Środa 21 Sierpnia 2019r. - 233 dz. roku,  Imieniny: Franciszka, Kazimiery

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 17.08.12 - 21:40     Czytano: [2164]

Litwini to antypolacy


Tak twierdzi nie żaden Polak, a tylko współczesny i zapewne życzliwie do nas ustosunkowany historyk litewski Alfredas Bumblauskas. W audycji „Komentarze tygodnia” w prywatnej litewskiej stacji telewizyjnej TV3 powiedział: „Cała nasza litewska tożsamość jest antypolska. My, współczesny naród litewski, urodziliśmy się jako antypolacy. Najważniejsi XIX-wieczni twórcy naszej tożsamości narodowej mówili, że podstawowym dążeniem tworzącego się narodu litewskiego powinno być wyzwolenie się spod dominacji polskiej (zasianie nienawiści do Polski i Polaków i wszystkiego co polskie). Stąd, przy najmniejszym pretekście, Litwini tak łatwo wpadają w złość na swojego strategicznego sąsiada - Polskę."

Zdaniem Bumblauskasa każdy humanista i naukowiec litewski powinien zadać sobie pytanie, co osobiście zrobił, by przezwyciężyć te uformowane w okresie międzywojennym antypolskie stereotypy we wszystkich naukach, a w tym i w polityce. Jego zdaniem w tej dziedzinie nie zrobiono nic albo bardzo mało (Kresy24.pl 18.5.2011).

Na usta ciśnie się pytanie: Jeśli WSZYSCY (prawie wszyscy) Litwini, a już na pewno prawie wszyscy politycy litewscy są nastawieni antypolsko – wrogo wobec Polski i Polaków, to jak Polska i Polacy mogą uważać Litwę za swego strategicznego partnera?!

Prezydent Litwy bił żonę – Polkę

Fanatyzm nacjonalistyczny jest zbrodnią przeciwko ludzkości.
Litwin Antanas Smetona (1874-1944), który w latach 1919-20 i 1926-40 był prezydentem Litwy, w 1904 r. ożenił się z Polką z Kowieńszczyzny Zofią Chodakowską (1885-1968). Wkrótce potem został on jednym z czołowych nacjonalistów litewskich, wielkim wrogiem Polski, Polaków i wszystkiego co polskie, szczególnie na Litwie; Polaków na Litwie uważał za Litwinów, których zmuszono mówić po polsku (jest to ciągle oficjalne podejście Litwinów do Polaków na Litwie!). Red. Edmund Jakubowski, który przed wojną był redaktorem polskiej gazety „Chaty Rodzinnej” w Kownie, a po wojnie mieszkał w Sydney, opowiadał mi, że tajemnicą poliszynela w Kownie było, że Smetona bił i molestował żonę, aby zrobić z niej Litwinkę.

Czterech zaborców Polski w 1939 roku

Wszyscy Polacy wiedzą, że we wrześniu 1939 r. Hitler i Stalin dokonali czwartego rozbioru Polski. Tymczasem de facto było wtedy czterech zaborców Polski: oprócz Niemiec i Związku Sowieckiego także Litwa, która dzięki Stalinowi objęła w posiadanie etnicznie polskie Wilno i część Wileńszczyzny oraz Słowacja, która zajęła zbrojnie polski Spisz i Orawę oraz Jaworzynę Tatrzańską.

Prezydent B. Komorowski rodem z Litwy

6 sierpnia 2010 roku nowym prezydentem Polski został Bronisław Komorowski. Moim zdaniem było to symboliczne wydarzenie. Bowiem Bronisław Komorowski jest synem Polaków, którzy do 1940 roku mieszkali w Kowaliszkach na Litwie Kowieńskiej. W 1918 roku powstało na tej Litwie skrajnie nacjonalistyczne państwo litewskie, w którym ok. 10% ludności (250 tys.) stanowili Polacy. Nacjonaliści litewscy wypowiedzieli brutalną wojną tym Polakom i wszystkiemu co polskie na Litwie. Tamtejsi Polacy drogą różnych nacisków i terroru administracyjnego mieli się stać Litwinami. I właśnie potomek tych skazanych na zagładę Polaków nie tylko, że nie stał się Litwinem, tak jak i jego rodzice, którzy w 1945 roku przenieśli się do Polski, ale został teraz prezydentem Polski. Jest to więc symbol triumfu polskości nad zwyrodniałem nacjonalizmem litewskim!

Pół-Litwin prezydentem Polski?

Czy tylko co wybrany na prezydenta Polski Bronisław Komorowski w ogóle jest Polakiem?
Premier Litwy Andrius Kubilius w wywiadzie dla litewskiego radia Żiniu Radijas (8.7.2010) powiedział: "Pana Komorowskiego nazywam pół-Litwinem. Jego rodzina pochodzi z Litwy. Możemy więc pogratulować mu zwycięstwa i wyrazić z tego faktu zadowolenie".
Należy tu wyjaśnić, że rodzina Bronisława Komorowskiego nie pochodzi z polskiego Wilna czy polskiej Wileńszczyzny (które bezprawnie Stalin ofiarował Litwie), ale z etnicznej Litwy, czyli tzw. Litwy Kowieńskiej.
Litewski poeta, pisarz i publicysta Tomas Venclova oskarża Litwinów o to, że od czasów powstałego 22 lat temu niepodległościowego ruchu Sajudis „w kraju zapanował niekwestionowany prymitywny nacjonalizm” (PAP 6.7.2010).
Polacy w Wilnie i na Wileńszczyźnie są prześladowani przez ten prymitywny litewski nacjonalizm.

Zobaczymy co zrobi prezydent Bronisław Komorowski dla polepszenia doli Polaków w Wilnie i na Wileńszczyźnie. Platforma Obywatelska, której członkiem był Komorowski, drwiła z wielu wizyt prez. Lecha Kaczyńskiego w Wilnie, które w niczym nie przyczyniły się do poprawy trudnej sytuacji Polaków na Litwie, a właściwie w Wilnie i na Wileńszczyźnie.
Jeśli nie zrobi niczego w tym kierunku, to potwierdzi słowa premiera litewskiego, że jest pół-Litwinem. I dlatego ma w nosie los prześladowanych Polaków w Wilnie i na Wileńszczyźnie.

Głupia antypolska polityka rządów litewskich

W 1385 roku Litwa i Polska połączyły się w jedno państwo i narody polski i litewski żyły w zgodzie prawie aż do XX w. Jednak w 1795 roku nastąpił upadek państwa polsko-litewskiego i zaborca rosyjski, a także i Niemcy robili wszystko, aby skłócić oba narody. Wiek XIX był wiekiem nacjonalizmów. Z pomocą wrogów Polski i Polaków rodził się nacjonalizm litewski, który całą swoją energię skierował przeciwko Polsce i Polakom. W wyniku sprzyjających warunków geopolitycznych w 1918 roku nacjonaliści – a właściwie coraz bardziej szowiniści i faszyści litewscy przejęli władzę na Litwie i przystąpili do brutalnej walki z Polakami (ok. 200-250 tys. osób) i polskością w tym państwie. Polacy, którzy nie chcieli się zlitwinizować mieli być litewską odmianą hinduskich pariasów. Polityka ta w dużym stopniu osiągnęła swój cel (w pewnym stopniu z pomocą Niemców i Związku Sowieckiego). Dzisiaj na Litwie właściwej, czyli etnicznej (tj. bez Wilna i Wileńszczyzny) prawie nie ma Polaków.

Po podboju Polski przez hitlerowskie Niemcy i Związek Sowiecki we wrześniu 1939 roku, Stalin, aby móc łatwiej opanować całą Litwę, sprezentował szowinistom i faszystom litewskim polskie Wilno i część Wileńszczyzny, gdzie Litwinów prawie w ogóle nie było; w Wilnie stanowili zaledwie 1% ludności miasta. Chociaż w latach 1944-91 Litwą, jako częścią Związku Sowieckiego rządzili komuniści litewscy, wśród Litwinów przetrwał nacjonalizm silnie zakrapiany faszyzmem, a przez to wielka nienawiść do Polaków. Tym bardziej, że przed Litwinami stanęło nowe wyzwanie - odpolszczenia Wilna i Wileńszczyzny, gdzie pomimo masowego mordowania Polaków przez Sowietów, Litwinów i Niemców w latach II wojny światowej, wysiedlenia wielu tysięcy Polaków na Sybir, ucieczce na zachód jeszcze większej liczby Polaków, a przede wszystkim przez sowieckie wysiedlenia Polaków z lat 1945-47 i 1956-58 (ogółem wysiedlono ok. 230 000 Polaków do PRL), w Wilnie i na Wileńszczyźnie ciągle mieszka ok. 250 000 Polaków; stanowią 80% ludności powiatu solecznickiego i 60% powiatu wileńskiego).

W latach 1944-90 pozostali Polacy na dzisiejszej Litwie byli prześladowani przez komunistów tak jak wszystkie inne narody Związku Sowieckiego. Jednak mogło istnieć polskie szkolnictwo, prasa, zespoły wokalno-taneczne. A że Polacy, jak już wiemy, stanowią większość ludności na Wileńszczyźnie, polskość trwała i trwa.
W 1991 roku rozpadł się Związek Sowiecki i odrodziło się państwo litewskie. Państwo i społeczeństwo – włącznie z litewskim Kościołem katolickim chore na skrajny nacjonalizm. Stąd rządy litewskie oraz Kościół litewski (arcybiskup Wilna J. Backis jest znanym polakożercą!), chociaż nie mają już takich możliwości jak przed wojną, gdyż dzisiaj cywilizowane państwa są zobowiązane przestrzegać prawa człowieka, dyskryminują Polaków i walczą z polskim szkolnictwem oraz w ogóle z polskim językiem, jak i z polskością Wilna i Wileńszczyzny.

Rosja powoli odzyskuje swoje wpływy w byłych republikach sowieckich – ostatnio odzyskała je w dużym stopniu na Ukrainie, Białoruś ma już właściwie pod dużą kontrolą i robi naciski na Estonię, Łotwę i Litwę.

Jeśli chodzi o Litwę to przez głupotę samych Litwinów Rosja odzyskuje tam wpływy z pomocą litewskich Polaków.

Ostatnio zajął się tą sprawą Józef Darski - historyk, politolog, orientalista, współpracownik "Gazety Polskiej", twórca portalu ABCnet, wykładowca w Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego, który portalowi Kresy.pl (22.5.2010) powiedział m.in.:
...(W kontekście odzyskiwania wpływów rosyjskich na Litwie) warto poruszyć także kwestię sytuacji mniejszości polskiej na Litwie. Mniejszość rosyjska w tym kraju maleje bardzo szybko. W momencie odzyskania przez Litwę niepodległości Rosjan było więcej niż Polaków, a teraz jest ich mniej. Rosjanie od 20 lat wyjeżdżają albo się lituanizują. W tej sytuacji jedyną mniejszością, która może destabilizować Litwę są Polacy. I Rosja ten fakt rozgrywa. Ta gra jest łatwa z dwóch powodów. Pierwszy - obie strony konfliktu są przez Rosję zinfiltrowane. Drugi powód - Litwini są więźniami swojej tradycji historycznej z okresu międzywojennego. Widzą w Polakach główne zagrożenie, chociaż tak naprawdę stanowi je Rosja. Spychają Polaków w ramiona Rosji, nie przestrzegając przepisów Unii Europejskiej. Bo to przecież przepisy unijne, a nie żądania polskie, zobowiązują Litwę do napisów polskich wszędzie tam, gdzie Polaków jest powyżej 20 procent. Ale prawdą jest również to, że agentura rosyjska ma duże poparcie mniejszości polskiej. Dzieje się tak jednak dlatego, że Polacy nie widzą możliwości porozumienia się z państwem litewskim.

Persona non grata

W lutym 2010 roku ministrem spraw zagranicznych Litwy został szowinista (a tym samym faszysta!!!) i polakożerca Audronius Azubalis. „Kurier Wileński” pisał wówczas, że Azubalis słynął z podgrzewania nastrojów nacjonalistycznych wśród Litwinów. Wypowiadał się przeciwko Karcie Polaka, twierdząc, że może ona zagrażać bezpieczeństwu Litwy. Niejednokrotnie publicznie zarzucał szefowi Akcji Wyborczej Polaków na Litwie europosłowi Waldemarowi Tomaszewskiemu, że podnosząc kwestie przestrzegania praw mniejszości narodowych na Litwie kompromituje Litwę na arenie międzynarodowej. Azubelis jest także przeciwnikiem pisania po polsku polskich nazwisk na Litwie. Głosi otwarcie również i tę głupotę nacjonalistów litewskich, że Polska okupowała Wilno i Wileńszczyznę w okresie międzywojennym (była by to jedyna w dziejach ludzkości „okupacja”, kiedy w tym przypadku Polacy okupowali Polaków, gdyż Wilno i Wileńszczyzna były prawie czysto polskie; np. w Wilnie Litwini stanowili zaledwie 1% mieszkańców!). Konserwatywny rząd litewski premiera Andriusa Kubiliusa stanął w obronie ministra, nazywając go „zdrowym nacjonalistą”.

Polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych powinno uznać Audroniusa Azubalisa personą non grata w Polsce. Z polakożercą tym nie powinien mieć nic wspólnego, nie powinien prowadzić z nim żadnych rozmów oraz potępiać i bojkotować go na arenie międzynarodowej.

Litwini zrozumieliby wówczas, że skończyło się pobłażanie przez rząd Polski nacjonał-faszyzmu litewskiego i antypolskiej polityki przybłędów z Kowna w Wilnie i na Wileńszczyźnie, gdzie ciągle Polacy stanowią albo większość ludności, albo duży jej odsetek.

Kościół katolicki na Białorusi. Jeszcze polski, ale na jak długo?

Do 1939 roku Sowieci zniszczyli struktury organizacyjne Kościoła katolickiego w Republice Białoruskiej. Po ostatecznym przyłączeniu pn.-wsch. części Polski w 1945 roku do Związku Sowieckiego (Sowieckiej Białorusi), na którym to obszarze znajdowały się części polskich diecezji: wileńskiej, pińskiej i łomżyńskiej, Sowieci przystąpili do likwidacji katolicyzmu. Przede wszystkim wymordowano lub wysiedlono stąd ok. 800 000 Polaków-katolików (głównie do PRL), zlikwidowano administrację kościelną i wszelkiego rodzaju instytucje i organizacje katolickie. Pozostało jednak na tych terenach 600-700 tys. katolików (prawie wszyscy Polacy), którzy potrafili wywalczyć sobie to, że część parafii (duże) była ciągle czynnych.

Upadek Związku Sowieckiego 1988-91 przyniósł ze sobą odrodzenie Kościoła katolickiego na całej dzisiejszej Białorusi. W 1989 r. papież Jan Paweł II konsekrował w Rzymie ks. bpa Tadeusza Kondrusiewicza i mianował go administratorem apostolskim katolików na Białorusi, otwierając w ten sposób drogę do odnowy życia religijnego i struktur kościelnych w tym państwie. W 1990 r. otwarto w Grodnie Wyższe Seminarium Duchowne, w którym wyświęcono już 173 księży. W 1991 r. utworzono Metropolię Mińsko- Mohylewską, w skład której weszła archidiecezja mińsko-mohylewska, diecezja pińska i grodzieńska, a od roku 1997 także witebska. W latach 90-tych odbudowano setki odzyskanych i włączonych ponownie do kultu świątyń. Erygowano cały szereg nowych parafii. W sumie Kościół na Białorusi ma już 410 parafii.

Władze białoruskie naciskają na Kościół, aby przyczynił się do depolonizacji Kościoła – aby stał się on białoruski. Wychodzi temu naprzeciw zapoczątkowana za pontyfikatu Jana Pawła II polityka Watykanu dążąca do powstania na bazie mieszkających na Białoru (i na Ukrainie) Polaków-katolików etnicznie białoruskiego (i ukraińskiego) Kościoła katolickiego. Skandalem jest to, że do depolonizacji Polaków na Białorusi (i Ukrainie) są kierowani polscy księża z Polski!
Czyli w depolonizacji Polaków na Białorusi (i Ukrainie) brał udział “polski” papież Jan Paweł II i brał i bierze udział Kościół polski!

Polacy i polonika w Finlandii, Rosji, na Białorusi, Litwie, Łotwie i Estonii

Granice Polski ostatni raz uległy wielkim zmianom w 1945 roku i to na wszystkich stronach świata, w porównaniu z granicami Polski sprzed 1 września 1939 roku. Przede wszystkim nasz kraj jest mniejszy obszarowo aż do 20%.

Mam „Kalendarz na rok 1957” wydany przez polskie wydawnictwo Veritas w Londynie. Jest tam mapa Polski, pokazująca jednocześnie przedwojenne i dzisiejsze granice Polski. Granica wschodnia jest zaznaczona napisem: „Granica bezprawia i krzywdy”.

I taka jest prawda. Dla nas – Polaków jest to prawdziwie granica bezprawia i krzywdy. Bezprawia, gdyż granicę tę narzucił nam – i to bez konsultacji z nami – Stalin za zgodą prezydenta USA Roosevelta i premiera Wielkiej Brytanii Churchilla, a Polaków potraktował jak bydło, które można zagnać z jednego pola na drugie. Od Polski oderwano Lwów i Wilno – miasta, które odegrały wielką rolę w dziejach narodu polskiego. Uważam, że bez tych miast Polska nie jest pełną Polską czy Polską w całym tego słowa znaczeniu. To tak jakby od Anglii oderwano jednocześnie Oxford i Cambridge czy od Włoch Padwę i Bolonię.
Stało się tak jednak i, tak jak już powiedziałem, tak musi już być. Nie sposób dzisiaj wyrzucić Litwinów z Wilna, Ukraińców ze Lwowa, Polaków z Wrocławia i Szczecina, Czechów z Kraju Sudeckiego, Rosjan z Obwodu Kaliningradzkiego czy Litwinów z Kłajpedy. Dziś to byłaby jeszcze większa wędrówka ludów od tej jaka miała miejsce po II wojnie światowej. I nie obeszło by się bez przelewu krwi.
........
Chociaż w ostatnich 20 latach i do tegorocznego lata odwiedziłem 53 kraje, nigdy się nie wybrałem i nie planowałem się wybrać do krajów na wschód od Polski. I nie dlatego, że mam jakieś uprzedzenia do państw i narodów na wschód od Polski, ale dlatego, że uważałem, że, chociaż jestem daleki od rewizji granic, taka podróż będzie dla mnie – patrioty polskiego – tragedią. Uważałem, że będzie dla mnie tragedią być w litewskim Wilnie, białoruskim Grodnie czy ukraińskim Lwowie, zdając sobie sprawę z tego, w jak niegodziwy sposób te miasta odpadły od Polski.

Teraz dopiero dowiedziałem się, że tak samo myśli wielki kompozytor polski rodem ze Lwowa Wojciech Kilar (ur. 1932), który powiedział, że nigdy nie pojedzie do ukraińskiego Lwowa – swego rodzinnego miasta. I nie dlatego, że ma jakieś pretensje do Ukraińców. Przeciwnie, współpracuje z muzykami ukraińskimi. Nie chce jednak zburzyć cudownego obrazu tego Lwowa jaki zna z lat swej młodości. Ja nie chciałem patrzeć na coś co było polskie – tak bardzo polskie, a dziś nie jest jedynie przez dyktat wielkiego tyrana, wielkiego zbrodniarza i wielkiego wroga Polski i Polaków Józefa Stalina. Chciałem jednak zobaczyć Łotwę, Estonię i Finlandię, a nawet i Rosję. Może nie tyle Rosję jako taką co Moskwę i Petersburg – jedne z najważniejszych miast Europy.

O prywatnym wyjeździe do Rosji nie mogło być mowy, a wycieczki grupowe były organizowane albo tylko do Rosji, albo tylko do krajów nadbałtyckich, a więc także na Litwę z Wilnem. Natomiast angielska renomowana firma podróżnicza Trafalgar organizowała wycieczkę do Finlandii, Rosji, na Białoruś i Litwę, do Łotwy i Estonii. Ta wycieczka nam odpowiadała i w taki to sposób znalazłem się w tych krajach, a także w Wilnie i na Kresach. W drodze powrotnej z Londynu do Australii przez Singapur lecieliśmy nad Lwowem. A że było bezchmurne niebo, widziałem dobrze również miasto Orląt z lotu ptaka (po drodze do Londynu nie widziałem Lwowa gdyż nad miastem unosiły się chmury, ale widziałem dobrze zalane słońcem polskie Podkarpacie i Tatry w całej swej krasie z lotu ptaka).
Dodam tu, że tak ja ani moja najbliższa rodzina ze strony matki i ojca nie pochodzi z Kresów. Ziemie te są mi bliskie po prostu przez dobrą znajomość historii Polski.

Byłem więc i zobaczyłem trochę Finlandii, Rosji, Białorusi, Litwy, Łotwy i Estonii. Każde z tych państw na swoje uroki. A są bardziej urokliwe przy ładnej pogodzie, a ta nam wyjątkowo wszędzie dopisywała (poza pobytem w Rydze). W Finlandii podobały mi się Helsinki i wielkie lasy brzozowe – to było coś dla mnie nowego, bardzo oryginalnego. Poza tym Finlandia przypominała mi mój kraj lat dziecinnych – Pomorze, także krainę lasów i jezior. Petersburg i Moskwa to naprawdę coś, to wielkie i znane miasta europejskie. Litwa, Łotwa i Estonia są krajobrazowo bardziej monotonne – tereny nizinne o dużym zalesieniu. Ładna za to jest Ryga i jeszcze ładniejszy Tallin. Wilno? Nie, nie zrobiło na mnie dużego wrażenia. Jest ładnie położone i ma wiele zabytków. Jednak nie może konkurować nie tylko z Petersburgiem i Moskwą, czy Rygą i Tallinem, ale nawet Helsinkami. Będąc w Wilnie nie czułem, że jestem w mieście, które jest stolicą państwa; a czułem się, że jestem w mieście stołecznym jak byłem w Helsinkach, Rydze i Tallinie, chociaż Tallin jest mniejszym miastem od Wilna. W Wilnie czułem się tak jak bym był w Toruniu, Bolonii czy Oxfordzie.

Mińsk zrobił na mnie duże i pozytywne wrażenie. Prawda, nie widziałem za wiele dzielnic mieszkaniowych i fabrycznych, ale to co widziałem zmieniło w moich oczach obraz miasta. A był to obraz jak się okazało zupełnie fałszywy. Dlatego że Mińsk był nie za ładnym miastem przed wojną (widziałem pocztówki) i że był zniszczony podczas wojny, myślałem, że stolica Białorusi jest typowo sowieckim brzydkim miastem. Tymczasem 17-kilometrowa Aleja Niepodległości przeniesiona do Warszawy na pewno upiększyła by naszą stolicę.

W ogóle najbardziej z wszystkich z tych państw podobała mi się Białoruś. Od granicy z Rosją od strony Smoleńska po granicę białorusko-litewską w rejonie Oszmiany kraj był miły oku i wyglądał na dobrze zagospodarowany i nawet zasobny (np. nie widziałem ziemi leżącej odłogiem, której było wiele w Rosji i sporo na Litwie). Mińsk jest bardzo czystym miastem i ładnie zabudowanym wokół dużego sztucznego jeziora. Nie wiem jak to robią, ale na murach miasta nie widziałem żadnych grafitti (stolicą grafitti jest Berlin!). No i kraj wydał mi się być taki swojski, szczególnie od przekroczenia koło Rakowa przedwojennej granicy polsko-sowieckiej. Prawie w każdej miejscowości obok cerkwi polskie z architektury kościoły; w pierwszej miejscowości - w Rakowie kościół jest neogotycki. A poza tym właśnie Białorusini są najbliżsi Polakom i to chyba pod każdym względem. Nawet jedzenie – kiełbasy, kotlet schabowy, ogórki kiszone i ciasta przypominały mi Polskę.
Białoruś nazywana bywa: miłą Rusią. Zgadzam się zupełnie z tym określeniem. Jest to bardzo miły kraj. Szkoda, że Białorusini to tak nieszczęśliwy naród.

Będąc w Smoleńsku uświadomiłem sobie, że jestem na terytorium, które kiedyś należało do Rzeczypospolitej. W XVII-wiecznej Polsce było województwo smoleńskie i katolickie biskupstwo smoleńskie, a wcześniej i później miasto to odegrało znaczącą rolę w wojnach polsko-moskiewskich: w 1513 roku, 1609 roku, 1633 roku, 1654 roku i 1812 roku. W tym ostatnim roku, 17 sierpnia, korpus polski pod dowództwem księcia Poniatowskiego miał decydujący udział w zajęciu miasta przez wojska Napoleona.

I tak od rosyjskiego dziś Smoleńska przez całą Białoruś, Litwę, Łotwę i Estonię po estońską Parnawę – wszystko to były kiedyś czy jeszcze w XX wieku tereny „polskie” czy po prostu polskie. Jak wielka była nasza przedrozbiorowa Polska (do lat 1772-95)!

Często powracała do mnie ta myśl jak jechałem przez te ziemie, na których przez kilka wieków królował język polski i polska kultura, ludność się polonizowała i jej szczątkowe ślady spotyka się tu po dziś dzień, chociaż najpierw rozbiory i zaborca rosyjski, a w 1945 roku Stalin robili i zrobili wszystko, aby tu Polski i Polaków więcej nie było. A bez wątpienia byłaby tu dziś Polska i tylko lub prawie tylko Polacy, gdyby nie rozbiory.
Ale tak nie miało być. Są dzisiaj Litwini, Białorusini, Łotysze i Ukraińcy świadomi swej odrębności narodowej, którzy mają prawo do posiadania własnych państw. Teraz chodzi tylko o to, abyśmy z sobą zgodnie współżyli. I o to, aby nie niszczono polskiego dziedzictwa narodowego na tych obszarach. Bowiem jego niszczeniem narody te nie tyle szkodzą Polsce czy Polakom, co – przez swój szowinizm - uszczuplają historię tych ziem. A więc historię swoich państw, a nawet i częściowo swoich narodów.

Prawie każdy kościół katolicki na Białorusi i Wileńszczyźnie był czy jest nadal polski. W Mińsku wszystkie kościoły katolickie mają polski rodowód. Tak samo w Wilnie, gdzie w 1939 roku tylko 1 kościół (św. Mikołaja) był litewski, a wszystkie inne polskie, bowiem ich parafianami byli Polacy. A na litewskiej Wileńszczyźnie ciągle w 44 parafiach zdecydowanie dominują Polacy. Ale nie tylko kościoły mówią o byłej polskości tych ziem, ale także pałace, dwory i miejsca licznych bitew oręża polskiego. W tych dworach, pałacach, wsiach i miastach urodziło się wiele setek znanych Polaków, ludzi, którzy odegrali wielką rolę w dziejach narodu polskiego, jak np. Józef Piłsudski, Tadeusz Kościuszko, Adam Mickiewicz, Stanisław Moniuszko, Eliza Orzeszkowa, Gabriel Narutowicz, kard. Henryk Gulbinowicz, Melchior Wańkowicz, Tadeusz Rejtan, Kleofas Ogiński, Czesław Miłosz, Czesław Niemen czy nawet premier z czasów PRL Piotr Jaroszewicz.

Poloników czy polskiej przeszłości nie brak również w Rosji i Estonii oraz na Łotwie.
O polonikach katolickich jakie widziałem podczas tej podróży już pisałem (zob.: „Niektóre polonika katolickie w Europie”). Dlatego tutaj ograniczę się do poloników świeckich, jakie udało mi się zobaczyć czy z którymi mogłem się zetknąć.
........
Że Polacy mieszkają na całym świecie, stąd nie brak ich było i jest również i w stolicy Finlandii - Helsinkach. Finlandię do 1917 roku zajmowali Rosjanie i stąd pod koniec XIX wieku także i w Helsinkach osiedliła się spora grupa Polaków, chcących polepszyć swoje życie lub uciec od prześladowań w zaborze rosyjskim; bowiem poza ziemiami zaboru rosyjskiego Polacy na ogół nie byli prześladowani. Przeciwnie mogli nawet wysoko awansować zawodowo i budować kościoły katolickie. Metropolita mohylewski Jerzy Józef Szembek erygował w 1904 roku w Helsinkach parafię katolicką pod wezw. Św. Henryka, która liczyła wówczas 2180 wiernych, głównie Polaków; jej proboszczem został ks. Julian Matusewicz. Po odrodzeniu się państwa polskiego w 1918 roku większość Polaków z Helsinek wyjechała do Polski. Pozostali skupili się wokół organizacji Zjednoczenie Polskie, istniejącej od 1917 roku. W wyniku emigracji posolidarnościowej (po 1981) także w Finlandii osiedliła się spora grupa Polaków. Dzisiaj mieszka tu 3000 Polaków. W Helsinkach działają następujące organizacje: ciągle Zjednoczenie Polskie w Helsinkach, Polonijne Towarzystwo Oświatowo- Kulturalne w Finlandii PTOK i Związek Towarzystw Finlandia-Polska, ukazuje się biuletyn „Kontakt” i istnieje Szkolny Punkt Konsultacyjny przy Ambasadzie RP w Helsinkach. W 1980 roku duszpasterstwo wśród katolików w Helsinkach podjęli polscy sercanie, a w 2000 roku polski duchowny – Józef Wróbel został katolickim biskupem Helsinek. Pierwszym miastem w Rosji, które zwiedziliśmy był Wyborg, który jako Viipuri należał do 1940 roku do Finlandii. Będąc sporym miastem i dużym garnizonem rosyjskim, Wyborg stał się największym ośrodkiem polskim w Finlandii. Po upadku caratu w 1917 roku w Wyborgu organizacja polska zrzeszała aż 1000 Polaków i w mieście powstał batalion polski – 400 żołnierzy pod dowództwem Bogusławskiego. Większość Polaków powróciła potem do wolnej Polski. Natomiast Petersburg do 1914 roku był wielkim ośrodkiem polskości. Mieszkało tam wtedy aż 70 000 Polaków, przeważnie inteligencji. Na tutejszych wyższych uczelniach studiowało setki młodzieży polskiej, a wykładali tak wielcy polscy uczeni jak profesorowie: L. Petrażycki, J. Baudouin de Courtenay - obaj na uniwersytecie czy J. Ciągliński w Akademii Sztuk Pięknych, której uczniami byli m.in. znani późniejsi malarze polscy jak: W. Wańkowicz, J. Oleszkiewicz, W. Gerson, H. Weyssenhoff, W. Podkowiński, F. Ruszczyc. Było tu kilka polskich kościołów, polskie organizacje, ukazywały się polskie pisma, m.in. „Dziennik Petersburski”, tygodnik „Kraj” czy „Życie Kościelne”. Tutaj zmarł w 1798 roku król Stanisław August Poniatowski i urodziło się wiele dziesiątek znanych i zasłużonych Polaków, m.in. wielki dziennikarz okresu międzywojennego Stanisław Cat-Mackiewicz czy gen. Stanisław Kopański, podczas II wojny światowej dowódca Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, a następnie 3 Dywizji Strzelców Karpackich. W Petersburgu najważniejszym polonikiem jaki widziałem, poza polskim kościołem św. Katarzyny, była brama triumfalna wystawiona na cześć zdławienia Powstania Listopadowego w Polsce w 1831 roku. A więc polonik raczej niemiły dla Polaka. W kościele św. Katarzyny rozmawiałem z polskim księdzem, dominikaninem o. Andrzejem Bielatem, który jak się okazało studiował w seminarium zakonnym razem z moim polskim duszpasterzem w Australii, o. Dominikiem Jałochą OP. Rozmawiałem z innymi Polakami, od których dowiedziałem się o współczesnym polskim życiu narodowym w Petersburgu. A życie to jest doprawdy bardzo bujne. Działają tu: Związek Polaków w Sankt Petersburgu im. Ks. Bp. A. Maleckiego z siedzibą przy Prospekcie Newskim 32-34 (niedaleko kościoła św. Katarzyny), który prowadzi polską szkołę niedzielną, Stowarzyszenie Kulturalno - Oświatowe "Polonia" im. A. Mickiewicza, Instytut Polski w Sankt Petersburgu, Polskie Towarzystwo Historyczne w Sankt Petersburgu (prezes prof. Włodzimierz Michajlenko), Stowarzyszenie Lekarzy Polskich przy Związku Polaków w Sankt Petersburgu (prezes prof. Ernest Walkowicz). Nauczaniem języka polskiego zajmują się placówki pedagogiczne: Ośrodek Metodyki Nauczania Języka Polskiego przy Liceum Słowiańskie nr 294, Szkoła Kultur Słowiańskich nr 479 i Szkoła nr 216 z poszerzonym programem nauczania języka polskiego. Ukazuje się „Gazeta Petersburska” (red. Światosław Swiacki) oraz były wydawane: biuletyn „Polonus” i kwartalnik „Polacy w Sankt Petersburgu”. Polskim kościołem jest rzymskokatolicka parafia Św. Stanisława przy ul. Sojuza Pieczatnikow 22, której proboszczem jest ks. Krzysztof Pożarski.

W drodze z Petersburga do Moskwy zwiedziliśmy m.in. Nowogród Wielki i Twer. Za Rosji carskiej (XIX w.) osiedliło się w obu miastach po kilkuset Polaków, którzy skupiali się wokół polskich kościołów katolickich (w Nowogrodzie parafialnego od 1893; dekanat petersburski), należących do polskiej (kresowej) metropolii mohylewskiej. W soborze Sofijskim w Nowogrodzie podziwiamy słynne romańskie drzwi brązowe (z XII w.), które do pocz. XV w. znajdowały się w katedrze w Płocku na Mazowszu. Jest to jeden z najcenniejszych poloników w Rosji. Jadąc z Nowogrodu do Moskwy ok. 20 km przed Twerem minęliśmy Miednoje – miejsce pochówku oficerów polskich z obozu w Ostaszkowie zamordowanych przez NKWD w marcu-kwietniu 1940 roku w Twerze. Natomiast przed Smoleńskiem widziałem duży drogowskaz, a raczej tablicę z napisem polskim i angielskim wskazujący drogę do pobliskiego lasku katyńskiego (Katynia), drugiego i bardziej znanego miejsca kaźni polskich oficerów z 1940 roku. Niestety, tylko tyle danym mi było zobaczyć z tych polskich tragicznych miejsc na terenie Rosji. Pocieszającym jest to, że o zbrodni sowieckiej w Katyniu mówią przewodnicy turystyczni firmy Trafalgar, których autobusy przejeżdżają tą trasą. Będąc w Moskwie zwiedziłem Kreml i znajdujące się tam bogate muzeum, zwane Orużejnaja pałata. Są tam m.in. wszystkie dary jakie otrzymywali carowie od władców innych państw. W osobnej bardzo dużej gablocie są dary od polskich królów. Jeden dar zwrócił na mnie specjalną uwagę. Otóż w Moskwie na rzece Moskwie stoi wzniesiony przed kilku laty wielki i bardzo oryginalny pomnik Piotra Wielkiego z okazji 300-lecia Petersburga. Chyba mało kto wie, że wzorcem dla tego pomnika był jeden z prezentów króla polskiego – dużych rozmiarów wyrób złotników wrocławskich z XVII w. Co do tego nikt nie może mieć żadnych wątpliwości. Podobieństwo tych dwóch rzeczy jest wyjątkowe. Moskwa odegrała pewną rolę w dziejach Polski i narodu polskiego. Tylko trzy razy w swych dziejach Moskwę zajęły obce wojska: 20 czerwca 1605 roku wojska polskie, wspomagające pretendenta do tronu carskiego Dymitra Samozwańca I, w październiku 1610 roku wojska polskie, dowodzone przez hetmana Stanisława Żółkiewskiego i w 1812 roku Napoleon. Z tym , że z Napoleonem do Moskwy weszli także polscy żołnierze. A nawet byli tam pierwsi. Po przegranej przez Rosjan bitwie pod Borodino, 7 września 1812 roku, do opuszczonej Moskwy wszedł jako pierwszy 10 pułk huzarów płk Jana Nepomucena Umińskiego.

12 maja 1606 roku odbył się na Kremlu ślub cara Dymitra I (Samozwańca I) z Polką Maryną Mniszchówną. Jednak już 17 maja Dymitr został zamordowany przez zwolenników Wasyla Szujskiego, którego od razu obrano nowym carem. Dymitr I ponoć jednak nie zginął – rzekomo cudownie uratowany, co potwierdziła Maryna Mniszchówna, która stanęła przy boku Dymitra Samozwańca „II” jako jego żona. Wówczas do wojny domowej ponownie, ale tym razem już oficjalnie wmieszała się Polska. Król Zygmunt III wysłał wojsko polskie do Rosji pod dowództwem hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Hetman po pokonaniu wielkiej armii moskiewskiej pod Kłuszynem, a następnie pod Cariewo-Zajmiszczem wkroczył do Moskwy. Wówczas przychylni Polsce bojarzy (m.in. Mścisławowcy) obalili Wasyla Szujskiego, a Sobór Ziemski zebrany w Moskwie wybrał carem królewicza polskiego Władysława, syna króla Zygmunta III. Żółkiewski uroczyście żegnany wyruszył do Warszawy zabierając ze sobą jako więźniów obalonego cara i dwóch jego braci: Dymitra i Iwana Szujskich. Dowództwo załogi polskiej na Kremlu objął Aleksander Gosiewski. Władysław nie objął jednak tronu carskiego, gdyż warunkiem było przejście na prawosławie. W 1613 roku carem został Michał Fiodorowicz Romanow, założyciel dynastii Romanowów, która rządziła Rosją do 1917 roku.

Było wiele innych powiązań Moskwy z polską i Polakami. Np. w Moskwie urodził się Teodor Potocki (1664-1738), arcybiskup gnieźnieński i prymas Polski od 1722 roku. W latach 1863-65 działało w Moskwie kółko Opieka Narodowa, którym kierował Paweł Majewski, a które ukrywało uczestników Powstania Styczniowego w Polsce (1863-64) i organizowało ich ucieczki za granicę. 25 lipca 1932 roku zawarto w Moskwie polsko-radziecki układ o nieagresji, złamany przez Związek Radziecki 17 września 1939 roku, tj. po napadzie Moskwy na Polskę do spółki z Hitlerem. Tutaj także 23 sierpnia 1939 roku III Rzesza Niemiecka i ZSRR zawarły pakt o nieagresji, zwany potocznie “paktem Ribbentrop-Mołotow”, który był de facto dokumentem tzw. czwartego rozbioru Polski; jego realizacja nastąpiła po napadzie na Polskę Niemiec 1 września i ZSRR 17 września 1939 roku. W dniach 18-21 czerwca 1945 roku miał miejsce w Moskwie głośny i skandaliczny proces 16 wybitnych działaczy polskiego państwa podziemnego podległych w czasie wojny rządowi polskiemu na obczyźnie (w Londynie). Na XXII Igrzyskach Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku drużyna polska zdobyła 3 złote medale, 14 srebrnych i 15 brązowych medali.

Moskwa przed rewolucją bolszewicką w 1917 roku i zaraz po niej była również dużym ośrodkiem polonijnym, który czeka na swego historyka. Według rosyjskiego spisu ludności z 1897 roku mieszkało w Moskwie 7800 Polaków, których liczba wzrosła do 20 000 w 1914 roku. Już w XIX w. były dwa kościoły katolickie: św. Piotra i Pawła dla Polaków i Niemców i św. Ludwika dla Francuzów, a później także i dla Polaków. Polskie Katolickie Towarzystwo Dobroczynności powstało w Moskwie już w 1885 roku i zrzeszało bardzo wielu Polaków. Po rewolucji 1905 roku powstało tu stowarzyszenie kulturalno-oświatowe „Dom Polski”, a przy nim duża polska biblioteka wraz z czytelnią. W okresie I wojny światowej działały w Moskwie polskie szkoły i duże gimnazjum. Ukazywały się tu polskie gazety, m.in.: „Głos Polski” 1913-14), „Echo Polskie” (1915-16), „Gazeta Polska” (1915-18). Sowiecki spis ludności z 1926 roku odnalazł w Moskwie ciągle 17 000 Polaków. Już wtedy byli oni poddani intensywnej sowietyzacji. Kościół św. Ludwika był jednak ciągle czynny w okresie sowieckim.

Po upadku Związku Sowieckiego w 1991 roku odrodziło się w Moskwie polskie z charakteru życie narodowe. Dzisiaj w Moskwie działają Kongres Polaków w Rosji i Stowarzyszenie Kulturalne "Dom Polski", w Szkole Średniej nr 112 jest nauczany język polski, a przy ul. Nowaja Basmanskaja 16/31 jest polski kościół pod zarządem arcybiskupa katolickiego Moskwy, Polaka, ks. Tadeusza Kondrusiewicza oraz jest dom zakonny polskich werbistów; o. Jerzy Jagodziński, SVD jest proboszczem Parafii Werbistów.

Leżące niedaleko Moskwy Borodino, przez które przejeżdżamy w drodze do Mińska, o tyle mnie zainteresowało, że w stoczonej tu zwycięskiej przez Napoleona bitwie z Rosjanami 7 września 1812 roku brał udział 5 korpus ks. Józefa Poniatowskiego.

Jak daleko na wschód w kierunku Moskwy sięgała Polska i Litwa? Stwierdziłem, że bardzo daleko bo aż na wschód od Wiaźmy, czyli mniej więcej w połowie drogi między Moskwą a Smoleńskiem, a więc zaledwie 120 czy 150 km od Moskwy. Wiaźma należała do złączonej z Polską Litwy do 1494 roku. Nie było to duże miasto, ale może dlatego, że leżało na drodze z „polskiej” Białorusi do Moskwy, w XIX w. osiedliło się tu trochę Polaków, którym pozwolono nawet na zbudowanie kościoła katolickiego.

Smoleńsk interesował mnie tym, że w latach 1404-1514 i 1611-54 należał do Rzeczypospolitej, że zdobyły go na Moskalach wojska polskie w 1611 roku po 20-miesięcznym oblężeniu i obroniły w czasie oblężenia przez Rosjan w latach 1632-34, że w XVII w. polski wówczas Smoleńsk został stolicą województwa smoleńskiego i polskiego katolickiego biskupstwa smoleńskiego (istniejącego do 1798 r.). Polska parafia katolicka p.w. Niepokalanego Poczęcia NMP istniała tu do czasów sowieckich. I wreszcie przez to, że tutaj mój dziadek ze strony ojca odbywał służbę w wojsku rosyjskim.

Nie myślałem, że po ciemnej nocy sowieckiej odrodzi się jak Feniks z popiołów polskie życie narodowe w Smoleńsku. Dzisiaj działa tu Stowarzyszenie Kulturalno-Oświatowe Polaków Obwodu Smoleńskiego "Dom Polski", które ma swój Dom Polski i jest czynna ponownie parafia rzymskokatolicka Niepokalanego Poczęcia NMP, przy której działa Polska Biblioteka Parafialna.

Pierwszym miastem po białoruskiej stronie granicy przez które przejeżdżamy jest Orsza. Było to bardzo znane miasto w Rzeczypospolitej. Pułkownik wojsk polskich Samuel Kmicic, pierwowzór bohatera „Potopu” Henryka Sienkiewicza, był chorążym orszańskim. Tutaj 8 września 1514 roku wojska polsko-litewskie pod wodzą K. Ostrogskiego zadały głośną klęskę armii moskiewskiej. Bitwa pod Orszą jest tematem dużego obrazu namalowanego po 1514 roku przez artystę z kręgu L. Cranacha st. (Muzeum Narodowe w Warszawie), niezwykle dokładnie odtwarzającego poszczególne fazy bitwy. Z kolei 7 lutego 1564 roku zadał tu klęskę wojskom moskiewskim M. Radziwiłł Rudy. W 1654 roku pobił tu Moskali Janusz Radziwiłł. W 1620 roku król Zygmunt III nadał Orszy prawo magdeburskie. Był to znany ośrodek polskości na ziemiach białoruskich. Były tu polskie kościoły i klasztory: jezuitów wraz z kolegium (1612, istniało do 1822), bernardynów (1636), dominikanów (1650), franciszkanów (1680), trynitarzy (1714), misjonarzy (XVIII w.), benedyktynek (XVII w.) i mariawitek (XVIII w.). Wszystkie klasztory i kościoły zostały zamknięte przez władze carskie w XIX w. Po 1863 roku katolikom pozostawiono tylko jeden kościół parafialny – murowany kościół podominikański św. Józefa Oblubieńca z 1819 roku, w którym były do rewolucji bolszewickiej dwa obrazy Smuglewicza; w 1880 r. parafia liczyła 2082 wiernych.

Przed Mińskiem był jeszcze Borysów nad Berezyną – jeszcze jedno miasto białoruskie związane historią z Polską i Polakami. Już w 1642 roku wzniesiono tu pierwszy kościół katolicki. W 1880 roku tutejsza parafia katolicka Wniebowzięcia NMP miała 3635 wiernych, a do dekanatu borysowskiego należało 11 parafii z ogólną liczbą 20 560 katolików. Byli tu królowie polscy Zygmunt I w 1514 roku (dokonał przeglądu wojska) i Zygmunt III w 1635 roku, obaj ciągnący z wojskiem do Smoleńska. W 1660 roku okupowany przez Moskali Borysów oblegał Stefan Czarniecki, a w 1812 roku, podczas wojny francusko-rosyjskiej Borysów przeszedł do historii z powodu przeprawy wojska francuskiego przez Berezynę. 21 listopada 1812 roku miała tu miejsce bitwa o przeprawę na tej rzece, w której brały udział wojska polskie pod wodzą gen. Henryka Dąbrowskiego, niestety przegranej mimo pełnej poświęcenia walki. Jednakże dzięki zręcznemu manewrowi oraz odkryciu przez Polaków brodu pod Studzianką i budową mostu Napoleon przeprawił jednak resztki swojej armii na drugą stronę rzeki. Była to zasługa saperów gen. Dąbrowskiego i kpt. Prądzynskiego. Do bitwy nad Berezyną doszło ponownie już w końcowej fazie przeprawy przez mosty. Dywizja Dąbrowskiego znowu osłaniała uchodzące na drugą stronę rzeki wojska. 28 listopada doszło do całodziennej bitwy z korpusami Wittgensteina i Cziczagowa. Polacy walczyli bohatersko. Drugi pułk piechoty polskiej wraz z „młodą gwardią” francuską asekurował artylerię i amunicję. Bohaterstwo Polaków i tragedię przeprawy berezyńskiej pokazali znani malarze polscy Wojciech Kossak i Julian Fałat na wielkiej panoramie „Przejście przez Berezynę” (1895-96). Życie polskiej ludności nad Berezyną na pocz. XX w. utrwalił pochodzący z tych stron prozaik Florian Czarnyszewicz (1895-1964) w 3-tomowej powieści „Nadberezyńcy” (Buenos Aires 1942, Toronto 1976, pierwsze wydanie krajowe Warszawa 1991).

Polaków w Orszy, Borysowie i nad Berezyną zdziesiątkował fizyczny terror stalinowski, wielu innych wywieziono w głąb Związku Sowieckiego. Polskość, już jednak w dużo skromniejszej dawce odrodziła się po upadku Związku Sowieckiego w 1991 roku i powstaniu państwa białoruskiego. W Orszy powstał Rejonowy Oddział Związku Polaków na Białorusi, a w Borysowie także Rejonowy Oddział Związku Polaków na Białorusi oraz Dziecięcy Zespół Pieśni i Tańca "Słoneczko"; w obu miastach odrodziły się parafie katolickie.

Przyjeżdżamy do stolicy Białorusi Mińska. Polski Mińsk, a ma on bogate dzieje, żył zawsze aż do I wojny światowej w cieniu stosunkowo niedalekiego polskiego Wilna. Jednak i to miasto było kiedyś bardzo polskie, o czym pisał Michał K. Pawlikowski we wspomnieniach „Dzieciństwo i młodość Tadeusza Irteńskiego” (Londyn 1959). Pisze on m.in., że przekonanie o tym, że Mińsk był najbardziej zruszczonym miastem na ziemiach litewsko-białoruskich jest daleka od prawdy. Za carskich czasów i aż do 1920 roku prezydentami miasta byli wyłącznie Polacy! Ludność przedmieść Lachówka Górna i Dolna, Komarówka, Uborki lub Trojecka Góra mówiła wyłącznie po polsku. A kiedy w 1919 roku miasto zajęły wojska polskie „wszyscy Żydzi – starzy i młodzi – zaczęli zupełnie poprawnie wysławiać się po polsku... Czyżby nauczyli się polskiego w ciągu 24 godzin?” Jeszcze w 1914 roku były tu 4 kościoły polskie, a po 1917 roku polski teatr, polskie szkoły, ukazywały się gazety polskie, m.in. „Dziennik Miński”; miasto było katolicką stolicą biskupią, a biskupami zawsze byli i są Polacy.

W dzisiejszym Mińsku mieszka ok. 40 000 Polaków. Działają tu: Obwodowy Oddział Związku Polaków na Białorusi im. St. Moniuszki i Rejonowy Oddział Związku Polaków na Białorusi, Polskie Stowarzyszenie Kulturalno Oświatowe "Polonia", Instytut Polski, Polskie Towarzystwo Naukowe, Stowarzyszenie Lekarzy Polskiego Pochodzenia, Szkoła Polska przy Ambasadzie RP w Mińsku, 1 Drużyna Harcerska w Mińsku, Polski Zespół Pieśni i Tańca "Skowronki", Dziecięco młodzieżowy zespół "Tęcza", Dziecięcy Zespół "Mińskie Kukułeczki", Chór Piosenki Polskiej "Czerwone Maki" przy Oddziale ZPB w Mińsku, chór studentów polskich. Mińsk jest siedzibą katolickiego administratora apostolskiego Białorusi, prymasa Białorusi ks. kard. Kazimierza Świątka, wielkiego Polaka zakochanego w Białorusi, przewodniczącego Konferencji Episkopatu Białorusi. O polonikach wileńskich można by było napisać całą książkę. Starczy powiedzieć, że prawie wszystko co było w Wilnie w 1939 roku było polskie lub miało polskie korzenie lub związki z polskością. Po 1945 roku wiele z tych poloników zniszczono i nadal się niszczy. Pomimo tego nawet katedra wieleńska, tak bardzo związana z Polakami, chociaż od 1990 roku jest oficjalnie Litewską Świątynią Narodową i dlatego nie wolno w niej było odprawić nawet mszy polskiej po zgonie papieża Jana Pawła II (!), jest pod wezwaniem św. Stanisława Biskupa – patrona Polski, a na górze jej fasady są rzeźby św. Stanisława i św. Kazimierza, a w jej wnętrzu, chociaż usunięto wszystkie inne liczne polonika, jest Kaplica św. Kazimierza z trumną z Jego – królewicza polskiego - szczątkami i z rzeźbami królów polskich oraz Kaplica Królewska ze szczątkami kilku przedstawicieli dynastii jagiellońskiej i Kaplica Częstochowska.

Oczywiście oficjalny litewski przewodnik po mieście pomija milczeniem wszystkie mijane po drodze polonika. Nie zauważa pięknego wewnątrz i jedynego dziś całkowicie polskiego kościoła św. Ducha, nie mówi nawet czyj to pomnik (Adama Mickiewicza) stoi przy przepięknym kościele św. Anny jak stoimy przy nim. Jednak te polonika same rzucają się w oczy przybywającym do Wilna Polakom, jak np. właśnie pomnik Mickiewicza, Muzeum Mickiewicza czy tablice na domach w języku polskim informujące, że tu mieszkał Juliusz Słowacki, Władysław Syrokomla czy Ferdynand Ruszczyc. Nawet dziedzińce w starych zabudowaniach uniwersytetu: Skargi i Sarbiewskiego, chociaż ze zlitwinizowanymi dziś ich nazwiskami, mówią same za siebie.

Chyba w każdym z ponad 20 starych kościołów wileńskich są liczne polonika, widziałem ich wiele np. w kościele akademickim św. Jana, w zdewastowanym niemiłosiernie kościele Bernardynów czy przepięknym kościele św. Piotra i Pawła na Antokolu. Na czoło wysuwa się jednak swoją polskością Ostra Brama do tego stopnia, że nawet litewski przewodnik turystyczny mówi nam, że MB Ostrobramską czczą najbardziej Polacy. Kaplica Ostrobramska jest wyłożona wotami, których jest aż 8000 – w zdecydowanej większości polskich. Na uwagę zasługuje wotywo-srebrna plakietka znajdująca się na filarze, a ofiarowana przez marsz. Józefa Piłsudskiego z napisem: „Matko, dziękuję Ci za Wilno”. Natomiast jak się jest na starych cmentarzach wileńskich to człowiek ma wrażenie, że jest po prostu na cmentarzu w Polsce.

W Wilnie, w którym według spisu ludności w 2001 roku mieszkało ciągle 104 446 Polaków jest tyle polskich organizacji, stowarzyszeń, instytutów, szkół i różnych placówek naukowych i kulturalnych, że nie sposób tu je wszystkie wymienić.

Byłem także w Trokach i w tamtejszym zamku na wyspie, w którym jest muzeum. Jest w nim wiele poloników, szczególnie z okresu międzywojennego. Jest m.in. dużo mniejsza kopia obrazu Jana Matejki „Grunwald”. Przewodnik turystyczny informuje turystów, że do zwycięstwa w bitwie pod Grunwaldem przyczyniły się głównie oddziały litewskie, z czym nie zgadzają się jednak historycy wojskowości.

W Poniewieżu na Żmudzi przed kościołem św. Piotra i Pawła, w którym do XX w. w liturgii używano także języka polskiego, stoi Pomnik Powstańców 1863 roku. Jednak napis w języku litewskim nie tłumaczy co to było za powstanie i oczywiście nie mówi, że jego celem było wyzwolenie Polski i zbratanej z nią Litwy spod zaboru rosyjskiego. Poniewież i Szawle, które także zwiedzamy, były do 1940 roku sporymi ośrodkami polskości. Dzisiaj oba ośrodki nie istnieją. Polacy pozbawieni w okresie sowieckim polskich organizacji, szkół, a nawet księży polskich i prześladowani przez samo bycie Polakami ulegli asymilacji. Chociaż spis ludności przeprowadzony w 2001 roku wykazał jeszcze 348 Polaków w Poniewieżu i 309 w Szawlach.

W drodze do stolicy Łotwy Rygi przejeżdżamy przez Jelgavę, znaną w naszej historii jako Mitawę. W latach 1561-1795 była to stolica księstwa kurlandzkiego, które było lennem Rzeczypospolitej. Tu zawsze byli Polacy. Spis rosyjski z 1863 toku wykazał tu 305 Polaków, potem było ich tu dużo więcej. Skupiali się przy kościele katolickim św. Jerzego, wzniesionym jeszcze za czasów polskich – w 1634 roku. Obecnie działa tu oddział Związku Polaków na Łotwie i Polska Szkoła Początkowa.

W Rydze, należącej do Polski w latach 1561-1621, udało mi się zobaczyć kilka poloników: polski kościół Matki Boskiej Bolesnej w centrum miasta z polskimi pamiątkami; zamek, który był niegdyś rezydencją polskich namiestników królewskich, m.in. Jana Hieronima Chodkiewicza czy kard. Jerzego Radziwiłła; katedrę ewangelicką, w której znajdują się: sarkofag ostatniego arcybiskupa ryskiego Wilhelma, margrabiego brandenburskiego a ciotecznego brata króla polskiego Zygmunta Augusta oraz nagrobek wodza szwedzkiego Lindersona, który wystawił mu hetman Jan Karol Chodkiewicz i pomnik nagrobny Kaspra Tyzenhauza, rotmistrza oraz podkomorzego króla polskiego Zygmunta III i jego małżonki z domu Effern w Kaplicy Tyzenhauzowskiej; Politechnikę, którą ukończyło wiele setek Polaków, w tym prezydent Polski Ignacy Mościcki i na której działały znane polskie korporacje studenckie Arkonia i Walencya; oraz przepiękny gotycki Dom Czarnogłowych z dużym popiersiem króla polskiego Stefana Batorego na froncie (na pamiątkę jego triumfalnego wjazdu do Rygi w 1582 roku), w którym 18 marca 1921 został podpisany traktat (tzw. traktat ryski) między Polską a Rosją Sowiecką i Ukrainą, ustalający wschodnią granicę Polski (Polsce przypadła Wileńszczyzna, Nowogródczyzna, Polesie i Wołyń).

Od XIX w. Ryga była dużym ośrodkiem polonijnym. W 1897 roku mieszkało tu według danych rosyjskich 15 000, a w 1913 roku już i aż 47 000 Polaków. Jeszcze przed II wojną światową było tu 16 000 Polaków, a i dzisiaj jest ich ładnych kilka tysięcy. W przedwojennej Rydze bujnie kwitło życie polskie. Grywał tu nawet stały teatr polski, stojący na wysokim poziomie. Ukazywał się tygodnik „Nasze Życie”. Dzisiaj działa tu Związek Polaków na Łotwie, Stowarzyszenie "Inflanty", Liga Polskich Kobiet na Łotwie, Związek Młodzieży Polskiej na Łotwie, Klub Kultury "Polonez", Towarzystwo Dobroczynności na Łotwie, Drużyny Skautowe na Łotwie, 36 Polska Drużyna Harcerstwa (męska), 48 Polska Drużyna Harcerstwa (żeńska), Ryska Polska Szkoła Podstawowa /dawniej Polska Szkoła Podstawowa w Rydze/, Średnia Ogólnokształcąca Szkoła Polska w Rydze im. Ity Kozakiewicz, ukazują się pisma polskie: "Dzwon", dwumiesięcznik "Polak na Łotwie" i czasopismo społeczno-kulturalne "Echo Rygi". Polskim kościołem jest Parafia Rzymsko-Katolicka p.w. Matki Boskiej Bolesnej w Rydze przy ul. Niegales.

Koło Rygi mijamy miejscowość zwaną z łotewska Salaspils. Ale ten kto zna historię Polski wie, że to po „naszemu” Kircholm, gdzie 27 września 1605 roku, a więc dokładnie 400 lat temu, wojska polskie pod dowództwem hetmana Jana Karola Chodkiewicza odniosły wielkie brawurowe zwycięstwo nad wojskami szwedzkimi pod wodzą króla Karola IX. 4000 żołnierzy polskich pobiło sromotnie 11 000 Szwedów. Naszych zginęło stu kilkudziesięciu. Wrogów - 6 tysięcy. Stracili wszystkie działa i chorągwie. Z wyższych dowódców ocalał tylko sam król, który - poraniony - zdołał uciec na okręt. O niebywałym zwycięstwie mówiono na wszystkich dworach Europy. Maciej Rosolak w „Rzeczpospolitej” („Kircholm - uskrzydlona szarża” 27.9.2005) jakże słusznie napisał: „Dużo słyszeliśmy i czytaliśmy, zwłaszcza za PRL, o naszych przegranych wojnach, o siedemnastowiecznym zmierzchu Rzeczypospolitej. Może właśnie jest czas, aby przypominać, że niekiedy bywaliśmy jednak górą”.

No i na koniec Estonia, właściwie południowa jej część, z Parnawą i Dorpatem (Tartu), która w XVI-XVII wieku należała do Polski. Były tu wówczas województwa parnawskie i dorpackie, a także od 1583 roku polska katolicka diecezja wendeńska, która w 1621 roku została włączona do metropolii gnieźnieńskiej. To także teren wielu bitew podczas wojen polsko-szwedzkich w latach 1600-1625. Tutaj hetman Jan Karol Chodkiewicz np. w 1603 roku odzyskał Dorpat, w 1604 roku gromi przeważające siły szwedzkie pod Białym Kamieniem, a w 1609 roku zdobywa Parnawę. W Dorpacie w 1583 roku polscy jezuici założyli kolegium, które Szwedzi w 1632 roku przemianowali na uniwersytet. W 2. poł. XIX w. i do 1914 roku, z braku uniwersytetu polskiego w Królestwie Polskim, na uniwersytecie tym studiowało setki Polaków, włącznie z moim dziadkiem ze strony ojca. Niektórzy Polacy osiedlili się tu na stałe. Dlatego w 1890 roku powstała tu polska parafia katolicka, a w okresie międzywojennym działał tu oddział Związku Narodowego Polaków w Estonii.
Tak, aż po Parnawę i Dorpat w Estonii sięgała Polska w XVII wieku.

Stolica Estonii Tallin nigdy nie należała do Polski, a w przedrozbiorowej historii Polski zaznaczyła się tylko raz – w 1602 roku pod Tallinem pobił Szwedów hetman Stanisław Żółkiewski, zdążający na odsiecz twierdzy Biały Kamień (est. Paide). Jednak w mieście należącym do Rosji przed I wojną światową osiedliło się trochę Polaków; w 1867 było ich tu 558. Już w 1842 roku powstała tu polska parafia katolicka. Do 1939 roku działał tu Związek Narodowy Polaków w Estonii i istniała szkoła polska. Polacy mieszkają tu do dziś i spotkałem się z nimi przed kościołem katolickim św. Piotra i Pawła, znajdującym się w centrum miasta, przy uliczce Vene, i w którym odprawiane są polskie msze. Działa tu Związek Polaków w Estonii "Polonia" i Towarzystwo Estonia – Polska. Ukazywały się polskie pisma: „Nasza Polonia” (red. Maryna Bieniasz) i kwartalnik informacyjny Związku Polaków w Estonii „Polonia Estońska” (ted. Tatiana Danielewicz-Muna). Po uzyskaniu ponownie niepodległości przez Estonię w 1991 roku, w Tallinie osiedlili się polscy dominikanie – klasztor św. Katarzyny (o. Jacek Szpeglewski) oraz polskie zakonnice: brygidki i Siostry matki Teresy.

Jednak dla mnie Tallin, a szczególnie kiedy z jego portu wypływałem promem do Helsinek, kojarzy się zawsze z brawurową ucieczką 18 września 1939 roku polskiego okrętu podwodnego „Orzeł”, który 15 września wszedł do tutejszego portu, by wysadzić na ląd chorego dowódcę, i został – z powodu trwającej wojny polsko-niemieckiej – podstępnie internowany, częściowo rozbrojony i pozbawiony map. A mimo to uciekł i 14 października dotarł do Anglii.

........

Podróż moja po pn.-wsch. Europie była nie tylko ciekawa z punktu widzenia krajoznawczego ale także sentymentalna, jako że wiodła również przez ziemie aż kilku państw, które dłużej (nieraz kilkaset lat) lub krócej należały do Rzeczpospolitej Obojga Narodów czy bezpośrednio do Polski, co dało mi możność zobaczenia wielu nieraz bardzo ważnych, a na pewno ciekawych poloników i poznania obecnej sytuacji tamtejszych Polaków (Marian Kałuski).

Marian Kałuski

Wersja do druku

moherowy beret - 15.12.12 20:29
nie czuję żadnej więzi duchowej z Komorowskim.Jestem z Wilna Z ul.Wileńskiej(dawniej Ludos Giros gatve),a rodzina Komorowskich z Kowieńszczyzny.Natomiast czułam więź duchową z każdą osobą ,którą spotykałam na ulicach Wilna(gdy odwiedzałam Wilno).

Lubomir - 21.08.12 21:58
Sytuacja dojrzewa do tego żeby któryś z dni polskiego kalendarza ustanowić Dniem Jedności Polsko-Litewskiej. Może np dzień imienin Świętego Kazimierza?.

Wszystkich komentarzy: (2)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

21 Sierpnia 1944 roku
21 d. Powst. Warszaw.: Natarcie oddz. żoliborskich i Grupy AK Kampinos w celu połączenia Żoliborza ze Starym Miastem. Niemcy wysadzili "Pawiak"


21 Sierpnia 1999 roku
Zmarł Jerzy Harasymowicz, poeta polski, zostawił po sobie 56 tomów wierszy (ur. 1933)


Zobacz więcej