Sobota 16 Grudnia 2017r. - 350 dz. roku,  Imieniny: Albiny, Sebastiana

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 06.10.17 - 19:25     Czytano: [659]

Sługa boży abp wileński Jan Cieplak


Kościół katolicki na Kresach dawnej Rzeczypospolitej stanowił przez wieki i stanowi nadal integralną część historii Kościoła polskiego, gdyż, poza terenami litewskimi (głównie Żmudź), miał do niedawna charakter polski. W okresie zaboru rosyjskiego tych ziem (1772-1915) prawosławna Rosja – tak władze carskie jak i Cerkiew rosyjska robiły wszystko, aby zniszczyć nie tyle katolicyzm na Kresach (chociaż było to ich marzenie, do którego powoli dążyli) co przede wszystkim jego polski charakter, szczególnie po Powstaniu Styczniowym 1863 roku. Starano się o wprowadzenie do kościołów nabożeństw dodatkowych, kazań i śpiewów i nauki religii w języku rosyjskim. Jak pisze bp Wincenty Urban: „Usiłowania te… wypełniły osobne karty naszej przeszłości bardzo bolesnej, niekiedy przepełnionej w tym względzie tragizmem…” („Ostatni etap dziejów Kościoła w Polsce przed nowym tysiącleciem (1815-1965)” Rzym 1966). Niestety, w tej walce z polskością Kościoła katolickiego na Kresach brał udział po stronie zaborcy rosyjskiego Watykan. Tylko dzięki niezłomnej postawie tamtejszych Polaków oraz wielu księży i biskupów, carat nie był w stanie wyrugować język polski z tamtejszych kościołów.

W 1917 roku upadł carat w Rosji, a w 1991 roku władza komunistyczna w Związku Sowieckim. Mieszkający tam katolicy polscy w znacznym stopniu odzyskali wolność religijną. W pełni wybuchła w latach 90. XX w. polskość Kościoła na Kresach, szczególnie na Białorusi i Ukrainie. Niestety, nie na długo. Teraz w walce z polskością Kościoła na Białorusi i Ukrainie pierwsze skrzypce grały nie tyle rządy białoruski i ukraiński, ale Watykan – Stolica Apostolska. I to za pontyfikatu pochodzącego z Polski papieża Jana Pawła II (papież udowodnił tym, że interesy Watykanu stawiał powyżej interesów narodu polskiego!). Postanowiła ona utworzyć etnicznie białoruski, ukraiński i rosyjski Kościół katolicki oraz wzmocnić Kościół litewski na Wileńszczyźnie. A do tej akcji prowadzonej na dużą skalę postanowiono wciągnąć Kościół polski! Ten, ponoć zawsze stojący z narodem polskim, nie tylko że nie omieszkał zaprotestować przeciwko tej antypolskiej akcji Watykanu, ale, nie ośmielając przeciwstawić się woli „polskiego” papieża, ochoczo przystąpił do niej i jednocześnie dbał o to, aby w Polsce tłamsić wszelką krytykę tej antypolskiej działalności Watykanu. Oczywiście ta akcja mogła się dokonać tylko poprzez depolonizację tamtejszych katolików. Bardzo często odbywało się to w sposób brutalny: wbrew woli parafian język polski w liturgii, katechezie itd. zastępowano białoruskim, ukraińskim i rosyjskim. Gorzej, w tej renegackiej pracy uczestniczyło i uczestniczy setki księży, zakonników i sióstr zakonnych przysłanych w tym celu z Polski.
Powstanie narodowych etnicznie Kościołów katolickich: białoruskiego, ukraińskiego i rosyjskiego pociągnęło za sobą również – zgodnie z planem - depolonizację historii Kościoła na Kresach. Nawet dla Kościoła polskiego nie jest to już część historii Kościoła polskiego, a tylko część historii Kościołów białoruskiego, ukraińskiego i rosyjskiego, pomimo tego, że ludzie, którzy tworzyli tę historię byli Polakami i byli ściśle związani z Kościołem polskim. Obrazuje to dobitnie historia arcybiskupa wileńskiego Jana Cieplaka, którego obdziera się z polskości, chociaż urodził się na ziemi polskiej, w polskiej rodzinie – a więc był Polakiem z krwi i kości. Robi się z niego kapłana Kościoła rosyjskiego. A w jego depolonizacji partycypuje Kościół polski!

Jan Feliks (ochrzczony jako Jan Chrzciciel) Cieplak urodził się 17 sierpnia 1857 roku w Dąbrowie Górniczej (Zagłębie Dąbrowskie, woj. śląskie). Ukończył gimnazjum w Kielcach, następnie tamtejsze katolickie seminarium duchowne (1873-78), po czym Akademię Duchowną (1882) w Petersburgu i tam też 24 lipca 1881 roku przyjął święcenia kapłańskie. Od 1883 roku wykładał na tej Akademii: archeologię biblijną, liturgię, teologię moralną oraz uczył śpiewu kościelnego. 12 czerwca 1908 roku papież Pius X mianował go biskupem pomocniczym archidiecezji mohylewskiej – największej wówczas kościelnej jednostki administracyjnej na świecie, obejmującej swym zasięgiem niemal całe państwo rosyjskie. Na tym stanowisku rozwinął bardzo ożywioną działalność duszpasterską i patriotyczno-narodową i zyskał miano apostoła Syberii. W 1909 roku konsekrował kościół katolicki dla Polaków w Harbinie (Chiny). Po rezygnacji z urzędu w 1914 roku arcybiskupa mohylewskiego Wincentego Kluczyńskiego został administratorem apostolskim tej archidiecezji; 29 kwietnia 1919 roku papież Benedykt XV mianował go arcybi
skupem tytularnym. Po obaleniu caratu w lutym 1917 roku brał udział w pracach Komisji Likwidacyjnej ds. Królestwa Polskiego. Podczas prześladowania Kościoła katolickiego przez bolszewików abp Cieplak dwukrotnie – w latach 1920 i 1922 – trafiał do więzienia. W dniach 21-25 marca 1923 roku odbył się w Moskwie jego proces pokazowy, na którym wraz z 14 innymi duchownymi został skazany na karę śmierci za "podżeganie do buntu przez zabobony". Jednakże pod naciskiem międzynarodowym i ostrzeżeniach ze strony rządu polskiego władze sowieckie zamieniły mu najpierw wyrok na 10 lat więzienia, a następnie wydaliły z ZSRR, skąd 12 kwietnia 1924 roku wyjechał przez Rygę do Polski. W rok później został tu odznaczony Wielką Wstęgą Orderu Odrodzenia Polski.

Na zaproszenie Polonii amerykańskiej i Kościoła amerykańskiego abp Cieplak 25 października 1924 roku udał się drogą morską z Rzymu do Stanów Zjednoczonych. Jako męczennik za wiarę katolicką odbył triumfalną pielgrzymkę po tym kraju. Na samą uroczystość jego powitania w Nowym Jorku przybyło dwustu księży, a także 10 tys. Polaków zamieszkałych w Ameryce. Z abp Cieplakiem spotkał się prezydent Stanów Zjednoczonych – Calvin Coolidge. Arcybiskup odwiedził prawie siedemset polskich kościołów i parafii, szkół czy też polskich organizacji znajdujących się w 25 diecezjach w USA, wygłaszając przeszło 800 kazań i przemówień. Umocnił w wierze i w przywiązaniu do Polski olbrzymie rzesze rodaków („Gazeta Petersburska” styczeń 2016).

10 lutego 1925 roku został podpisany konkordat Polski ze Stolicą Apostolską, który 30 maja został ratyfikowany i zatwierdzony podpisami przez prezydenta Stanisława Wojciechowskiego, premiera Władysława Grabskiego i ministra spraw zagranicznych Władysława Skrzyńskiego. W myśl konkordatu została zorganizowana nowa organizacja terytorialna Kościoła katolickiego w Polsce. Do dotychczasowych arcybiskupstw: Gniezno, Lwów i Warszawa przybyła prowincja kościelna Wilno i Kraków.
W czasie pobytu abpa Jana Cieplaka w USA papież Pius XI 14 grudnia 1925 roku mianował go arcybiskupem i pierwszym metropolitą wileńskim. Ingres miał się odbyć 25 marca 1926 roku. Niestety,
na początku lutego 1926 roku arcybiskup doznał silnego przeziębienia, które doprowadziło do ostrego zapalenia płuc, a w konsekwencji do nieoczekiwanej śmierci. Abp Jan Cieplak zmarł 17 lutego 1926 roku w szpitalu w Passaic, koło Nowego Jorku. Ks. F. Rutkowski w książce „Arcybiskup Jan Cieplak” napisał, że pragnieniem Polaków w Ameryce był jego pochówek na amerykańskiej ziemi, ale uznali, że „jedyne prawo do arcybiskupa ma Wilno lub Wawel, który gromadzi wszystkich największych w narodzie”.

Zwłoki Arcybiskupa przybyły do Polski i 16 marca 1926 roku zostały pochowane w katedrze wileńskiej św. Stanisława, biskupa. W pogrzebie z wojskowymi z honorami uczestniczył prezydent RP – Stanisław Wojciechowski, minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego – Stanisław Grabski, a także minister spraw wewnętrznych – Władysław Raczkiewicz. W ten sposób pogrzeb abp. Jana Cieplaka był dla niego jednocześnie pośmiertnym ingresem do katedry wileńskiej.

Na miejscu pochówku abpa Cieplaka, w ścianie dotykającej zakrystii, odsłonięto w lipcu 1929 roku jego nagrobny pomnik. Wyobrażony na nim jest arcybiskup w stroju pontyfikalnym z wzniesionym krzyżem w prawej i pastorałem w lewej ręce. Tło i obramowanie wykonane robotą stiukową w kolorze marmuru kieleckiego było dłuta wybitnego rzeźbiarza wileńskiego prof. Bolesława Bałzukiewicza. Napis był następujący: „Ksiądz Jan Cieplak Dr. teolog. Nominat Arcybiskup – Metropolita Wileński, ur. 1857 r. Na kapł. wyśw. 1878. Długoletni profesor Akademii Duch. w Petersburgu. Od r. 1908 Biskup-Sufragan Mohylewski. Od r. 1919 rządził Archid. Mohylewską. Za wiarę i Kościół przez komunistów wtrącony do więzienia 30 marca 1923 r. Skazany na śmierć, za wstawiennictwem Ojca św. Piusa XI i mocarstw Zagr. Zwolniony. Wrócił do Polski. Gdy niósł otuchę Polakom w Ameryce, mianowany dnia 14 grudnia 1925 R. na Arcybiskupstwo Wileńskie. Zmarł w Passaic N. Y. 17 lutego 1926 r. Osierocając swą stolicę wprzód, nim ją objąć zdołał. Mąż głębokiej wiedzy, silnej wiary, wielki miłośnik Kościoła i Ojczyzny, miłosierny względem ubogich i cierpiących”. Poświęcenia pomnika dokonał abp Edward Ropp, były biskup wileński i metropolita mohylewski na wygnaniu, w otoczeniu licznego zastępu księży, którzy wyższe wykształcenie teologiczne otrzymali w Akademii Duchownej w Petersburgu i w znacznej większości byli tam uczniami abpa Cieplaka. Po Mszy św. ża¬łobnej wygłosił okolicznościowe przemówienie prałat Ludwik Gawroński z Kielc, który także był profesorem tejże Akademii i przyjacielem abpa Cieplaka („Gazeta Petersburska” styczeń 2016).

Podczas rządów sowieckiej administracji katedra w Wilnie została w 1950 roku zamknięta i przekształcona na magazyn, a potem na salę koncertową organowej muzyki. W czerwcu 1956 roku otwarto w niej także galerię obrazów skradzionych Polakom. Władze sowieckie nie ruszyły jednak pomnika abpa Jana Cieplaka. Katedra została zwrócona katolikom w 1989 roku i wkrótce rekonsekrowana. Litwini jeszcze wówczas okupujący polskie Wilno uczynili z katedry „litewską świątynię narodową” i od tej pory całe duszpasterstwo parafialne, jak i msze św. odbywają się wyłącznie w języku litewskim, uniemożliwiając 100-tysięcznej rzeszy Polaków tam mieszkającym odprawianie nabożeństwa w ich ojczystym języku w tej historycznej POLSKIEJ świątyni. Antypolonizm biskupów i duchownych litewskich doprowadził do tego, że przed samą historyczną wizytą „polskiego” papieża Jana Pawła II na Litwie w dniach 4-8 września 1993 roku, w katedrze wileńskiej usunięto nagrobne epitafium abpa Jana Cieplaka, a w miejsce jego stanęło popiersie litewskiego biskupa bł. Jerzego Matulewicza (Jurgis Matulaitis). „Polski” papież Jan Paweł II, chociaż bardzo dobrze znał historię apba Jana Cieplaka, zignorował ten fakt i 4 września 1993 roku modlitwą w wileńskiej katedrze rozpoczynał swoją apostolską wizytę na Litwie, tak jakby nic antypolskiego się w niej nie stało. A przecież tak postępując Litwini dopuścili się złowrogiego aktu i nieuszanowania miejsca pochówku pierwszego metropolity wileńskiego. Tym bardziej musi to dziwić, że abp Jan Cieplak będąc profesorem Akademii Duchownej w Petersburgu był wychowawcą niektórych późniejszych litewskich biskupów i duchownych, jak np.: Franciszka Karewicza (Karevicius) i Józefa Skwireckiego (Skvireckas), a także biskupów: Antoniego Baranowskiego, Kacpera Felicjana Cyrtowta, Antoniego Karasia (Karosas), Leonarda Mieczysława Pallulona, Kazimierza Połtarokasa, Mieczysława Reinys czy też samego Jerzego Matulewicza, z którym spotkał się w Rzymie w 1924 roku. Wychowankiem abpa Cieplaka był także ks. Jonas Maironis, litewski poeta i dramaturg. Niestety, także Kościół polski przemilczał tę przykrą i o wyraźnie antypolskiej wymowie sprawę.

Jak zauważa redakcja „Gazety Petersburskiej”: „Obecnie w imię pewnej uczciwości i dziejowej sprawiedliwości trzeba domagać się, aby nagrobne upamiętnienie Sługi Bożego abp. Jana Cieplaka wróciło na swoje dawne miejsce w katedrze św. Stanisława w Wilnie. Ono prawdopodobnie zachowało się i jest skrycie gdzieś przechowywane w katedrze”.

O otwarciu procesu beatyfikacyjnego abpa Jana Cieplaka myślano zaraz po jego nieoczekiwanej śmierci. Nalegała na to zwłaszcza Polonia amerykańska. Jednak do jego otwarcia doprowadził dopiero znany kapłan archidiecezji wileńskiej i działacz emigracyjny ks. Walerian Meysztowicz (1893-1982), który przez wiele lat mieszkał w Watykanie (w 1945 założył Polski Instytut Historyczny w Rzymie), za namową ks. prał. Giovanniego B. Montiniego (późniejszego papieża Pawła VI), doprowadził do oficjalnego rozpoczęcia 23 czerwca 1952 roku procesu beatyfikacyjnego przed diecezjalnym Trybunałem Wikariatu Miasta Rzymu. Zezwolił na to swoim wstępnym aktem Pius XII, a inicjatywę tę poparli także ówcześni polscy hierarchowie, wśród których było wówczas wielu patriotów polskich.

Kardynał-prefekt Cicognani na osobistej audiencji przedstawił papieżowi Janowi XXIII decyzję kardynałów o uznaniu prawowierności pism abpa Cieplaka. A ponieważ papież Jan XXIII decyzję tę "najmiłościwiej uznać i zatwierdzić raczył", Kongregacja wydała dekret o prawomyślności "pism Sługi Bożego Jana Cieplaka, arcybiskupa wileńskiego". Za pontyfikatu papieża Pawła VI proces zbliżał się już do zakończenia i ogłoszenia daty beatyfikacji. Sprawa ta była wówczas priorytetowa, a toczyła się niemal równolegle ze sprawą beatyfikacji o. Maksymiliana Kolbego. Brakowało tylko tzw. "animadversiones" (zastrzeżenia) – nt. ewentualnych zarzutów przeciwko świętości arcybiskupa. Postulator procesu osobiście na prywatnej audiencji u Pawła VI poprosił go o przyspieszenie wydania tego dokumentu. Tymczasem papież, który zanim jeszcze objął ten urząd, sam zachęcał ks. Meysztowicza do rozpoczęcia starań o beatyfikację, nie zdecydował się na wydanie "animadversiones", co spowodowało wstrzymanie, a nawet zrezygnowanie z procesu beatyfikacyjnego. Ciekawe, że papież Jan Paweł II, który wyniósł na ołtarze całe mrowie Polaków, jakoś dziwnie zapomniał o abp Janie Cieplaku. Kogo teraz nie chciano urazić? Dlaczego Jan Paweł II nie chciał być promotorem prawdy o świątobliwym abpie Janie Cieplaku? Tym bardziej, że on bardziej zasługiwał na świętość – wyniesienie na ołtarze bo był męczennikiem za wiarę niż Jan Paweł II.

W tej sprawie ks. Meysztowicz w swojej książce "Gawędy o czasach i ludziach" (Londyn 1983) w opowiadaniu o abpie Cieplaku napisał tylko jedno zdanie: "Można robić różne na ten temat domysły – wszystkie niepewne; wszystkie mogą kogoś urazić lub czyjś gniew obudzić. Lepiej ich zaniechać".

Dziś jednak można być pewnym, że proces beatyfikacyjny abpa Jana Cieplaka wstrzymano wskutek poprawności politycznej niektórych watykańskich hierarchów i przyjętej wówczas polityki zbliżenia z Sowietami. Na spotkaniu we francuskim Metzu w sierpniu 1962 roku w największej tajemnicy uzgodniono bowiem, że biskupi Rosyjskiego Kościoła Prawosławnego przybędą na Sobór Watykański II, pod warunkiem jednak, że nie dojdzie na nim do potępienia komunizmu. Tak też się stało, stąd wówczas beatyfikacja abpa Cieplaka – męczennika komunizmu – byłaby dla Watykanu bardzo niewygodna. Czy także dla Boga?!

Obecnie czynione są starania o wznowienie procesu beatyfikacyjny pierwszego metropolity wileńskiego Jana Cieplaka (informacje te opracowane przez Annę Mroczek pochodzą od ks. K. Pożarskiego z Petersburga).

W dniach 13-15 listopada 2015 roku w Petersburgu odbyła się międzynarodowa konferencja o abp Janie Cieplaku „Znaczenie życia i działalności arcybiskupa Jana Cieplaka dla Kościoła katolickiego w Rosji i w Polsce 1882–1926”, poświęcona życiu i działalności administratora archidiecezji mohylewskiej. Okazją do jej zorganizowania była przypadająca 17 lutego 2016 roku 90. rocznica śmierci abpa Cieplaka. W programie, oprócz referatów historyków z Polski i Rosji, było także odsłonięcie wystawy fotograficznej i tablicy pamiątkowej w kościele św. Stanisława. Konferencja została zorganizowana przez Dziekanat Północno-Zachodniego Regionu Archidiecezji Matki Bożej w Moskwie, Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe „Polonia” im. Adama Mickiewicza, Petersburski Związek Polaków im. Bp. Antoniego Maleckiego, Parafię Św. Stanisława w Petersburgu (główny organizator), przy współpracy z Instytutem Polskim w Petersburgu i Fundacją „Pomoc Polaków Na Wschodzie” w Warszawie. Podczas gdy w latach 50. XX w. biskupi polscy popierali starania o beatyfikację abpa Jana Cieplaka, teraz, uznając to za sprawę Kościoła rosyjskiego, zupełnie ją ignorują. Potwierdza to brak chociażby jednego biskupa polskiego na konferencji.

Kościół polski świadomie imputuje od swej historii, która jest także częścią historii Narodu Polskiego, bezapelacyjnie polską historię katolicką na dawnych Kresach Rzeczypospolitej.

Oto jak patriotyczny jest współczesny katolicki Kościół w Polsce i jego biskupi! Odnośnie Polaków na Wschodzie bezapelacyjnie działa na szkodę narodu polskiego.

A oto jeszcze jedna krytyka biskupów polskich, którą podaję, aby nie być oskarżony o bezpodstawną krytykę Kościoła polskiego: Związany z Prawem i Sprawiedliwością politolog dr Jerzy Targalski udzielił wywiadu portalowi Fronda, w którym w ostrych słowach skrytykował postawę niektórych polskich biskupów wobec panującego w Polsce systemu politycznego. Targalski zarzucił niektórym biskupom, że zamiast popierać „wolną Polskę i Jezusa Chrystusa”, wolą popierać „komunistów” i Rosję. Kardynałowi Nyczowi zarzucił posługiwanie się kłamstwem i zasugerował, że metropolita warszawski widzi w obecnym systemie korzyści dla siebie. Według Targalskiego dobrzy biskupi znajdują się obecnie w mniejszości („Targalski zarzucił kardynałowi Nyczowi, że modli się o zachowanie „ubekistanu” Fronda/Rzeczpospolita/Kresy.pl 4 października 2017 r.)

Indologia polska we Lwowie

Zapewne najważniejszą kartę w dziejach naukowych powiązań polsko-indyjskich zajmuje indologia.

Indologia albo indianistyka to nauka zajmująca się badaniem języków, literatury, historii, sztuki, kultury i religii Indii.

Wiek XIX zapoczątkował w Europie – w tym także w Polsce duże zainteresowanie Orientem, w dużej mierze Indiami. Orientalizmem i kulturą Indii zainteresowali się także Polacy. Jako pierwsi interesowali się Indiami naukowcy związani z polskim Uniwersytetem Wileńskim (1803-1832). Już na samym progu tego wieku ukazała się praca Franciszka Karpińskiego Wiara, prawa i obyczaje Indianów (1803), a potem kolejne prace, m.in. Walentego Majewskiego Rozprawy o języku sanskryckim tudzież o literaturze Indian w tymże języku (1816) i Gramatyka sanskrytu (1828), a Joachim Lelewel wydał jedną z pierwszych w Europie historię Indii – Dzieje starożytne Indii (1820, wyd. 2 1829). W Poznaniu ukazała się praca Franciszka Ksawerego Malinowskiego Gramatyka sanskrytu porównanego z językiem starosłowiańskim i polskim (1872). Jednak prawdziwie naukowa indologia w Polsce zaczęła się rozwijać od końca XIX w.

Pierwszą katedrę filologii indyjskiej w Polsce i jedną z pierwszych w Europie katedrę sanskrytu utworzono na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie w 1893 roku. Objął ją prof. Leon Mańkowski, dotychczasowy docent sanskrytu na uniwersytecie w Lipsku (Niemcy). Był pierwszym polskim indologiem wykładającym po polsku. Był autorem studiów nad Pańczatantrą i o powieści Bany Kadambari. Niestety, przedwcześnie zmarł (w 1908 r. w wieku 50 lat) i dalsze istnienie katedry było zagrożone. W 1906 roku studia z zakresu językoznawstwa indoeuropejskiego na Uniwersytecie Lipskim ukończył największy polski poliglota Andrzej Gawroński (znał co najmniej 60 języków) i po powrocie do Polski związał się z Uniwersytetem Jagiellońskim i w 1914 roku wydał wraz z Janem Grzegorzewskim w Krakowie pierwszy numer periodyka „Rocznik Orientalistyczny”. W 1916 roku został profesorem i kierownikiem Katedry Filologii Sanskryckiej. Jednak już w następnym roku przeniósł się na polski Uniwersytet we Lwowie na taką samą katedrę. Lwów odegrał wielką rolę w dziejach orientalistyki polskiej. Miasto od wieków było polską bramą na Wschód – do Turcji, Armenii czy Persji, a nawet do Chin i zapewne Indii. To lwowianin Aleksander Dunin-Borkowski przetłumaczył na polski i wydał we Lwowie w 1845 roku strofy indyjskiego poety Bhartihariego. Dlatego Gawroński uważał, że to w tym mieście powinno znajdować się centrum naukowe polskiej orientalistyki i stąd przeniósł się do Lwowa jak również wydawanie „Rocznika Orientalistycznego”, którego był redaktorem (do 1938 r. ukazało się 14 tomów). To on ma główne zasługi w organizowaniu studiów orientalistycznych w odrodzonej w 1918 roku Polsce. Na Uniwersytecie Lwowskim był w 1918 roku współzałożycielem Instytutu Orientalistycznego, który poza studium biblijnym i wschodniej filologii porównawczej, obejmował trzy katedry dotyczące Bliskiego Wschodu, Indii oraz Azji Środkowej i wschodniej; czynne były przy nich lektoraty języków wschodnich, wspólnie z Zakładem Narodowym im. Ossolińskich we Lwowie założył „Bibliotekę Wschodnią” i z jego oraz Jana Czekanowskiego i Zygmunta Smogorzewskiego inicjatywy we Lwowie 28 maja 1922 roku zostało założone Polskie Towarzystwo Orientalistyczne (PTO), którego celem było przyczynianie się do rozwoju polskiej orientalistyki przez badania naukowe i popularyzację wiedzy o Wschodzie. Siedzibą PTO został Lwów. Wydawano w tym mieście również periodyk „Collectanea Orientalia” oraz wiele książek o tematyce orientalnej, w tym indyjskiej.

Gawroński we Lwowie, tak jak w Krakowie, prowadził do śmierci w 1927 roku wykłady z języka i historii dramatu sanskryckiego, gramatyki porównawczej języków indoeuropejskich oraz filologii staroindyjskiej. Jest autorem pierwszego polskiego podręcznika sanskrytu (Podręcznik sanskrytu, 1932), który pozostaje do dzisiaj podstawowym podręcznikiem akademickim sanskrytu w Polsce (wznawiany w latach 1978, 1985, 2004 i 2009) oraz autorem szeregu cennych prac indologicznych w języku niemieckim, angielskim i polskim (m.in. Początki dramatu indyjskiego a sprawa wpływów greckich, Zarys filozofii indyjskiej, z dodatkiem o filozofii Wedanty i jej stosunku do metafizyki zachodniej Paula Deussena) jak również tłumaczem literatury indyjskiej na polski: Sādhana. Urzeczywistnienie życia Tagore (1924) i Wybrane pieśni epiczne Aśwaghoszy (1926). Obok Gawrońskiego indologią we Lwowie zajmowali się także Stefan Stasiak, Arnold Kunst, Ludwik Sternbach, Eugeniusz Słuszkiewicz i Ludwik Skurzak. Stasiak, który na UJK wykładał filozofię i kulturę Indii, był autorem wielu prac z tej dziedziny, nadto prac dotyczących folkloru, religioznawstwa (Le Cataka 1925) i ikonografii hinduskiej. Kunst zajmował się problematyką filozofii, upaniszadami i filozofią buddyzmu; po wojnie osiadł w Anglii i związał się z uniwersytetem w Cambridge, wydając m.in. cenną pracę The Seventh Prathapaka of the Chandogya Upanishad (1976). Po opuszczeniu Lwowa przez wojnę Ludwik Sternbach, autor prac na temat starożytnego i średniowiecznego prawa indyjskiego, literatury gnomicznej i dydaktycznej, znalazł się w Indiach i w latach 1941-57 był profesorem uniwersytetu w Bombaju; został członkiem indyjskich stowarzyszeń naukowych, włącznie z Akademią Nauk, potem przeniósł się do Paryża, gdzie był autorem prac na temat dawnego prawa indyjskiego, literatury i poetyki sanskryckiej, m.in. The Kavya Portions in the Katha (1971-77), wydawcą tekstów, m.in. monumentalnej antologii poezji sanskryckiej, ukazującej się sukcesywnie w Hoshiarpur w Indiach. Jerzy Kuryłowicz, były student indologii na Uniwersytecie Lwowskim, potem profesor językoznawstwa indoeuropejskiego na Uniwersytecie Lwowskim (1929-39), Uniwersytecie Wrocławskim (1946-48) i Uniwersytecie Jagiellońskim (1948-65), jest autorem m.in. cennej pracy Indoeuropean Metrical Studies. Poetics (1962). Lwowską orientalistylę wraz z indologią zniszczył najazd Związku Sowieckiego na Polskę we wrześniu 1939 roku, a następnie trwałe oderwanie Lwowa od Polski w 1945 roku przez Stalina, któremu w tym pomogli prezydent USA F. Roosevelt i premier Wielkiej Brytanii W. Churchill. Po wypędzeniu ze Lwowa Eugeniusz Słuszkiewicz był profesorem Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i Uniwersytetu Warszawskiego, a Ludwik Skurzak profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego.

Tradycje przedwojennego polskiego Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i jego orientalistyki kontynuuje po 1945 roku Uniwersytet Wrocławski, na którym w Instytucie Filologii Klasycznej i Kultury Antycznej istnieje Szkoła Języków Antycznych i Orientalnych, a w niej był Zakład Filologii Indyjskiej. Przybyły tu ze Lwowa w 1945 roku Ludwik Skurzak był kierownikiem Filologii Indyjskiej, Studium Języków Obcych 1952-57, kierownikiem Katedry Filologii Indyjskiej 1967-71 – od 1969 roku kierownikiem Zakładu Filologii Indyjskiej; zajmował się głównie historią kultury starożytnych Indii, eposem, związkami z kulturą europejską, publikując prace: Etudes sur l’origine de l’ascetisme indien (1948), Etudes sur l’epopee indienne (1958).

Z Katolickim Uniwersytetem Lubelskim związany był indolog profesor Franciszek Tokarz, m.in. uczeń Ludwika Stasiaka na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, który w latach 1954-70 wykładał filozofię indyjską i sanskryt, autor „Z filozofii indyjskiej kwestie wybrane” (t. 1-2 1975, 1985).

Lech Kaczyński a Polacy na Kresach

Jak piszą „Kresy.pl” z 29 sierpnia 2017 roku: „Jeden z najbardziej prominentnych, sympatyzujących z PiS publicystów, Piotr Zaremba stwierdził, że Lech Kaczyński poświęcał interesy kresowych Polaków w imię budowania ze wschodnimi sąsiadami Polski „antyrosyjskiego kordonu”.

Zaremba, stały autor portalu wPolityce.pl, odnosi się na nim do niedawnych protestów Agnieszki Romaszewskiej, krytykującej Ministerstwo Spraw Zagranicznych za to, że odmawia finansowania białoruskojęzycznej Telewizji Biełsat, której jest dyrektorką. Centroprawicowy publicysta uznaje zakręcenie finansowego kurka Biełsatowi za przejaw nowej koncepcji polityki wschodniej wdrażanej przez Prawo i Sprawiedliwość. „To koncepcja, realizowana w sposób niezdecydowany, z wątpliwościami głównego decydenta, czyli Jarosława Kaczyńskiego. Ale jednak realizowana” – opisuje redaktor wspierających PiS mediów.

„Marcin Ludwik Rey, rzecznik poglądów proukraińskich nazwał niedawno obecną wschodnią politykę PiS „endecką”. I uznał ją też za robioną głównie na potrzeby prawicowych wyborców, nie polskiego interesu za granicą” – przytacza Zaremba zgadzając się z drugą częścią stwierdzenia proukraińskiego aktywisty. „Część polskich wyborców ich nie lubi, a spór historyczny plus rosyjska V Kolumna te niechęci podsyca” i dlatego, według Zaremby, Kaczyński zmienia politykę wobec naszych wschodnich sąsiadów. Zaznacza jednak, że w relacjach z Ukrainą „można tu mówić o wzajemności – na Ukrainie mniemanie, że wystarczy mieć dobre relacje z Niemcami, stało się istną chorobą i przyznają to ludzie życzliwi aspiracjom Kijowa”. Ukraińcy stawiają na Niemców w sprawach ukraińskich, a nie na Polaków.

A ja mam pytanie: czy człowiek, który działa na szkodę narodu polskiego może być uznawany za czy nazywany prawdziwym patriotą polskim?

Andrzej Talaga: Lepiej z Banderą niż z Moskwą

W „Rzeczpospolitej” z 22 sierpnia 2017 roku Andrzej Talaga w komentarzu pt. „Lepiej z Banderą niż z Moskwą” pisze m.in.: Pamięć o polskich ofiarach na Wołyniu i w Galicji każe nam ostro protestować, racja stanu jednak nakazuje milczeć i budować jak najbliższe relacje z Kijowem pomimo gloryfikacji OUN i UPA. I dodaje: Na świecie niemało jest przykładów brania w nawias ideologii, historii, rachunku krzywd w imię racji politycznych, czynią tak jednak wielkie narody potrafiące oddzielić emocje od potrzeb strategicznych. Małe nacje brną beznadziejnie w politykę racji moralnych, co poprawia niewątpliwie samopoczucie, ale podkopuje ich pozycję, bo jest kontrproduktywne… Nie ma najmniejszych wątpliwości, że Obóz Ukraińskich Nacjonalistów i jego zbrojne ramię – Ukraińska Powstańcza Armia ponoszą winę za ludobójstwo popełnione na Polakach. Nie istnieje symetria pomiędzy działaniami AK i UPA, jak chciałaby dziś strona ukraińska… Oto prawda historyczna. Jest jednak obok niej prawda strategiczna, Ukraina odepchnięta od Polski i Zachodu musi w konsekwencji stać się satelitą Moskwy, w dłuższej perspektywie czasowej nie ma bowiem sił ani zasobów, by przy tak newralgicznym położeniu geopolitycznym utrzymać neutralność na wzór Szwecji czy Szwajcarii. Utrata Ukrainy na korzyść Kremla zasadniczo zmienia na niekorzyść strategiczne położenie Polski i powinniśmy robić wszystko, by uniknąć takiego scenariusza. Potrzeba strategiczna przywiązania, a potem wprowadzenie Ukrainy do struktur zachodnich są ważniejsze niż historia, bowiem nakazuje tak czynić racja stanu, dbałość o bezpieczeństwo i rozwój Polski. Źle się dzieje, że władze ukraińskie popierają gloryfikowanie UPA… Mamy, być może, moralne prawo narzucać Ukrainie, kogo powinna uznawać za bohatera, a kogo nie, nie posiadamy jednak mocy, by owo prawo wyegzekwować, skoro tak – postawmy na rację stanu, a nie na rację moralną. „Ukraina z Banderą nie wejdzie do UE" (wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego) – to znany cytat obrazujący obecną postawę Polski. Niechaj wejdzie choćby i z samym diabłem, jeśli miałoby to poprawić bezpieczeństwo Polski. – Z uwagami Talagi nie godzi się większość Polaków.

Wcześniej, bo 22 lipca 2017 roku Talaga opublikował w „Rzeczpospolitej” inny swój głupio-mądry elaborat zatytułowany „Nie naciskajmy na Ukrainę, w tym ws. Wołynia, bo jest słaba”. To tak jakby ktoś napisał dwa lata po wojnie, a więc w 1947 roku, kiedy Niemcy były podzielone na cztery strefy okupacyjne i zrujnowane: „Nie naciskajmy Niemców za zbrodnie popełnione przez nich podczas wojny, bo dzisiaj Niemcy są pokonane i słabe”. Oto mądrość Talagi i redakcji „Rzeczypospolitej”, która całkowicie popiera bełkot Jerzego Giedroycia w sprawie polskiej polityki kresowej. Przed laty wyszła książka „Z dziejów głupoty polskiej”. Niektórzy Polacy piszą jej nowe rozdziały.

Ukraińcy robią bardzo wiele, żeby zniszczyć relacje z Polską

Kilka dni temu w Kijowie mieliśmy do czynienia z nadaniem przez radę miasta jednej z głównych ulic imienia Romana Szuchewycza, który jest odpowiedzialny za ludobójstwo nie tylko Polaków, ale też Żydów i przedstawicieli innych narodowości. To szokujące! Do tej pory strona ukraińska twierdziła, że oliwy do ognia dolewają Rosjanie. Ale widać, że sami Ukraińcy robią bardzo wiele, żeby zniszczyć relacje polsko-ukraińskie – mówi w wywiadzie dla "Super Expressu" ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.
Przypomnijmy, że ukraińskie władze zablokowały możliwość przeprowadzenia na jej terenie prac poszukiwawczych i ekshumacji zwłok ofiar zbrodni wołyńskiej. Polscy naukowcy i wolontariusze planowali wznowić prace poszukiwawcze ofiar ludobójstwa na Wołyniu na terenie miejscowości Ostrówki, Tynne oraz w dzielnicy Lwowa, ale Ukraińcy cofnęli im wydaną wcześniej zgodę na rozpoczęcie prac.Strona ukraińska przekonuje, że nie jest w stanie zapewnić polskim ekspertom bezpieczeństwa.
Według ks. Tadeusza Isakowicz-Zaleskiego, decyzja Ukrainy to "smutna wiadomość". W rozmowie z "SE" przypomina, że od wielu lat Polska ustawicznie wspiera Ukrainę finansowo, politycznie i wojskowo. – Zarówno politycy PO, jak i PiS twierdzą, że jest to interes narodowy. Strona ukraińska chętnie przyjmuje polskie pieniądze, natomiast zachowuje się w sposób absolutnie niewdzięczny, ponieważ mamy do czynienia z całą serią niezwykle szokujących rzeczy – mówi.
Duchowny skrytykował również polskiego ambasadora na Ukrainie, który w jego ocenie nie reaguje. – Jestem bardzo krytycznie nastawiony do osoby ambasadora Jana Piekło, który nie jest dyplomatą i wielokrotnie wypowiadał rzeczy żenujące i szokujące, jak np. nazywanie ludobójstwa "incydentem". Wyrażał również zrozumienie dla gloryfikacji UPA na Ukrainie. Kiedy Witold Waszczykowski mianował go ambasadorem, to już było wiadomo, że jest to polityka totalnej uległości wobec strony ukraińskiej. Moim zdaniem Jan Piekło reprezentuje interesy ukraińskie, a nie interesy państwa polskiego – zakończył.
(Źródło: Ks. Isakowicz-Zaleski: Super Express / DoRzeczy.pl 7.6.2017)

Wykonujemy polecenia Białego Domu

Jest tajemnicą poliszynela, że polityka wszystkich rządów polskich od 1989 roku odnośnie naszych wschodnich sąsiadów nie jest polską polityką wschodnią, że w tej sprawie wykonujemy po prostu polecenia Białego Domu. Stąd nie jest ona w polskim interesie narodowym, a przede wszystkim działa na szkodę pozostałych Polaków na Wschodzie, których kolejne rządy polskie skazuję na wynarodowienie. Rząd USA ma interes w wspieraniu Ukrainy, gdyż nie chce wzrostu potęgi Rosji. Polska także nie chce potężnej Rosji. Ale to nie znaczy, że interesy narodowe USA i Polski są w tej sprawie zbieżne. Ukraina nie była, nie jest i nie będzie zagrażała USA. Banderowska Ukraina może zagrozić Polsce, tym bardziej, że oficjalnie na Ukrainie mówi się o rewizji granicy polsko-ukraińskiej. Ukraińcy uznają za swoich bohaterów narodowych i wznoszą pomniki Ukraińcom, którzy brali udział w ludobójstwie Polaków. Żona „polskiego” ministra spraw zagranicznych za rządów PO Radka Sikorskiego, dziennikarka amerykańska Anne Appelbaum pisała w prasie amerykańskiej pobłażliwie o nacjonalistach ukraińskich-banderowcach, których należy wspierać. Ale czy wspieranie banderowców leży w polskiej racji stanu? Rząd Beaty Szydło udzielił Ukrainie kredytu w wysokości aż 1 miliarda dolarów amerykańskich. Na wieczne nieoddanie! Uczynił to z własnej inicjatywy czy na życzenie Białego Domu? Rządy polskie we wszystkim ulegają Kijowowi. A za to dostajemy bez przerwy od Ukraińców kopniaki w zadek! Oto najświeższy przykład: Parlament ukraiński uchwalił niedawno nowelizację ukraińskiej ustawy oświatowej, która otwiera możliwość ukrainizacji szkół nauczających w języku mniejszości narodowych. Wszystkie mniejszości zamieszkujące Ukrainę i rządy kilku sąsiadów Ukrainy zaprotestowały lub potępiły tę ustawę. Najgłośniej Węgry i Rumunia. Rząd węgierski zapowiedział bojkot wszelkich inicjatyw międzynarodowych Ukrainy, a przedstawiciel tego państwa zaskarżył kontrowersyjny akt prawny na forum ONZ i OBWE. Ostro reagowały także Rosja, Bułgaria i Grecja. Jedynym rządem nie protestującym w sprawie ewentualnego zagrożenia dla praw oświatowych swoich rodaków na Ukrainie jest rząd Polski. A to dlatego, że ustawę tę popiera rząd amerykański. A jego decyzje są wyrocznią dla Polski. A że upadnie szkolnictwo polskie na Ukrainie – to tym najmniej będą się przejmować politycy rzekomo polscy.

Nie kwestionuję sojuszu Polski z Ameryką. Ale czy naprawdę musimy ZAWSZE robić coś co wyraźnie szkodzi polskiej racji stanu i narodowi polskiemu oraz Polakom na Ukrainie. Czy naprawdę nie można wspierając USA i Ukrainę prowadzić również politykę kresową, która choć w niektórych sprawach byłaby korzystna dla Polaki? Czy naprawdę nie można za naszą pomoc domagać się polepszenia losu Polaków na Ukrainie czy skłonić Kijów, aby okazał życzliwość narodowi polskiemu przez zwrócenie Polsce chociażby tylko najcenniejszych dla Polaków polskich pamiątek narodowych, które ukradł nam Stalin i które przetrzymuje Ukraina?

Ukraina pójdzie z Banderą a nie z Polską

10 maja 2017 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim odbyła się konferencja pt. „Ukraina: Z Polską czy z Banderą?”. Wziął w niej udział m.in. Wołodymir Pawliw, ukraiński intelektualista, dziennikarz i publicysta pochodzący z zachodniej Ukrainy (do 1945 r. Polska). W swoim wystąpieniu przedstawił pesymistyczną prognozę rozwoju sytuacji na Ukrainie. Jego zdaniem sprawy na Ukrainie idą w najgorszym możliwym kierunku. Wśród Ukraińców jest aż 5 milionów sztuk nielegalnej broni palnej pochodzącej z Donbasu co doprowadza do rozwoju bandytyzmu. Nacjonaliści ukraińscy dążą do przejęcia pełnej władzy na Ukrainie i nie są zainteresowani dialogiem z resztą społeczeństwa, która jego zdaniem jest milczącą większością. Zdaniem Pawliwa ukraińscy nacjonaliści nie są także zainteresowani polityką zgodną z polską racją stanu mówiąc: „Z kim pójdzie Ukraina do Europy – z Banderą czy z Polską? Oczywiście z Banderą! Bo Bandera jest dla nich najważniejszy. Oni potrzebują przejęcia władzy. Polska, powiem cynicznie, z punktu widzenia tych ludzi odegrała swoją rolę. Była adwokatem Ukrainy, cały czas wspomagała, wpuszcza robotników, żeby pracowali, wpuszcza uczniów. Co Polska może zaproponować, jakie warunki postawić radykałom na Ukrainie? (…) Ukraina rozwija się w kierunku najgorszym, dla niej samej, a także dla sąsiadów. Nie mam pozytywnych informacji. Za jakieś parę lat to się wszystko posypie. Wtedy dopiero powstanie możliwość normalizacji. Pytanie jak długo to potrwa i jaką cenę zapłacą za to Ukraińcy” – powiedział Pawliw. No i rzecz najważniejsza: Zdaniem Pawliwa większość Ukraińców jest prorosyjska i posiada postsowiecką mentalność, i jeśli kiedyś dojdzie do demokratycznych wyborów, większość ta poprze opcję prorosyjską.

W paszporcie bez Orląt Lwowskich i Ostrej Bramy

Z okazji setnej rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości (listopad 1918) polskie Ministerstwo Spraw Wewnętrznych w projektowanym nowym paszporcie grafiki chciało uwzględnić m.in. motyw Cmentarza Orląt Lwowskich i Ostrej Bramy w Wilnie. Tak Lwów jak i Wilno odegrały wielką rolę w dążeniu do odzyskania przez Polskę niepodległości i wpłynęły na kształt wschodniej granicy odrodzonej Polski. Dlatego uwzględnienie obu miast w pamiątkowym paszporcie było całkowicie uzasadnione i zyskało poparcie wielu tysięcy Polaków. Tymczasem przeciwko temu projektowi zaprotestowały oficjalnie Ministerstwa Spraw Zagranicznych Ukrainy i Litwy, uznając go za nieprzyjazny krok. Zaprotestowały także polskie kręgi giedrojciowskie, a także katolicki „Gość Niedzielny”. Jego publicysta Franciszek Kucharczyk napisał brutalnie, że Wilno i Lwów „już w Polsce nie są, więc w stuleciu naszej niepodległości nie uczestniczą”. Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski w rozmowie z portalem DoRzeczy, komentując kontrowersje związane z pomysłem umieszczenia na polskich paszportach wizerunków Ostrej Bramy i Cmentarza Orląt Lwowskich powiedział, że kresowe motywy na paszportach to pomysł, który ma nas umocnić w naszych korzeniach. – Lwów i Wilno są obecnie na terytorium innych państw, ale były w Polsce do roku 1945. I tu nikt nie mówi o żadnej zmianie granic, tylko o tym że na kulturę polską i tożsamość narodową składa się tak tradycja śląska i gdańska, jak kultura Wilna i Lwowa. Pomysł z motywami kresowymi odczytuję jako rzecz, która ma nas jako Polaków umocnić w naszych korzeniach. Natomiast całkiem inną kwestią jest to, że miasta te – i to bez zgody Polski, bo o tym zdecydowali za nas alianci – znajdują się obecnie na terenach obcych krajów – stwierdził ks. Isakowicz-Zaleski. W opinii duchownego, reakcje władz Ukrainy i Litwy są absurdalne, histeryczne i niewłaściwe. Duchowny podkreślił, że gdybyśmy mieli iść tym tokiem myślenia, musielibyśmy zacząć cenzurować „Pana Tadeusza” czy „Ogniem i mieczem”. Niestety, Ministerstwo Spraw Wewnętrznych uległo polakożerczym Ukraińcom i Litwinom i wycofało się z umieszczenia wizerunków Ostrej Bramy i Cmentarza Orląt Lwowskich.

„Ukraina ma w głębokim poważaniu polską wrażliwość historyczną”

W rozmowie z tygodnikiem „DoRzeczy.pl” (8.9.2017) poseł na Sejm Robert Winnicki m.in. postawił nieco retoryczne pytanie: komu i za co mielibyśmy się odwdzięczyć gestem zrezygnowania z symboli Cmentarza Orląt Lwowskich i Ostrej Bramy w Wilnie w nowych paszportach polskich. – Od wielu lat Ukraina mając w głębokim poważaniu polską wrażliwość historyczną ustanawia kult ludobójców z OUN-UPA jako kult państwowy. Ukraina blokuje w ostatnim czasie prace polskiego IPN na swoim terenie, związane z naszymi ofiarami. Nasze władze nie zwracają Ukrainie uwagi i – co więcej – chcą cenzurować teraz własne dokumenty państwowe ze względu na ukraiński brak zgody na Orlęta Lwowskie. To jest niesłychane, dlatego też mówię, że ta polityka przeszła już z pozycji kolan na politykę pełzania wobec rosnących roszczeń ukraińskich – tłumaczy prezes Ruchu Narodowego.
Pytany, z czego wynika ta uległa postawa wobec naszego sąsiada, Robert Winnicki wskazuje na błędne pojmowanie polityki zagranicznej jako takiej. – Po pierwsze dlatego, że w polityce wschodniej nie obowiązuje paradygmat kresowy, tylko paradygmat Giedroyciowski. Ten paradygmat oznacza absurdalne przekonanie, że nie mamy żadnych istotnych interesów na Wschodzie poza jednym: popierać wszystko co antyrosyjskie. Kosztem polskich interesów gospodarczych, kosztem walki o prawa Polaków mieszkających na Kresach, wreszcie - kosztem naszego dziedzictwa, tożsamości, prawdy historycznej. A po drugie niestety pokutuje w obozie rządzącym pojmowanie polityki zagranicznej jako procesu „kochaj albo rzuć” – wymienia polityk, tłumacząc, że w myśl tej koncepcji, z narodami i państwami nie łączą nas albo nie dzielą spory lub wspólne działania w odniesieniu do interesu narodowego, ale dzielimy je na państwa „kochane” i „nienawidzone”. – Jest to zupełnie niepoważna wizja polityki zagranicznej, niestety realizowana zwłaszcza w odniesieniu do polityki wschodniej – dodaje. Podsumowując, Robert Winnicki stwierdza, że polityka prowadzona od wielu lat, także przez Prawo i Sprawiedliwość, jest konsekwentną kontynuacją PRL-owskiej narracji amputującej z polskiej tożsamości narodowej Kresy Wschodnie. – Jeśli władze podejmą taką decyzję ws. motywów kresowych w paszportach, to po raz kolejny wpiszą się w PRL-owską tendencję amputowania Polakom połowy tożsamości narodowej, historii, literatury, kultury. Nie ma polskości bez świadomości i pamięci o Wilnie, Lwowie, Grodnie – kwituje.
Pomijając aspekt polityczny, warto zwrócić uwagę na to, w jaki sposób potraktowani zostaną obywatele, jeśli rzeczywiście MSWiA wycofa się z motywów kresowych. Bo jak interpretować zaproszenie Polaków do wzięcia udziału w projekcie, a następnie zlekceważenie ich wyboru?

Ministerstwo Prawdy znad Dniepru

Ingerencja ukraińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych w sprawie motywu Cmentarza Obrońców Lwowa w proponowanym nowym paszporcie Polski na 100-lecie niepodległości naszego kraju (1918-2018) nie była pierwszą ingerencją ukraińską w sprawy związane z historią Polski. O poprzedniej takiej ingerencji napisał tygodnik „DoRzeczy” z 8 sierpnia 2017 roku. W artykule Krzysztofa Jasińskiego pt. „Ministerstwo Prawdy znad Dniepru” czytamy m.in.: „Logo warszawskiego Biegu Niepodległości przed dwoma laty było świetnym pomysłem. Wzajemnie wpisane w siebie kontury II i III RP. 1918 i 2015. Polska ta sama wtedy i teraz, choć nie taka sama. To, że ambasada Ukrainy uznała, że jej się to nie podoba, to byłby może problem, ale nie aż tak poważny.
Byłby, bo oznacza to, że Kijów kwestionuje nawet przynależność Kresów do II RP. Zasadniczy jednak problem polegał na tym, że Stołeczne Centrum Sportu, organizator imprezy, organizator całej odbywającej się co roku Warszawskiej Triady Biegowej „Zabiegaj o pamięć”, na którą składa się Bieg Konstytucji, Bieg Powstania Warszawskiego i właśnie Bieg Niepodległości grzecznie podkulił ogon i to logo zmienił. Należało wymienić pakiety startowe – te jeszcze niewysłane czy nie odebrane, bo na każdej koszulce przecież ta niewygodna II RP. Kto dorwał swój pakiet, zanim paru nadpobudliwych mołojców położyło na nim łapę, temu się udało.
Mimo ogromnej chęci uczczenia w ten sposób narodowego święta, mimo ponadto atrakcyjnej trasy (z czysto sportowego punktu widzenia: jest płaska i szybka), pojmowanie „niepodległości” jako stanu, w którym organizator gotów jest upokorzyć siebie, tysiące zawodników i ich kibiców, Miasto Stołeczne i w jakimś sensie również Polskę przed jakimś zagranicznym urzędnikiem, nie mającym zresztą ani trochę racji, okazało się hipokryzją nie do przeskoczenia”.

Następnie Jasiński przystąpił do omówienia najnowszej ingerencji ukraińskiej (i litewskiej) do polskiej historii pisząc: „…jesteśmy świadkami kolejnego wybuchu ukraińskiej „wrażliwości”. Znów Kijów walczy z rzeczywistością, walczy z faktami, których przecież zmienić nie może, ani on, ani Warszawa, ponieważ dokonały się w przeszłości. Lwów, włącznie z jego obroną w 1918 r., włącznie z Orlętami, nie przestanie być częścią polskiej historii, polskiej świadomości, tak samo, jak Sandomierz czy Łowicz nie staną się dziś „niepolskie” nawet, gdyby nie daj Boże ktoś je w przyszłości Polsce odebrał.
Polska nie ma problemu ze Lwowem. Ani z Wilnem. Najwyraźniej problem z przeszłością Wilna i Lwowa mają Litwa i Ukraina. Tylko z przeszłością, bo i logo warszawskiego Biegu Niepodległości, i proponowana symbolika paszportów nawiązują do przeszłości właśnie. Tylko z przeszłością, bo po 1989 r. ani żaden polski rząd nigdy nie zażądał zwrotu ziem zagarniętych na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow, ani żadne polskie środowisko czy ugrupowanie mające jakiekolwiek polityczne przełożenie nigdy do czegoś takiego nie dążyło. Polska nie dąży do odzyskania zagrabionego, ale to widać za mało. Należy zagłuszyć sam fakt rabunku. Zmienić historię – oczywiście historię Polski.
Niczym orwellowskie Ministerstwo Prawdy
Które niestety ma wsparcie jakiegoś odsetka ludności Polski. Tak nas usiłowano formatować. A, bo poszanowanie wrażliwości sąsiada (któremu jakoś wrażliwość nie broni czcić banderowskich zbrodniarzy), a bo „gdyby Niemcy”… Poza tym, że Niemcy i tak chcą latać stukasami nad Polskę, jakoś zapominamy, że cała analogia między Kresami a Ziemiami Odzyskanymi jest jednym wielkim hoaxem, w którym akurat to, że Lwów wcale nie jest tak polski, jak Wrocław niemiecki (jest tak polski, jak niemieckie są Trewir czy Norymberga), to jedno z mniejszych „niedopowiedzeń”. Trzecim argumentem był argument "ad ruskim agentem", czyli że kto wspomni cokolwiek, co akurat Ukraińcom się nie spodoba, ten godzi w strategiczny sojusz, a kto weń godzi, ten moskiewska agentura.
Otóż pomijając służalczość, żenującą ustępliwość, którą można wszakże na salonach sprzedawać jako „otwartość” i „skłonność do kompromisu” jest to postawa oparta na zwyczajnym, materialnym fałszu.
Zwłaszcza w wypadku Prawdy, o którą nikt poza nami być może się nie upomni, nie powinniśmy ustępować.

Radość (!) z odpływu pieniędzy z Polski na Ukrainę

„Rzeczpospolita” z 2 października 2017 za „Dziennikiem Gazetą Prawną” informuje, że obcokrajowcy pracujący w Polsce, czyli głównie Ukraińcy, wysłali na Ukrainę w okresie od stycznia do czerwca 2017 roku 10 miliardów złotych, tzn. aż o 3/4 więcej niż przed rokiem. Odnosi się wrażenia, że media z radością piszą o transferach pieniędzy za granicę. To dziwna reakcja, tym bardziej, że każdy ekonomista wie, że takie transfery wcale nie są dobre dla gospodarki kraju, z którego odpływają pieniądze. Dużo lepiej by było dla polskiej gospodarki, aby te pieniądze lub ich znaczną część wydawali Ukraińcy w Polsce. Dziwni są niektórzy Polacy, szczególnie ci zakochani w Ukrainie i Ukraińcach: nawet banderowcach.

Przestępczość ukraińska w Polsce

Wirtualna Polska z 4 października 2017 roku informuje, że do sądów rejonowych w Żyrardowie i Grodzisku Mazowieckim trafiły akty oskarżenia przeciwko 53 obywatelom Ukrainy. Odpowiedzą za nielegalną produkcję 52 mln sztuk papierosów i ponad 2 tony tytoniu, wartości ponad 4,7 mln zł w okresie od września 2015 r. do końca stycznia 2016 r. Do nielegalnej produkcji, pakowania, wykorzystywano budynki w podwarszawskich miejscowościach: Milanówku, Międzyborowie, Książenicach i Bieniewcu. Oskarżeni zostali zatrzymani 27 stycznia 2016 r. Z ustaleń śledczych wynika m.in., że w Książenicach znajdowała się hala magazynowa, w której działała maszyna do produkcji papierosów. W Milanówku i Międzyborowie wyprodukowane papierosy były pakowane do paczek po 20 sztuk, zaś w Bieniewcu znajdował się magazyn do przechowywania papierosów. Działalność nielegalnej wytwórni papierosów była koordynowana m.in. przez Olega P. i Rusłana B. To oni - według śledczych - najpierw zorganizowali wytwórnię, a następnie zajmowali się organizacją produkcji i dystrybucją. Swoją działalnością spowodowali straty na rzecz skarbu państwa sięgające ponad 6,5 mln zł. Takich ukraińskich band przestępczych działa bardzo wiele w Polsce.

Bezczelność Ukraińców

W latach 1943-45 bandy nacjonalistów ukraińskich dokonywały rzezi ludności polskiej na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, mordując w ramach czystki etnicznej – uważanej za ludobójstwo ponad 100 000 Polaków, a tym bardzo dużo kobiet i dzieci oraz starszych ludzi. Ukraińcy i rząd ukraiński nie myślą nie tylko przeprosić za to ludobójstwo bardzo dobrze udokumentowane, ale w ogóle przyznać się do niego.

Po wojnie bandy ukraińskie mordowały nadal Polaków na Chełmszczyźnie, Ziemi Przemyskiej i w Bieszczadach. W 1947 roku rząd komunistycznej Polski za aprobatą Związku Sowieckiego w ramach akcji „Wisła” przesiedlił z tych terenów na Ziemie Odzyskane ok. 140 tys. Ukraińców i Łemków tam mieszkających, aby wreszcie uniemożliwić bandom dalszą działalność. Wysiedleni nie byli mordowani i dostali gospodarstwa na Ziemiach Zachodnich. Nacjonaliści ukraińscy potępiają akcję „Wisła”. W dniu 20 kwietnia 2017 roku w Kijowie odbyły się obrady poświęcone akcji „Wisła” pod hasłem „Akcja Wisła – zbrodnia reżymu komunistycznego”. Zdaniem przewodniczącej komisji spraw zagranicznych Rady Najwyższej Ukrainy Hanny Hopko, akcja „Wisła” była „najbardziej tragicznym elementem systematycznej polityki wyniszczania Ukraińców, zrealizowanej przez polskie władze komunistyczne w latach 40. Ubiegłego wieku. Jak podkreśliła, poziom jej potępienia przez Senat RP w 1990 roku jest niewystarczający. „Bardzo ważne, by polska strona, polscy politycy nie obawiali się uznania prawdy. Bo tylko poprzez prawdę możemy budować fundament naszych relacji” – podkreśliła („Kronika Sejmowa 30.4.2017).

Ile buty i bezczelności jest w jej ostatnim zdaniu! Powtórzyła bowiem bez żadnego wstydu słowa polskich historyków i polityków wypowiadane do Ukraińców od lat w sprawie ludobójstwa dokonanego przez Ukraińców na Polakach.

35% Ukraińców chce opuścić Ukrainę na zawsze

W samostijnej Ukrainie panuje wielka nędza, korupcja i zamordyzm, a kraj jest strasznie zaniedbany pod każdym względem (akurat media podały, że np. w 841 ukraińskich szkołach powszechnych nie ma ubikacji!, domy w miastach się walą – 2000 budynkom we Lwowie grozi zawalenie, a drogi są nieprzejezdne). Stąd, zgodnie w opublikowanymi wynikami sondażu przeprowadzonego przez Grupę Socjologiczną „Rating” (Kresy.pl 3.10.2017) aż 35% mieszkańców Ukrainy, czyli około 15 mln ludzi, chciałoby wyprowadzić się z tego kraju na stałe, a 44% myśli o pracy za granicą. Najwięcej chętnych do emigracji jest wśród młodych – aż 54%. W porównaniu do danych z zeszłego roku liczba osób zamierzających opuścić Ukrainę na stałe wzrosła o 5 pkt. procentowych. Najwięcej osób noszących się z zamiarem wyjechania mieszka na zachodzie kraju (41%), a więc z terenów, które przed wojną należały do Polski. Ich dziadkowie, a także i babcie mordowały mieszkających tam Polaków w latach 1943-45 w imię samostijnej Ukrainy, a teraz ich wnuczęta wypinają swój tyłek na taki samostijny i bez Lachów kraj. Wśród podawanych powodów chęci emigracji jest nadzieja na polepszenie warunków życia (64%), zapewnienie dzieciom lepszej przyszłości (34%), brak dobrej pracy na Ukrainie (23%) i chęć otrzymania lepszego wykształcenia (12%). 26% Ukraińców chciałoby mieszkać w Polsce – pracować i jeść polski chleb oraz żyć w znacznie bardziej cywilizowanym kraju.

Litwa – biedny i zacofany kraj ksenofobów

Litwa jest małym krajem, a Litwini małym narodem (2,9 mln ludności, w tym ok. 2,5 mln Litwinów). Kraj nie tylko leży na zadupiu Europy (z dala od ważnych dróg komunikacyjnych: kołowych, kolejowych, lotniczych i morskich), ale na dokładkę nie ma żadnych surowców energetycznych i mineralnych. Kraj nie jest również atrakcyjny dla turystów i poza polskim Wilnem nie ma prawie nic do zaoferowania. Nie ma tu już Mickiewiczowskich pól pozłacanych pszenicą i posrebrzanych żytem (pełno ugorów!) ani borów z niedźwiedziami (przetrzebione lasy). No i nie ma żadnych gór, które upiększają jak nic innego krajobraz. Jak bardzo jest to wsiowy i nie nowoczesny kraj starczy pooglądać zdjęcia litewskich miast i miejscowości zamieszczone w internetowej litewskiej Wikipedii. Poza tym jest to kraj ksenofobów. A przez to, że „naród” jest mały, Litwini nie mają np. dostępu nawet do najważniejszych dzieł literatury światowej, sztuk teatralnych czy oper. Z kolei ich rodzima kultura, literatura, sztuka i muzyka ma tylko małe i lokalne znaczenie; Litwini nic nie dali światu). Dlatego nie należy się dziwić, że od chwili odzyskania przez Litwę niepodległości w 1990/91 aż ponad 20% (700 tys.) jej obywateli opuściło ją, co jest rekordem w Europie. Tym bardziej, że pomimo przynależności Litwy do Unii Europejskiej, która pompuje w Litwę każdego roku od ponad 10 lat wiele, wiele milionów euro: „ubóstwo i wykluczenie społeczne pozostają najpoważniejszymi problemami kraju” – powiedział premier Litwy Saulius Skvernelis („Kronika Sejmowa” 15 maja 2017). Dane przedstawione przez szefa rządu litewskiego wskazują, że co trzeci mieszkaniec Litwy żyje w ubóstwie, a zróżnicowanie dochodów mieszkańców jest bardzo duże – dochody 20% najbogatszych mieszkańców kraju są 7,5 razy wyższe niż 20% osób najbiedniejszych. Pod tym względem Litwa zajmuje 26. miejsce w państwach UE. Kolejne problemy Litwy, to emigracja (w 2015 r. kraj opuściło ponad 50 tys. mieszkańców) i przemoc w rodzinie, która w 2016 r. dotknęła 30% rodzin. Dzieci i młodzież z przemocą stykają się również w szkole. Z badań międzynarodowych wynika, że na Litwie jest najwyższy wskaźnik przemocy wśród 11-15-letnich dzieci z 42 państw uczestniczących w badaniach. Litwa jest też w niechlubnej europejskiej czołówce pod względem liczby samobójstw. W 2015 r. na 100 tys. mieszkańców przypadło 30,8 przypadków samobójstw. Według wstępnych danych z 2016 r. -29,1 samobójstw na 100 tys. mieszkańców. Tymczasem średnia unijna to 11,7%.

Wojciech Cejrowski i nieznajomość spraw kresowych

„Do Rzeczy” z 21 września 2017 roku pisze, że znany podróżnik i dziennikarz polski Wojciech Cejrowski, tak jak wielu współczesnych Polaków nie zna lub zna „po łebkach” problematykę Kresów. Bowiem w jednym z wywiadów powiedział, że „Szczecin dostaliśmy przecież jako ODSZKODOWANIE za Lwów". Tymczasem, jeśli Polska otrzymała Szczecin za jakieś miasto kresowe, to na pewno nie za Lwów. Wiadomo przecież, że do Wrocławia skierowano w latach 1945-46 ponad 40 000 polskich wysiedleńców ze Lwowa i w tym mieście znalazło siedzibę lwowskie Ossolineum, Panorama Racławicka, liczne dzieła sztuki przywiezione ze Lwowa, Uniwersytet Wrocławski swoimi tradycjami odwołuje się do Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie, założonego w 1661. utworzono w 1945 polską Politechnikę Wrocławską. Znaczną rolę w zagospodarowaniu budynków i organizacji szkoły odegrali pracownicy naukowi uczelni lwowskich. Uczeni i absolwenci Politechniki Lwowskiej praktycznie zbudowali od postaw Politechnikę Wrocławską. Szczególną role w tym procesie odegrali rektor Politechniki Lwowskiej – profesor Edward Sucharda, a także profesor Kazimierz Idaszewski.

Marian Kałuski
(Nr 162)

Wersja do druku

Jacek Socha - 13.10.17 11:44
Mala uwaga;
proces beatyfikacyjny abp Jana Cieplaka rozpoczety w1952 roku nie byl zakonczony, bo zostal wstrzymany przez Papieza PAWLA VI, a wiadomo, ze z powodu aby nie narazac sie komunistom.
W Papieskim Instytucie Studiow Koscielnych w Rzymie przechowywane sa archiwa z trwania tego przerwanego procesu beatyfikacyjnego abp Jana Cieplaka i tylko one moga wyjasnic te sprawe, z nadzieja, ze doczekamy sie wyniesienia na oltarze tego Wielkiego Duchownego.
Co do sw. Jana Pawla II to uwazam, ze byl zbyt skromnym czlowiekiem aby SAM CHCIAL aby byc uwielbianym przez wiernych, to katolicy wierzacy w JEGO WIELKOSC uwielbiali go na calym swiecie.
Pozdrawiam

Marian Kaluski - 12.10.17 20:35
Otrzymałem email od jednego z polskich księży pracujących na Kresach, w którym porusza sprawę beatyfikacji abpa Jana Cieplaka za "polskiego" papieża Jana Pawła II. Chociaż proces beatyfikacyjny abpa Jana Cieplaka był zakończony i potrzebny był tylko podpis papieża, także Jan Paweł II jego nie udzielił, chociaż wyniósł na ołtarze całą masę Polaków. Był to jego osobisty ukłon w stronę Kościoła i nacjonalizmu litewskiego. Jan Paweł II wiedział, że wyniesienie na ołtarze pierwszego metropolity wileńskiego, który był Polakiem, będzie bardzo źle przyjęte przez Kościół i nacjonalistów litewskich znanych z polakożerstwa (co jest sprzeczne z przykazaniem miłości bliźniego!). A Jan Paweł II chciał być uwielbiany przez wszystkich katolików na świecie i robił wszystko aby tak było z krzywdą dla szeregu spraw związanych z wiarą i moralnością.
Marian Kałuski, Australia

Marian Kaluski - 09.10.17 22:03
Jak podały media (7.10.2017) Thorbjorn Jagland, Sekretarz Generalny Rady Europy opublikował artykuł, w którym krytycznie ocenił ukraińską ustawę o oświacie, zagrażającej szkolnictwu mniejszości narodowych. Uważa, że stwarza ona niekorzystne warunki do nauki w językach mniejszości narodowych, a prezydent Poroszenko "stąpa po cienkiej linii". Dotyczy to głównie Węgrów, Rumunów, Polaków i Rosjan, a więc trudno się dziwić, że rządy całej Europy są zaniepokojone nową ustawą - pisze Jagland. Niestety, do państw zaniepokojonych tą ustawą nie należy Polska. Polski MSZ milczy w tej sprawie. Wszystkie rządy polskie od 1989 roku działają na szkodę Polaków na Kresach.
Marian Kałuski, Australia

Marian Kaluski - 07.10.17 20:55
Polecam Czytelnikom moją ostatnią kronikę kresową (Kresy w życiu Polski), gdyż oprócz wstępnego artykułu o Słudze Bożym Jenie Cieplaku jest tam wiele materiału na ważne i aktualne tematy polsko-ukraińskie.
Marian Kałuski, Australia

Lubomir - 06.10.17 20:49
Dobrze, że chociaż w Dąbrowie Górniczej jest Rondo imienia Arcybiskupa Jana Cieplaka. Dąbrowa Górnicza to przecież wciąż taki 'Mały Kaliningrad'. Wciąż pełno tu symboli komunizmu i Związku Radzieckiego, zarówno w Centrum, jak i w dąbrowskich dzielnicach: Gołonóg i Łosień.

Wszystkich komentarzy: (5)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

16 Grudnia 1981 roku
Pacyfikacja strajku w kopalni "Wujek" w Katowicach. Służby MO zabiły 9 górników.


16 Grudnia 1770 roku
Urodził się Ludwig van Beethoven, niemiecki kompozytor (zm. 1827)


Zobacz więcej