Poniedziałek 20 Maja 2019r. - 140 dz. roku,  Imieniny: Bazylego, Krystyny

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 07.07.12 - 10:02     Czytano: [15002]

Polskie dzieje Huculszczyzny

Do 1945 roku jedną z piękniejszych krain Polski była Huculszczyzna, która dzisiaj – przez bezprawie Stalina-Związku Sowieckiego - należy do Ukrainy. Zapoznajmy się więc z jej polskimi dziejami.

Huculszczyzna w polskim znaczeniu to nazwa raczej umowna. Jest to po prostu obszar pasma górskiego Czarnohora i wschodniej części pasma górskiego Gorgany i ich podgórz o powierzchni ok. 2500 km2, zamieszkały przez Hucułów, czyli górali rusińskich (dziś nazywanych ukraińskimi). To obszar ciągnący się od rzeki Łomnicy (prawobrzeżny dopływ Dniestru) na zachodzie po Biały Czeremosz i Czeremosz (prawy dopływ Prutu) na wschodzie, które to rzeki przed II wojną światową stanowiły granicę polsko-rumuńską; południową granicę Huculszczyzny stanowiła państwowa granica polsko-czechosłowacka (przed I wojną światową, w latach 1938-39 polsko-węgierska), biegnąca głównym grzbietem Beskidów Wschodnich (Karpaty); natomiast granica północna Huculszczyzny biegła od miasta Kuty nad Czeremoszem na wschodzie przez miasto Kosów i miejscowości: Łucza, Delatyn, Pasieczna, Maniawa, Jabłonka nad Bystrzycą Sołotwińską do rzeki Łomnicy na zachodzie. Na obszarze tym, obok wspomnianych już miejscowości, znajdowały się takie znane i popularne wśród turystów i kuracjuszy w przedwojennej Polsce miasta i wsie jak: Worochta, Woronieka, Jaremcze, Mikuliczyn, Tatarów, Dora, Rafajłowa, Żabie, Ilce, Krzyworównia, Zełene, Szybene i Burkut oraz najpopularniejsze szczyty górskie: Howerla (2061) i Pop Iwan (2022 m).

Dzisiaj Karpaty Wschodnie wraz z Huculszczyzną należą do Ukrainy i tak już zapewne pozostanie do końca świata. Są bowiem wydarzenia historyczne, których odwrócić nie można. Tym bardziej, że naród polski, z wielkim bólem, jednak pogodził się z utratą Ziem Wschodnich i pragnie dobrosąsiedzkich stosunków z niepodległą dziś Ukrainą (od 1991 roku).

Fakt, że Huculszczyzna należy dziś do Ukrainy, nie przekreśla innego faktu, że od XIV wieku po lata 1939-45 kraina ta, wraz z szeroko pojmowaną Ziemią Lwowską, dzieliła losy Polski i narodu polskiego, a po 1945 roku dzieli losy Polaków na Ukrainie. Polsko-ruskie dzieje Huculszczyzny

We wczesnohistorycznych czasach Polski i Ukrainy (Ruś Kijowska) obszar w dorzeczu górnego Dniestru zamieszkiwało plemię lechickie (polskie) Biali Chorwaci i wchodził on w skład państwa polskiego, założonego przez księcia Mieszka I. W 981 roku napadł książę kijowski Włodzimierz na Polskę: "Ide Władymir k''''''''Lacham i zaniał grady ich Peremyszl, Czerwien i inny i że sut do seho dnia pod Rusiu" - jak mówi staroruski latopis. Pomimo przyłączenia do Rusi Biali Chorwaci ciągle sprzyjali Polsce, gdyż w wyprawie Bolesława Chrobrego na Kijów w 1018 roku księciu polskiemu towarzyszyły konne uzbrojone oddziały Białych Chorwatów. Jednak już w 1031 roku obszar w dorzeczu górnego Dniestru i Sanu znalazł się ponownie pod panowaniem Kijowa i stał się znany jako Ruś Czerwona. W latach 1077-84 należał ponownie do Polski, a od końca XI w., w wyniku rozbicia dzielnicowego na Rusi Kijowskiej, należał do Rusi Halickiej i od pocz. XIII w. do Rusi Halicko-Włodzimierskiej, będąc pod rządami Rościsławowiczów. Był to teren ścierania się wpływów Polski, od XIII w. również Węgier, a później także i Litwy.

Stefan Mękarski w pracy "Ziemie południowo-wschodnie Rzeczypospolitej" (Londyn 1956) pisze m.in., że nie należy zbytnio wyolbrzymiać wytwarzającego się procesu odrębności Halicza w stosunku do Polski w latach 1084-1340. Powiązania Rusi Halicko-Wołyńskiej z Polską były większe niż z Rusią Kijowską. Stare tradycje wspólnoty terytorialno-etnicznej z Polską i Polakami były zbyt silne, by względy religijne, tj. zaprowadzenie tam prawosławia, mogły mieć jedyne i rozstrzygające znaczenie. Antagonizm religijny nad Dniestrem i Bugiem nigdy nie przybrał form tak jaskrawych, jak na ziemiach ruskich dalej na wschód i północny-wschód położonych. Wystarczy powiedzieć, że gdy w Kijowie wyobrażano sobie diabła w postaci Polaka, gdy w Pskowie lub Wielkim Nowogrodzie traktowano wiarę łacińską (katolicką) jako pogańską, "Kronika Halicko-Wołyńska" (źródło z XIII wieku) ocenia poszczególnych Piastów - mimo różnicy religijnej - nadspodziewanie dodatnio ("zacny", "przedobry", "słynny", "pobożny" itp.). Książę Daniel Romanowicz przystąpił nawet - choć na krótko - do Kościoła katolickiego. Większość władców Rusi Halicko-Wołyńskiej utrzymywało przyjazne stosunki z Piastami. Książę Jarosław Ośmiomysł, panujący w latach 1153-87, utrzymywał przymierze z Polską. W Krakowie znalazła opiekę wdowa po księciu Romanie (zm. 1205) wraz z synami, a po najeździe tatarskim na Ruś w 1240 roku znalazł schronienie w Polsce sam Daniel. Za namową księcia krakowskiego Bolesława Wstydliwego w 1253 roku starał się on o koronę królewską u papieża, w czym miał poparcie polskich książąt. Król Władysław Łokietek utrzymywał przyjazne stosunki z dwoma ostatnimi Romanowiczami - Andrzejem i Lwem (1308-1323), którzy byli jego siostrzeńcami. Związki małżeńskie między Piastami a Rurykowiczami-Romanowiczami były tak częste, iż, jak słusznie stwierdza historyk ukraiński Miron Korduba: "nawet nowoczesna analiza chemiczna nie potrafiłaby odróżnić krwi piastowskiej od krwi Rurykowiczów". Stąd nie było nic w tym dziwnego, że ostatni książę Rusi Halicko-Włodzimierskiej, zaproszony na tron przez bojarstwo halickie, Bolesław Jerzy II (1323-40), syn księcia piastowskiego z Mazowsza (czerskiego) - Trojdena, jako sojusznik Polski i będąc bezdzietny zapisał księstwo królowi polskiemu Kazimierzowi Wielkiemu.

W taki to legalny, gdyż zgodny z ówczesnym prawem międzynarodowym, sposób cała Ziemia Lwowska, a więc i Huculszczyzna znalazła się w granicach Polski. Ok. 1434 roku na Rusi Czerwonej wprowadzono polskie prawo, sądownictwo i administrację. Ziemia Lwowska dzieliła losy Polski do 1772 roku, kiedy to w wyniku I rozbioru Polski przypadła Austrii, otrzymując, wraz z całą zabraną ziemią, nazwę Galicja. Jednak polski, a właściwie polsko-ruski charakter tej ziemi został zachowany, a polski nawet bardzo wzmocniony przez nadanie przez Wiedeń w latach 1867-73 autonomii dla Galicji, z polskim językiem w urzędach i szkołach, zaś w sądownictwie i częściowo w szkolnictwie również ruskim/ukraińskim. Po upadku Austro-Węgier w 1918 roku Galicja Wschodnia (Ziemia Lwowska) weszła w skład państwa polskiego, w którym pozostawała faktycznie do 1939 roku, legalnie do 1945 roku.
W literaturze ukraińskiej często czytamy, że Polska okupowała różne ziemie ukraińskie od XIV wieku do 1939 roku. Wyraz "okupacja" znaczy przywłaszczenie sobie terenu. Poza tym prawdziwy okupant zazwyczaj niszczy i grabi. Polska nie podbiła i nie przywłaszczyła sobie Ziemi Lwowskiej wraz z Huculszczyzną. Weszła legalnie w ich posiadanie. Również w okresie międzywojennym Ziemia Lwowska w świetle prawa międzynarodowego legalnie należała do Polski: traktat (ryski) Polski z Rosją Sowiecką i Ukrainą 18.III.1921 i decyzja Konferencji Ambasadorów w Paryżu na wniosek Ligi Narodów 18.III.1923 ("Encyklopedia historii Polski" t. 1 str. 188, Warszawa 1994).

Ziemia Lwowska (Galicja Wschodnia - Małopolska Wschodnia) aż przez 600 lat była związana z Polską bezpośrednio lub pośrednio i stanowiła integralną część Polski, odgrywając - szczególnie Lwów - wielką rolę w życiu narodu polskiego. Z biegiem lat tereny te stały się mieszane narodowościowo. Obok Rusinów/Ukraińców mieszkało tu coraz więcej Polaków, a obok nich mieszkali tu m.in. Żydzi (ok. 8% ogółu ludności) i Ormianie. Ci ostatni całkowicie się spolonizowali, a Żydzi w znacznym stopniu. Polacy z Żydami stanowili większość ludności miejskiej i razem stanowili tu prawie całą klasę wyższą i średnią; przed I wojną światową Polacy i Żydzi tu mieszkający płacili aż 80% podatków. Trudno aż 2 miliony Polaków zamieszkujących Ziemię Lwowską w 1939 roku od 600 - 500 - 400 - 300 - 200 czy chociażby tylko 100 lat uważać za okupantów, szczególnie jeśli weźmie się pod uwagę i to, że w XIV w. większość Ziemi Lwowskiej stanowiły pustkowia i lasy, że to Polacy założyli tu większość miast i wiele, wiele setek wsi. To była wspólna polsko-ruska/ukraińska ziemia i oba zamieszkujące ją narody miały do jej zamieszkiwania i posiadania pełne prawo. Rola przewodnia Polski w tym terenia sprawiała, że były one legalnie związane z Polską do 1939 roku. Jedno jest pewne: Polacy nie zachowywali się na Ziemi Lwowskiej i Huculszczyźnie jak zachowują się prawdziwi okupanci. Ten szkic to w pełni udowodni. Polska utraciła te tereny tylko i wyłącznie przez imperializm rosyjsko-sowiecki. O dzisiejszej przynależności tych ziem do Ukrainy zadecydowało jedynie prawo siły - sowiecka agresja na Polskę 17 września 1939 roku i przypieczętowanie tej agresji i jej skutków w Jałcie w 1945 roku.

Huculi


Obszary górskie Beskidów Zachodnich (polskie) i Beskidów Wschodnich (na terytorium Rusi Halickiej, a dziś Ukrainy) były do XIII-XIV w. bezludne lub prawie bezludne. Dotyczyło to również późniejszej Huculszczyzny. Na te tereny za czasów króla Kazimierza Wielkiego zaczęła wędrować z Marmaroszu na ówczesnych Węgrzech i na nich osiedlać się pasterska ludność rumuńska z domieszką innej krwi, zwana wówczas Wołochami, a dzisiaj na Huculszczyźnie Hucułami (wołoskiego pochodzenia są również inni górale rusińsko-ukraińscy: Bojkowie i Łemkowie, mieszkający w Karpatach - Beskidach Wschodnich na zachód od Hucułów). Wołosi osiedlali się w Polsce na ich prawie - na prawie wołoskim.

Że była to ludność rumuńska potwierdza to, że nazewnictwo Beskidów Wschodnich (dzisiaj głównie ukraińskich) jest do rdzenia przepojone nazwami rumuńskimi. Np. rumuńską nazwę ma najwyższy szczyt Huculszczyzny i dzisiejszej Ukrainy - Howerla (2061 m), od słowa "hovirla" co znaczy w języku rumuńskim "wysoka góra" (J. Staszewski "Słownik geograficzny. Pochodzenie i znaczenie nazw geograficznych" Warszawa 1959) albo trudne do przejścia wzniesienie. Nic ze słowiańskim językiem nie mają nic wspólnego takie nazwy gór w Czarnohorze jak np. Munczel (1998 m), Brebenskuł (2035 m), Turkuł (1932 m), Breskuł (1911 m n.p.m.), Rebra (2001 m) czy Hordie (1478 m), jak również wsi huculskich jak np.: Brustury, Akreszory, Szeszory, Ryngury, Dora, Tekucza czy Fereskul. Wszystkie te nazwy to dziedzictwo wołoskie (rumuńskie) w Czarnohorze.

Z kolei nazwa stolicy huculskiej - Żabie jest nazwą polską; stąd po II wojnie światowej (w 1962 r.) zmieniono jej nazwę na Werchowynę. Nazwy geograficzne: Tatarów i Przełęcz Tatarska nie mają nic wspólnego z Tatarami. Nazwa Tatarów wywodzi się od jej właściciela o przezwisku Tatar, a Przełęcz Tatarska od Tatarowa. Natomiast wyraz Tatar to spolszczona łacińska Tartari. Stąd i nazwę Przełęcz Tatarska w ramach polityki wymazywania polskiej przeszłości Huculszczyzny zmieniono po II wojnie światowej na Przełęcz Jabłonicka; jednak nazwę Tatarów pozostawiono. Tak samo po 1991 roku Ukraińcy przywrócili w Kosowie historyczną ulicę Żabińską, chociaż Żabiemu pozostawiono z czasów sowieckich nazwę Werchowyna.

Nazwa "Huculi" nie jest nazwą własną tych górali wołosko-rusińskich. Nie mogła nią być, bowiem po rumuńsku "choc" czyli "hoc" znaczy zbój (końcówka "uł" jest cechą rodzaju męskiego). A kto by nadawał sobie samemu taką nazwę?! Wymyślili ją zapewne Austriacy podczas zaboru tych ziem od 1772 roku. Jest to o tyle prawdopodobne, że Huculi, jak to zwykle bywało z góralami w całej Europie, jeszcze w początkach panowania austriackiego często zajmowali się rozbojem. Pierwszy raz nazwa "Hucuł" została użyta w pracy Hacqueta "Neueste physikalisch-politische Reisen in 1791 bis 1793 die Karpaten IV. TH.". Natomiast w literaturze polskiej po raz pierwszy użyto tej nazwy bodajże w 1821 roku w tekście zamieszczonym w "Bibliotece polskiej", a następnie w dziele Łukasza Gołębiowskiego "Lud polski" (1830). Spośród Ukraińców pierwszy nazwę "Huculi" użył bodajże Iwan Wahylewycz w 1838 roku w czasopiśmie czeskiego muzeum w Pradze.

Andrzej Wielocha w artykule "Mapa Huculszczyzny" ("Płaj" nr 25, 2002) pisze, że terminy "Huculszczyzna" (i "Hucuł"), nadane tej krainie i jej góralom wołosko-ruskim przez przybyłych z zewnątrz intelektualistów, badaczy, były pierwotnie samym Hucułom całkowicie obce. Polski uczony Stefan Hrabec (1912-1972) pisał ponad sto lat od kiedy Polacy zaczęli nazywać Hucułów Hucułami, a kraj Huculszczyzną<:i> "...Huculszczyzna jest nazwą używaną tylko przez warstwy wykształcone (...) W ustach ludu jest to nazwa zupełnie nieznana, bo Huculi nie mają w swoim języku nazwy na oznaczenie swego regionu. Twierdzą, że mieszkają w górach". Andrzej Wieloch zauważa: "Przyznając rację językoznawcy, trzeba jednak pamiętać o tym, że o ile teza ta jest prawdziwa w odniesieniu do (pocz.) XX w., o tyle nie do końca w stosunku do czasów późniejszych, a już zupełnie nieprawdziwa dzisiaj. Wszak wraz ze wzrostem wykształcenia zmienia się samoświadomość, a terminy wymyślone przez intelektualistów wracają z czasem pod strzechy i przyjmowane są za swoje. Wobec braku odpowiednich badań socjologicznych trudno powiedzieć dla jak dużej grupy ludności zamieszkującej dzisiaj dorzecze górnego Prutu i Czeremoszów nazwa ''''''''Huculszczyzna'''''''' jest swojską nazwą ich ''''''''małej ojczyzny'''''''', myślę jednak, że odsetek ten jest już dość znaczny".

W odniesieniu do nazwy "Hucuł" Andrzej Wieloch pisze: "Na pewno (...) w okresie międzywojennym (...) warto było podawać się za Hucuła...", bo łączyło się to ze wzrostem prestiżu w oczach Polaków.

W Polsce przedrozbiorowej i w okresie międzywojennym nie prowadzono polityki wynaradawiania mniejszości narodowych. Np. król Kazimierz Wielki za zasługi wojenne nadał szlachcicowi ruskiemu Waszce Teptukowiczowi wsie huculskie: Pistyń, Wierbiąż i Mykietyńce. Po zaprzysiężeniu wierności królowi polskiemu Władysławowi III w 1439 roku, Litwin - brat króla polskiego Władysława Jagiełły i wielki książę litewski w latach 1430-32 Świdrygiełło - otrzymał uposażenie na Pokuciu po Huculszczyznę. Bełżeccy zbudowali cerkiew prawosławnym Hucułom w Delatynie, a na początku XVIII w. magnat polski, wojewoda kijowski Józef Potocki ufundował Hucułom cerkiew w Kutach. Osiedlającym się tu Wołochom zapewniono nawet przestrzeganie ich prawa (prawo wołoskie). Przed I wojną światową Oddział Czarnohorski Towarzystwa Tatrzańskiego w Kołomyi, przy wydatnej pomocy wydziału TT w Krakowie, umieścił 56 drogowskazów z napisami polskimi i ukraińskimi z Krasnego Łuhu na Howerlę - najwyższy szczyt Czarnohory. Jeszcze w okresie międzywojennym (1918-39) w Worochcie kierownikiem Szkoły nr 1 - z polskim językiem wykładowym - był Ukrainiec Stefan Sałyk, a kierowniczką Szkoły nr 2 - z ruskim/ukraińskim językiem wykładowym była Polka Elżbieta Jankowska.

Kto na Huculszczyźnie chciał być Hucułem był Hucułem, kto chciał być Ukraińcem był Ukraińcem, a kto chciał być Polakiem był Polakiem. Tadeusz Petrowicz, rodem z Huculszczyzny, w swych wspomnieniach "Od Czarnohory do Białowieży" (Warszawa 1986) daje dwa przykłady na to: Jerzego Jurkiewicza z Worochty i Przybołowskiego z Krzyworówni. Jurkiewicz był Ukraińcem, ale ożeniony z Polką, prowadził - i to jeszcze podczas II wojny światowej! - dom polski, dwoje ich dzieci nie znało języka ukraińskiego, używanego tylko w biurze, bo i panna Stasia Pękala, pomagająca w gospodarstwie pani Jurkiewiczowej, była Polką i nie mówiła po ukraińsku. Z kolei Przybyłowski był polskim szlachcicem, posiadającym znaczny majątek ziemski w Krzyworówni; jego ojciec był marszałkiem powiatu kosowskiego. Przybyłowski jr. ożenił się z Hucułką, a matka ich trzech synów wychowała na Hucułów, ale życzliwych dla Polaków, także i podczas II wojny światowej. W okresie międzywojennym dość częste były małżeństwa polsko-huculskie.

Tak samo, kto na Huculszczyźnie chciał być rzymskokatolikiem był rzymskokatolikiem, kto chciał być grekokatolikiem był grekokatolikiem. Jak duża była tolerancja w Polsce przedrozbiorowej poświadczają dzieje monasteru w Maniawie ze Skitem niedaleko Sołotwiny, na pn.-zach. krańcach Huculszczyzny. W 1596 roku część prawosławnych Rusinów przyjęła unię religijną z Rzymem. Rusini Ziemi Lwowskiej postanowili pozostać przy prawosławiu i dopiero w 1700 roku przyjęli unię. Na pocz. XVII w. w Maniawie powstał wielki monastyr prawosławny (200 zakonników), który zatwierdził, jak i wszystkie jego dobra w 1634 roku, król Władysław IV. I chociaż w 1700 roku Rusini Ziemi Lwowskiej przyjęli unię, monastyr pozostał prawosławny z woli zakonników i za pozwoleniem królów polskich aż do końca polskiego tu panowania w 1772 roku. Znieśli go Austriacy w 1786 roku, na sugestię unickiego/grekokatolickiego biskupa lwowskiego Piotra Bielańskiego.

Wołosi, będąc tego samego - prawosławnego do 1700 roku - wyznania co Rusini w województwie ruskim (Ziemia Lwowska) i mając częstszy kontakt z Rusinami niż z mieszkającymi na tych terenach mniej licznymi Polakami, w dużym stopniu zruszczyli się. Nie znaczy to jednak, że się stali Rusinami/Ukraińcami. Swoją wyraźną odrębność językowo-kulturalną, a w pewnym sensie i narodową zachowali do 1945 roku, a nawet i po dziś dzień, choć dzisiaj utożsamiają się z narodem ukraińskim. Jednak nie utożsamiali się z Ukraińcami aż do 1914 roku, czyli do wybuchu I wojny światowej, podczas której Huculszczyzna stała się terenem walk (Piotr Janczarek: strona internetowa "Karpaty Ukraińskie - Huculszczyzna"). Pod koniec XIX w. i praktycznie do 1939 roku była grupa Hucułów - Starorusinów uważających się za... Rosjan; przewodził im Ustianowicz. Język Hucułów (nazywany gwarą lub dialektem, chociaż jest z pewnością tym drugim) bardzo różni się od języka ukraińskiego - najbardziej z wszystkich gwar i dialektów ukraińskich (Wiesław Witkowski "Język ukraiński" 1970). Jeszcze w XIX w. Hucuł na syna mówił zupełnie nie ze słowiańska: "filine", a na duchy leśne "silwaticzi". Podobnie jest z ich kulturą. Jakże ona inna od ukraińskiej, chociaż nie brak w niej pewnych elementów ukraińskich. Niemcy, chociaż w okresie II wojny światowej (1941-44) współpracowali z Ukraińcami w Galicji Wschodniej, nie uznawali Hucułów za Ukraińców i w 1941 roku chcieli nawet popierać wśród tych pierwszych tendencje separatystyczne (Czesław Łuczak); później jednak nie przeszkadzano nacjonalistom ukraińskim ukrainizować Hucułów.

Polski wybitny znawca Huculszczyzny, geograf, krajoznawca i piewca Huculszczyzny Henryk Gąsiorowski (1878-po 1939) napisał, że "Huculi to najciekawszy zabytek etnograficzny nie tylko na ziemiach polskich, lecz i w Europie". Stanowią niespotykaną gdzie indziej mieszaninę antropologiczną i kulturową. Można spotkać wśród nich typy polskie, ukraińskie, węgierskie, rumuńskie i ormiańskie (bo z tymi narodami mieli codzienną styczność), a nawet cechy antropologiczne południowosłowiańskie, albańskie, tureckie, tatarskie i cygańskie. Tak samo występowała różnorodność nazwisk wśród Hucułów. Nosili nazwiska ruskie, jak np. Moczerniak, Uhlik czy Ołeksiuk; polskie: Kraczewski, Kunicki, Kamiński, Przybyłowski; polskich Ormian: Manugiewicz, Dunigiewicz; czeskie: Żupnik; rumuńskie: Ursedżuk, Foreszczuk; węgierskie: Forgacz, Mengeracz (Tadeusz Petrowicz "Od Czarnohory do Białowieży" Lublin 1986).

Do 1939 roku były na Huculszczyźnie nawet dwie wsie polskich Hucułów - Szeszory, 12 km na zachód od Kosowa i Berezów Niżny w powiecie kołomyjskim. Mieszkali w nich potomkowie szlachty polskiej, którzy z biegiem lat zhuculszczyli się, zachowując jednak odrębność polską, tak w poczuciu narodowym jak i w mowie. W 1880 roku w Szeszorach mieszkało 154 Hucułów - rzymskokatolików, uważających się za Polaków, a w Berezowie Niżnym 174 polskich Hucułów - rzymskokatolików.

To wymieszanie ludnościowe, językowe i obyczajowe wpłynęło na powstanie wyjątkowo bogatego folkloru huculskiego. Dominują w nim związane z kulturą pasterską elementy wołoskie oraz ukraińskie i polskie (Piotr Janczarek).

Bowiem Huculi, mieszkając 600 lat w Polsce, okazywali dużo lojalności wobec państwa polskiego i Polaków, a także życzliwości i gościnności, która przetrwała po dziś dzień. Dużo wyjątkowej gościnności i życzliwości okazują dzisiaj turystom z Polski. Ta lojalność, życzliwość i gościnność brała i bierze się nie tylko z faktu domieszki polskiej krwi u Hucułów i z elementów polskich w kulturze huculskiej, ale również i z tego faktu, że stosunki polsko-huculskie były zazwyczaj bardzo dobre, szczególnie od kiedy zaczęli masowo przybywać na Huculszczyznę turyści polscy (2. poł. XIX w.).

Ta lojalność i życzliwość brała się również i z tego faktu, że jeszcze w momencie wybuchu I wojny światowej Huculi nie byli grupą etniczną o wyraźnie określonej świadomości narodowej. Pamiętać jednak należy, iż zarówno język (dialekt ukraiński) oraz przynależność do Kościoła grekokatolickiego (unickiego) w naturalny sposób łączyły ich z resztą Ukraińców, zamieszkujących Galicję Wschodnią. Pomimo to w okresie galicyjskim, czyli panowania austriackiego w latach 1772-1914/1918, Huculi nie brali praktycznie żadnego udziału w rozwijającym się wówczas narodowym ruchu ukraińskim, który pierwotnie dążył jedynie do uzyskania, wzorem Polaków, szerokiej autonomii na terenie Galicji Wschodniej w ramach przebudowanej monarchii austro-węgierskiej (Aleksander Smoliński). Huculi żyli wówczas własnym życiem i własnymi sprawami. Penetracja ukraińskiego ruchu narodowego na Huculszczyźnie rozpoczęła się dopiero pod koniec XIX w. i do 1914 roku wyniki działalności ukraińskiej były bardziej niż skromne. Dopiero walki żołnierzy ukraińskiej formacji zbrojnej przy armii austriackiej - Strzelców Siczowych na Huculszczyźnie w latach 1914-15 i prowadzona przez nich agitacja, a przede wszystkim istnienie od listopada 1918 do czerwca 1919 roku na terenie Ziemi Lwowskiej Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej przybliżyły część Hucułów do Ukraińców i spraw ukraińskich.

Dużą akcję proukraińską wśród Hucułów prowadzili nacjonaliści ukraińscy, a częściowo i komuniści w okresie międzywojennym (1919-39), a więc kiedy Ziemia Lwowska wraz z Huculszczyzną należały do odrodzonego w listopadzie 1918 roku państwa polskiego. Np. w Worochcie siewcami ukrainizmu wśród tamtejszych Hucułów byli przybyli tu Ukraińcy z innych terenów Ziemi Lwowskiej: proboszcz parafii grekokatolickiej - Kunicki, jego szwagier Mosor i nauczyciel Leonid Kisieluk. Podczas II wojny światowej pojawiło się drugie centrum ukraińskie w Worochcie - tutejsze nadleśnictwo, kierowane przez Ukraińca Włodzimierza Janickiego, obsadzone w dużym stopniu przez Ukraińców. Wspomniany wyżej mieszkaniec Worochty, Tadeusz Petrowicz, w swoich wspomnieniach utrzymuje, że ks. Kunicki szerzył wśród Hucułów wrogość do Polaków (T. Petrowicz, j.w., s. 80).

To, że współżycie polsko-huculskie na przestrzeni wieków było na ogół dobre potwierdza wiele faktów, m.in. to, że wiele polskiej szlachty, osiadłej na Huculszczyźnie, z biegiem lat wtopiło się w tutejszy lud. W Polsce Huculi żyli sobie w spokoju, w oparciu o swe prawo wołoskie. Natomiast Austriacy wprowadzili tu swoją biurokrację i brali Hucułów do wojska, co było dla nich największą tragedią, gdyż, jak mówi stara polska piosenka: "Dla Hucuła nie ma życia jak na połoninie". Przez rozwój polskiej turystyki na Huculszczyźnie poprawiła się sytuacja materialna wielu Hucułów. Wójt gminy Żabie nadał obywatelstwo honorowe tej gminy namiestnikowi Galicji (1898-1903), polskiemu politykowi Leonowi Pinińskiemu. Wcześniej proboszcz huculski (grekokatolicki) z Żabiego, Sofron Witwicki, żył w zgodzie z Polakami, z którymi współpracował i po polsku wydawał swoją pracę "O Hucułach" (Lwów 1860); współpracował z "Pamiętnikiem Towarzystwa Tatrzańskiego w Krakowie". A w okresie międzywojennym powstało w Żabiem Towarzystwo Rozwoju Huculszczyzny, któremu patronowali m.in.: gen. Tadeusz Kasprzycki, gen. Kordian Zamorski, gen. Walerian Czuma i gen. Ferdynand Zarzycki, pułkownik WP i dr medycyny Jan Czyż-Montowt, pisarz Ferdynand Ossendowski, historyk sztuki i wykładowca uniwersytetu w Wilnie Jerzy Remer, balneolog i docent Uniwersytetu Lwowskiego Antoni Sabatowski, dyrektor Państwowego Instytutu Meteorologicznego, prof. Kazimierz Szulc, działacz na polu ochrony zdrowia dr Andrzej Kosiński. Towarzystwo dbało o rozwój regionu, o lepsze jutro dla Hucułów, o ich kulturę. Szczególną troską Towarzystwo i rząd polski otoczyły folklor huculski, który był pod ochroną i wspierano go finansowo, dzięki czemu działały różne ludowe zespoły wokalno-taneczne i teatralne. Z inicjatywy Towarzystwa w Ilcach 18 września 1938 roku zostało otwarte w nowoczesnym gmachu, specjalnie do tego celu zbudowanym, Muzeum Huculskie, w którym zgromadzono 5000 eksponatów; jego dyrektorem był artysta malarz i miłośnik Huculszczyzny Norbert Okołowicz. To głównie on organizował i propagował w całej Polsce od 1932 roku huculską wytwórczość ludową.

Polacy i władze polskie w okresie międzywojennym dbały o rozwój i popierały Huculszczyznę i wszystko co było z nią związane, również i w inny sposób. Np. odbudowano zniszczoną podczas wojny (1914-19) kolej do Woronienki i w 1927 roku zbudowano nowy most kolejowy na Prucie w Jaremczu oraz dworzec kolejowy w tej miejscowości, w 1932 roku zbudowano kolejkę leśną S-750 Tatarów-Mikuliczyn projektu Mieczysława Pachelskiego, ulepszono drogę do Żabiego. Rozbudowały się jako miejscowości letniskowe i ośrodki sportów zimowych Worochta, Jaremcze i Żabie, które uzyskały status uzdrowisk. W latach 30. przystąpiono do reaktywowania nieczynnego od 1848 roku uzdrowiska w Burkucie nad Czarnym Czeremoszem. W 1933 roku po wschodniej stronie najwyższego szczytu Czarnohory - Howerli (2061 m) władze polskie utworzyły Czarnohorski Park Narodowy, o powierzchni 1534 ha. Przy parku narodowym założono stację biologiczną, prowadzącą badania naukowe na terenie parku i Czarnohory. Na szczycie Pop Iwan (2022 m.n.p.m.) w 1938 roku rząd polski zbudował duże (43 różne pomieszczenia) obserwatorium astronomiczne i meteorologiczne - Obserwatorium Państwowego Instytutu Meteorologicznego im. marsz. Józefa Piłsudskiego, wyposażone w najnowocześniejszą jak na owe czasy aparaturę. Prowadząc badania geologiczne na Huculszczyźnie - w Górach Czywczyńskich - polscy geologowie przed 1939 rokiem odkryli pokłady manganu. Polacy zatroszczyli się o dalszą egzystencję i rozwój dla konia występującego na Huculszczyźnie, a zwanego "hucułem". W celach naukowych i krzyżowania z końmi chłopskimi w Siarach koło Gorlic powstała stadnina "hucułów", skąd zostały w 1962 roku przeniesione do stadniny w hrabstwie Sussex w Anglii. W Worochcie zbudowano duże i nowoczesne sanatorium Kasy Chorych, którego dyrektorem w latach 1931-32 był znany lekarz lwowski Michał Aman, a ostatnim naczelnym lekarzem (do września 1939 r.) dr Zdzisław Scheuring, po wojnie znany lekarz Polonii angielskiej. Dzięki lekarzom warszawskim na Huculszczyźnie rozwinął się na dużą skalę zbiór górskich ziół leczniczych. Elektryczność i np. pierwsze kina na Huculszczyźnie są również związane z polską tu aktywnością.

W 1937 roku 49 Pułkowi Strzelców 11 Karpackiej Dywizji Piechoty Wojska Polskiego, stacjonującej w Stanisławowie, nadano imię "Huculski", a mundur jego żołnierzy miał elementy huculskie.

I jeszcze jeden przykład, odnoszący się do bezpośredniego kontaktu polskiej rodziny z Hucułami i prohuculskiej działalności tej rodziny. Otóż w huculskiej wsi Riczka mieszkał artysta malarz, pułkownik Wojska Polskiego, szef żandarmerii WP Norbert Okołowicz wraz z żoną Zofią. Ich stosunek do Hucułów był bardzo przyjacielski. Z Okołowiczami był spokrewniony Łukasz Starzak, mieszkający dziś w Polsce, który jak widać z tekstów zamieszczonych na witrynie "sputnyk.site.pl" jest bardzo życzliwie ustosunkowany do Ukrainy i Ukraińców. We wrześniu 1999 roku postanowił odwiedzić rodzinne strony - wieś Riczkę. Tę sentymentalną podróż opisał we wspomnianej witrynie. Swoją relację zatytułował "Podróż do źródeł rodzinnego mitu". Czytamy tam m.in., że starzy Huculi "Ciocię Zosię pamiętają jako twórczynię warsztatu tkackiego, w którym pracowały Hucułki ze wsi. Warsztat był jak na owe czasy bardzo porządnie zorganizowany. Ludzie wspominają też, że ciocia chętnie chodziła po wsi i leczyła chorych. Poza tym była też organizatorką kolonii i wczasów, dzięki którym mieszkańcy Riczki mogli zarobić wynajmując chaty oraz sprzedając żywność i przedmioty sztuki ludowej".

Łukasz Starzak pisze także, że w Riczce spotkał Mykołę Toniuka, którego matka, urodzona w 1908 roku, dobrze pamięta Okołowiczów i powiedziała mu: "Te wony duże dobry buły, joj. Płakała za nymi...". Sąsiadka Toniuków, Paraska Miedwidczuk, mówi, że wszyscy pamiętają, że Norbert Okołowicz miał wśród Hucułów wielu dobrych znajomych, że nie trzymał się z boku, ale z każdym lubił porozmawiać. Starzak zauważył, że po dziś dzień fakt, że z którymś z ich przodków Okołowicz "lubił porozmawiać", jest powodem do dumy.

Wszystko to zadaje kłam antypolskiej propagandzie, że na ziemiach ukrainnych, które były przez wieki wspólnym domem dla mieszkających tam Ukraińców i Polaków (czego niektórzy nie chcą brać pod uwagę!), Polacy gnębili Ukraińców i tylko ściągali podatki i brali rekruta.
Przeciwnie, czy się to komu podoba czy nie, faktem jest, że polskie rządy w Galicji w latach 1867-1918 i czasy niepodległej Polski (1919-1939) były złotym okresem w dziejach Huculszczyzny i Hucułów. Dowodem na to jest wdzięczność i życzliwość Hucułów wobec Polaków, trwająca nieprzerwanie od ponad stu lat.

Wdzięczność wobec Polaków okazało na przykład 120 Hucułów, którzy podczas walk Legionów Polskich z Rosjanami w Gorganach 1914-15 wstąpili do tej formacji polskiej; utworzono z nich Kompanię Huculską pod dowództwem por. Edwarda Szerauca. Natomiast po zajęciu wschodniej Polski przez Związek Sowiecki we wrześniu 1939 roku wielu Hucułów pomagało Polakom w ucieczce na Węgry czy do Rumunii. Pomagali Huculi Polakom również i podczas okupacji niemieckiej kraju w latach 1941-44.

Są dowody i na to, że życzliwość Hucułów do Polaków trwa po dziś dzień i że mile się wspomina polskie czasy. Łukasz Starzak pisze we wspomnianej witrynie, że w 1999 roku po zejściu z Howerli udał się na nocleg do wsi Bystrzec. Nocował w huculskim domu, w którym na ścianie w pokoju stołowym wiszą zdjęcia dziadka, zrobione gdy był w polskim wojsku ("jak się później dowiemy, ojciec naszego gospodarza służył w Poznaniu"). Zdjęcia Hucułów - zapewne - z oficerami polskimi wiszą w pokoju jednego z domów huculskich w Brusturach, gdzie Stanisław Auguścik filmował w 1992 roku "Huculską kolędę", wchodzącą w skład jego serialu dokumentalnego "Podróże na Kresy". W tymże filmie starszy wiekiem Hucuł, prowadzący po wsi grupę kolędników, złożył "życzenia zdrowia i szczęścia dla całego narodu polskiego".

Piotr Janczarek na swojej stronie internetowej "Karpaty ukraińskie - Huculszczyzna" słusznie zauważa, że wśród wielu Hucułów pozostała również świadomość wspólnej polskiej i ukraińskiej przeszłości tych ziem i że mają oni często także niemałą wiedzę na temat tamtych czasów. Wiedzę i często pamiątki po Polakach, co zauważyło wielu turystów polskich. Łukasz Starzak u Hucuła Petro Hryhorczuka we wsi Riczka zobaczył zdjęcia swojej rodziny - na jednym całą rodzinę Okołowiczów, a na drugim - ciocię Zosię w stroju huculskim (witryna "sputnyk.site.pl"). Pozostały nawet wpływy językowe. Łukasz Starzak pisze, że jadąc autobusem na Huculszczyźnie jeden Hucuł powiedział do kierowcy: "Pánie, szwýdko, bo hodýna!" Słysząc to jakaś Ukrainka powiedziała do Hucuła że: "''''''''Pan'''''''' ce ne ukrajínśke slowó, ce pól''''''''śke slowó". Polskie, którego używają Huculi, bo tak byli wychowani i nie noszą żadnej urazy do Polaków.

Mówi się, że: "Polak - Węgier dwa bratanki".

W Żabiem-Werchowynie jest bardzo ciekawe prywatne muzeum huculskie Romana Kumłyka, który prowadzi również znaną z wielu występów w Polsce kapelę "Czeremosz". Roman Kumłyk zna świetnie język polski i można go śmiało nazwać najgorętszym rzecznikiem przyjaźni polsko-huculskiej i polsko-ukraińskiej.
Można również śmiało mówić, że Polak - Hucuł to także dwa bratanki.

Polacy na Huculszczyźnie

Polacy na Huculszczyźnie zaczęli osiedlać się zaraz po włączeniu Rusi Czerwonej do Polski przez króla Kazimierza Wielkiego w połowie XIV w. Jednak nie było to nigdy osiedlanie się na dużą skalę. Zawsze były to raczej pojedyncze rodziny, przybywające tu jako szlachta na nadaną im ziemię, jako kupcy, rzemieślnicy czy urzędnicy. Polakami byli tu więc głównie szlachcice/właściciele ziemscy, administratorzy i urzędnicy, kupcy i rzemieślnicy, a później także ludzie wolnych zawodów, właściciele licznych pensjonatów, nauczyciele, leśnicy, policjanci, drobni przemysłowcy, inżynierowie, technicy, budowniczowie itd. Byli również i gospodarze, ale było ich niewielu.

Z dokumentów historycznych odnośnie Polaków i spraw polskich na Huculszczyźnie wiemy m.in., że: w Kosowie na Górce Miejskiej był obwarowany trzema rzędami wałów i fosami obóz zbrojny z czasów Polski rycerskiej; w 1469 roku Kuty należały do Jana Odrowąża; w XVI w. szlachcic polski Kosakowski zbudował zamek w Kosowie; w 1565 roku pierwszym starostą kosowskim był Polak Panczyński, a w 1565 roku J. Jazłowiecki, który eksploatował tutejszą kopalnię soli; w 1576 roku właścicielem majątku ziemskiego w Kosowie był M. Jazłowiecki; w 1615 roku Kosów był własnością Polaka Marcina Kazanowskiego; w XVI w. zamek w Delatynie należał do Polaka B. Bełzeckiego, a w 1570 roku ziemie w Delatynie, Mikulczynie i Osłowach należały do rodziny Bełzeckich; w 1715 roku magnat polski, wojewoda kijowski Józef Potocki nadał Kutom prawa miejskie; w 1771 roku Kuty należały do kasztelanowej krakowskiej Ludwiki z Mniszchów Potockiej; do 1772 roku wsie Uścieryki i Tudiów koło Kut i wieś Łucza koło Jabłonowa należały do dóbr stołowych polskich królów, natomiast majątek ziemski w Jabłonowie należał do 1939 roku do dóbr rzymskokatolickich arcybiskupów lwowskich; w okresie przedrozbiorowym (do 1772 r.) Kuty były siedzibą starostwa niegrodowego ziemi halickiej województwa ruskiego. W Delatynie powstała jedna z pierwszych polskich kas kredytowych w Galicji Wschodniej "Nadzieja", która w 1878 roku miała 378 członków. W okresie międzywojennym właścicielami majątków ziemskich w Żabiem byli hr. M. Baworowski i polska Fundacja Skarbka, w Pistynie L. Tarnawski, Jasieniowie Górnym M. i J. Hr. Baworowski, w Krzyworówni hr. Z. Rusocki i S. Przybyłowska, w Mikuliczynie Skarb Państwa. Lasy na Huculszczyźnie należały do państwa polskiego, a także do Fundacji hr. Skarbka (np. Żabiem miał 50 559 mórg lasu) oraz hr. Baworowskiego. W przedrozbiorowej Polsce w górach Huculszczyzny chronili się często różni Polacy, będący w konflikcie z prawem, łącząc się z opryszkami huculskimi. W 1742 roku z opryszkami huculskimi sławnego Dobosza (odpowiednik tatrzańskiego Janosika) walczyło wojsko polskie pod wodzą samego hetmana koronnego Józefa Potockiego, a w 1759 roku oddział wojsk polskich pod dowództwem Tadeusza Dzieduszyckiego rozbił oddział opryszka Iwana Bojczuka.
Dlatego, że Polacy na początku osiedlali się w morzu rusińskiej ludności i pozbawieni byli polskiej opieki duszpasterskiej, wielu z nich przez codzienny kontakt lub mieszane małżeństwa wtapiało się w rusińskie otoczenie. Ale było i na odwrót. Szereg bojarów i mieszczan rusińskich polonizowało się. W każdym bądź razie Huculszczyzna miała zawsze, tj. aż do 1939 roku, charakter etniczny głównie huculski. Polacy byli tu w mniejszości. Np. w wielkiej wsi huculskiej Mikuliczyn w 1880 roku mieszkało 3445 Hucułów i tylko 207 Polaków. Liczba ludności polskiej na Huculszczyźnie znacznie wzrosła dopiero w XX wieku, szczególnie w okresie międzywojennym, co było związane z wielkim rozwojem turystyki, a nie z jakąś planową akcją osiedleńczą.

Na Huculszczyźnie mieszkali również Ormianie od czasów króla Kazimierza Wielkiego. Osiedlili się m.in. w Kutach, które do II wojny światowej pełniły rolę małej stolicy Ormian polskich. Na początku XVIII w. magnat polski, wojewoda kijowski Józef Potocki ufundował Ormianom ładny kościół murowany. Tutaj w miejscowej parafii ormiańskiej każdego roku 13 czerwca, w dniu św. Antoniego, odbywał się odpust połączony ze zjazdem Ormian polskich. W XVII w. Ormianie osiedlili się również w Kosowie; nie mieli tu jednak swojej parafii. Z biegiem czasu wszyscy polscy Ormianie spolonizowali się. Ostatnim proboszczem ormiańskim w Kutach i dziekanem dekanatu Kuty był patriota polski i senator RP w latach 1928-30 ks. kan. Samuel Manugiewicz, urodzony w Kutach w 1871 roku. Należał do założycieli kilku polskich spółdzielni i prezesował Towarzystwu Gospodarczemu i Związkowi Rolników w Kutach oraz wchodził w skład wydziału powiatowego i rady miejskiej w Kutach.

Od wieków na Huculszczyźnie mieszkali także i Żydzi (ok. 10 tys. w 1939 r.). W 2. poł. XIX w. i na pocz. XX w. większość z nich w dużym stopniu spolonizowała się językowo i kulturowo. Huculszczyzna miała duży udział w życiu Żydów galicyjskich, o czym można dowiedzieć się z książki Kamila Barańskiego "Przeminęli zagończycy, chliborobi, chasydzi..." (Londyn 1988).

Na Huculszczyźnie Polacy mieszkali głównie na podgórzu czarnohorskim (miasteczka Kosów Huculski, Kuty, Jabłonów i Pistyń) i Gorganów (miasteczka Delatyn i Sołotwina). Niestety, polscy arcybiskupi lwowscy (rzymskokatoliccy) przez wieki nie dbali należycie o potrzeby duchowe tutejszych polskich katolików. Np. w 1880 roku 207 katolików w Mikuliczynie miało aż 21 km do polskiego kościoła w Delatynie, 198 katolików w Zielonej miało do kościoła w Nadwórnej także 21 km, a 59 katolików w Żabiem aż 30 km do kościoła w Kosowie. W tych trzech miejscowościach nie było nawet kaplic katolickich. W tym samym czasie np. tylko 265 grekokatolików w niedalekim od Mikuliczyna Tatarowie miało własną cerkiew (św. Dymitra), chociaż we wszystkich sąsiadujących z nią wioskach były parafie grekokatolickie.

Pierwszy polski kościół rzymskokatolicki został zbudowany na Huculszczyźnie w Kutach w XVI w., a parafie katolickie powstały tu, a właściwie tylko na jej północnych obrzeżach, poza jednym wyjątkiem, dopiero w XVIII w. lub później: w Sołotwinie przed 1666 rokiem, Kutach w 1727 roku, Kosowie Huculskim w 1740 roku, Jabłonowie w 1760 roku i Pistyniu w 1776 roku; dopiero w 1867 roku powstała parafia w Delatynie, a w XX w. zbudowano kościoły w Worochcie, Rożenie Wielkim koło Kut i Żabiem (należało do parafii w Kosowie) oraz kaplice w Piasecznej, Jaremczu, Mikuliczynie, Łuczy i Rafajłowej. W 1938 roku parafia w Kosowie Huculskim miała 1282 parafian, w Kutach 1548 parafian, w Pistyniu 986 parafian, Jabłonowie 650 parafian, w Sołotwinie 1184 parafian i w Delatynie 3484 parafian, podczas gdy w 1880 roku ta ostatnia parafia miała tylko 1100 wiernych. Tak duży wzrost parafian w parafii delatyńskiej wiązał się ze wzrostem liczby Polaków w popularnych miejscowościach letniskowych: Jaremcze, Mikuliczyn i Worochta.

Jak widzimy nie wszędzie tam, gdzie mieszkali Polacy, nawet w większej liczbie, były kościoły czy chociażby kaplice rzymskokatolickie. Wierni mieli 10, 15, 20 czy nawet 30 km do kościoła. Polacy nie mogli więc uczestniczyć każdej niedzieli we mszy św. czy mieć inną posługę religijną z razie potrzeby (np. pogrzeb). Toteż od chwili przyjęcia przez dotychczas prawosławnych Rusinów i Hucułów unii religijnej z Rzymem na Ziemi Lwowskiej w 1700 roku dużo Polaków korzystało z licznych tu cerkwi, nawet z takich posług jak ślub, chrzest i pogrzeb. Jak pisze Kamil Barański "Swoistym curiosum na tych ziemiach była sytuacja, że wynaradawianie przez złe przepisy administracyjne dokonywane było w księgach metrykalnych na narodzie, który był rządzącym. Działo się to dlatego, że urodziny i zgony wielu Polaków były wpisywane do ksiąg metrykalnych, które znajdowały się w gestii ruskich księży, dla obrządku, który wyznawali Rusini, i gdy narodziny lub zgon następował na terenie, gdzie nie było kościoła rzymskokatolickiego, ceremonii kościelnych i zapisów w księgach metrykalnych dokonywano w cerkwi" ("Przeminęli zagończycy..." Londyn 1988). Powodowało to z czasem zruszczenie się wielu Polaków na Huculszczyźnie (i nie tylko tu), szczególnie wtedy, kiedy Polacy wchodzili w związki małżeńskie z Rusinami czy Hucułami. Z czasem ci Polacy, względnie ich rodziny, przyjmowali obrządek unicki (grekokatolicki) i z biegiem lat wynaradawiali się. Gdyby nie to, na Huculszczyźnie i całej Ziemi Lwowskiej w 1939 roku byłoby dużo więcej Polaków niż ich wówczas tam było.

O polskich katolików tak kuria arcybiskupia we Lwowie jak i polskie rządy Galicji zaczęły dbać dopiero od ok. 1900 roku, kiedy nastąpił pełny rozbrat Polaków z Ukraińcami galicyjskimi, z powodu rozbudzenia narodowego wśród Ukraińców, połączonego z antypolskością.

Kościół rzymskokatolicki w Kutach związany jest z historią diecezji bakowskiej w Mołdawii (Baków - Bacau w dzisiejszej Rumunii). Diecezja ta, erygowana w 1591 roku przez papieża Grzegorza XIV jako kontynuacja dawnego biskupstwa w Arges i Serecie, od 1621 roku należała do polskiej prowincji kościelnej - do metropolii lwowskiej obrządku łacińskiego. Od tego czasu i do 1789 roku wszyscy jej biskupi, w liczbie 15, byli Polakami. Mołdawia podlegała Turcji i los tamtejszych, zresztą nielicznych, katolików był ciężki. Stąd wszyscy biskupi bakowscy polskiego pochodzenia dla bezpieczeństwa osobistego zazwyczaj przebywali na terenie Polski - najczęściej w Śniatyniu, ale również i w przygranicznych Kutach. Stąd w 1768 roku papież Klemens XIII włączył do diecezji bakowskiej z archidiecezji lwowskiej dwie parafie: Kuty i Śniatyń, które stanowiły i bezpieczną siedzibę dla każdorazowego biskupa bakowskiego i jego uposażenie. W 1818 roku Austriacy, jako panowie w Galicji i na Bukowinie doprowadzili do likwidacji diecezji bakowskiej, a kościoły w Kutach i Śniatyniu powróciły do archidiecezji lwowskiej.

Z powodu rozwoju świadomości narodowej wśród mieszkańców Huculszczyzny pod koniec XIX w. zakwitło tu wówczas również i polskie życie narodowo-społeczne. Nie sposób opisać tu szczegółowo całą polską działalność narodowo-społeczną na Huculszczyźnie. Ograniczę się więc tylko do miasta Kosowa, które słynęło w czasach polskich z wyrobu kilimów i koców huculskich, tzw. liżników. Z polskich partii politycznych największe wpływy miały tu: Narodowa Demokracja (ks. Łukaszkiewicz, dr A. Tarnawski - prezes), Polska Partia Socjalistyczna i Polskie Stronnictwo Ludowe. W 1882 roku aptekarz kosowski S. Bursa założył Towarzystwo Tkackie dla Polaków i Hucułów; pod koniec XIX w. powstało w Kosowie polskie Towarzystwo Gimnastyczne "Sokół" i oświatowe Towarzystwo Szkoły Ludowej (prowadziło polską szkołę) oraz oddział Czarnohorskiego Towarzystwa Tatrzańskiego; w 1911 roku założono polską drużynę skautową (harcerską) i drużynę strzelecką. W okresie międzywojennym, czyli w niepodległej Polsce, powstały w Kosowie dodatkowo Polska Macierz Szkolna, Koło Pracy Obywatelskiej Kobiet (prowadziło Ochronkę Polską), organizacja "Strzelec" (prez. June, istniała przy niej także drużyna piłki nożnej "Strzelec"), Związek Szlachty Zagrodowej, Związek Kombatantów (prez. płk Miller), Polskie Towarzystwo Tatrzańskie (prez. G. Czaszyński), Towarzystwo Przyjaciół Huculszczyzny, Klub Sportowy "Rybnica", a mające własny budynek Towarzystwo Gimnastyczne "Sokół", które, obok klubu gimnastycznego i sportowego, prowadziło teraz także teatr ludowy. Bardzo liczne i aktywne były tu męskie i żeńskie drużyny harcerskie.

Ze spółdzielni polskich w Kosowie działały: Składnica Kółek Rolniczych i Kasa Stefczyka, a z instytucji finansowych polskich: Powiatowa Kasa Oszczędności, Komunalna Kasa Oszczędności i Kasa Zaliczkowa i Oszczędnościowa. Natomiast do polskich placówek związkowych należały: Związek Cechów, Stowarzyszenie Przemysłu i Rękodzielnictwa, Powiatowe Koło Młynarzy, Stowarzyszenie Kupców Polskich, Związek Zawodowy Górników, Powiatowy Związek Rolników i Okręgowe Towarzystwo Rolnicze. Na polu szkolnictwa ważną rolę spełniała Zawodowa Szkoła Męska.

W okresie międzywojennym w powiecie kosowskim na terenie Huculszczyzny Polacy byli właścicielami m.in.: tkalni - w Kosowie: Spółdzielnia Tkacka J. Gruszkowskiego, Spółdzielnia Tkacka Jolanty Kowalewskiej i zakład M. Jasielskiego; wytwórni kilimów - w Kosowie: J. Gruszkowski, w Moskalówce: J. Kordecka; wytwórni wody sodowej - w Kosowie: A. Antoniewicz, w Kutach: A. Moszkowicz; fabryki wozów - w Kutach: G. Czajkowski, W. Michalski, J. Lorenc; aptek - w Kosowie: E. Madejski, Łukaszewicz; zakładów fotograficznych - w Kosowie: A. Łopatyński i Senkowski; taksówek - w Kosowie: F. Nimikiewicz, M. Starzyńska, Tabak; restauracji - w Kosowie: A. Stoczycki, W. Truchanowicz, W. Bolewicz, Monigiewicz; sklepów - w Kosowie: J. Pruchnik, M. Zarzycka, H. Przyjmak, J. Tymiak, M. Kałużniacki, O. Poniak, W. Ryptyk, E. Koterbicki, P. Urchowa, J. Dziubej, K. Biliński; piekarni - w Kosowie: A. Jasielska, W. Rybtyk; masarni - w Kosowie: W. Rolewicz, P. Tarnawski, W. Truchanowicz; młynów - w Kosowie: K. Jamroz, w Kutach: Augustyniak, w Mykietyńcach: W. Brelowczyk, w Roztokach: K. Pawłowski, w Rozenie Małym: M. Artymczak, A. Worolniak, w Rybnie: Rzyczka, w Szeszorach: M. Spólnicki, w Żabiem: W. Czarnyś, S. Palik, J. Jurak i K. Dańczak, w Białobereżce: D. Polek, w Horadzie: J. Stelerańczyk, w Hryniowej: M. Pankiewicz, w Jasieniowie Górnym: hr. W. Baworowski i T. Osłowski, w Jaworowie: T. Kazijewicz; garbarnie - w Kosowie: S. Klusik, w Kutach: A. Piskozub, W. Tomaszewska, J. Słoniowski; cegielni - w Moskalówce: S. Dziubel, w Kutach: M. Skurecki; handlem bydłem w Kosowie zajmował się J. Resz.

Huculszczyzna cenną cegiełką w życiu narodu polskiego

Kosów Huculski przeszedł na stałe do polskiej historii przez Zakład Przyrodoleczniczy dra Apolinarego Tarnawskiego (1851-1943), przez odbyty tu w 1911 roku zjazd tzw. Elsów, przez majolikę pokucką, a przede wszystkim przez pobyt tu wielu znanych Polaków i powstaniu tu wielu inicjatyw polityczno-kulturalnych.

Swój duży Zakład Przyrodoleczniczy albo wodoleczniczy (m.in. lecznica, łazienki, 7 willi dla pacjentów, jadalnia, boisko gimnastyczne, tereny sportowe, boiska słoneczne, staw, deptaki spacerowe, kaplica, warzywnik, sad), który przyniósł sławę miastu Kosów najpierw w Galicji, a po 1920 roku w całej Polsce, założył dr Tarnawski w 1896 roku. Był on jednym z najlepszych w ówczesnej Europie. Wprowadzono w nim takie metody leczenia, które obecnie stosuje nowoczesna geriatria. Na tej placówce kosowskiej dr Tarnawski stał się ojcem polskiej geriatrii. W latach 1923-39 współkierownikiem zakładu był syn Apolinarego - urodzony w Kosowie Wit Tarnawski (1894-1988), lekarz z zawodu, a poza tym znany prozaik, publicysta, conradysta i tłumacz Conrada, od 1939 roku przebywający na obczyźnie - 1942-47 naczelny lekarz polskich Szkół Junackich na Środkowym Wschodzie, a od 1948 mieszkający w Anglii. Wydał m.in. książkę "Mój ojciec. (Apolinary Tarnawski)" (Londyn 1966).

Elsami byli członkowie założonego w 1903 roku przez profesora polskiego uniwersytetu we Lwowie W. Lutosławskiego związku Eleusis, mającego na celu na celu krzewienie odrodzenia moralnego i wychowania narodowego. Ruch ten rozwinął się na terenie wszystkich trzech zaborów, a także wśród Polaków na obczyźnie (Anglia, USA). Jego członkowie byli nazywani Elsami i z ich grona wyszli założyciele polskiego skautingu - harcerstwa. W 1911 roku w Kosowie odbył się wielki zjazd Elsów. Od tego czasu ruch ten przyjął nazwę "Dzieci Kosowskich", chociaż częściej ta nazwa była przypisywana harcerzom z drużyn kosowskich. Podczas zjazdu powstały w Kosowie jedne z pierwszych w Polsce dwie drużyny skautowskie, które zorganizowali ks. Kazimierz Lutosławski, późniejszy poseł na Sejm RP i Aleksandra Drahonowska, narzeczona, a później żona założyciela polskiego skautingu Andrzeja Małkowskiego. W latach 1903-11 we Lwowie wydawany był rocznik "Eleusis". Rocznik VI z 1911 roku był poświęcony zjazdowi Elsów (Sejmikowi Filareckiemu) w Kosowie w 1910 roku.
Kosów Huculski (taką nazwę nosiło miasto w okresie międzywojennym) odegrało dużą rolę w życiu narodu polskiego przed I wojną światową i w okresie międzywojennym. Profesor Ignacy Wieniewski w swoim "Kalejdoskopie wspomnień" (Londyn 1970), w rozdziale zatytułowanym "Kosów" tak pisze: "Nie wiem, czy znalazłby się na świecie poza Polską kraj, w którym by pewne miejscowości letniskowe czy uzdrowiskowe odegrały w jego kulturze poważniejszą rolę. W Polsce zaś były miejscowości, które nasyceniem swej atmosfery duchowej, nurtem ideowym, wkładem umysłowym i artystycznym oraz samym stylem życia przedstawiały ważną pozycję w dorobku kulturalnym narodu (...) Jak w Zakopanem tak i w Kosowie spotykało się wielu wybitnych Polaków z trzech dzielnic, zarówno przed pierwszą wojną światową jak i po niej. Niejedna zrodziła się tam koncepcja polityki polskiej w czasach, które poprzedziły niepodległość (...) Kosów był cegiełką w gmachu kultury narodowej - piękną, wartościową, oryginalną i bardzo polską".

A kogo w Kosowie z wybitnych i znanych Polaków nie było przed I wojną światową i w okresie międzywojennym? Byli tam, niekiedy wielokrotnie, m.in.: profesorowie uniwersytetów - Wincenty Lutosławski, Ignacy Chrzanowski, Władysław Folkierski, Władysław Tarnawski, Jan Baudouin de Courtenay, Wacław Sobieski, Jan Korwin Kochanowski, Władysław Konopczyński, Antoni Jurasz; politycy - Wojciech Korfanty, Ignacy Daszyński, Roman Dmowski, Zygmunt Balicki, Zygmunt Wasilewski; działacze gospodarczy i społeczni - Stanisław Szczepanowski i Edward Abramowski; arcybiskupi lwowscy - Józef Bilczewski i Józef Teodorowicz oraz ks. Kazimierz Lutosławski, poseł na Sejm RP; pisarze i dziennikarze - Lucjan Rydel, Gabriela Zapolska, Ferdynand Ossendowski, Zygmunt Nowakowski, Melchior Wańkowicz, Stanisław i Wanda Miłaszewscy, Ludwik Posadzy, Ignacy Wieniewski, Władysław Bukowiński; malarze i rzeźbiarze - Teodor Axentowicz, Stanisław Dębicki, Kazimierz Sichulski, Fryderyk Pautsch, Władysław Jarocki, Leon Wyczółkowski, Józef Pankiewicz, Seweryn Obst, Stefan Norblin, Xawery Dunikowski; znani aktorzy teatralni i śpiewacy operowi - Juliusz Osterwa, Leon Schiller, Karol Adwentowicz, Mira Zimińska-Sygietyńska, Adam Didur, Ignacy Dygas.

Niestety, dzisiaj Kosów jest typowym miasteczkiem z sowieckiej epoki - z nudną współczesną zabudową. Nawet jarmark huculski niewiele pomaga w podniesieniu jego wizerunku.

Poza Kosowem również Worochta, Jaremcze, Żabie i Krzyworównia stanowiły znaczne centra polskiej kultury przez pobyt w nich, a niekiedy i działalność polskich elit kulturalnych, głównie pisarzy, malarzy i artystów scen polskich. Np. Krzyworównia była Mekką elity kulturalnej polskiego Lwowa. Tutaj, u swoich dziadków, którzy mieli tu majątek (był to majątek rodziców matki - Przybyłowskich) mieszkał pisarz polski, największy piewca Huculszczyzny - autor sławnej epopei huculskiej "Na wysokiej połoninie" Stanisław Vincenz (1888-1971), urodzony w pobliskiej Słobodzie Runguskiej na Pokuciu.

Kosów, Kuty i Pistyń (obok Kołomyi) były w XIX w. ośrodkami powstawania, a następnie produkcji słynnej ceramiki pokuckiej. Za twórcę pokuckiego stylu w ceramice polskiej uważany jest Aleksander Bachmiński, działający w połowie XIX w., a także Tomasz i Petronela Nappowie z Kut i rodzina Sowickich z Kołomyi. Na przełomie XIX/XX w. głównym centrum garncarstwa artystycznego był Pistyń. Wśród wielu działających tam garncarzy wyróżniała się rodzina Koszaków - Piotr i jego żona Emilia. W okresie międzywojennym specjalizował się w garncarstwie Jan Broszkiewicz. Natomiast wysokim poziomem artystycznym i bogactwem ornamentyki odznaczała się wówczas ceramika wykonana przez Piotra Cwiłyka. Dzisiaj największa kolekcja ceramiki pokuckiej - 360 eksponatów - znajduje się w Muzeum Historycznym w Sanoku. Jest to dar przekazany przez Aleksandra Rybickiego w latach 1979/80. Niewątpliwie najcenniejszym okazem pokuckiej "półmajoliki" jest w tych zbiorach kaflowy piec, wykonany w latach 1849-1851 przez Aleksandra Bachmińskiego, który ostatnio należał do wybitnego rzeźbiarza polskiego Xawerego Dunikowskiego (1875-1964). Po śmierci rzeźbiarza nabył go Aleksander Rybicki. Dzięki temu unikatowemu zbiorowi mamy możliwość podziwiać różnorodność form artystycznych zabytków i specyficzny klimat Pokucia i Huculszczyzny. Poza wyrobami ceramicznymi osobną grupę w Muzeum stanowi huculska tkanina artystyczna, a także huculskie meble i filigranowe drewniane wyroby (szkatułki, talerzyki, karafki itp.). Uzupełnieniem kolekcji Aleksandra Rybickiego są dary innych zbieraczy, m.in. sanoczanki Jadwigi Zaleskiej.

Na Huculszczyźnie urodziło się szereg znanych i zasłużonych Polaków, m.in.: Stanisław Jan Jabłonowski (1634 Łucza - 1702), wojewoda ruski, hetman wielki koronny, kasztelan krakowski - dbał o rozwój Pokucia; Stanisław Jakubowski (1885 Kosów -1964), znany malarz związany z Krakowem; Stanisław Jamróz (1902 Kosów - 1932), dr inż. mechanik, 1918-19 obrońca Lwowa, kierownik techniczny Mechanicznej Stacji Doświadczalnej Politechniki Lwowskiej; Jan Kaczkowski (ur. 1890 - Kuty), działacz samorządowy, w okresie międzywojennym starosta w Kosowie, Żydaczowie, Zbarażu, Brodach i Czortkowie; Stanisław Krukowski (ur. 1924 Kosów), artysta muzyk, dyrygent, profesor Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej we Wrocławiu; Halina Krzanowska (ur. 1926 Żabie), biolog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie; Zdzisław Mieczysław Łoziński (1902 Kosów -1981), ppłk sap. inż. dypl. WP, do 1939 kierownik budowy fortyfikacji na Górnym Śląsku, podczas II wojny światowej komendant Ośrodka Wyszkolenia w 2 Korpusie Polskim; Wojciech Migocki (ur. 1909 - Kuty), znany architekt wnętrz, malarz, rzeźbiarz, główny architekt wojewódzki w Katowicach; Jerzy Misiński (ur. 1892 Kosów), sportowiec i działacz sportowy, m.in. kapitan lwowskiej "Pogoni", w 1922 mistrz Warszawy w biegu na 1500 m, 1925-30 prezes Polskiego Związku Lekkoatletycznego, od 1932 Polskiego Komitetu Olimpijskiego i od 1933 Komitetu Europejskiego Międzynarodowej Federacji Atletycznej; Kazimierz Mokłowski (1869 Kosów -1905), architekt, położył zasługi głównie jako badacz budownictwa i sztuki ludowej, wydał m.in. cenną pracę "Sztuka ludowa w Polsce" Lwów 1903; Adam Niebieszczański (1911 Kuty - 1982), prawnik, publicysta, po wojnie wybitny działacz Polonii Amerykańskiej, m.in. założyciel i wiceprez. Fundacji im. I. Paderewskiego w Nowym Jorku; Maksymilian Siła-Nowicki (1826, Jabłonów - 1890), wybitny zoolog, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie; Tadeusz Petrowicz (ur. 1922 Worochta), inż. leśnik, autor wspomnień "Od Czarnohory do Białowieży" (Lublin 1986, wyd. 2 pt. "Od Czarnohory do Lublina" Warszawa 2002) i "Zaczęło się w Czarnohorze" (Warszawa 1996); Gustaw Poluszyński (1887, Szeszory - 1959), biolog i parazytolog, profesor Akademii Medycyny Weterynaryjnej we Lwowie 1930-39 i Uniwersytetu Wrocławskiego od 1945; Zofia Stanisławska (1895, Kosów - 1960), scenograf i dyrektor teatrów lalkowych w Krakowie i Warszawie; Wit Tarnawski (1894, Kosów - 1988), prozaik, eseista, conradysta, tłumacz; Adam Treszka (1911, Kuty - 1984), mgr praw (UJK Lwów), prezes "Bratniaka" we Lwowie, redaktor, publicysta, prezes Koła Lwowian w Londynie; Stanisław Tunikowski (1908, Kuty - 1979), po II wojnie światowej zasłużony dla rozwoju Rodezji (Afraka); Władysław Wojtan (1876, Mikuliczyn - 1936), inżynier, od 1919 profesor miernictwa Politechniki Lwowskiej; Jan Zahradnik (1902, Kosów - 1929), poeta i tłumacz, związany z lwowskim środowiskiem literackim, współpracownik "Słowa Polskiego" we Lwowie, działał na rzecz zbliżenia inteligencji polskiej i ukraińskiej. Z Jabłonowa pochodzili dwaj zasłużeni po wojnie księża archidiecezji wrocławskiej: Jarosław Chomicki (ur. 1911) i Piotr Chomicki (ur. 1917), a z Kut pochodzi werbista Antoni Czeszko (ur. 1942).

Polskie związki naukowe, literackie i kulturalne z Huculszczyzną

Polscy uczeni byli pionierami badań w różnych dziedzinach związanych z Huculszczyzną i Hucułami (szczególnie geograficznych i geologicznych) i w ogóle interesowali się żywo tymi zagadnieniami i sprawami. Świadczą o tym liczne prace Polaków na temat Huculszczyzny i Hucułów, jak np.: Aleksander Stadnicki "O wsiach tak zwanych wołoskich na płn. stoku Karpat" (1848), Władysław Zawadzki "Huculi, szkic etnograficzny" (1872-1873), Jan Gregorowicz "O koniu huculskim" (1879), "Słownik wyrazów huculskich" (1880), Jan Janów "Z fonetyki gwar huculskich" (1928) - stanowiąca do dziś najpoważniejszą pozycję w swoim zakresie, Stefan Hrabec "Nazwy geograficzne Huculszczyzny" (1950), Michał Kondracki "Muzyka Huculszczyzny" (1925), Jerzy Żukowski "Huculszczyzna. Przyczynki do badań nad budownictwem ludowym" (1935).

Pochodzący z huculskiego Jabłonowa wybitny zoolog polski, pionier planowych badań faunistycznych na terenie Galicji, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie (1863-90) Maksymilian Siła-Nowicki (1826-1890) jako pierwszy entomolog polski zwiedził Czarnohorę w 1859 roku, czego owocem była cenna praca "Enumeratio lepidopterorum Haliciae orientalis", wydana we Lwowie w 1860 roku. Później wydał on pracę "O rybach dorzecza Wisły, Styru, Dniestru i Prutu w Galicyi" (1889). Z innych prac geograficznych i przyrodniczych polskich uczonych dotyczących Huculszczyzny należy wymienić: Wincenty Pol "Rzut oka na północne stoki Karpat" (1851), Marian Łomnicki "Wyprawa w Czarnogórę" (1868) i "Dolina Prutu od Delatyna do Czarnohory pod względem geologicznym" (1879), Włodzimierz Hankiewicz "Wycieczka na Czarnohorę" (1876), Rudolf Zuber "Studia geologiczne we Wschodnich Karpatach" (1882), Jan Wajgel "Pogląd na rzeźbę Czarnohory" (1885), Stanisław Pawłowski "Ze studiów nad zlodowaceniem Czarnohory" (1915), Henryk Gąsiorowski "Sadki w Gorganach" (1927), Henryk Teisseyre "Powierzchnia szczytowa Karpat" (1928), Jan Nowak "O jednostkach tektonicznych polskich Karpat Wschodnich" (p. 1930), Bohdan Świderski "Budowa Czarnohory" (1933), Zdzisław Pazdro „Pasmo Gór Czywczyńskich” (1934), Stanisław Szymborski "Dniestr z dopływami: Prut i Czeremosz" (1937), Konstanty Tołwiński "Karpaty Wschodnie. Mapa geologiczna 1:200 000" (1938), Zbigniew Sujkowski "Serie Szypockie na Huculszczyźnie" (1938), Tadeusz Trampler „Kosodrzewina w Gorganach” (1938), a poza tym: Kazimierz Szulc "Spostrzeżenia meteorologiczne na Połoninie Pożyżewskiej w paśmie Czarnohorskim w Karpatach Wschodnich" (1911), Hugo Zapałowicz "Zapiski florystyczne z Karpat Wschodnich" (1896). - W 1899 roku została założona w Czarnohorze na połoninie Pożyżewskiej pierwsza polska placówka badawcza - stacja biologiczna. W 1926 roku badania naukowe w Czarnohorze prowadził wybitny geolog Stefan Z. Różycki, po wojnie profesor Uniwersytetu Warszawskiego.

Etnografią i folklorem huculskim interesowali się m.in.: ojciec etnografii polskiej Oskar Kolberg (1814-1890) "Dzieła wszystkie. Tom 24: Karpaty Wschodnie" wyd. nowe 1961), Sofron Witwicki "Hucuły" (1876) i "Zwyczaje, przesądy i zabobony Hucułów" /1877), Izydor Kopernicki "O góralach ruskich w Galicji" (1889), Józef Schneider "Z kraju Hucułów" (1899-1901). Dzięki mecenatowi polskiego arystokraty Włodzimierza Dzieduszyckiego, który ze szczególną sympatią odnosił się do sztuki huculskiej, po polsku wyszła, znacznie powiększona w stosunku do oryginalnej wersji ukraińskiej, praca ludoznawcy ukraińskiego Włodzimierza Szuchewycza pt. "Huculszczyzna" (t. 1-4 1902-1908).

Dużym wydarzeniem w dziejach nauki polskiej, a konkretnie astronomii i meteorologii, było zbudowanie w 1938 roku na szczycie Popa Iwana (2022 m) Meteorologiczno-Astronomicznego Obserwatorium im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Budowa jego trwała dwa lata i była dość niezwykłym wyczynem inżynierskim. Dojazd w rejon obserwatorium był bardzo trudny; transport materiałów budowlanych, a później zaopatrzenia obserwatorium, na ostatnim odcinku drogi na szczyt Popa Iwana mógł być prowadzony jedynie z pomocą koników huculskich. Uroczyste poświęcenie i oficjalne otwarcie Obserwatorium na Popie Iwanie odbyło się 29 lipca 1938 roku. Duży obiekt, składający się z 43 pomieszczeń (57 okien), miał służyć Państwowemu Instytutowi Meteorologicznemu w Warszawie przez prowadzenie obserwacji meteorologicznych, głównie dla celów lotnictwa, oraz miał również stanowić filię Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Obserwatorium było bardzo nowocześnie wyposażone, m.in. w astrograf i refraktor wykonany w Wielkiej Brytanii. Pierwszym i jedynym (1938-39) kierownikiem obserwatorium był mgr Władysław Midowicz. W ciągu czternastu miesięcy działalności obserwatorium bywali tu i pracowali wybitni astronomowie polscy: prof. Włodzimierz Zonn, prof. Eugeniusz Rybka, mgr Maciej Bielicki, dr Jan Gadomski i inni. Po wybuchu wojny i wkroczeniu Armii Czerwonej na Kresy, personel placówki uszedł na Węgry, zabierając z sobą refraktor. Po wojnie wrócił on do Polski i obecnie znajduje się w Planetarium Śląskim w Chorzowie. Sam budynek obserwatorium był najpierw zajęty przez wojsko sowieckie, a w 1941 roku przez wojsko węgierskie, sprzymierzone z Wehrmachtem. Potem opuszczony budynek został zdewastowany przez okoliczną ludność i popadł w ruinę. Pozostały stojące mury i puste otwory okienne (Janusz Śledziński "Badania na szycie" Geodeta Nr 5 1997).

Huculszczyzna i Huculi przeszli na trwałe do polskiej literatury pięknej. I to nie tylko przez pobyt na Huculszczyźnie szeregu polskich poetów i pisarzy, jak np.: Władysława Kazimierza Wójcickiego, Bogusza Zygmunta Stęczyńskiego, Wincentego Pola, Mieczysława Romanowskiego, Kazimierza J. Turowskiego, Lucjana Rydla, Gabrieli Zapolskiej, Ferdynanda Ossendowskiego, Zygmunta Nowakowskiego, Melchiora Wańkowicza, Józefa Bieniasza, Wita Tarnawskiego, Józefa Tretiaka, Juliusza Turczyńskiego, Stanisława i Wandy Miłaszewskich, Ludwika Posadzego, Ignacego Wieniewskiego, ale i przez dzieła, które są związane z tą piękną ukraińsko-polską w przeszłości, a dzisiaj ukraińską krainą. Dzieła pochodzące z okresu polskiego tych ziem.

Historię peregrynacji polskich pisarzy na Huculszczyznę rozpoczął i autorem pierwszego literackiego przekazu o Huculszczyźnie był w 1829 roku Władysław Wójcicki (1807-1879), folklorysta, historyk, edytor. W latach 1827-30 odbywał podróże po kraju w poszukiwaniu materiałów, związanych z obyczajami i obrzędami ludu. To zaprowadziło go również na Huculszczyznę, którą nam opisał.

W Wilnie w 1843 roku ukazał się dramat Józefa Korzeniowskiego "Karpaccy górale", wystawiony po raz pierwszy w teatrze polskim we Lwowie w 1844 roku. Dramat ten zajmuje wyjątkową pozycję w dramaturgii polskiej XIX wieku, a swą treścią związany jest z Huculszczyzną. Jego wątkiem jest dramat młodego Hucuła Antosia Rewizorczuka, który bezprawnie wzięty w rekruty wskutek machinacji osobistego wroga Prokopa, dezerteruje, zabija Prokopa i staje na czele bandy rozbójników; schwytany, zostaje skazany na powieszenie, matka jego umiera z rozpaczy, a narzeczoną - Praksedę, która popadła w obłęd, zabija z litości opiekun. Bohater, uważający zemstę za powinność moralną, korzy się jednak przed powagą prawa. Tendencja demokratyczna w dramacie, egzotyzm huculskiego folkloru oraz atrakcyjność modnej wówczas tematyki "zbójeckiej" zapewniły utworowi dużą popularność; grany była chyba we wszystkich teatrach polskich i został przetłumaczony na kilka języków, w tym czterokrotnie w latach 1849-1924 na język ukraiński (Maria Żmigrodzka). Pieśń z dramatu "Czerwony pas", do której muzykę napisał sam Stanisław Moniuszko, weszła do repertuaru najczęściej śpiewanych pieśni polskich; szczególnie popularna jest wśród pieśni harcerskich, a zwrotka: "Tam szum Prutu Czeremoszu Hucułom przygrywa, a wesoła kołomyja do tańca porywa. Dla Hucuła nie ma życia jak na połoninie, gdy go losy w doły rzucą - wnet z tęsknoty ginie" jest zakodowana w pamięci wielu Polaków; nawet ja znam ją na pamięć, chociaż w harcerstwie nie byłem i całe swoje dorosłe życie spędzam w Australii.

Autor nieśmiertelnej "Pieśni o ziemi naszej", Wincenty Pol (1807-1872), był oczywiście również na Huculszczyźnie i jest uważany za prekursora opisu krajoznawczego Czarnohory. W latach 1840-43 przemierzył on wspólnie z Janem Kantym Łobarzewskim (1815-1862), późniejszym profesorem Uniwersytetu Lwowskiego, cały łańcuch Beskidów od wykapów Wisły aż do źródeł obu Czeremoszów na Huculszczyźnie. Ich współtowarzyszem wypraw w Karpaty Wschodnie był ich świetny znawca, Kazimierz Józef Turowski (1813-1874). Wynikiem wędrówek Pola są "Obrazy z życia i natury" (1866), a w nich m.in. urocze opisy wędrówek w Czarnohorze oraz w paśmie połonin Hryniawskich, pomiędzy górnymi biegami Białego i Czarnego Czeremoszu, jak również praca "Rzut oka na północne stoki Karpat" (1851). Natomiast Turowski był autorem "Dum o zbójnikach na pograniczu Polski i Węgier", czyli m.in. o głośnych opryszkach huculskich, którzy w czasach Rzeczypospolitej napadali na kupców i dwory szlacheckie (najsłynniejszym był Aleksy Dobosz, zm. 1745 r., grasujący w okolicy Mikuliczyna, bohater pieśni i legend huculskich).

Miłośnik krajoznawstwa krajowego Bogusz Zygmunt Stęczyński (1814-1890) odwiedził również Karpaty Wschodnie, które opisał w "Okolicach Galicji", wydanych we Lwowie w 1847 roku. Pochodzący z sąsiadującego z Huculszczyzną Pokucia Mieczysław Romanowski (1833-1863), jeden z ostatnich poetów polskiego romantyzmu, jako stypendysta lwowskiego Ossolineum odwiedził Huculszczyznę, a owocem tej wycieczki był reportaż "Kilka dni w górach Pokucia" (1857). W 1879 roku ukazała się "Wycieczka na Czarnohorę" w 1876 roku Włodzimierza Hankiewicza, a w 1880 roku wyszły w Warszawie "Wspomnienia z Czarnohory" M.A. Turkawskiego.

Jednak na czoło polskich utworów, związanych z Huculszczyzną, bez wątpienia wybija się epopeja huculska "Na wysokiej połoninie" Stanisława Vincenza (1888-1971), obrazująca całoroczne życie Hucułów. Stanisław Vincenz urodził się w pobliskiej Słobodzie Runguskiej na Pokuciu i mieszkał dłuższy czas na Huculszczyźnie - w Krzyworówni. Pierwszy tom epopei "Na wysokiej połoninie" ukazał się jeszcze w okresie polskiej Huculszczyzny - w 1936 roku i miał pełny tytuł "Na wysokiej połoninie. Obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny Huculskiej" tom 1 "Prawda starowieku". Kolejne części to "Zwada" (1972), "Listy z nieba" (1974) oraz "Barwnikowy wianek" (1979), które ukazały się na emigracji - w Londynie; w swojej bibliotece mam londyńskie wydanie pierwszego tomu "Na wysokiej połoninie" z 1956 roku. W Polsce całość ukazała się w 1980 roku w wydawnictwie warszawskim Pax. Niedawno ta epopeja huculska została przetłumaczona na język ukraiński. Bije ona pod każdym względem XIX-wieczną ukraińską epopeję huculską Osypa Fedkowycza pt. "Dowbusz", która skrajnie wyidealizowała dawną Huculszczyznę.

Po Vincenzie najpiękniej Huculszczyznę opisał Ferdynand Ossendowski w książce "Huculszczyzna. Gorgany i Czarnohora" (1936), która się ukazała w wydawanej w Poznaniu serii "Cuda Polski". Z innych książek nawiązujących do Huculszczyzny należy wymienić m.in. wydaną przed I wojną światową nowelę Juliusza Turczyńskiego "Nad Czeremoszem", wspomnienia Wita Tarnawskiego o Apolinarym Tarnawskim z Kosowa "Mój ojciec"
Huculszczyzna od końca XIX wieku do 1939 roku jak magnes przyciągała również polskich malarzy, szczególnie z Galicji - ze Lwowa i Krakowa. Wcześniej wybrał się w te strony poeta i niezmordowany rysownik i grafik, krajoznawca, a zarazem wędrowiec po kraju rodzinnym, Bogusz Zygmunt Stęczyński (1814-1890), autor "Okolic Galicji" (1847) i sztychów, na których uwiecznił okolice Żabiego.

Tadeusz Dobrowolski w swojej "Sztuce polskiej" (Kraków 1974) pisze: "Tradycje tematu ludowego, związanego z krajobrazem Galicji Wschodniej i życiem Huculszczyzny, podjęło trzech głównie malarzy lwowskich, z czasem związanych z Krakowem. Należeli do nich: Fryderyk Pautsch (1877-1950), Kazimierz Sichulski (1879-1943) i Władysław Jarocki (1879-1965)". Uważam, że do tej trójcy wybitnych malarzy polskich, związanych swą twórczością z Huculszczyzną, należałoby koniecznie dodać Teodora Axentowicza (1859-1938). Był on zapewne nie tylko prekursorem tematyki huculskiej w malarstwie polskim, ale również twórcą wielu dzieł na ten temat; w każdym bądź razie jego dorobek huculski zapewne nie ustępuje dorobkowi huculskiemu Pautscha, Sichulskiego i Jarockiego. Axentowicz skomponował wiele scen rodzajowych, związanych z obrzędami Hucułów, nieraz oryginalnych i interesujących malarsko, jak np. "Pogrzeb huculski" (1882), "Hucuł" - autoportret (1888), "Święto Jordanu" (1893), "Kołomyjka" (1895).

Fryderyk Pautsch (rodem z Huculszczyzny - urodził się w 1877 roku w Delatynie), którego malarstwo huculskie było najbardziej płodne, pozostawił nam liczne barwne sceny z życia Hucułów i Huculszczyzny jak np.: "Pogrzeb na Huculszczyźnie" (1907), "Święto Jordanu" (1909), "Ślubna para" (1910), "Huculscy muzykanci" (1910), "W przedwieczorną chwilę" (1910), "Spław tratew na Czeremoszu" (1910), "Flisacy karpaccy" (1910), "Topielec" (1911), "Powódź w Karpatach" (1912), "Wesele huculskie" (1913), "Czeremosz" (1929).

Kazimierz Sichulski malował połoniny wschodniokarpackie i Hucułów, m.in.: "W połoniny" (1906), "Czarne jagnię" (1906), "Sieroty" (1906), "Dwie dziewczynki huculskie" (1906), "Przedwiośnie" (1906), "Wesele huculskie" (1906), "Pochód weselny Hucułów" (1909). W swych obrazach huculskich Sichulski wyrażał afirmację Huculszczyzny pogodnej i odświętnej. Od obrazu "Zwiastowanie" (1908) Sichulski w swojej twórczości religijnej uprawiał konsekwentnie niekonwencjonalną transpozycję tematu religijnego na realia Huculszczyzny. Próbował stworzyć własny styl w malarstwie polskim, pełen elementów huculskich, który miał być wkładem w polski styl narodowy.

Władysław Jarocki malował sceny obrazujące obrzędy huculskie, odtwarzając ze szczególnym zamiłowaniem i dokładnością dekoracyjność strojów huculskich, jak np.: "Pogrzeb huculski" (1905), "Zimowe słońce w Karpatach" czy "Zimowy poranek" (1931), a także pejzaże z Huculszczyzny jak np. "Tatarów nad Prutem".

Innym wielkim malarzem polskim, zajmującym się tematyką huculską, był pochodzący z Mazowsza Leon Wyczółkowski (1852-1936), który zostawił nam piękną "Tekę huculską" (1910).

Z grona wielu innych malarzy polskich interesujących się w swej twórczości Hucułami i Huculszczyzną należy wspomnieć: Stanisława Dębickiego (1866-1924), Stanisława Grocholskiego (1858-1932) - szczególnie chętnie malował obrazy rodzajowe z życia wsi huculskiej, Tadeusza Rybkowskiego (1848-1926) - interesował go folklor huculski, pochodzącego z Warszawy Wacława Szymanowskiego (1859-1930), Seweryna Obsta (1847-1917), Norberta Okołowicza (ur. 1890) i Juliusza Zubera (1860-1910).
Można tu wspomnieć, że w Kosowie urodził się artysta malarz Stanisław Jakubowski (1885-1964), który po ukończeniu najpierw Krajowej Szkoły Przemysłowej w Stanisławowie, a następnie Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, związał swe życie i działalność artystyczną z tym miastem. W sztuce uprawiał słowianofilstwo, malując m.in. takie obrazy jak: "Światowid", "Król Krak", "Uroczystość prasłowiańska", a z grafik wykonał Tekę krakowską, Tekę bajek słowiańskich i Tekę słowiańską. Za swą twórczość został nagrodzony przez Polską Akademię Umiejętności w Krakowie w 1931 roku.

Należy również wspomnieć ukraińskiego malarza Huculszczyzny, związanego z Polską i Polakami - Iwana Trusza (1869-1940), który kształcił się w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie pod kierunkiem Leona Wyczółkowskiego i Jana Stanisławskiego i ilustrował "Sonety krymskie" Adama Mickiewicza. Swoje zamiłowanie do Huculszczyzny zawdzięczał głównie Polakom - popularnością Hucułów wśród nich jak i wśród wielu malarzy polskich.

Popularność Huculszczyzny w całej Polsce była tak wielka, że znany kompozytor polski Jan Maklakiewicz (1899-1954) w 1932 roku skomponował "Suitę huculską" na skrzypce i fortepian.

Huculszczyzna była w niepodległej Polsce tak popularna, że wiele muzeów polskich miało huculskie zbiory etnograficzne. Np. Muzeum Przemysłu i Rolnictwa w Warszawie (obecne Państwowe Muzeum Etnograficzne w Warszawie) miało wspaniałą kolekcję huculską liczącą aż 3000 okazów. Niestety, uległa ona zniszczeniu podczas bombardowania Warszawy przez Niemców we wrześniu 1939 roku. Dzisiaj duże huculskie zbiory etnograficzne są w Muzeum Narodowym w Przemyślu (m.in. ceramika huculska). Jednak większe lub mniejsze kolekcje huculskie są w szeregu innych muzeach m.in. w Krakowie (np. duża huculska kolekcja Heleny Dąbrowskiej w Muzeum Etnograficznym), Warszawie, Sanoku czy Grudziądzu) i - gdyby je zebrano w jednym miejscu - byłoby w Polsce bogate muzeum Huculszczyzny.

Huculszczyzna w dziejach turystyki polskiej

Dzikie, dużo dziksze od gór na etnicznych terenach Polsk, i rzadko zaludnione pasma Czarnohory oraz Gorganów, z ciekawymi formacjami skalnymi, porośnięte świerkowymi i bukowymi lasami, halami górskimi pełnymi traw i różnokolorowego kwiecia, wartkimi rzekami i wodospadami, a także z krystalicznie czystymi rzekami i jeziorami oraz folklor huculski od 2. poł. XIX w. zaczęły wabić turystów polskich najpierw z Galicji, a po 1920 roku z całej Polski.

Zanim jednak Huculszczyzna stała się Mekką dla turystów z całej Polski jedna z jej miejscowości spełniała rolę uzdrowiska. Już od początku XVIII w., a więc jeszcze w czasach przedrozbiorowych, poznano właściwości lecznicze wody mineralnej w Burkucie, leżącym w głębi gór (na południe od Żabiego) nad Czarnym Czeremoszem. Tutejsze źródła lecznicze są podobne do wód w Vichy we Francji. Poza tym Burkut ukryty jest przed wiatrami wieńcem wznoszących się dookoła szczytów górskich, przez co ma ciepły klimat mimo wysokości, na której jest położony. Do tego dochodziła sława ze wspaniałego, pachnącego żywicą powietrza. Był jakby małą oazą wśród lasów świerkowych, którymi pokryta była dolina Czeremoszu od brzegów rzeki po górskie połoniny. Zjeżdżała tu na lato "karawanami" szlachta polska z Ziemi Lwowskiej, a nawet z Podola i Wołynia. Największy rozwój Burkutu przypadł na pierwszą połowę XIX w. Zbudowano wtedy kilka ładnych (stylowych) i wygodnych domów-pensjonatów oraz urządzono pijalnię wody. Odwiedzili wówczas burkuckie uzdrowisko m.in. w 1843 roku Józef Korzeniowski, autor "Karpackich górali" i Wincenty Pol. Burkut wraz z uzdrowiskiem zniszczyły wojska austriackie zaraz po stłumieniu powstania węgierskiego 1848-49, by nie służyło zbiegłym powstańcom za miejsce schronienia. Później jednak uzdrowiska nie odbudowano, bo odkryto nowe wody lecznicze w innych miejscowościach, które zostały uzdrowiskami (np. Morsztyn, Truskawiec). Burkut wraz ze swą wodą mineralną został ponownie odkryty w przedwojennej Polsce, w latach trzydziestych. Odkrył go wybitny geograf i krajoznawca polski, Henryk Gąsiorowski, szczególnie po wydaniu swej broszury "O przeszłości i teraźniejszości Burkutu" (1932), która "poszła" w Polskę. Urządzono pijalnię wody mineralnej, a Oddział Stanisławowski Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w 1930 roku zbudował tu pierwsze schronisko turystyczne, a w jego miejsce w 1939 roku nowe, większe i nowocześnie urządzone, obliczone również na przyjmowanie kuracjuszy.

Po 1939 roku wojna, a po niej panowanie sowieckie obróciły Burkut ponownie w uśpioną i zacofaną w rozwoju wioskę.

Turystyka polska na Huculszczyźnie rozpoczęła się w 2. poł. XIX w. Do Żabiego ciągnęli turyści od 1880 roku. Jednak jej rozwój na dużą skalę zapoczątkowało wybudowanie przez polskich inżynierów (Władysław Folkierski i Zygmunt Sas-Jasiński) w latach 1892-94 linii kolejowej z Delatynia przez Dorę, Jaremcze, Mikuliczyn, Worochtę, Woronienkę do przygranicznej Jabłonicy (która za polskich czasów zwana była Jabłonicą Polską) i dalej przez tunel, długi na 1609 m, na Węgry (w okresie międzywojennym do Czechosłowacji, a w latach 1938-39 na Węgry). Sama linia kolejowa była i jest po dziś dzień arcydziełem technicznym polskich inżynierów i stąd wzbudzała i wzbudza podziw turystów, szczególnie wiadukty kolejowe w Worochcie i most kolejowy w Jaremczu.

Właśnie Dora, Jaremcze, Mikuliczyn i Worochta stały się, jak się to wówczas mówiło, najpopularniejszymi letniskami oraz stacjami klimatycznymi i turystycznymi. Ale nie przez przebiegającą tu linię kolejową, ale dzięki swym walorom przyrodniczym, krajobrazowym (piękne góry) i uzdrowiskowym - i przez folklor huculski. Poza tymi miejscowościami, leżącymi przy linii kolejowej Delatyn-Woronienka, bardzo popularnym letniskiem i stacją klimatyczną była również "stolica Huculszczyzny", jedna z największych pod względem liczby mieszkańców (ok. 8500) i obszaru (ok. 600 km2) wsi w Galicji/Polsce - Żabie. Jego karierę zapoczątkowała wśród zamożnych rodzin galicyjskich moda na "kuracje żętyczne". A będąc w Żabiem kuracjusze podejmowali wycieczki w okoliczne góry.

W okresie międzywojennym Huculszczyzna, po Zakopanem i Tatrach, była w Polsce drugim najważniejszym ośrodkiem turystycznym w ogóle, jak i turystyki górskiej i sportów zimowych. Jaremcze, Worochta i Żabie uzyskały status uzdrowisk. Powstało tu wówczas wiele nowych stylowych pensjonatów, domów letniskowych, sanatoria, schroniska, lokale rozrywkowe, restauracje, kawiarnie i kina. Na stacje kolejowe w Jaremczu i w Worochcie przyjeżdżały bezpośrednie pociągi ze Lwowa i Warszawy; tysiące warszawiaków spędzało tu wakacje. Ta popularność Huculszczyzny wśród warszawiaków wpłynęła na to, że jedną z ulic warszawskich nazwano Huculską. W Jaremczu w 1937 roku wypoczywało 10 000 wczasowiczów, były tu 2 hotele, 44 pensjonaty, 56 willi, o takich nazwach jak: "Warszawianka", Morskie Oko", "Raj" czy "Przystań". Worochta uzyskała status użyteczności publicznej, stała się największym ośrodkiem sportów zimowych w Karpatach Wschodnich, miała znane sanatoria, ładne i okazałe wille letniskowe i pensjonaty, które i dzisiaj są ozdobą miasta. Czynna była kolejka leśna z Worochty do Foroszczenki (której dziś nie ma), z której korzystali także turyści. W Worochcie i Żabiem było nie mniej turystów niż w Jaremczu. Mikuliczyn znany był wśród polskich studentów ze znajdującego się tu Akademickiego Domu Zdrowia. W okresie "studenckiego i harcerskiego lata" wyrastały wzdłuż Prutu i Czeremoszu obozowe namioty młodzieży i harcerzy z całej Polski. Ci ostatni mieli swoje schronisko górskie na Kostrzycy.

Wczasowicze i turyści, zatrzymujący się w Worochcie czy Żabiem, udawali się w okoliczne góry w celach turystycznych. Stąd Huculszczyzna odegrała dużą rolę w dziejach polskiej turystyki górskiej, o czym pisze obszernie Władysław Krygowski w "Zarysie dziejów polskiej turystyki górskiej" (Warszawa 1973). To wycieczki Wincentego Pola, Jana Łobarzewskiego i Kazimierza Turowskiego w górach Czarnohory w 1843 roku odkryły przed nauką i turystyką nowe, nieznane dotąd obszary wschodniokarpackie. Pamiątką tej pionierskiej wyprawy była (dziś już nieistniejąca) nazwa Rozrogi Wincentego Pola w okolicach przełęczy Przysłop. Później miała miejsce wielka wyprawa badawcza w Beskidy Wschodnie Hugona Zapałowicza (1852-1917).

Polskich pionierów turystyki górskiej na Huculszczyźnie prowadzili po górach przewodnicy, którymi z początku byli Huculi. Wincenty Pol pisze, że w 1847 roku jego wyprawie w górach Huculszczyzny brali udział nie tylko przewodnicy huculscy, ale i cały zastęp Hucułów uzbrojonych w rusznice i siekiery, którzy torowali drogę Polowi po dzikich lasach i wertepach Czarnohory i Gorganów. Później przewodnicy huculscy prowadzili turystów po górach. Bardziej znanymi przewodnikami huculskimi byli m.in.: Proć Koniuszczuk, Fedor Łesiak, Jura Szkirczuk, Wasyl Fodczuk, Łesio Jedczuk - wszyscy z Żabiego oraz Wawrzyniec Szkolnik i Iwan Żyteniuk (którzy m.in. w 1880 roku prowadzili po górach znanego botanika polskiego Hugona Zapałowicza) i Onufry Sawczuk. Przewodnicy huculscy Jakub Kondruk i Tomasz Marcinków (polski Hucuł) uczestniczyli w 1897 roku w wyprawie M. Małaczyńskiego i towarzyszy na nartach na Howerlę.
W 1873 roku powstało w Krakowie Polskie Towarzystwo Tatrzańskie, jako pierwsze polskie stowarzyszenie turystyczne, obejmujące działalnością wszystkie góry ziem polskich. Tak więc swoją działalnością objęła również Beskidy Wschodnie, czyli także i tereny Huculszczyzny. Już w 1876 roku powstał pierwszy oddział terenowy - w Stanisławowie, a drugi w 1878 roku w Kołomyi pod nazwą Oddział Czarnohorski Towarzystwa Tatrzańskiego. Oddział stanisławowski istniał w latach 1876-92 i 1923-39, a jego działalność obejmowała, tak jak i Oddziału Czarnohorskiego, Gorgany i Czarnohorę. Oddział Czarnohorski w Kołomyi od razu rozwinął bardzo żywą działalność, uruchomił schroniska górskie, przejęte od Oddziału w Stanisławowie, prowadził działalność naukową i wydawniczą oraz społeczno-kulturalną, urządził wystawę etnograficzną w Kołomyi w 1884 roku i zainicjował wydawanie turystycznego periodyku "Turysta" pod redakcją Leopolda Wajgla oraz wydał w 1898 roku przewodnik po Czarnohorze Henryka Hoffbauera (W. Krygowski).

Z turystyką górską szła w parze budowa schronisk w górach przez Towarzystwo Tatrzańskie. Pierwsze schronisko w Czarnohorze uruchomiono w 1878 roku na połoninie Gadżyna. Niemal równocześnie powstały schroniska na Zaroślaku pod Howerlą (w 1911 r. wzniesiono tu nowe schronisko w miejsce starego) i w Zawojeli. Schroniska te umożliwiły zwiedzanie Czarnohory od wschodu z Żabiego i od zachodu z Worochty. W związku z niebywałym rozwojem turystyki w Czarnohorze w 1883 roku uruchomiono schronisko pod Popem Iwanem na Gropie. W 1892 roku Towarzystwo uruchomiło w Żabiem okazały Dworek Czarnohorski i w 1895 roku podobne schronisko o tej samej nazwie w Worochcie, obok którego w 1897 roku wzniesiono nowy budynek.

Jednocześnie Towarzystwo prowadziło znakowanie szlaków górskich dla turystów. Oddział Czarnohorski TT w Kołomyi, przy wydatnej pomocy oddziału TT w Krakowie, umieścił 56 drogowskazów z napisami polskimi i ukraińskimi z Krasnego Łuhu na Howerlę, a następnie na grzbiecie Czarnohory do Popa Iwana i stąd do Zełenego w dolinie Czeremoszu, a na wszystkich szczytach Czarnohory umieszczono tablice z nazwą góry dla pewności turysty. W 1900 roku Oddział Czarnohorski do swego schroniska na Zaroślaku pod Howerlą wyznaczył ścieżkę z Worochty przez szczyty Kukul i Koźmieską oraz szlaki z Jaremcza na Jawornik i Gorgan, z Mikuliczyna na Jawornik i Gorgan oraz na Czarnohorzec i Makowicę.
Podczas I wojny światowej (1914-18) schroniska górskie w Czarnohorze zniszczyły wojska rosyjskie.

Przyłączenie w 1919 roku Ziemi Lwowskiej do odrodzonego państwa polskiego rozpoczęło nowy okres w dziejach tego regionu; szczególnie na Huculszczyźnie i szczególnie w polskiej turystyce górskiej. To okres jej dużego rozmachu i poważnych osiągnięć (W. Krygowski). Na terenie górskim Huculszczyzny działały teraz cztery oddziały Towarzystwa Tatrzańskiego: Czarnohorski w Kołomyi, lwowski, stanisławowski (pierwszy reaktywowany w 1921 roku, a drugi w 1923 roku) oraz nowo założony w Kosowie w 1935 roku.

W latach 1927-39 Oddziały TT w Stanisławowie i Kosowie zbudowały następujące schroniska górskie: na Zaroślaku pod Howerlą (1927, było ono drugim - po schronisku nad Morskim Okiem w Tatrach - najbardziej znanym i popularnym schroniskiem w Polsce), na połoninie Niżnej pod Doboszanką (1929), w Burkucie (1930), na Przełęczy Tatarskiej (1932), przy Klauzie Zubrynka pod Doboszanką (1937/38), na Skupowej (1938), pod Bałtagulem (1938), na Masnym Prysłupie (1938), na Prełucznym (1938), w dolinie Popadyńca (1938) i nowe w Burkucie (1939). Poza tym w 1939 roku były tu czynne schroniska w Gorganach huculskich: w Rafajłowej, Przełęczy Pantyrskiej, na Pasiecznym Wierchu i na połoninie Ruszczyna niedaleko szczytu Taupisz, zbudowane przez Oddział Lwowski Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego (1936-38); w Czarnohorze: w Worochcie, na połoninie Maryszewskiej, pod Kukulem (niedaleko Howerli, zbudowane w 1938 r.), Popie Iwanie i Kostrzycy - schronisko polskich harcerzy w stylu grażdy huculskiej; w dorzeczu Czeremoszów: w Kopilaszu.

Bardzo popularnymi wśród Polaków miejscowościami letniskowymi od końca XIX w. do 1939 roku były także Kosów i Kuty. Na ich popularność wpływała nie tylko malownicza okolica, ale również wyjątkowo łagodny klimat i obfitość owoców (największe w Polsce sady morelowe i brzoskwiniowe). W okresie międzywojennym powstały w obu miejscowościach nowe stylowe wille i pensjonaty (np. w Kosowie pensjonat "Bajka"). W małym Kosowie były aż cztery hotele: Krakowski, Grand Hotel, Tuchanowicza i Fernbacha.

Złoty okres turystyki na Huculszczyźnie to zamierzchłe, dawne polskie czasy. Dzisiaj turystyka na wielką skalę na Huculszczyźnie w zasadzie nie istnieje. Jedynym celem wycieczek Ukraińców - zresztą i tak nielicznych - jest najwyższy szczyt Ukrainy - Howerla. Dzisiaj tylko na nią prowadzi oznakowany szlak turystyczny i tylko u jej podnóża - na Zaroślaku funkcjonuje jedyne schronisko górskie na Huculszczyźnie. Inne leżą w ruinie, a oznakowane przez Polaków szlaki górskie po prostu nie istnieją - zatarł je brak troski, z pomocą natury.

W 1926 roku Polskie Towarzystwo Tatrzańskie wysunęło projekt założenia parku narodowego w Czarnohorze, co zostało zrealizowane w 1933 roku, dzięki staraniom głównie wybitnego botanika polskiego, Władysława Szafera, profesora Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Jednak pierwsze ustawy o ochronie przyrody na Huculszczyźnie uchwalili Polacy już w 1910 roku (ochrona pstrąga). Po wojnie Sowieci na potęgę niszczyli lasy Czarnohory i dopiero w 1980 roku reaktywowali park narodowy.

Poza Polskim Towarzystwem Tatrzańskim turystykę górską na Huculszczyźnie uprawiali członkowie polskiego Akademickiego Klubu Turystycznego (AKT), założonego we Lwowie 9 grudnia 1906 roku, z inicjatywy wielkiego krajoznawcy polskiego Mieczysława Orłowicza. Koło Smotrecza (1818 m) w kotle doliny było schronisko polskiego Akademickiego Zrzeszenia Sportowego (AZS).
Ciekawa i bogata jest również historia polskiego sportu zimowego na Huculszczyźnie. Po raz pierwszy na nartach zaczęli tu jeździć pod koniec XIX w. polscy leśnicy z nadleśnictwa w Tatarowie w dolinie Prutu. To oni, głównie Józef Sznajder, Marian Małaczyński i Stefan Heller, utworzyli środowisko narciarskie zwane później "kolonią tatarowską". 16 marca 1897 roku M. Małaczyński, Maria Małaczyńska, J. Schnajder, T. Marcinków, Onufry Sawczuk i Jakub Kondruk weszli na nartach na szczyt Howerli. Osiągnięcie w 1897 roku wysokości 2061 m na nartach przez kobietę było światowym sukcesem (W. Krygowski). Potem ciągle była tu aktywna w uprawianiu narciarstwa "kolonia tatarowska", a także inni taternicy oraz środowisko polskich narciarzy lwowskich. Duszą wielu wypraw na nartach na szczyty Czarnohory i Gorganów był Roman Kordys ze Lwowa, jeden z pionierów narciarstwa polskiego, autor polskiego podręcznika "Narty i ich użycie" (Lwów 1908) oraz wspomnień narciarskich z Huculszczyzny "Przez siedm gór i przez siedm dolin na nartach" ("Wierchy" 1929). W 1906 roku zdobył on na nartach Doboszankę, w 1908 roku dokonał na nartach przejścia całego pasma Bratkowskiej od Okola po Czarną Klewę, a w 1911 roku zdobywa Popa Iwana. W 1909 roku zdobył najwyższy szczyt Gorganów - Sywulę (1836 m) na nartach (wraz z bratem Tadeuszem) wybitny uczony polski - fizyk, wówczas profesor uniwersytetu we Lwowie (później w Krakowie), Marian Smoluchowski. W 1906 roku powstała Sekcja Narciarska przy Oddziale Czarnohorskim Towarzystwa Tatrzańskiego w Kołomyi, w której znanymi narciarzami zostali: H. Gąsiorowski i jego żona Maria, J. Maślanka, M.Dudryk-Darlewski, T. Nowakowski, T. Podgórski, J. Jankowski. Zimą góry Huculszczyzny były domeną narciarzy z lwowskiego Karpackiego Towarzystwa Narciarzy i członków lwowskiej Sekcji Narciarskiej Akademickiego Związku Sportowego oraz indywidualnych narciarzy z całej Polski. W okresie międzywojennym w Worochcie organizowano liczne kursy i obozy narciarskie.

Znany geograf i krajoznawca polski, Henryk Gąsiorowski, wydał przed wojną kilka przewodników turystycznych m.in. po Huculszczyźnie, jak np. "Województwo stanisławowskie" (1930) "W Beskidach Wschodnich", a przede wszystkim "Przewodnik po Beskidach Wschodnich" (t. 1-3 Lwów 1933-35); tom 2 poświęcony jest Gorganom, a tom 3 Czarnohorze.

Przelewali krew za Polskę na połoninach Huculszczyzny

Huculszczyzna zapisała się również na trwałe w historii polskiej wojskowości.

Po wybuchu I wojny światowej w lipcu 1914 roku, we wrześniu w Krakowie została sformowana II Brygada Legionów (2 pp - dowódca płk Z. Zieliński i 3 pp - dowódca płk J. Haller), która w październiku 1914 roku wraz z Komendą Legionów Polskich (gen. K. Trzaska-Durski) została wysłana na front w Karpaty. Uczestniczyła w walkach obronnych z Rosjanami o przełęcze wschodniokarpackie, których zdobycie otworzyłoby wojskom rosyjskim drogę na Węgry. Po zwycięskich dwutygodniowych walkach na pograniczu Siedmiogrodu i Rusi Zakarpackiej, Brygada została skierowana na teren Galicji - w rejon Gorganów, na Huculszczyznę, aby stąd uderzyć w kierunku na Nadwórną i Stanisławów.

Aby umożliwić legionistom przejście przez dzikie, zalesione i pozbawione dróg i mostów Gorgany w rejonie góry Ragodza, leżącej 3 km od Przełęczy Pantyrskiej (1085 m.n.p.m.) i jednocześnie zaskoczyć wojska rosyjskie, znajdujące się w rejonie Nadwórnej, należało zbudować drogę. Prace przy pięciokilometrowym odcinku, zbudowanym z kamieni i okrąglaków, trwały 53 godziny, a legionistom pomagali miejscowi Huculi. Na tej trasie zbudowano 14 mostów i wiele rusztowań, co w tak krótkim czasie było dużym osiągnięciem inżynieryjnym. Przeprawę nazwano "Drogą Legionów", a na szczycie przełęczy Rogodza legioniści postawili siedmiometrowy krzyż Legionów, z napisem przeznaczonym dla młodzieży:

Młodzieży polska, patrz na ten krzyż,
Legiony Polskie dźwignęły go wzwyż
Przechodząc góry, doliny i wały
Dla Ciebie, Polsko, i dla twej chwały!

W październiku 1914 roku legioniści znaleźli się na Huculszczyźnie, czyli, jak wówczas uważali Polacy, na ziemi polskiej - w Polsce. Tym samym po raz pierwszy od 1772 roku na Huculszczyźnie pojawiły się oddziały wojska polskiego.

Brygada Legionów szybkim marszem ruszyła na Nadwórną, którą zdobyła po ciężkiej walce. Kierując się teraz na Stanisławów natrafiła 29 października pod Mołotkowem na dwukrotnie liczniejszy i lepiej uzbrojony oddział wojska rosyjskiego (legioniści nie posiadali w ogóle karabinów maszynowych, Rosjanie mieli ich 32). Walczący Polacy nie otrzymali wsparcia stojącej niedaleko bezczynnie, dywizji austriackiej. W bitwie brygada poniosła ciężkie straty: 200 zabitych, 200 zaginionych i w niewoli, 480 rannych żołnierzy. Po bitwie brygada wycofała się w rejon Gorganów - Zielonej i Rafajłowej, gdzie została podzielona na dwie grupy: jedna, pod dowództwem kpt. Józefa Hallera pozostała w rejonie Gorganów, druga natomiast została skierowana na Bukowinę. Legioniści, dowodzeni przez płk Hallera (późniejszego dowódcę polskiej "Błękitnej Armii" we Francji i generała Wojska Polskiego), stoczyła z Rosjanami wiele bitew na terenie Huculszczyzny, m.in. pod Zieloną, Maksymcem, Maniawą i Pasieczną, z których największą i stanowiącą znaczące zwycięstwo była bitwa pod Rafajłową, stoczona 23 stycznia 1915 roku. Podczas walk w Gorganach Polacy spotykali się z życzliwością i pomocą ze strony Hucułów, którzy dostarczali żywności i informacji oraz byli przewodnikami w trudnym terenie wysokogórskim. Od tej pory II Brygada Legionów zwana była "Żelazną" lub "Karpacką". O walkach legionistów w Gorganach pisze w swoich "Pamiętnikach" (Londyn 1964) Józef Haller.

Grupa legionistów, skierowana na Bukowinę, pomiędzy 26 listopada a 6 grudnia 1914 roku odpierała ofensywę dwóch rosyjskich dywizji, nacierających na ten kraj monarchii Austro-Węgierskiej. Bukowina od zachodu graniczyła z Galicją, w tym także z Huculszczyzną. Podczas pobytu w Żabiem, które było głównym ośrodkiem polskiej Huculszczyzny oraz w Worochcie por. Edward Szerauc z Brygady Legionów zwerbował do służby około 120 Hucułów, tworząc z nich wspomnianą wyżej Kompanię Hucułów. Następnie weszła ona w skład 2 Pułku Piechoty Legionów; gdzie najprawdopodobniej wiosną 1915 roku straciła swoją dotychczasową odrębność. Ci spośród ochotników huculskich, którzy po zakończeniu walk w Karpatach pozostali w brygadzie, założyli mundury legionowe i rozpłynęli się w jej szeregach, służąc w Legionach aż do końca ich istnienia - do lipca 1917 roku.

W okresie międzywojennym, a szczególnie w latach 30., chociaż Polska nie była w stanie wojny z żadnym państwem sąsiedzkim, granica polsko-czechosłowacka na odcinku Czarnohory była najbardziej niebezpieczna - często w ogniu. Toczyły się tu potyczki między polską strażą graniczną a bojówkami Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Tędy bowiem często przekraczali granicę w jedną lub drugą stronę terroryści ukraińscy i przemycano broń i amunicję dla członków OUN w Polsce, przy cichym przyzwoleniu i poparciu ówczesnych władz czechosłowackich. Kierownictwo OUN miało po czechosłowackiej stronie granicy kryjówki i magazyny broni, zaopatrywane przez wywiad czechosłowacki, a później niemiecki. Do dziś zachowały się groby poległych polskich strażników granicznych na cmentarzach w Żabiem-Werchowynie i Worochcie. W podziemiach zbudowanego w 1938 roku obserwatorium astronomicznego na szczycie Popa Iwana znajdowały się pomieszczenia oddziału żołnierzy polskiej Straży Granicznej, a od grudnia 1938 roku pułku Korpusu Ochrony Pogranicza "Karpaty" Inspektoratu Granicznego Stryj.

1 września 1939 roku Niemcy napadły na Polskę od zachodu, północy (Prusy Wschodnie) i południa (Słowacja), a 17 września t.r. Związek Sowiecki zadał walczącej Polsce cios w plecy, dokonując agresji na nasz kraj od wschodu. Wschodnia Polska była w zasadzie prawie bezbronna, gdyż Wojsko Polskie było zaangażowane w walce Niemcami. Na Huculszczyźnie do jedynego prawdopodobnie incydentu zbrojnego polsko-sowieckiego doszło na moście granicznym w Kutach (ówczesna granica polsko-rumuńska) na Czeremoszu. Most ten do 20 września pozostawał w rękach polskich żołnierzy. W walce z sowiecką Czerwoną Armią o jego utrzymanie zginął Tadeusz Dołęga-Mostowicz (ur. 1898), jeden z najpopularniejszych pisarzy okresu międzywojennego, autor m.in.: "Kariery Nikodema Dyzmy" (1932), "Znachora" (1937), "Profesora Wilczura" (1939).

Zagłada polskiej Huculszczyzny 1939-1947

Pakt Ribbentrop-Mołotow, czyli podpisana w Berlinie 24 sierpnia 1939 roku umowa o nieagresji pomiędzy Niemcami i ZSRR, a dzień wcześniej tajnego dodatkowego protokołu, który mówił o zniszczeniu i podziale Państwa Polskiego przez oba państwa, zapoczątkował koniec polskiej epoki na Kresach, m.in. koniec polskiej Huculszczyzny.

Prezydent Ignacy Mościcki i rząd polski, po opuszczeniu zagrożonej przez Niemców Warszawy, udali się na południowy-wschód, w kierunku granicy polsko-rumuńskiej. W połowie września 1939 roku prezydent i władze polskie przybyły do Kut na granicy polsko-rumuńskiej, spędzając tu kilka dni. Tutaj, w jednej z willi, która stoi po dziś dzień, odbyło się ostatnie posiedzenie rządu, odbyte już po otrzymaniu wiadomości o agresji Związku Sowieckiego na Polskę. Na wyraźną prośbę premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego i rządu prezydent Ignacy Mościcki przekroczył graniczny most w Kutach, udając się na terytorium sojuszniczej Rumunii. Decyzja ta umożliwiła w konsekwencji utrzymanie na emigracji ciągłości najwyższych instytucji Rzeczypospolitej, pomimo okupowania terytorium Polski przez nowych zaborców. Najpierw we Francji, a następnie w Londynie całą wojnę funkcjonował uznawany przez Aliantów rząd polski, pod którego rozkazami było Wojsko Polskie na Zachodzie (w 1945 roku 200 000 ludzi).

Tak więc Kuty, a nie wymyślony przez komunistów "most zaleszczycki", odegrały ważną rolę w dziejach Polski po wybuchu II wojny światowej - powstania polskiego rządu na emigracji.

Młody wówczas Tadeusz Petrowicz, mieszkaniec Worochty, wspomina jak to na wiadomość o agresji sowieckiej na Polskę zobaczył "uciekające w popłochu wojsko (polskie) w kierunku granicy węgierskiej z rozpaczą w oczach, na piechotę, samochodami i transportami kolejowymi. Obraz ten do dziś pamiętam, jak zły sen. Koledzy z Obrony Narodowej (około czterdziestu) i wielu znajomych poszli za wojskiem na wieloletnią tułaczkę, z której nieliczni mieli powrócić..." ("Od Czarnohory do Białowieży" Warszawa 1986).

W dniach 20-24 września 1939 roku cała Huculszczyzna znalazła się pod okupacją sowiecką. Tadeusz Petrowicz wspomina: "Nieoczekiwanie znalazłem się w innym państwie. Język polski słyszało się (teraz) tylko w polskich domach...", bo niebezpiecznie było być Polakiem. Okupant postawił sobie za cel zniszczenie raz na zawsze polskiej obecności na Kresach, m.in. przez fizyczną likwidację Polaków, szczególnie inteligencji. Wielu Polaków aresztowano i zgładzono zaraz po wkroczeniu Armii Czerwonej na Huculszczyznę. Z wkraczającą Armią Czerwoną jak i potem współpracowali miejscowi komuniści, różne szumowiny, które były w kolizji z prawem oraz część proletariatu żydowskiego. To oni uroczyście witali krasnoarmiejców w Mikuliczynie i oni utworzyli komitety rewolucyjne w Kosowie oraz we wsiach Kosmacz i Jaworów, które pastwiły się na lokalnych Polakach. W latach 1940-41 wywieziono w głąb ZSRR masę Polaków w trzech wielkich wywózkach; z województwa stanisławowskiego, na obszarze którego leżała Huculszczyzna, wywieziono ok. 1/3 Polaków (Grzegorz Mazur "Pokucie w latach drugiej wojny światowej" Kraków 1994). A że na Huculszczyźnie mieszkało wyjątkowo dużo polskiej inteligencji, tutejsza ludność polska uległa prawdopodobnie nawet większemu zdziesiątkowaniu. Wyjątkowo dużo Polaków deportowano z Worochty do marca 1940 roku, czyli podczas pierwszej wywózki. Polacy stali się tu prawdziwymi pariasami - ludźmi prawie wyjętymi spod prawa. Np. wszystkim Polakom w Jaremczu, Worochcie, Żabiem, Kosowie i Kutach pozabierano pensjonaty, a często i wille, podczas gdy te rugi nie objęły żydowskich właścicieli willi, a nawet i pensjonatów. Polacy żyli tu w ciągłym strachu przed aresztowaniem. Każdy członek rodziny spał gdzie indziej, aby nie wywieziono na Sybir całej rodziny. Mówią o tym miejscowi Polacy w dokumentalnym filmie Stanisława Auguścika "Czerwony pas" (1992).

W szale niszczenia wszystkiego co polskie, lub co było dziełem Polaków, Sowieci zniszczyli nawet Muzeum Huculskie w Ilcach. Po wkroczeniu wojsk sowieckich okazały budynek muzeum zajęła Armia Czerwona. Późniejszy los budynku i eksponatów huculskich był równie tragiczny. W okresie "bezkrólewia", w czerwcu 1941 roku, tj. między ucieczką władz sowieckich a wkroczeniem wojsk niemieckich, miejscowa ludność rozkradła eksponaty, należące kiedyś do muzeum. Natomiast w 1944 roku partyzanci UPA próbowali spalić budynek, aby nie dostał się ponownie w ręce sowieckie, ale spłonął jedynie dach. Zdewastowany i częściowo spalony budynek władze sowieckie rozebrały, a kamień i cegły wykorzystano do budowy gmachu rajkomu (siedziba władz lokalnych). Huculską placówkę kulturalną zastąpiono gmachem sowieckiej administracji! Bowiem Sowieci nie mieli szacunku dla kultury huculskiej!

Polacy podjęli próbę oporu przeciw władzy i terrorowi sowieckiemu. Na czele Okręgu Związku Walki Zbrojnej w Stanisławowie, który obejmował również Huculszczyznę, stał płk Władysław Smereczyński, ps. "Hucuł", ukrywający się od października 1939 roku w Nadwórnej, a od stycznia 1941 roku w huculskim Mikuliczynie. Działaczami konspiracji byli m.in.: w Mikuliczynie Kazimierz Biłejczuk i Stanisław Dąbrowski, w Worochcie dr Kazimierz Robaczewski, w Kutach Jakub Manugiewicz, w Kosowie pracownik gminy Barański. Została także zorganizowana siatka konspiracyjna, w skład której wchodzili m.in. (oprócz już wymienionych osób): z Worochty dyrektor szkoły Horowica, z Mikuliczyna Leopold i Paulina Pakiet, piekarz Tymowicz, główny mechanik miejscowego tartaku Płoszka, naczelnik miejscowej poczty Bojko, Adam Wierzbicki i Zemanek. Konspiracja zajmowała się m.in. przerzutem przez granicę - na Węgry lub do Rumunii - wielu tysięcy Polaków, pragnących przedostać się do Francji lub Wielkiej Brytanii i wstąpić do tworzonego tam Wojska Polskiego. Niestety, ta sprawa jest mało znana - ta piękna karta historii polskiej konspiracji. Wiadomo, że kurierem przerzutowym był w Worochcie m.in. Jan Kazimierz Runiewicz, kierownik tamtejszej stacji meteorologicznej; zagrożony aresztowaniem sam schronił się na Węgrzech. Przerzutem polskich uciekinierów zajmowali się również kolejarze polscy na linii kolejowej Delatyn - przez Worochtę - Korosmezo na Węgrzech, m.in.: Adam Wierzbicki, Franciszek Piwowarczyk, Józef Audykowski, Stanisław Kamiński. Spośród innych kurierów, działających na Huculszczyźnie, należy wymienić: Stanisława Żaka, Jakuba Manugiewicza (do Rumunii) i Edwarda Matynochę, który przeprowadził wiele dziesiątek uchodźców przez Gorgany - koło Rafajłowej na Węgry. Zginął on w marcu 1940 roku w walce z sowieckim patrolem NKWD (Grzegorz Mazur "Pokucie w latach drugiej wojny światowej" Kraków 1994).

W czerwcu 1941 roku Niemcy hitlerowskie napadły na swego najlepszego przyjaciela - Związek Sowiecki. Huculszczyznę zajęły najpierw sprzymierzone z Niemcami wojska węgierskie, które wkrótce zastąpili Niemcy. Z powodu wielowiekowej przyjaźni polsko-węgierskiej pobyt tu Węgrów nie był uciążliwy dla Polaków. Za Niemców Polacy mieli dwóch wrogów: samych Niemców i gorszych od nich nacjonalistów ukraińskich, którzy postawili sobie za cel usunięcie drogą terroru Polaków z Huculszczyzny i całej Ziemi Lwowskiej.

Niemcy włączyli Galicję Wschodnią (Ziemię Lwowską wraz z Huculszczyzną) do Generalnego Gubernatorstwa, które Hitler widział jako "pozostającą pod panowaniem Niemiec siedzibę (Heimstaette) dla Polaków..." (Czesław Łuczak "Generalne Gubernatorstwo" w: "Encyklopedia historii gospodarczej Polski do 1945 roku" t. 1, Warszawa 1981). W ten sposób Huculszczyzna jak gdyby połączyła się z okupowaną przez Niemców Polską. Początkowo Niemcy chcieli z Hucułów stworzyć naród huculski, jednak wkrótce dali tu wolną rękę nacjonalistom ukraińskim, którzy z nimi współpracowali i współrządzili.

Pisze na ten temat Tadeusz Petrowicz w swoich wspomnieniach "Od Czarnohory do Białowieży" (Warszawa 1986): Nacjonaliści (ukraińscy) zadowoleni z przyjścia Niemców, gorliwie pomagali im organizować dwujęzyczną niemiecko-ukraińską administrację (...) rozzuchwaleni (antysemicką) postawą Niemców nacjonaliści zaczęli gorliwie pomagać w likwidowaniu Żydów (...) Dla garstki Polaków pozostałych w Worochcie zaczął się ciężki okres. Worochta była pozbawiona zaopatrzenia i do wielu polskich domów zajrzał głód. Żywność mieli jedynie utrzymujący się z roli Huculi, na siłę robieni teraz Ukraińcami. Naturalnie działo się to wszystko przy pomocy ukraińskich nacjonalistów, którzy wzięli na siebie rozbudzenie poczucia narodowościowego Hucułów. Ukraiński ksiądz Kunicki swoimi kazaniami przygotowywał Hucułów do rozprawy z Polakami (...) 3 września 1942 roku nadleśniczy w Worochcie, Ukrainiec Janyckyj zwolnił wszystkich Polaków pracujących w nadleśnictwie. Była to akcja, która miała pozbawić pracy wszystkich Polaków, obliczona na zmuszenie nas do opuszczenia tych stron (zwolnienia unieważnił 13 października niemiecki gubernator Galicji dr Waechter, gdyż Ukraińcy nie byli w stanie sami zarządzać nadleśnictwem!) (...) mój ojciec na skutek złośliwego donosu (Ukraińca) Pułatranki, dotyczącego działalności ojca w Towarzystwie Szkoły Ludowej przed rokiem 1939, został aresztowany pod koniec listopada 1942 roku i osadzony we więzieniu gestapo w Tatarowie (uwolnił go Waechter!)"

W 1943 roku padło hasło "Smert'''''''' Lacham!" i bandy nacjonalistów ukraińskich zaczęły mordować Polaków - całe rodziny polskie. Jednej nocy, na początku 1943 roku, w bestialski sposób zamordowano w Mikuliczynie 17 rodzin polskich, zamieszkałych w budynkach służbowych na terenie tartaku. Płomień zapalony w Mikuliczynie rozszerzał się z dnia na dzień na całą Huculszczyznę. Nie było dnia bez nowych zbrodni. W leśnictwie Krzywopole zginął wielki przyjaciel Hucułów inż. Witold Tyski. W Hryniawie powracający z pracy leśniczy Bolesław Weryński zastał w domu trupy trojga swoich dzieci i teściowej, żona ciężko ranna przeżyła. Nawet Niemcy byli zaskoczeni mordami i wydali broń wszystkim Polakom zamieszkującym tartak w Worochcie. Kto miał rodzinę w Polsce centralnej, uciekał, jak np. rodzina Jurkiewiczów i Fryderyka Szpaetcha z Worochty. Petrowicze wyjechali z Worochty 13 marca 1944 roku. Ks. Gorczyński, który w okresie wojny administrował kościołem katolickim w Worochcie i chował swoich pomordowanych parafian, pokazywał Petrowiczowi po wojnie listę ofiar ostatniej rzezi w 1944 roku.

Z pracy Grzegorza Mazura "Pokucie w latach drugiej wojny światowej" (Kraków 1994) dowiadujemy się, że nacjonaliści ukraińscy 24 lipca 1943 roku zamordowali w Pistyniu księdza Józefa Grzesiowskiego oraz dra Kaliniewicza w Szeszorach (spalony żywcem), 6-osobową rodzinę Klisowskich z Kosmacza, a w sierpniu 1943 roku na terenie powiatu kosowskiego zabili 26 Polaków i wielu ranili; w nocy z 30 września na 1 października 1943 roku bandy dokonały nowego pogromu Polaków w Mikuliczynie, mordując 4 osoby, uprowadzając 8 i raniąc 5 innych osób (w rezultacie tego napadu chyba wszyscy Polacy opuścili Mikuliczyn); w nocy 2/3 października 1943 roku w Jabłonowie zamordowano ponad 10 Polaków, m.in. 3-osobową rodzinę Popielów i małżeństwo Urbańskich; w marcu 1944 roku w Pasiecznej zamordowano 22 polskich robotników z kopalni i kilka innych osób, a drugiej rzezi Polaków dokonano tam w maju tego samego roku.

Natomiast w pracy "Droga krzyżowa archidiecezji lwowskiej w latach II wojny światowej 1939-1945" (Wrocław 1983) ks. bp Wincenty Urban pisze, że w Rafajłowej zabito 20 Polaków, a w Pasiecznej zamordowano łącznie 157 Polaków.

O rzeziach dokonywanych na Polakach i o grozie tamtych dni, która ciąży na stosunkach polsko-ukraińskich na Huculszczyźnie po dziś dzień, mówili Polacy z Kosowa i Kut w filmie dokumentalnym Stanisława Auguścika "Czerwony pas" (1992).

Członkowie polskiej wycieczki autobusowej z Dolnego Śląska na Podole, Pokucie i Huculszczyznę, odbytej 9-21 maja 2002 roku, byli m.in. w Kosowie i Worochcie. W obu miejscowościach modlili się za pomordowanych przez nacjonalistów ukraińskich rodaków: w Kosowie na cmentarzu przykościelnym przy wspólnej mogile ok. 80 Polaków, zamordowanych w 1944 roku i w Worochcie przy małej cerkiewce, przy której pochowano w zbiorowej mogile zamordowanych 72 Polaków (Z.J. Pizio: strona internetowa "Podole 2002").

W "Sprawozdaniu" Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Stanisławowie za luty 1944 roku czytamy, że w tym mieście szukało wówczas schronienia aż 4500 polskich uchodźców, w tym Polacy z Huculszczyzny.

Jednak w akcji prześladowania i mordowania Polaków na Huculszczyźnie brali udział tylko nieliczni Ukraińcy i Huculi. Pozytywny stosunek większości Hucułów do Polaków nie uległ zmianie. Potwierdza to w swoich wspomnieniach Tadeusz Petrowicz. Pisze on, że podczas jednej z wypraw po żywność do Dzembroni został wraz z matką zatrzymany przez młodego Hucuła Zełenczuka z siekierą, który chciał ich zabić. "Ocalenie nasze zawdzięczamy Ołence Dzwińczuk, piastunce mojej siostry, młodej Hucułce, która na szczęście towarzyszyła nam do Dzembroni i wstawiła się za nami u Zełenczuka, tłumacząc mu, że nie jesteśmy Żydami. Interwencja Ołenki okazała się skuteczna i Zełenczuk, chociaż bardzo niechętnie, ale jednak ustąpił". Inna Hucułka, Ołenka Prodaniukowa, dożywiała Petrowicza, który nie mógł się wyżywić z przydziału żywności, otrzymywanego od Niemców za wykonywaną pracę. A kiedy Petrowicze w marcu 1944 roku opuszczali Worochtę udając się do Polski centralnej: "Wasyl Prodaniuk i Ołenka Dzwińczuk pomagali pakować nasze rzeczy i widziałem, że mieli łzy w oczach".

Z kolei Łukasz Starzak w witrynie "sputnyk.site.pl" pisze: "Zajęcie Zachodniej Ukrainy przez Niemców przyczyniło się do eskalacji konfliktu polsko-ukraińskiego. W Riczce było coraz bardziej niebezpiecznie, dom (Okołowiczów) został okradziony. Pewnego dnia (był to rok 1942) jeden z sąsiadów ostrzegł Okołowiczów, żeby lepiej nie nocowali w domu. Być może jakiś oddział partyzantów planował zbrojne najście. W tej sytuacji Okołowicze opuścili Riczkę i wyjechali do Kołomyi". A więc i tutaj byli Huculi, co uratowali życie polskiej rodziny.

Konspiracja polska na Huculszczyźnie istniała również podczas niemieckiej okupacji. Już w 1941 roku powstał Okręg Armii Krajowej (AK) Stanisławów, obejmujący swym zasięgiem województwo stanisławowskie. Huculszczyzna leżała na terenie inspektoratu AK Kołomyja. Komendant Obwodu Nadwórna Kazimierz Biłejczuk, ps. "Szyna", "Norbert" i jego zastępca Franciszek Piwowarczyk działali z Mikuliczyna, gdzie w nocy z 2 na 3 lipca 1943 roku zostali aresztowani przez Niemców i osadzeni w więzieniu gestapo w Tatarowie. 12 września t.r. udało się Biłejczukowi wraz z kilkoma innymi osobami uciec z więzienia i działał nadal w konspiracji. W październiku 1942 roku Stanisław Kosiba zorganizował grupę dywersyjną pod kryptonimem "Słowiki", którą dowodził Emil Straszewski, ps. "Szpak". Działała on w okolicach Pasiecznej, Zielonej, Zielenicy i Rafajłowej. W kwietniu 1943 roku zlikwidowała ona ukraińską bandę w Maniawie, a w marcu 1944 roku w walce z Grenzschutzem koło Rafajłowej zdobyła broń i amunicję. Natomiast grupa dywersyjna kpr. Zbigniewa Muchy, ps. "Blady" w październiku 1943 roku zlikwidowała kilkunastu członków UPA w Pasiecznej. W obliczu zbliżania się Armii Czerwonej sformowany został oddział partyzancki pod dowództwem kpr. pchor. Adama Wierzbickiego, ps. "Skała", który stoczył potyczki z Niemcami i policją ukraińską m.in. w okolicy Przełęczy Jabłonickiej i Kosmacza. Jednocześnie oddział S. Kosiby został powiększony do 160 ludzi (maj 1944) i otrzymał nazwę 1/49 pp (huculski). Na terenie Okręgu AK Stanisławów funkcjonowała sieć kurierska. Jedna z tras kurierskich, i to bardzo ważna, biegła przez Kosów, Kuty do rumuńskich Czerniowiec. W granicznych Kutach nadzór nad nią sprawował Jakub Manugiewicz. W ramach pracy kurierskiej na linii kolejowej Worochta-Korosmezo na Węgrzech pocztę dostarczali polscy kolejarze, m.in. Józef Audykowski i Józef Markiewicz (Grzegorz Mazur, j.w.). Bodajże najbardziej znanym kurierem w Czarnohorze i to aż do 1944 roku był ks. Stanisław Rzepko-Łaski, wikariusz parafii polsko-ormiańskiej w Łyścu. O działalności tego bohaterskiego Polaka wspomniał Stanisław Podlewski w książce "Wierni Bogu i Ojczyźnie" (1971).

W lipcu 1944 roku Huculszczyzna znalazła się ponownie pod sowieckim panowaniem. Armia Czerwona w pogoni za Niemcami parła na Berlin, a Polska miała się stać państwem zależnym bezpośrednio od Moskwy. W związku z tym władze sowieckie zarządziły wysiedlenie ze wschodniej Polski pozostałej przy życiu ludności polskiej do komunistycznej Polski. Z rejonu repatriacyjnego Stanisławów, do którego wchodziła Huculszczyzna, wysiedlono 75 922 Polaków. Już w 1944 roku (w listopadzie i grudniu) wysiedlono 5788 Polaków, w 1945 roku 48 471 i w 1946 roku 21 634 (Jan Czerniakiewicz "Repatriacja ludności polskiej z ZSRR 1944-1948" Warszawa 1987). Wysiedlonym wówczas Polakom z rejonu Stanisławów zabrano 10 168 mieszkań i 11 912 budynków gospodarczych oraz 20 871 ha ziemi ornej, łąk i sadów (G. Mazur, j.w.). A przede wszystkim wyrwano ich z ziemi rodzinnej - z gniazda domowego.

Tadeusz Petrowicz, pisząc o swoim wyjeździe z Worochty do centralnej Polski, napisał: "Wtedy jeszcze mieliśmy nadzieję na szybki koniec wojny i na powrót w nasze ojczyste strony".

Nie nastąpiło to i nigdy nie nastąpi. Są w historii wydarzenia, które są nieodwracalne. Polska historia Huculszczyzny to czas przeszły dokonany.

Wyrzucenie kogoś z własnego domu, który był w rękach danej rodziny czasami setki lat, ze stron rodzinnych, które stanowiły dla tej rodziny "małą ojczyznę", jest jedną z najbardziej barbarzyńskich zbrodni, czyli zbrodni nad zbrodniami. A zbrodnią nad zbrodniami do jakiejś tam potęgi jeśli dotyczy ona tysięcy, setek tysięcy czy kilku milionów ludzi. Można zrozumieć wypędzenie Niemców z Wrocławia i Szczecina, z czeskich Sudetów, z rosyjskiego Obwodu Kaliningradzkiego i litewskiego Kraju Kłajpedzkiego. Niemcy napadli na te kraje lub je okupowali, wojnę przegrali i musieli oddać tereny jako łup zwycięskim państwom. Ale czy można usprawiedliwić wysiedlenie Polaków z Kresów, w tym również z Huculszczyzny? Nie, nie można! Tych ziem nie zabrali nam Ukraińcy, Białorusini i Litwini - dzisiejsi ich panowie. Straciliśmy te ziemie przez imperializm rosyjsko-sowiecki i jego nienawiść do Polaków. To jest wielka tragedia narodu polskiego. Tragedia, którą jednak musimy, choć z wielkim bólem serca, zaakceptować. Najwyżej, jeśli ktoś chce może mieć pretensje do Boga, że zgotował nam taki los - los nieustannego do 1945 roku "państwa na kółkach".

Chociaż na Huculszczyźnie pozostało po 1946 roku jeszcze wiele setek Polaków, zostali oni pozbawienia wszelkich praw do pielęgnowania swego języka i kultury, do zrzeszania się w jakiejkolwiek polskiej organizacji. W 1947 roku władze sowieckie zamknęły na Huculszczyźnie ostatnią polską placówkę - kościół katolicki w Kosowie.

Zagłada polskiej Huculszczyzny objęła swym zasięgiem również niektóre za bardzo z polska brzmiące nazwy geograficzne tego terenu. I tak Żabie przemianowano na Werchowynę, Rafajłową na Bystrycja, Przełęcz Tatarską na Jabłonicką, a Kosów Huculski stał się ponownie Kosowem. Zukrainizowano pisownię wielu innych miejscowości, np. Jaremcze na Jaremcza.

Co do dzisiaj pozostało po polskich czasach na Huculszczyźnie? Przede wszystkim pozostała historia. Ta, którą tu prezentuję. Pomimo tego, że Polska została wyrzucona z Huculszczyzny ponad 60 lat temu, a rosyjsko-sowiecki imperializm postawił sobie za cel wymazanie z pamięci ludu huculskiego "polskich czasów" i polskich tu śladów (np. zburzenie kościoła w Kosowie), pozostało ich tu jeszcze sporo. Są to kościoły, stylowe wille i pensjonaty, dworce kolejowe i inne budowle z czasów polskich, jak również ich ruiny, jak np. obserwatorium astronomicznego na szczycie Popa Iwana (mimo zniszczeń budowla, nazywana dzisiaj "białym słoniem" albo zamczyskiem, nadal robi ogromne wrażenie i jest dużą atrakcją turystyczną; ciągle widać na niej wyraźne ślady po Białym Orle) czy schronisk w górach. Po Polakach pozostały liczne polskie groby na cmentarzach w Kosowie, Kutach, Worochcie czy Żabiem, pomniki, a nawet nazwy ulic, jak np. ul. Mickiewicza w Kosowie, a na głównej grani Czarnohory, m.in. od Howerli do Popa Iwana do dzisiaj zachowały się liczne granitowe słupki dawnej granicy polsko-czechosłowackiej i w latach 1938-39 polsko-węgierskiej. W Krzyworówni, w muzeum Iwana Franki, jest ekspozycja poświecona Stanisławowi Vincenzowi, autorowi epopei huculskiej "Na wysokiej połoninie". Jest wreszcie Przełęcz Legionów i miejsca walk legionistów polskich - pozostałości okopów i bunkrów z 1914-15, które na trwałe zapisały się w historii polskiej wojskowości i w pamięci Polaków. To właśnie przez tę pamięć w 1994 roku Oddział Łódzki Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego w 1994 roku odnowił cmentarz żołnierzy II Brygady Legionów Polskich przy Przełęczy Legionów. Na środku cmentarza postawiono duży drewniany krzyż, pod którym wmurowane są dwie granitowe tablice w języku polskim i ukraińskim.

Polacy na ukraińskiej Huculszczyźnie

W okresie rządów komunistycznych w Polsce (1945-1989 r.) i do czasu upadku Związku Radzieckiego (do 1991 r.) Huculszczyzna była zamknięta dla Polaków, a jakikolwiek temat o Polakach na Huculszczyźnie był przemilczany - do 2. poł. lat 80. XX w. Tadeusz Petrowicz w swoich wspomnieniach "Od Czarnohory do Białowieży" (Lublin 1986) pisze: "O tym, co przeżywała ludność polska w czasie okupacji na Wołyniu czy Podolu, obszernie pisali: Józef Sobiesiak, Henryk Cybulski, Bronisław Janik i inni, ale o tym, co działo się w tym czasie na Czarnohorze, nic do tej pory nie zdarzyło mi się przeczytać. Wydaje się, że jest to biała plama, którą warto by zapisać - do czego może właśnie zachęci kogoś moja publikacja. Temat kurierów działających w czasie okupacji na trasach z Zakopanego przez Słowację do Budapesztu również został dość obszernie opisany przez różnych publicystów, a przecież była i druga trasa z Polski na Węgry - przez Czarnohorę, ale o tych, którzy tamtędy chodzili, również nic nie napisano...".

W PRL temat Kresów i ich polskiej przeszłości był bardzo często celowo przemilczany i nierzadko fałszowany. Np. wmawiało się społeczeństwu, że byliśmy tam okupantami. Dla władz PRL nie istniała w najmniejszym stopniu sprawa Polaków, którzy pozostali na Kresach. Dla reżimu komunistycznego oni po prostu jak gdyby w ogóle nie istnieli. Zostali pozostawieni własnemu losowi, czyli sowieckiej polityce wynaradawiania - rusyfikowania mieszkańców ZSRR. Bo taka była wola Moskwy - pana sowieckiej Ukrainy i Polski Ludowej.

Pozostali na Huculszczyźnie Polacy po 1946 roku, a byli tacy, byli po prostu pariasami, ludźmi skazanymi na zapomnienie przez Polaków w PRL i na sowieckie wynarodowienie. Tak popularna w niepodległej Polsce Huculszczyzna stawała się dla Polaków w Polsce po prostu terra incognita - zupełnie nieznanym terenem.

Sowieckie wysiedlenia Polaków z Huculszczyzny z lat 1945-47 oraz nowe, jednak już na znacznie mniejszą skalę, wyjazdy Polaków do Polski Ludowej w latach 1957-58, nie oczyściły całkowicie tej krainy z Polaków. Polacy w większych grupach mieszkali i mieszkają przede wszystkim w Kosowie i Kutach, a pojedynczych Polaków można spotkać w kilku czy kilkunastu innych miejscowościach huculskich, głównie jednak w Jaremczu, Worochcie i Żabiem, które od 1962 roku nosi oficjalną nazwą Werchowyna. Większość z nich to Polacy z mieszanych małżeństw; czysto polskich rodzin jest zaledwie kilkadziesiąt. Dzieci z małżeństw mieszanych zazwyczaj nie poczuwają się już do polskości. To wynik przede wszystkim "strachu bycia Polakiem" za sowieckich czasów, czyli w okresie od 1945 do 1991 roku. Polacy żyli tu w ciągłym strachu - przed władzą i terrorem sowieckim, ale również, jak to sami dziś mówią, przed nacjonalistami ukraińskimi.

Upadek Związku Radzieckiego w 1991 roku i powstanie niepodległego państwa ukraińskiego umożliwił tutejszym Polakom podniesienie głowy; może nie pełne, ale zawsze podniesienie. To dopiero wtedy dowiedzieliśmy się, że na Huculszczyźnie są Polacy. Największa ich grupa mieszka w Kosowie. Ilu? - trudno powiedzieć. Dwóch Polaków mówi Stanisławowi Auguścikowi, twórcy filmów nakręconych w 1992 roku: "Czerwony pas" i "Huculska kolęda" (w serialu "Podróże na Kresy"), że w Kosowie mieszka dobrze ponad setkę Polaków, a jeden z Polaków w Kutach mówi, że w tym mieście mieszka ok. 100 Polaków. Można więc przyjąć, że w 1992 roku na ukraińskiej już Huculszczyźnie żyło ok. 300-400 osób poczuwających się do polskości, z tym, że wszyscy polscy rozmówcy red. Auguścika mówili, że na Huculszczyźnie "mieszka jeszcze wielu Polaków", ale oni albo ciągle boją się przyznać, że są Polakami, albo żyją w mieszanych małżeństwach i się wynarodowili. Nie boi przyznawać się do polskości Kuba, mieszkający w Dzembroni, gdzie w chacie huculskiej prowadzi schronisko dla turystów - głównie z Polski.

Polacy w Kosowie odzyskali dawną katolicką kaplicę cmentarną, przy której odrodziła się parafia p.w. Matki Bożej Różańcowej; stary polski kościół został rozebrany za Sowietów. Kaplica ta jest symbolem trwania polskiego życia w królestwie śmierci (okres sowiecki i obecny proces przyspieszonego wynaradawiania się). Na cmentarzu, na którym się znajduje, jest bardzo wiele starych grobów polskich. Obecnie administratorem parafii jest ks. Piotr Bielówka, który ma biuro parafialne przy ul. Mickiewicza 9. Do kościoła uczęszczają członkowie 20-25 polskich rodzin. Jednak należy pamiętać, że czasy sowieckie zabiły wiarę również wśród wielu Polaków na Kresach. Kościół ten to dzisiaj jedyna polska placówka na Huculszczyźnie. W filmie red. Auguścika "Huculska kolęda" polska wspólnota katolicka z Kosowa śpiewa po polsku kolędę "Dzisiaj w Betlejem". I śpiewa nie tylko ładnie, ale i czysto po polsku. Gdy powstała wolna Ukraina w 1991 roku, zasugerowano kosowskim Polakom zorganizowanie klasy polskiej w miejscowej szkole, jednak nie było wystarczającej liczby młodzieży polskiej, znającej język polski, do jej powstania. Mniejsza grupa Polaków w Kutach nie była w stanie odzyskać tamtejszego polskiego kościoła.

Oprócz lokalnych Polaków na Huculszczyźnie nie brak dzisiaj Polaków z Polski. Huculszczyzna staje się regionem coraz częściej odwiedzanym przez Polaków. Ciągną tu pojedynczy Polacy i grupowe wycieczki Polaków. Pochodzący z Huculszczyzny Polacy szukają wspomnień i sentymentów, inni dzikiej przyrody i pięknych gór, jeszcze innych fascynują sami Huculi. Przyjeżdżają tu wreszcie polscy uczeni i studenci w celach naukowych.

Podróże sentymentalne. Tych jest najwięcej. Mieszkający w Polsce Łukasz Starzak, którego rodzina pochodziła w huculskiej wsi Riczki, w witrynie "sputnyk.site.pl" pisze: "świadomość, że gdzieś daleko, gdzie kiedyś, była Polska, zostawiliśmy coś, co do nas należało, pobudzała moją wyobraźnię. Myślałem wtedy o małej wiosce w wysokich górach, w których swoją chatę miał (mój krewny) Norbert Okołowicz; o ścielących się wokół połoninach; o mojej babci i jej przyjaciółce, które zwiedzały okolice na wypożyczonych od (Hucułów) koniach; o butelce z listem do przyszłych pokoleń, którą zakopały w nieznanym nikomu miejscu. Upływały lata, a mit Riczki wciąż nie dawał mi spokoju. Kiedy roku 1991 Ukraina proklamowała niepodległość, Huculszczyzna znów stanęła przed Polakami otworem". Łukasz Starzak trzy razy - dwa razy w 1999 roku i w 2001 roku - odwiedził kiedyś rodzinną Huculszczyznę, a swoje tam wizyty opisał we wspomnianej witrynie.

Takich Starzaków, tj. ludzi chcących zobaczyć swoje dawne gospodarstwa czy domy swoich rodziców lub dziadów i w ogóle miasta czy wsie, w których mieszkali, było i jest tysiące. W tym celu po 1991 roku każdego roku setki polskich autobusów pełnych pasażerów udaje się na Kresy. Np. w maju 2002 roku Oddział w Kluczborku Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich i Oddział Miłośników Kołomyi "Pokucie" we Wrocławiu zorganizowały wycieczkę na Podole, Pokucie i Huculszczyznę, w której wzięło udział 49 osób, z których kilka urodziło się na Huculszczyźnie, jak np. Urszula Mrozkowiak, urodzona w 1939 roku w Worochcie, Janusz Klepacz, Michał Srokowski, franciszkański brat Aleksander Kulawiak i Zbigniew Puchalski, który wysiadł w Tatarowie, by szukać swego domu rodzinnego, który odnalazł, zostając bardzo życzliwie przyjęty i ugoszczony przez obecnych mieszkańców, a na cmentarzu zapalił znicze na odnalezionym grobie swego stryja. Jednym z postojów nocnych tej wycieczki był Kosów. Wszyscy jej uczestnicy nocowali gościnnie w mieszkaniach tutejszych Polaków.

Wielu Polaków kochających przyrodę podąża na urlop w Gorgany i Czarnohorę po prostu dlatego, że są to góry piękne, urzekające i jeszcze dzikie. I tak np. w sierpniu 1999 roku urządził w te góry wycieczkę Stołeczny Klub Tatrzański Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego w Warszawie.

No i wreszcie ciągną tu ponownie polscy uczeni i studenci wyższych uczelni w celach naukowych, byli polscy przedwojenni geografowie, którym dane było powtórnie zawitać na Huculszczyznę. Jednym z nich był prof. Jerzy Kondracki. Owocem tej wizyty były artykuły: "Spojrzenie geografa. Karpaty Wschodnie - charakterystyka ogólna i podział regionalny" (Pamiętnik PTT, t. 3, 1994) i "Czarnohora 1926 - 1997" (Poznaj Świat, nr 9, 1997). Były też inne, bardziej symboliczne powroty - poprzez publikację wyników badań przedwojennych, wzbogaconych o późniejsze dokonania badaczy rosyjskich i ukraińskich: Alfred Jahn "Z morfologii Karpat Wschodnich" (Acta Universitatis Wratislaviensis, nr 1371, Prace Geologiczno-Mineralogiczne, XXVII, 1992). Prowadzący tu badania T.Z.Dworak i L. Rymarowicz opublikowali artykuł "Obserwacje meteorologiczne Stacji Botaniczno-Rolniczej na Połoninie Pożyżewskiej" (Przegląd Geofizyczny, nr 1-2, 1992), a J.M. Kreiner i L. Rymarowicz szkic "Dzieje Obserwatorium Meteorologiczno- Astronomicznego im. Marszałka Józefa Piłsudskiego na Popie Iwanie (2022 m) (Przegląd Geofizyczny, nr 1-2, 1992).

Podczas wakacji w 2003 i 2004 roku odbyły się dwa obozy naukowe: Czarnohora 2003 i Czarnohora 2004, w których wzięło udział łącznie 40 studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego i Akademii Rolniczej w Krakowie. Obszar badań obejmował masyw Pietrosa. Bazą obozową była Czarnohorska Stacja Geograficzna Uniwersytetu Lwowskiego w Worochcie-Foreszczence, skąd grupy kolejno udawały się do baz terenowych - na połoninie Hołowczeskiej i połoninie Rohnieskiej. Prowadzono m.in. badania geomorfologiczne, geologiczne, hydrologiczne, botaniczne a nawet etno-muzykologiczne (zapoznano się z folklorem muzycznym huculskiej wsi Żabie-Werchowyny) oraz skażenia radioaktywnego Czarnohory, zajmowano się aktualnym stanem gospodarki pasterskiej w grupie Pietrosa.

Przeprowadzone badania geomorfologiczne nawiązywały do tradycji wieloletnich polskich badań, jakie były tu prowadzone od początku XX wieku, a szczególnie intensywnie w okresie międzywojennym, kiedy to Czarnohora wchodziła w skład II RP. Z tego okresu pochodzi doskonała mapa rzeźby północno-wschodnich stoków Czarnohory, opracowana przez Bogdana Świderskiego.

W 1995 roku pracownicy naukowi Politechniki Lwowskiej: prof. Anatolij Dulcew, prof. Fedor Zabłocki i dr Kornelij Tretyak rzucili propozycję odbudowania przedwojennego polskiego obserwatorium na szczycie Popa Iwana i zorganizowania w nim ukraińsko-polskiej stacji badawczej. Propozycja ta została przekazana do Konsulatu Rzeczpospolitej Polskiej we Lwowie. W dniach 9-12 października 1996 roku we Lwowie i Jaremczu odbyła się robocza konferencja naukowa "Meteorologiczno-Astronomiczne Obserwatorium na górze Pop Iwan w Karpatach Ukraińskich - odbudowa i sposoby reaktywowania jego działalności". Organizatorami konferencji byli: Politechnika Lwowska, władze administracyjne Okręgu Iwanofrankowskiego oraz Instytut Geodezji Wyższej i Astronomii Geodezyjnej Politechniki Warszawskiej. W konferencji uczestniczyły ukraińskie placówki naukowe ze Lwowa i Kijowa, a ze strony polskiej przedstawiciele Instytutu Geodezji Wyższej i Astronomii Geodezyjnej oraz Instytutu Dróg i Mostów Politechniki Warszawskiej, a także Centrum Badań Kosmicznych PAN i Obserwatorium Astronomicznego Uniwersytetu Warszawskiego. Wszyscy uczestnicy konferencji za celowe i uzasadnione uznali odbudowę i wznowienie działalności naukowo-badawczego obserwatorium na górze Pop Iwan, uznali, że obiekt ten jest elementem historii Polski i Ukrainy i zaproponowali, aby reaktywowane obserwatorium nosiło nazwę "Ukraińsko-Polskie Obserwatorium Badawcze na górze Pop Iwan w Czarnohorze". Podkreślano, że odbudowany obiekt będzie stanowił znakomitą bazę dla wszystkich przyszłych ukraińsko-polskich seminariów, sympozjów i konferencji naukowych. Powstał Komitet Organizacyjny, w którego skład wszedł ze strony polskiej, jako wiceprzewodniczący, prof. Janusz Śledziński, dyrektor Instytutu Geodezji Wyższej i Astronomii Geodezyjnej Politechniki Warszawskiej. Niestety, obserwatorium do dziś dnia nie zostało odbudowane, głównie z braku funduszy ze strony ukraińskiej (Janusz Śledziński, j.w.).

Towarzystwo Karpackie w Warszawie cały numer 25 (jesień 2002) swego czasopisma "Płaj. Almanach karpacki" poświęciło Huculszczyźnie. Na 16 obszernych tekstów autorów polskich i ukraińskich, aż 12 było napisanych przez Polaków, co może świadczyć o poważnym zainteresowaniu wielu współczesnych Polaków Huculszczyzną. Oto polscy autorzy następujących tekstów: Andrzej Wielocha "Mapa Huculszczyzny", Wiktoria Blacharska "Dorobek polskich etnografów i muzealników w poznawaniu Huculszczyzny", Renata Makarska "Huculszczyzna w literaturze austriackiej", Grzegorz Niewiadomy "Opryszki, lirnicy i mołodycie. O huculskich inspiracjach w malarstwie polskim", Katarzyna Tur-Marciszuk "Od tradycji do współczesności. Działalność szkoły rzemiosł artystycznych w Kosowie", Urszula Janicka-Krzywda "Mit opryszka w folklorze słownym Huculszczyzny", Andrzej Ruszczak "Oddział Czarnohorski PTT", Kazimierz Ciechanowicz "Major Henryk Gąsiorowski - badacz Huculszczyzny", Anna Mielczewska "Kolekcja huculska Muzeum w Grudziądzu", Edward Marszałek "Hucuły - konie z Karpat wschodnich", Stanisław Flakiewicz "Turysta w Polsce. Bibliografia Huculszczyzny i Karpat Wschodnich", Michał Kukuła, Michał Zieliński "Via carpathia 2002. Przejście łuku Karpat". Jednak nie ma chyba numeru tego cudownego czasopisma dla miłośników gór, w którym nie byłoby tekstów o Huculszczyźnie. Np. w ostatnim, 31 numerze (jesień 2005) czasopisma są artykuły: Tomasz Borucki "Spostrzeżenia i materiały z wyprawy do źródeł Czeremoszu", Mieczysław Woźnowski, "Czeremoszem do Żabiego", Jan Skłodowski "Krzyż Legionów".

Te powroty Polaków na Czarnohorę były od razu tak liczne, że "Globusik" wydał w 1992 roku (Nr 9) "Numer specjalny dotyczący wyjazdów geografów i biologów Uniwersytetu Jagiellońskiego w Karpaty Ukraińskie w okresie 1990-1992", M. Troll pisał o nich w publikacji "W Karpatach Ukraińskich", w: Z. Górka Z., J. Więcław (red.) "Badania i podróże naukowe krakowskich geografów, Informator PTG Oddział w Krakowie, za okres 1999/2000 - 2001/2002 (Kraków 2003), a M. Olszański i L. Rymarowicz wydali książkę "Powroty w Czarnohorę" (Pruszków 1993).

Wyjątkowo aktywne zaangażowanie się krakowskiego ośrodka naukowego w badania Czarnohory zainspirowało naukowców krakowskich do zorganizowania w Krakowie Festiwalu Kultury Huculskiej "Za głosem Trembity". Odbył się on w dniach 7-10 kwietnia 2006 roku, a głównym jego organizatorem było Stowarzyszenie Wschodnia Perspektywa, przy współpracy z kołami naukowymi UJ, Samorządem Studenckim UJ, ukraińską Fundacją św. Włodzimierza w Krakowie i Centrum Młodzieży dr H. Jordana. Na bogaty program Festiwalu składały się m.in.: sygnały połonińskie grane na trembitach oraz pochód Hucułów w strojach ludowych spod Barbakanu ulicami Starego Miasta pod Wawel, konferencja naukowa "Huculszczyzna - jej kultura i badacze", m.in. odczyty: dr Jan A. Choroszy, Uniwersytet Wrocławski - "Literackie podróże po Huculszczyźnie", dr Jan Skłodowski, Stowarzyszenie Historyków Sztuki - "Huculszczyzna w malarstwie i grafice polskiej", prof. Kazimierz Wiech, AR w Krakowie - "Przyroda Czarnohory - reminiscencje z podróży", prof. I. Maciejewski z Petersburga, najwybitniejszy współczesny znawca muzyki huculskiej: "Muzyka huculska w kontekście międzykulturowym", wystawa etnograficzna (w oparciu o zbiory huculskie Muzeum Etnograficznego w Krakowie), wystawa fotografii "Czarnohora - przyroda i człowiek", "Biesiada Vincenzowska" organizowana przez Fundację Pogranicze - z udziałem prof. A. Fiuta poświęcona pamięci i osobie Stanisława Vincenza, autora epopei huculskiej "Na wysokiej połoninie" - pokaz filmu śladami Vincenza w reż. W. Czechowskiego oraz biesiada huculska, występy huculskich zespołów: grupy tanecznej "Wipcze" i zespołu muzycznego "Czeremosz" Romana Kumłyka (występuje on często w Polsce) - oba z Żabiego-Werchowyny, pokaz filmów dokumentalnych z Huculszczyzny: "Jordan na Huculszczyźnie", "Huculska Paska", "Gdzie szum Prutu Czeremoszu" autorstwa Krzysztofa Krzyżanowskiego i Kingi Wiechczyńskiej; filmu "Ja, Hucuł" Jerzego Kołodziejczyka i Danuty Buchczyk oraz głośnego filmu radzieckiego S. Paradżanowa o Hucułach "Cienie zapomnianych przodków", sprzedaż wyrobów huculskich i książek o tematyce huculskiej.

Natomiast celem organizatorów festiwalu jest m.in.: przybliżenie mieszkańcom Krakowa obszaru Huculszczyzny, części dawnego województwa stanisławowskiego, przez lata całkowicie zapomnianego i celowo wypieranego ze świadomości Polaków; ukazanie bogactwa kulturowego ojczyzny huculskich górali i polskiego osadnictwa, gdzie wciąż jeszcze żywa jest pamięć o Polsce i Polakach; zwrócenie uwagi na rolę jaką Huculszczyzna odegrała w polskiej kulturze i na miejsce jakie zajmowała w polskiej świadomości zbiorowej przez stulecia; zachęcenie młodzieży do odkrywania Huculszczyzny na nowo (na fali "mody" na Ukrainę); stworzenie płaszczyzny porozumienia starszego i młodszego pokolenia zafascynowanego tą częścią dawnych Kresów; stworzenie warunków do spotkania i wymiany opinii specjalistów i osób zainteresowanych tematyką huculską. Festiwal miał stać się forum, na którym po raz pierwszy w powojennej historii doszło do spotkania osób dzielących pasje Huculszczyzną na różnym poziomie zaangażowania.

Tak, historia lubi się powtarzać. Polacy odkrywają ponownie Huculszczyznę i przywracają turystykę w tej pięknej - dawniej polskiej, a dziś ukraińskiej - krainie. I dobrze. Odnawiajmy przyjaźń z Hucułami i budujmy - bo podróże nie tylko kształcą, ale i przybliżają do siebie ludzi i narody - lepsze polsko-ukraińskie jutro.

Marian Kałuski

Wersja do druku

Jan Orawicz - 22.10.18 18:13
Panie historyku M.Kałuski myślę,że wielu historyków Panu zazdrości
Pańskiego dorobku w zakresie naszej polskiej historii! To jest poważny
dorobek,który wyrażnie wskazuje na to,że Pan powinien posiadać
d o k t o r a t z tej dziedziny nauki! To jest bardzo poważny dorobek
n a u k o w y!!! Zapewne wielu historyków zazdrości Pańskiego dorobku
w tym zakresie nauki! Pozdrawiam!

Wieslaw Tymowicz - 21.10.18 18:24
Szanowny Panie,
W podanym artykule umiescil Pan piekarza z Mikuliczyna, Tymowicz. Skad takie wiadomosci? Czy moge prosic o wiecej info? Pozdrawiam, Wieslaw Tymowicz.

ARTUR - 24.08.16 8:46
(.......) Komentarz zatrzymany z uwagi na niedopuszczalne, prowokacyjne sformułowania, dotyczące innych użytkowników. Bardzo proszę o kulturalne komentowanie treści powyższego artykułu.
Admin

Marian Kałuski - 23.08.16 9:03
Panie Orawiczu i Panie Robercie, dziękuję za ciepłe słowa pod moim adresem.
Od kiedy zostałem redaktorem wydawanego w Melbourne "Tygodnika Polskiego" w 1974 roku spotykam się bardzo, bardzo często z zawiścią i złośliwościami ze strony wielu moich rodaków. Przyzwyczaiłem się do tego - stałem się gruboskórny na to. Tym bardziej, że te ich złośliwości nic a nic mi nie szkodziły i nie szkodzą, dlatego, że, jak Pan Robert to zauważył, jestem osobą od nikogo i we wszystkim całkowicie niezależną. Nie potrzebuję nikogo prosić o łaskę. Robię więc to co lubię i dobrze mi się wiedzie pod każdym innym względem (np. tylko w ostatnich siedmiu miesiącach odbyłem trzy podróże: statkiem turystycznym od Sydney przez Nową Gwineę i Darwin do Perth, byłem tydzień w Nowym Jorku oraz odbyłem piękną podróż lotniczo-morską do Indii, Dubaju, Sri Lanki, Malezji i Singapuru - żyć - nie umierać) ku rozpaczy moich wrogów. Swoimi pracami służę Polsce - a konkretnie polskiej historii. A widać, że robię dobrą robotę, bo każdy kto chce i ma Internet może sam sprawdzić, że moje prace znajdują uznanie w środowisku polskich i obcych historyków (którzy z nich korzystają) i są zamawiane przez największe biblioteki na świecie.
A co do różnych "Arturów" to bardzo mi przykro, że Bóg poskąpił im rozumu. Właściwie to żal mi ich z tego powodu. Bo przecież sami z siebie nie zrobili potworów.
Marian Kałuski, Australia

Robert - 22.08.16 16:17
Panie Arturze, nie widzę możliwości ustosunkowania się do pańskiego pytania? - jest nie na temat. Mamy wielu Autorów na Kworum, których sobie cenie i podziwiam. Od fraszek, poezji, refleksji, aż po sprawy aktualne. Czy w każdym komentarzu, mam załączać listę autorów, od poezji w temacie ekonomii. Nie wiem o jakich Pan sobie pomyślał, z uznaniami dla wielu, ale w tym wypadku - proszę bardzo, niech Pan napisze artykuł, który będzie czytany prawie 10000 razy.

Artur - 22.08.16 0:37
Robercie, tez podpisujacy sie nickiem, a ci ktorzy tez maja swoje nicki byli tutaj wysmiani.
Czapki z glow? Przed kim i przed czym?
Tutaj sa tez inni piszacy, ktorzy zasluguja na uznanie.

Robert - 21.08.16 11:41
Szanowny Panie Marianie Kałuski , gratulacje za wspaniały artykuł, uzupełnienie jakże cennej naszej historii, Polskie dzieje Huculszczyzny. Chciałbym wspomnieć o tym jak i o książkach Tego Autora. Każde opracowanie, to przede wszystkim wielka praca i potężne studia źródłowe. Zdobywanie materiałów , podróże i bibliografia, dołączona do każdej publikacji . Co nie jest dołączone - to duże koszty, każdych badań i publikacji. Pan Marian Kałuski, nie jest etatowym członkiem gremiów naukowych, nie otrzymuje wsparcia do swoich badań, ani stypendiów i grantów &#8211; wszystko finansuje z własnej kieszeni. Edytorial tłumaczenia i drukowanie, to też duży wydatek, a historia którą się zajmuje, to wydarta biała plama przez &#8222;system poprawności&#8221;. Jest intelektualistą niezależnym, więc po ciernistej drodze z kłodami pod nogami radzi sobie jak może, a ze jest cenionym &#8211; świadczą o tym korzystający z jego wiedzy, zawodowcy. Panie i panowie krytykanci, czapki z głów, przed Autorem Marianem Kałuskim, On ratuje nam i przyszłym pokoleniom część Polskiej Historii, która nigdy nie była wykładana, albo tylko w fragmentach - potłuczonego lustra.
W nawiązaniu do w/w artykułu, jak i do cennych uwag komentatorów, nasuwa mi sie pewna myśl, dotycząca Etnografii, i stanu obecnej Europy. Zaznaczam, że w tej dziedzinie, jestem kompletnym laikiem. Na pewno jest to fascynujące zajecie dla entuzjastów. Jednak badania naukowe, jak i zbiory, uległy zniszczeniom w wielu wojnach i lokalnych &#8222;patriotycznych likwidatorów&#8221; przeszłości. To raczej trudna sztuka docierania, do pełnego obrazu naszych dziejów i wędrówki ludów.
Teraz będę trochę parodiował, ale może nie tak do końca. Od zarania, plemię żydowskie było czarne, dzisiaj w drodze ewolucji i genetycznych krzyżówek jest &#8211; też, przeważnie białe. Więc z przewagą krwi europejczyka. Przykład czarnych niewolników w USA, ci pomieszani są bardziej &#8222;biali&#8221;. Okazuje się , że mało zamieszkane tereny morza śródziemnego, od strony europejskiej i Bałkany, dzisiaj to wiele państw, były zasiedlane przez Słowian, w tym i z Polski ówczesnej. Badania kulturowe i językowe &#8211; wskazują na takie pochodzenie. Gdybyśmy to poparli badaniami genetycznymi, okazałoby się, że po zjednoczeniu, jesteśmy najpotężniejszym państwem w Europie. Dobrej nocy.

Jan Orawicz - 19.08.16 17:28
Drogi Panie Historyku, jak zwykle napisany przez Pana doskonale
skrawek naszej historii tej polskiej ziemi,od której wschodzi
nam teraz tylko słoneczko o porankach.
Serdecznie Pana pozdrawiam!!

Lubomir - 18.08.16 16:13
'Ta ziemia do Polski należy, historia niejeden zna błąd' - chciałoby się zacytować słowa piosenki, co prawda piosenki na temat ziemi włoskiej a nie Huculszczyzny, ale jakżesz przystające do obecnego stanu wschodnich rubieży RP.

Antoni J. Wręga - 17.08.16 11:16
1. Artykuł w polskiej Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Sas_(herb_szlachecki) wskazuje na pochodzenie węgierskie i wołoskie, tak rozpowszechnionego na Rusi herbu Sas. Natomiast w angielskojęzycznej Wikipedii znajdujemy informację o możliwym pochodzeniu herbu Sas od Sasów Siedmiogrodzkich, (co polscy genealodzy uważają za podejście nienaukowe!)
2. Gdy chodzi o pochodzenie Hucułów, nie wykluczam pochodzenie ich nazwy od wędrujących na Południe - po roku ok. 200 po Chrystusie - Gotów [z Gothiskandzy - kłania się nazwa Gdańsk]. Oczywiście Huculi i Huculszczyzna to mieszanka etniczna, ale przecież u Stanisława Vincenza, piewcy Huculszczyzny, występuje autentyczne nazwisko huculskie Gotycz, (czyli potomek Gota), coś jak np. Gocik nad Wisłą, (spotykany - także teraz - nawet w okolicach Warszawy). Huculi, pierwotnie więc zwali się Gutuli ("mali Goci", tak jak Wulfila - biskup gocki, który przetłumaczył w IV wieku Biblię na gocki - zwał się "Wilczkiem"). "Gutones", tak w języku Gotów sami się zwali, przetrwali w swym odłamie ostrogockim ("Greutingi") na Krymie do końca XVIII w., (kiedy ich biskupstwo, po podboju Krymu, Katarzyna II przyłączyła do rosyjskiego Prawosławia). Zachodni zaś Goci (Wizygoci, "Tervingi") byli motorem Reconquisty - wyzwolenia spod jarzma muzułmańskiego Półwyspu Iberyjskiego. Np. królowie hiszpańscy są ich potomkami. Zarówno Tervingi, jak i Greutingi przemieszczali się wpierw Wisłą-Bugiem i/lub Wisłą/Sanem, a następnie Dniestrem nad Morze Czarne. Tak jak jedni zostali na Krymie, a inni powędrowali aż na Półwysep Iberyjski, tak drobniejsze grupy pozostawały po drodze, "na szlaku". Spotykamy wśród Łemków nazwisko: "Mazur", a wśród Rusinów/Ukraińców nazwisko "Czech", to dlaczego wśród Hucułów - mających z reguły nazwiska zakończone na "-uk" (typowe dla polsko-rusko-ukraińskiego pogranicza) - nie mogłoby być nazwisko "Gotycz"? Oczywiście "Huculi"/"Gutuli" to byli "mali Goci", w tym sensie, że byli nic lub mało co znaczącym odpryskiem Gotów, przy tym późniejszą formacją, już po uformowaniu się wstępnym narodu Gotów. (Coś jak Małopolska względem chronologicznie wcześniejszej Wielkopolski). Hiszpanie są potomkami Gotów w niewielkim ułamku, skoro - wg szacunków uczonych historyków - Wizygoci stanowili nie więcej niż ok. 10% mieszkańców ich królestw. Ale i my, Polacy jesteśmy w jakimś niewielkim stopniu potomkami Gotów, skoro nie wszyscy wywędrowali na Południe. Uprzedzając zapytania laików - wyjaśniam - że Goci, to nie Niemcy. Tak jak np. Norwedzy, to nie Niemcy. Niemcy przyszli do nas w okresie tzw. kolonizacji niemieckiej w średniowieczu, a Goci byli tu już ok. 1000 lat wcześniej.

AREK - 25.08.13 14:45
Wróciłem z wyprawy na Huculszczyznę! Wyjazd śladami polskości i w piękne tereny Gorganów i Czarnohory! Podziwialiśmy przyrodę ,ludzi i szukaliśmy wszystkiego co Polskę stanowi! Z dumą i świadomością ,że kroczymy po terenach I i II Rzeczpospolitej! Spotykaliśmy Polaków ale też starych Hucułów jeszcze urodzonych przed wojną a więc obywateli Polski! Bardzo wzruszające było to spotkania i rozmowy....!
Zachęcam gorąco aby wracać na Kresy! Tam się nie tylko wypoczywa ale też wzmacnia poczucie dumy narodowej ale też pokory i szacunku dla dzisiejszych mieszkańców d.woj. stanisławowskiego!

Arek z Lublina

Hucuł-Galdzicki - 23.07.13 22:50
Oby więcej takich Kałuskich pisało o Kresach - Podolu, Pokuciu, Huculszczyźnie i Ziemi Lwowskiej oraz Wołyniu etc. etc.
Ps. Część rodu Kałuskich osiadła też na Podolu - konkretnie Korolówka koło Borszczowa

Andrzej Tym - 09.08.12 17:42
Dowódca Lądowej Obrony Wybrzeża do 1939r był pułkownik Sas Hoszowski, ktory byl działaczem stowarzyszenia szlachty polskiej herbu Sas i często jeździł z prelekcjami na teren huculszczyzny. Herb Sas nadany został szlachcie zagrodowej jakoby pochodzenia tatarskiego, której większość zamieszkała na terenach przewagi cerkwi uległa zruszczeniu tworząc z Łemkami i Bojkami (Wołochami) między innymi grupę etniczną Hucułów a zamieszkali w sferze wpływów kościoła katolickiego byli gorliwymi polskimi patriotami świadomymi swego herbu. Tak zapamiętałem to, co o tej sprawie mówił mi mój ojciec, który krotko służył w LOW razem z płk dypl Sasem Hoszowskim, który starał się także krzewić znajomość historii wśród potomków polskiej szlachty na Kaszubach. Naraził się bardzo Kaszubom gdyż potomkowie polskiej szlachty nie byli przez nich cenieni. Np. o ile pamiętam w Wejcherowie był przypadek skargi ojca uczennicy na nauczyciela , który pisał i mówił nazwisko tej uczennicy bez dodatku "von" pomimo przedstawienia przez ojca dokumentu z podpisem i pieczęcią polskiego króla o szlacheckim pochodzeniu jego przodka. W następstwie skarg i prestiżowych sporów z Dow. Marynarki Wojennej , któremu LOW w tym okresie podlegała pułkownik Sas Hoszowski musiał ustąpiź ze swego stanowiska w LOW.

Wszystkich komentarzy: (13)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

20 Maja 1792 roku
Poświęcenie i oficjalne otwarcie cmentarza na warszawskich Powązkach.


20 Maja 1940 roku
Niemcy zatopili holenderski frachtowiec "Pavon" wiozący do Dunkierki 1500 żołnierzy holenderskich.


Zobacz więcej