali. Wiadoma też jest
ta sprawa,że wielu historyków, napastnik niemiecki zamordował już w pierwszym jego uderzeniu na Polske.Po nim, czerwony bandyta ze wschodu także nie głaskał
polskich nauczycieli historii! Ten pierwszy bandyta kazał nam kochać państwo
niemieckie, na czele z bandytą Hitlerem,a ten ze wschodu, rozmiłowywał w nas
miłość do Kraju Rad i Stalina. Jeden i drugi bandyta wpajał w nas swoją załganą
histiorię -czesto za pomocą siły fizycznej. Z tego powodu, powojenne pokolenie
nas młodych Polaków, prawdziwą historię Polski poznawało od rodziców i tych,
starszych Polaków,którzy cudem przeżyli wojnę.Póżniej powstały księgarnie zbioru starych ksiażek,co pozwalało nam na poznawanie autentycznej histori Polski.
Ale już wtedy, dorosłe życie z jego potrzbami zabierało czas na czytanie starych
ksiażek -od deski do deski. Pozdrawiam

Wszystkich komentarzy: (5)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

14 Grudnia 1788 roku
Urodził się Piotr Szembek, hrabia, generał dywizji wojsk polskich w 1831 (zm. 1866)


14 Grudnia 1799 roku
Zmarł George Washington, pierwszy prezydent USA (ur. 1732)


Zobacz więcej