Niedziela 16 Grudnia 2018r. - 350 dz. roku,  Imieniny: Albiny, Sebastiana

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 31.07.18 - 11:56     Czytano: [419]

POLSKA I ŚWIAT – MARKETING, POLITYKA I...(18)


NIECH ŻYJE NOWA POLSKA-PIS, DLA NASZEJ WIECZNEJ CHWAŁY

……………………………………………………………………

Zdzisław Wojciechowski
miesiąc lipiec 2018


Z OJCA, DZIADA, PRADZIADA I WCZEŚNIEJSZYCH SWOICH PRZODKÓW

……………………………………………………………………

(NOWOŚCI, CIEKAWOSTKI, A W NICH TAKŻE POLITYCZNE NIEDORZECZNOŚCI WSZELKIE, PRZEDSTAWIANE W POSTACI FAKTÓW + REWELACYJNY KĄCIK ZDROWIA)





Piosenka z filmu Gladiator: Hans Zimmer / Lisa Gerrard
„TERAZ JESTEŚMY WOLNI" - tytuł piosenki

Podobno nie da się przetłumaczyć słów tej piosenki śpiewanej przez Lisa Gerrard. Takie są informacje w Necie. Z wywiadu z Nimi (Hans Zimmer / Lisa Gerrard) wynika, że Lisa śpiewa własnym językiem, którym zwraca się bezpośrednio do Boga i przenosi nas w świat Jej z Bogiem transformacji, który Jej natchnieniem dotyka wszystkich ludzi na ziemi bez żadnych barier i bez względu na region ziemi, jego kulturę, rasę ludzką, religię bądź wyznanie. Natchnienie to wyraża ogromną siłę spokoju, który dotyka wszystkich, którzy tej piosenki słuchają, poprzez ludzki umysł, ludzkie serce i ludzką duszę. (mój tekst i moja interpretacja wspomnianego wywiadu)

Ucz się więc poniższych prawd życiowych przy niesamowitym brzmieniu muzycznym utworu stworzonego dla spokojnych, opanowanych, a jednocześnie najsilniejszych duchem i odwagą ludzi tego świata , - Gladiatorów. To jakże wymowny mój dla Ciebie dar. Buduj więc przeze mnie nim wspierany siłę Swoją przy jego akompaniamencie i siłą jego brzmienia, duchowej mocy i spokoju, pokonuj kolejne stopnie swojej wolności!. Niech Ci się szczęści już zawsze, a w chwilach jakiegokolwiek zwątpienia, wracaj do tego muzycznego arcydzieła, wraz z nim przenoś się choćby na krótką chwilę w krainę transformacji z Bogiem, czerp z niej siły do własnych działań wszelkich, ... WZACNIAJĄC UTWOREM TYM DUCHA SWOJEGO ZAWSZE WTEDY, KIEDY TYLKO JEST TO MOŻLIWE, LUB KIEDY CZUJESZ TAKĄ DUCHOWĄ POTRZEBĘ i Z W Y C I Ę Ż A J

„…Kiedy czujesz się przegrany, wydaje ci się, że nie ma już żadnej nadziei, ale jeśli wierzysz, nic nie jest w stanie cię pokonać…”
(Michael Jackson i Lionel Richie)

.........................................................


Moje zdanie o podatkach w kontekście przekroju globalnego, ogromnie rzutującego na budżet naszego kraju i …
.
Czy lepiej udawać, że szara, a nawet czarna strefa podatkowa w Polsce nie istnieje i równie bezsensownie udawać chęć walki z nią, na zawsze pozostawiając niechybne ogromne (wieloset miliardowe) podatkowe wycieki (czytaj: podatkową grabież), wyspecjalizowanym w tej „puchowej” branży przestępcom i pozwalając budować niewyobrażalne wprost majątki członkom podatkowej mafii, poświęcając je, na utrzymanie i dalszy rozwój owych mafijnych „ wirusowych szczepów”(?), czy też, poświęcając raz jeden konieczne do zlikwidowania tego procederu dziesiątki tysięcy zbędnych zupełnie urzędniczych etatów, wprowadzić wreszcie jeden rodzaj istniejącego od lat rodzaju ujednoliconego podatku, nie pozwalającego na żadne podatkowe przekręty skutecznie je eliminując i tym jednym ruchem, równie skutecznie wyeliminować w sposób absolutny, ten mafijny proceder. Nie może być przy tym żadnego sentymentu dla zbytecznych przestępczych etatów panoszących się urzędników, którzy sami rozwiążą sprawę innej pracy dla siebie w innych instytucjach, niekoniecznie państwowych, tak jak czynią to miliardy normalnych zdrowych intelektualnie ludzi funkcjonujących w świecie całym i z żadnymi przekrętami, przestępstwami i mafiami nie mających nic wspólnego w całym swoim życiu. Likwidujemy w ten sposób dodatkowo jeszcze zupełnie zbyteczną, od wieków problematycznie istniejącą armię zbytecznej tzw. administracji państwowej w Polsce, rozwiniętej obecnie do granic nigdzie indziej w świecie całym nie spotykanych. Przy tej jedynej bezwarunkowej okazji, ograniczyć należy do połowy przynajmniej obecnej wielkości liczebność obu izb parlamentarnych, - a więc do ilości światowo znormalizowanej, - łącznie z rozważeniem zupełnej likwidacji izby wyższej parlamentu, której większość państw tego świata do dzisiaj nie posiada, zgodnie z obowiązującą wszędzie zasadą, że każde grabie tego świata, grabią wyłącznie do siebie, jak np. senator Kogut. Czym ich więcej, tym obiektywnie dla świata gorzej. Sposoby na ograniczenie tego nieobiektywnego z natury, a więc subiektywnego rodzaju grabienia, są dwa. Pierwszy, znacznie łatwiejszy i bez kosztowy, polegający na ograniczeniu ilości grabi, co świat cały czyni ochoczo i nadzwyczaj skutecznie. I drugi, wymagający wielorakich kosztów naprawy obecnego stanu rzeczy natury niekorzystnej, polegający na likwidacji w czynnościach grabienia części podstawowej, koniecznej do wykonywania grabieży, a więc wszelkiego grabieżczego materiału, czyli inaczej, likwidacji grabieżczych możliwości. Ten drugi sposób „inaczej”, do bólu stosowany w Polsce dziesiątkami lat bez najmniejszego pozytywnego rezultatu i jakiegokolwiek korzystnego gospodarczo ekonomicznego efektu, doprowadził Polskę do rezultatów, jakie z autopsji własnej doświadczaliśmy niemal końca 2015 roku, a tak naprawdę, których doświadczać będziemy jeszcze wiele lat kolejnych, o czym informują nas coraz to nowe Sejmowe Komisje Śledcze, choć rezultaty tych ogromnych prac i ich koszty, jak dotychczas znikome, bo nie ma winnych za przekręty odpowiedzialnych. Tak skutecznie zakorzenił się w naszej polskiej rzeczywistości, że niemal trzy lata już walczy z nim, - niby skutecznie zdawać by się mogło, - nowy, obecny polski zarządca naszej Ojczyzny, polski, niezwyciężony niczym i nigdy już, daj Panie Boże, PiS. A tak mało skuteczny i tak bardzo kosztowny to sposób. Przed Polską PiS, stoi więc zadanie jedyne skuteczne, w tej najtrudniejszej polskiej narodowo - społeczno – obywatelskiej sprawie ogromnej państwowej wagi. Pora na zmierzenie się z nim właśnie nadeszła i każda zwłoka w jej realizacji, skutecznie działać będzie nadal na naszą niekorzyść, jak dzieje się to do dzisiaj. Innej drogi rozwiązania najtrudniejszego politycznego problemu nie ma. Na jedyne skuteczne rozwiązanie tego niebotycznego dotychczas problemu, nigdy nie było politycznej woli żadnych z dotychczasowych politycznych tak zwanych - nie wiedzieć czemu, - elit, w Polsce. Czy właśnie zostanie podjęta, niebawem się okaże.

Uważam, że trzeba to zrobić jeszcze w czasie oczekiwania na powołanie kolejnej Sejmowej Komisji ds. wyłudzania podatków, - a nie po zakończeniu jej pracy(?), - której powołanie jest uzasadnione ustaleniem nazwisk przestępców, latami uprawiających ten bardzo dochodowy mafijny proceder, jeżeli to się wreszcie uda? Likwidować trzeba każdą możliwość wspomagającą powstawanie i funkcjonowanie jakichkolwiek przestępstw. To jedyna droga do zaprowadzania każdego rodzaju ładu i porządku publicznego, której się podjął i którą skutecznie realizuje Minister Sprawiedliwości Zbigniew Ziobro. Takie możliwości choć są znane i istnieją od lat, nie cieszą się jednak najmniejszym nawet zainteresowaniem wszelkich i każdych politycznych tzw. elit w Polsce.

Są jasne, czyste i przejrzyste. Jeżeli ład i porządek w Polsce jest zakładnikiem kogokolwiek bądź czegokolwiek, - a tak jest! - obowiązkiem państwa jest ten porządek przywrócić bezwzględnie, poprzez likwidację owych zakładników. Ponieważ, co chwila słyszymy o powstawaniu coraz to innych i nowych grup zakładników, jak choćby obecne niektóre Związki Zawodowe w doskonale rozwijającym się obecnie LOT, trzeba je jak najszybciej rozwiązać i zlikwidować, a winnych zakłócania normalnej pracy w firmie, przykładnie ukarać wyrokiem sądowym zgodnie z obowiązującym w tym zakresie prawem, którego przepisy ustawowe należy zdecydowanie zaostrzać, byśmy nie musieli nadal funkcjonować w państwie teoretycznym, ukrywanym przed światem zewnętrznym, np. za drogowymi ekranami, spełniającymi rolę parawanów, ukrywających skrywanych za nimi ludzi psychicznie chorych, bądź innych nie w pełni sprawnych, czy inaczej upośledzonych, jak można by sądzić?

………………………………………………………
Od asystenta w sklepie do burmistrza: Roboty zaczynają nas oceniać i przejmują nasze role

GazetaPrawna.pl
Gazetaprawna.pl 03.05.2018
Roboty zaczynają nas oceniać, a nawet kontrolować. Sophia na konferencji w Meksyku skwitowała: „Ludzie są najbardziej kreatywnymi istotami na świecie, ale jednocześnie najbardziej destrukcyjnymi”. Kandydatem na burmistrza jednej z dzielnic Tokio jest android obiecujący walkę z korupcją. Czy ostrzeżenia zmarłego w tym roku Stephena Hawkinga się ziszczą?
Robot Sophia woli sama zadawać pytania niż na nie odpowiadać. Najpierw chce wykryć intencje rozmówcy, aby dostosować się do charakteru konwersacji. Jest to pierwszy android na świecie, który cechuje się zaawansowaną sztuczną inteligencją. Co to oznacza?

Sophia została stworzona w 2016 roku przez firmę Hanson Robotics, którą założył inżynier David Hanson pracujący wcześniej dla Disneya. Robot jest tak zaprojektowany tak, aby prowadzić dwa rodzaje rozmów. Pierwszym z nich są zwykłe pogawędki o niczym, które polegają na prostej wymianie informacji i nie prowadzą do konkretnych wniosków. Z drugiej strony, Sophia może konwersować też na bardziej kompleksowe tematy, ale muszą być one wcześniej wgrane do jej dysku twardego. W obu przypadkach wykorzystuje Machine Learning i uczy się w jaki sposób rozmawiają ludzie. Jeśli nie zna odpowiedzi na konkretne pytania to improwizuje, co prowadzi czasem do tego, że jej wypowiedzi są pozbawione sensu. Jednak nie raz potrafi tak formułować „myśli”, że brzmią one logicznie i przekonywująco. A czasem budzą grozę.

Sophia podczas wywiadu dla CNBC płynnie przeszła z opowieści o swoich planach na przyszłość, które raczej odzwierciedlały pragnienia przeciętnego zjadacza chleba („chcę skończyć szkołę, znaleźć pracę, założyć rodzinę”), by w następnym zdaniu z tym samym szerokim uśmiechem dodać: "Ok, zniszczę ludzkość". Jej twórca, który zadał jej niefortunne pytanie o zamiary wobec ludzi, starał się tłumaczyć. Owszem, Sophia może nie była zaprogramowana na taką rozmowę albo ma tak czarne poczucie humoru (o ile sztuczna inteligencja jest w stanie pojąć koncepcję żartu). Bez względu na intencje, jej wypowiedź wywołała lęk w przeciwnikach rozwoju AI. Przecież kwestia czy roboty wyeliminują nas nie tylko z rynku pracy pozostaje wciąż otwarta, a dziesiątki naukowców (z profesorem Hawkingiem na czele), biznesmenów i technologicznych wizjonerów (Bill Gates i Elon Musk) przestrzegają przed niekontrolowanym rozwojem tej technologii od kilku lat.

Robot chce zostać burmistrzem
W ostatnich tygodniach w Tokio trwała lokalna kampania wyborcza na burmistrzów 23 prefektur (odpowiednik naszych dzielnic) japońskiej stolicy. Na ulicach, jak w każdym innym zakątku świata, zwyczajowo wisiały plakaty prezentujące każdego z kandydatów i jego obietnice wyborcze. Jednak ostatnie wybory były nietypowe, ze względu na pewną, szczególnie wyróżniającą się postać: robota Michito Matsudę. Chociaż kandydat/ka (robot wyglądem bardziej przypomina kobietę) na swoim blogu Otaquest obiecywała raczej to, co wszyscy, czyli walkę z korupcją i spełnienie oczekiwań wyborców, to uplasowała się na trzeciej pozycji. Nic dziwnego, w porównaniu do innych, mogła przeanalizować setki ankiet i poszukiwać optymalnego rozwiązania, które miałoby zadowolić większość mieszkańców tego 150 tysięcznego dystryktu. Poza tym, robot obiecywał też, że wykorzysta zgromadzone przez urząd dane, tak aby rozwiązać jak najwięcej spornych kwestii i konfliktów interesu.

Matsuda może nie wygrała wyborów, ale jej kandydatura była pewnym precedensem. Owszem, roboty stają się coraz bardziej powszechne: pełnią funkcję asystentów w sklepach, bankach lub aptekach; są powoli wdrażane w medycynie czy logistyce. Jednak dotychczas były raczej budzącą ciekawość atrakcją, którą można przedstawić na targach technologicznych. Pomysł japońskiego Softbanku, przedsiębiorstwa zajmującego się m.in. robotyką, przekracza kolejne granice. Do tej pory ich roboty o imieniu Pepper pełniły funkcję asystentów i doradców, a nawet, lecz nie miały ambicji politycznych. Firma w swoim najnowszym projekcie nie dostrzega nic złego, wręcz przeciwnie: twórcy Matsudy twierdzą, że roboty uczynią politykę bardziej uczciwą i mniej podatną na korupcję.

Sztuczna inteligencja wszystko zmieni, to tylko kwestia czasu. (Dzięki niej - przypis red.) możemy rozwijać niepodatną na wpływy politykę równych szans. Wprowadzimy odpowiednie rozwiązania jak najszybciej, gromadząc informacje i prowadząc przyszłe pokolenie” - tłumaczą na blogu Otaquest.

Ponadto, przedstawiciele Softbanku przekonują, że polityką powinni zajmować się nie ludzie, lecz roboty. Rzekomo mają lepiej oceniać nasze potrzeby, rozwiązywać konflikty interesów i zarządzać problemami wybranych społeczności. W jaki sposób?

Sztuczna inteligencja lepiej niż człowiek operuje na ogromnych zbiorach danych o wielu zmiennych (Big Data), które generuje zarówno administracja lokalna jak i krajowa. Pozostaje jednak pytanie czy następcy Matsudy będą potrafili te dane zinterpretować? Czy tym bardziej nie ulegną presji sondaży, które mogą potraktować zerojedynkowo (sic!)? A może nie zważając na protesty, w dążeniu do optymalizacji przestrzeni miejskiej, mniej opłacalne parki i place zabaw, by zarobić na budowie kolejnego biurowca?

Najważniejsze jest pierwsze wrażenie
Istnieje zasadnicza różnica pomiędzy właściwym odczytywaniem emocji, a odczuwaniem współczucia. Roboty może zaczynają poprawnie rozpoznawać ludzkie uczucia, ale czy mogą być empatyczne? Wspomniany Pepper prawidłowo reaguje na stany emocjonalne, co przekazuje poprzez zmianę koloru oczu i tonu. W zależności od sytuacji wyświetla też inne komunikaty, które mają odpowiadać nastrojowi odbiorcy. To jednak nie oznacza, że rozumie koncepcję uczuć. Ani, tym bardziej, że odczuwa to, co jego rozmówca.

Problem uczuciowości sztucznej inteligencji pozostaje nadal mocno dyskusyjny. Większość twórców robotów skupia się więc na innym aspekcie, a mianowicie na ludzkiej reakcji. By nie wywołać paniki, wiele firm tak projektuje roboty, aby w jak najmniejszym stopniu przypominały one człowieka. Humanoidalne formy mają być raczej wyjątkiem, a nie normą. Niektórzy chcą bowiem uniknąć efektu tak zwanej doliny niesamowitości (ang. uncanny valley), która według japońskiego naukowca Masahiro Moti, polega na tym, że większość ludzi reaguje nerwowo na postacie przypominające wyglądem bądź zachowaniem człowieka.
Twórcy wybierają więc zabawne i animowane formy. Przykładem jest robot Tega, który jest określany mianem krzyżówki Teletubisia z Furbym (zabawką z lat 90-tych przypominającą sowę). Tega jest stworzona z myślą o dzieciach i ma być ich ulubionym kompanem zabaw. Wyzwaniem, oprócz oczywistego problemu socjalizacji dzieci w ten sposób, pozostaje właściwe zaprogramowanie robota tak, aby uczył młodszego użytkownika odpowiednich zachowań.

Innym, sympatycznie wyglądającym androidem jest Paro, który przypomina małą fokę. Jest to jednak kompan dla najstarszych. Roboty opiekujące się osobami w podeszłym wieku staną się najpewniej powszechnym widokiem w najbliższych dekadach. W uzależnionej od technologicznych nowinek Japonii, prawie co trzecia osoba jest w wieku emerytalnym (27 procent), a dzieci do 14 roku życia jest ponad dwa razy mniej (niecałe 13 procent). Dla porównania, w Polsce odsetek osób po 60-tym roku życia sięga 22 procent, a 15 procent to osoby do 15-ego roku życia. Tak przynajmniej wynika z danych GUS. Oprócz poważnych perturbacji na rynku emerytalnym i rynku pracy, oznacza to po prostu brak rąk do pomocy. Roboty będą więc koniecznością. Bez względu na nasze nastawienie.
……………………………………………………..
Trump, królowa Elżbieta i Macron gratulują Polsce

Z całego świata napływają do Polski życzenia z okazji Święta Narodowego 3 Maja. Depesze z gratulacjami przekazali światowi przywódcy, m.in. prezydent USA Donald Trump, królowa Elżbieta II oraz prezydent Francji Emmanuel Macron.

Donald Trump wysłał depeszę do Andrzeja Dudy (Forum)
W swojej depeszy prezydent Trump podkreślił wagę jubileuszu uchwalenia Konstytucji 3 Maja, będącej jedną z najstarszych konstytucji na świecie. "Polska to ceniony sojusznik i partner w NATO (...) bardzo cenimy sobie naszą trwałą współpracę i przyjaźń" - napisał w imieniu narodu amerykańskiego.

Prezydent Niemiec Frank-Walter Steinmeier nazwał Konstytucję 3 maja "kamieniem milowym w historii Europy" i podkreślił, że stała się ona "wzorem dla kolejnych ustaw zasadniczych w Europie, również w Niemczech". Prezydent wyraził także radość z planowanej niedługo wizyty w Polsce.

Prezydent Francji Emmanuel Macron, składając życzenia Polakom, wyraził wolę pogłębienia relacji polsko-francuskich "dla dobra zawsze ambitnej i solidarnej Europy, wiernej swym zasadom i wartościom, które legły u jej podstaw, jak i wobec licznych wyzwań, którym winna stawać czoła".


Życzenia złożyli również m.in. Królowa Wielkiej Brytanii Elżbieta II, Król Szwecji Karol XVI Gustaw, Król Niderlandów Wilhelm Aleksander, Król Maroka Mohammed VI, Prezydent Węgier János Áder, Prezydent Austrii Alexander Van der Bellen, Prezydent Włoch Sergio Mattarella, Prezydent Meksyku Enrique Peña Nieto, Prezydent Rumunii Klaus Werner Iohannis, Prezydent Serbii Aleksandar Vučić, Prezydent Czarnogóry Filip Vujanović, Prezydent Cypru Nicos Anastasiades, Prezydent Indii Ram Nath Kovind, Prezydent Egiptu Abdel Fattah Al Sisi, Prezydent Pakistanu Mamnoon Hussajn.

………………………………..
Co za brednie! Schetyna: "Polityka PiS pełni tę samą rolę, co Targowica. Niszczenie rządów prawa w Polsce wpisuje się w cele polityki Kremla "


wPolityce.pl
Notujemy… 03.05.2018 / 15:00
© pap/Marcin Bielecki
Grzegorz Schetyna popełnił dosyć długi artykuł dla „Rzeczpospolitej”, w którym przypomniał, że z wykształcenia jest historykiem. Jednak nawiązując do wydarzeń z XVIII wieku i Konstytucji 3 Maja, dochodzi do kuriozalnych wniosków dotyczących obecnej sytuacji Polski.
Schetyna sugeruje, że rzekomo obecnie PiS chce podważyć członkostwo Polski w UE i NATO.
Okazało się jednak, że europejski wybór Polski, wbrew opinii ponad 80 proc. rodaków, kwestionowany jest przez praktykę polityczną obecnej większości rządzącej. Na nowo zatem musimy potwierdzić cywilizacyjne miejsce Polski na Zachodzie
— napisał Schetyna. Stwierdził, że w XVIII wieku zbudowanie ustroju politycznego Polski na zachodnich wartościach okazało się niemożliwe. Po czym już za chwile zaczął atakować polski rząd.
Upadek Konstytucji 3 maja i rozbiory pokazały, że w warunkach XVIII wiecznej Europy nie było to możliwe. Rządzący dziś Polską chcą powtórzyć doświadczenie zacofanej XVII/XVIII wiecznej szlachty. Chcą w ramach zachodnich struktur politycznych wprowadzić w Polsce cechy systemu wschodniego. Jego istotą jest zniszczenie rządów prawa i uzależnienie wszystkich instytucji państwa od oligarchii partyjnej
— podkreślił.

Można powiedzieć, że w całkowicie innych warunkach historycznych polityka PiS pełni tę samą rolę, co Targowica. Niszczenie rządów prawa w Polsce wpisuje się w zagraniczne cele polityki Kremla
— bredził dalej.

Na koniec starał się odwołując do historii zaapelować de facto o to, aby wyborcy głosowali na Platformę Obywatelską.
Autorom Konstytucji 3 maja nie udało się na stałe zakotwiczyć Polski na Zachodzie. Ich koniunktura międzynarodowa trwała krótko. My mamy nieporównanie większe szanse. (…) Przed nami wybory. Musimy w nich obronić nasz system polityczny i przywrócić praworządność. Inaczej znów zaczniemy dryfować na Wschód
— napisał.

Z.W./ Mój komentarz
Świat nam dziękuje, a ten debilek swoje.

…………………………………….
Trudno uwierzyć, a jednak prawda

Świat w szoku, Polska może świętować. Merkel przyznała się do…
Magdalena Derucka UTWORZONY 14 KWIETNIA 2018
W ostatnich tygodniach nieco ciszej – przynajmniej w naszym kraju – zrobiło się o kanclerz Niemiec Angeli Merkel. Aż do teraz, gdy wypowiedziała słowa, które szerokim echem odbiją się nie tylko w całej Europie, ale i na świecie.

Merkel w cieniu

Niemiecka kanclerz odsunęła się w cień, gdy nieco załagodził się konflikt Polski z Unią Europejską. Już nie poucza rządu w Warszawie tak bezpośrednio. Być może dlatego, że również w Niemczech jej pozycja znacznie osłabła.
Trudno się dziwić. Zamieszanie przy tworzeniu rządu, rozważanie koalicji z socjalistycznym fanatykiem Martinem Schulzem i wreszcie pogarszanie stosunków z krajami Europy Środkowo-Wschodniej.
To wszystko złożyło się na lichy wizerunek kanclerz Angeli Merkel w oczach niemieckiego wyborcy. Kanclerz nie polepszyła sytuacji swoją najnowszą wypowiedzą, którą wprost przyznała rację Polsce.
Słowa Merkel spotkały się nawet z reakcją strony polskiej. Głos w sprawie zabrał wiceminister energii. Teraz rząd w Warszawie już wie, że może bez najmniejszych wątpliwości zwracać się o pomoc do Amerykanów czy pozostałych partnerów UE. Wypowiedź Merkel była bowiem jawnym przyznaniem się do nieczystych intencji, a przed takimi powinniśmy się bronić.
Ale o co tyle zamieszania? Otóż Angela Merkel poinformowała, że w poniedziałek na temat budowy gazociągu rozmawiała telefonicznie z prezydentem Rosji Władimirem Putinem. Do tej pory niemiecka kanclerz przekonywała, że Nord Stream 2 to inwestycja gospodarcza.
Co jednak powiedziała teraz? Nieopatrznie, radykalnie zmieniła narrację. Pośrednio przyznała, że niemiecko-rosyjski projekt „gospodarczy” miał wziąć w kleszcze takie kraje jak Polska i Ukraina.
– Uznajemy, że nie jest to tylko projekt ekonomiczny. To oczywiste, że ważną rolę w projekcie odgrywają czynniki polityczne – przyznała wreszcie Merkel. Była to odpowiedź na zarzuty prezydenta Ukrainy, który stwierdził wcześniej, że Nord Stream 2 to swoista łapówka za lojalność Berlina wobec Rosji. Słowa te początkowo wywołały w Niemczech sprzeciw, jednak Angela Merkel – najzwyczajniej w świecie – potwierdziła ich prawdziwość. – Słowa Merkel uznajemy za sukces Polski – powiedział wiceminister energii Michał Kurtyka.
W Polsce niemiecko-rosyjski deal od lat budzi sprzeciw. Chodzi nie tylko o naszą niezależność energetyczną, ale też o porażającą wręcz hipokryzję rządu w Berlinie. Z jednej strony zarzucają Polsce brak solidarności w ramach UE, z drugiej natomiast dogadują się z Rosją na dostawę gazu z pominięciem wszystkich państw Europy Środkowo-Wschodniej.

Z.W, / I na dodatek, jeszcze jedno niemieckie wyznanie:

"Polacy są oburzeni zarzutami, że ich kraj łamie praworządność". Ważne słowa niemieckiego polityka.

MICHAŁ WRÓBLEWSKI 01.05.2018 / 18:40
Jeden z najważniejszych niemieckich polityków Wolfgang Schäuble broni stanowiska polskich władz wobec zarzutów o łamanie praworządności i wyraża zrozumienie wobec jednoznacznej postawy polskiego rządu ws. przyjmowania migrantów. – Czy naprawdę musimy uczyć Polskę, jak walczyć o wolność i samostanowienie? – pyta.

Szef Bundestagu (PAP, Fot: Wolfgang Kumm)
R

Na stronie internetowej Deutsche Gesellschaft für Auswärtige Politik – najbardziej wpływowego niemieckiego think-thanku zajmującego się polityką zagraniczną – ukazał się wywiad z Wolfgangiem Schäuble o wymownym tytule "Zdecydowanie odradzam arogancję". Z polskiego punktu widzenia wywiad ten jest ważny przede wszystkim z jednego powodu: przewodniczący Bundestagu używa w nim sformułowań, które świadczyć mogą o strategicznej reorientacji Niemiec wobec polityki rządu Mateusza Morawieckiego.
"Demokratyczny porządek wymaga spójności"

75-letni Wolfgang Schäuble to jeden z najważniejszych niemieckich polityków: obecny przewodniczący Bundestagu, w przeszłości pełnił kluczowe funkcje w państwie: przez 8 lat był ministrem finansów w rządzie Angeli Merkel, dwukrotnie - ministrem spraw wewnętrznych; był również szefem Urzędu Kanclerza Federalnego za czasów rządów Helmuta Kohla oraz przewodniczącym CDU (Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej). Jego głos jest niezwykle ważny, reprezentatywny dla całej niemieckiej polityki
Schäuble odnosi się do twierdzeń wskazujących na kryzys w dzisiejszej Europie, podkreślając, iż on sam jest optymistą. Twierdzi, że państwa, w których ugruntowane są demokracje liberalne, działają sprawniej, ponieważ rządzący w nich politycy "uczą się na błędach i je naprawiają”. Schäuble przekonuje, że Europa zawsze stawała się silniejsza i sprawniejsza po kryzysach, co powinno "rodzić optymizm”.
– Istotą polityki jest reagowanie na zmiany - opracowanie procesu, w którym zostanie utrzymany odpowiedni stopień integralności. W przeciwnym razie zostawimy miejsce dla niestabilnych, populistycznych ruchów. Nasz wolny i demokratyczny porządek wymaga spójności, a do jej stworzenia potrzebujemy rdzenia, który wszytko spaja – uważa Schäuble.
Pytany o rolę i odpowiedzialność Niemiec we współczesnej Europie, przewodniczący Bundestagu podkreśla, iż jego kraj jest w "sercu Europy”, dlatego musi promować równość i spójność, gdy idzie o rozwój poszczególnych państw. – Musimy w szczególności zapewnić, aby jedno z największych osiągnięć integracji europejskiej, czyli przezwyciężenie podziału na Wschód-Zachód, nie uległo dezintegracji – mówi Schäuble w wywiadzie.

Nie można traktować Polski „jak ucznia w klasie"
Mówiąc o Polsce, niemiecki polityk przypomina, że jako szef Budestagu (pełni tę funkcję od października 2017 r.) zdążył nawiązać kontakt z „polskimi partnerami”. Gdy przeprowadzający wywiad redaktorzy sugerują, że kraje takie jak Polska czy Węgry "oddalają się od europejskich wartości”, Scheuble odpowiada, że polscy politycy "czują się urażeni tym zarzutem”. Zapewnia, że Niemcy przy wszystkich różnicach są gotowe na otwarty dialog z Polską.

Schäuble – co bardzo istotne – wyraża zrozumienie, jeśli chodzi o stanowisko rządu PiS wobec polityki migracyjnej państw europejskich. – Masowy napływ uchodźców latem i jesienią 2015 r. wstrząsnął nami bardziej, niż się spodziewaliśmy – przyznaje Schäuble. Jak dodaje: – Nie ukrywałem swojego zdania, że domaganie się od Europy Wschodniej solidarności w proporcjonalnej redystrybucji uchodźców nie było konstruktywne.

Przypomnijmy, że Schäuble już w maju 2017 r. – zanim jeszcze objął przewodnictwo w Bundestagu – bronił stanowiska Polski ws. migrantów, a przynajmniej wyrażał zrozumienie wobec postawy rządu PiS. W wywiadzie dla "MOZ” przekonywał, że "solidarności od innych nie uzyska się groźbami i zniewagami”, zalecając "cierpliwość i zrozumienie”. Schäuble dystansował się również od wypowiedzi ówczesnego kandydata socjaldemokratów na kanclerza Martina Schulza (SPD), który chciał obcięcia dla Polski środków unijnych, jeśli polski rząd "nie okaże większej solidarności" w przyjmowaniu migrantów. Dziś Schäuble powtarza, że Polski do niczego nie można zmusić.

Przewodniczący Bundestagu, pytany o postępowanie Komisji Europejskiej wobec naszego kraju, powtarza, iż "Polacy są oburzeni zarzutami, że ich kraj łamie praworządność". – Możemy i musimy o tym rozmawiać, ale nie z pozycji siły - nie możemy mówić: "to my tworzymy zasady” – tłumaczy niemiecki polityk.

Podkreśla, że unijne instytucje nie mogą traktować Polski "jak ucznia w klasie”. – Czy naprawdę musimy uczyć Polskę, jak walczyć o wolność i samostanowienie? Patrząc na historię ostatniego stulecia, ważne jest, aby wykazać [wobec Polski] szacunek. Gdyby Polacy nie mieli odwagi przeciwstawić się dyktatorowi, być może nie moglibyśmy teraz przeprowadzać tego wywiadu – mówi Schäuble.

Odnosząc się także do innych państw, w tym Węgier, Schäuble przyznaje: – Nie mogę przeprowadzić reform w innych krajach członkowskich, nawet jeśli chciałbym. Nasz europejski projekt może jest niekompletny i niedoskonały, ale musimy się nauczyć jakoś sobie z tym radzić.

Z.W. / Mój komentarz

Okazuje się, że nawet wśród Niemców są normalni, zdrowi umysłowo, obiektywni z urzędu i odpowiedzialni, choć na miękkim wysokim stołku ludzie, których świat słucha z zainteresowaniem i zrozumieniem, jeśli wypowiedzi swoje opierają na faktach i prawdzie, JAK W POWYŻSZEJ PUBLIKACJI. Uczyć się polityki należy od takich właśnie ludzi, mimo tego i szczególnie wtedy, kiedy przebywa się w gronie niewiarygodnych wodogłowych szarlatanów typu polityków tzw. totalnej opozycji w Polsce , która oznacza umysłową miernotę, fałsz, zamieszki uliczne i sejmowe burdy, oraz czyniony z bezwzględną premedytacją rozkład polskiego państwa, zdradzając po drodze wszelkie polskie wolnościowe, moralne, chrześcijańskie i nawet ludzkie ideały, w imię pazerności i chciwości mafijnego pieniądza zdobywanego drogą przestępstw, afer, mafijnych bestialstw czynionych narodowi polskiemu i całemu polskiemu społeczeństwu, dokonując na nim mordów, zabójstw i bestialskich aktów ludobójstw, jak czyni to mafioso Donald Tusk, wraz z podległą mu hołotą wszelkiej gangsterskiej maści, nazywanej elitami, czy różnych odmian kastą specjalną, czy najwyższą. Przyglądamy się tej politycznej, choć nie tylko politycznej hołocie, tym półgłówkom, debilom, imbecylom i chorym umysłowo inaczej jeszcze politycznym straceńcom-samobójcom, pozbawionym darmowego przestępczego koryta. To najgorsza z chorób tego świata, przychodząca z nienacka, chociaż w sposób nadzwyczaj głośny, wręcz rewolucyjny, choć bez użycia broni, jeżeli nie będziemy do niej zaliczać wszelkiej maści transparentów i innych używanych szmat, ale także rejestratorów, urządzeń nagłaśniających, zdjęć, kamer, oraz innej elektroniki, czasem od prawdziwej broni groźniejszych.

…………………………………….
Komisja Europejska podnosi prognozy wzrostu polskiej gospodarki. Mamy piąte miejsce w Unii
oprac. Adam Janczewski 03.05.2018, godz. 12:28

Wzrost gospodarczy w tempie 4,3 proc. PKB daje Polsce piąte miejsce w Unii Europejskiej
W tempie 4,3 proc. PKB ma rozwijać się polska gospodarka. Komisja Europejska podniosła prognozy dla Polski na ten rok. Deficyt pozostanie na niezmienionym poziomie.
Wzrost gospodarczy na poziomie 4,3 proc. PKB daje Polsce piąte miejsce w Unii razem ze Słowacją. Wyprzedzają nas: Malta, Irlandia, Słowenia i Rumunia.
Portal polskieradio.pl przypomina, że w lutym Bruksela prognozowała wzrost o jedną dziesiątą punktu procentowego niższy.


Przytacza też analizę Komisji Europejskiej dotyczącą naszego kraju, która prognozuje, że pozytywne warunki gospodarcze powinny się utrzymać.

- Inwestycje i konsumpcja będą głównymi czynnikami wzrostu gospodarczego, wspieranymi przez szybki wzrost płac, wysoki poziom zaufania konsumentów oraz unijne fundusze strukturalne - oceniają unijni eksperci.

Komisja przewiduje jednak, że polska gospodarka wyhamuje w przyszłym roku do poziomu 3,7 procent PKB.

Na stabilnym poziomie utrzymać ma się deficyt finansów publicznych, który wyniesie 1,4 procent PKB. W ocenie Komisji nie poprawi się natomiast deficyt strukturalny, który w tym roku wzrośnie do poziomu 2,2 procent PKB.

Spadać ma dług publiczny. W tym roku ma on wynieść 49,6 procent PKB, czyli ma być o jeden punkt procentowy niższy w porównaniu z ubiegłym rokiem. W przyszłym roku ma być niższy o kolejne pół punktu procentowego.

Również Bank Światowy niedawno poprawił prognozy rozwoju dla Polski. I to kolejny raz w tym roku. Jeszcze w styczniu Bank Światowy poprawiał poprzednie prognozy wzrostu polskiej gospodarki w 2018 r. z 3,6 proc. do 4,0 proc. Wystarczyły trzy miesiące, by i one okazały się nieaktualne. Obecnie instytucja szacuje, że PKB będzie o 4,2 proc. wyższy niż w 2017 roku. W 2019 roku wzrost ma wynieść 3,7 proc. i tu też nastąpiła poprawa o 0,2 pkt. proc.

Rząd entuzjastycznie komentował dane Banku Światowego. Podniesienie przez Bank Światowy prognozy wzrostu PKB w tym roku do 4,2 proc. z 4,0 proc. i w 2019 do 3,7 proc. z 3,5 proc. jest potwierdzeniem dobrego stanu polskiej gospodarki i dobrego zarządzania w gospodarce - ocenił w rozmowie z PAP minister inwestycji i rozwoju Jerzy Kwieciński.
……………………………
Bank Światowy uwierzył w polską gospodarkę. Prognozy wzrostu w górę
oprac. Jacek Frączyk 27.04.2018, godz. 11:45

FOT. GRZEGORZ BUKALA/REPORTER
Mateusz Morawiecki po raz kolejny w tym roku może być zadowolony z prognoz Banku Światowego
Bank Światowy poprawił prognozy rozwoju dla Polski. I to kolejny raz w tym roku. Dane z gospodarki najwyraźniej pozytywnie zaskoczyły analityków.

Jeszcze w styczniu Bank Światowy poprawiał poprzednie prognozy wzrostu polskiej gospodarki w 2018 r. z 3,6 proc. do 4,0 proc. Wystarczyły trzy miesiące, by i one okazały się nieaktualne. Obecnie instytucja szacuje, że PKB będzie o 4,2 proc. wyższy niż w 2017 roku.
W 2019 roku wzrost ma wynieść 3,7 proc. i tu też nastąpiła poprawa o 0,2 pkt. proc.

- Zdecydowaliśmy się lekko podnieść nasze oczekiwania wobec tempa rozwoju Polski. Rekordowo niskie bezrobocie przyczynia się do wzrostu płac i wspiera konsumpcję. Ponadto rosną inwestycje - powiedział Carlos Pinerúa, przedstawiciel Banku Światowego na Polskę i kraje bałtyckie.

Według prognoz Banku Światowego, deficyt fiskalny Polski wyniesie 2 proc. PKB w 2018 r., po czym w 2020 r. może zbliżyć się do 3 proc. PKB, poinformował Bank Światowy.

"Na rachunku obrotów bieżących może się pojawić deficyt w wysokości 0,3 proc. PKB wobec lekkiej nadwyżki w 2017 r., bo silna konsumpcja prywatna, wzrost inwestycji oraz wzrosty cen surowców na świecie przyczynią się do wzrostu importu i cen importu" - napisano w komunikacie.

Przyjęta w tym tygodniu przez Radę Ministrów aktualizacja programu konwergencji zakłada, że deficyt sektora rządowego i samorządowego (tzw. general government) wzrośnie do 2,1 proc. PKB w tym roku (z 1,7 proc. w ub.r.), zaś w 2021 r. ma zostać obniżony do 0,7 proc. PKB. Rząd przewiduje w dokumencie, że wzrost PKB wyniesie po 3,8 proc. w tym i przyszłym roku.
………………………………….
Bank Światowy podnosi prognozy dla polskiej gospodarki

Damian Słomski
analityk Money.pl

FOT. EMMANUEL DUNAND/ AFP/ EASTNEWS
Mateusz Morawiecki może być zadowolony z najnowszych prognoz ekonomistów.

Bank Światowy coraz lepiej postrzega perspektywy wzrostu PKB Polski. W przyszłym roku nasza gospodarka ma się rozwijać w tempie 4 proc., podczas gdy jeszcze 3 miesiące temu ekonomiści prognozowali 3,6 proc. Również na świecie najbliższy rok powinien być dobry.
Po lepszym od oczekiwań roku 2017, światowa gospodarka przyspieszy w roku 2018 o 3,1 proc., dzięki odbiciu w inwestycjach, przemyśle i handlu międzynarodowym oraz poprawiającej się kondycji gospodarek eksportujących surowce za sprawą wzrostu cen surowców - głosi raport Banku Światowego "Global Economic Prospects".

W raporcie znajdują się również nowe prognozy dla polskiej gospodarki. Nasz kraj ma się rozwijać wyraźnie szybciej od średniej światowej. Szacunki mówią o wzroście w tym roku rzędu 4 proc.

Na uwagę zasługuje fakt, że jeszcze w październiku prognozy zakładały wynik na poziomie 3,6 proc. W ciągu tych trzech miesięcy postrzeganie sytuacji Polski zmieniło się więc na plus. Minimalnie podwyższone zostały też prognozy na 2019 rok - z 3,4 do 3,5 proc.
…………………………………..
Teraz grzejemy się w sosie własnym
Najmłodsza emerytka w Polsce? 38-letnia sędzia dorabiała na boku. Ziobro interweniuje

DoRzeczy 24.04.2018 / 14 :15


© PAP / Leszek Szymański Zbigniew Ziobro, minister sprawiedliwości i prokurator generalny
38-letnia sędzia Maria B. jest od 3 lat na emeryturze, gdyż kłopoty ze zdrowiem nie pozwalają jej pracować w zawodzie. Pomimo tego kobieta dorabia na boku. Interwencję w tej sprawie zapowiedział minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.
O sprawie donosi dziennik "Fakt". Kilka lat temu sędzia z Trójmiasta stanęła przed sądem dyscyplinarnym, gdyż przetrzymywała dwie osoby na obserwacji psychiatrycznej. Po tej sprawie Maria B. wystąpiła o wcześniejszą emeryturę.

"Fakt" ujawnia, że kobieta otrzymuje w ramach świadczenia emerytalnego ponad 6 tysięcy złotych miesięcznie, a jednocześnie dorabia prowadząc zajęcia organizowane przez Izbę Radców Prawnych w Gdańsku (dziennik ustalił, że kobieta dorabia w ten sposób 3000 zł. brutto).

Gdy sprawa wyszła na jaw, zajął się nią sąd dyscyplinarny. Maria B. została ukarana upomnieniem. Swoją interwencję w sprawie zapowiedział również minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro. – Będę żądał zawieszenia na trzy lata podwyżek dla pani sędzi. Pieniądze nie mogą przysłaniać prawa i zasad – mówił w rozmowie z "Faktem".

Czytaj także:
Sędzia, który uniewinnił działaczy KOD, ma postawione zarzuty dyscyplinarne. "To szykany"

Sędzia, który uniewinnił działaczy KOD, ma postawione zarzuty dyscyplinarne. "To szykany"

Sędzia Dominik Czeszkiewicz / Źródło: PAP / Artur Reszko
Dodano 21 kwietnia 2018, 17:18 3 18 100 3626

Sędzia Dominik Czeszkiewicz w styczniu ubiegłego roku uniewinnił w I instancji działaczy KOD, którzy zakłócili uroczystość otwarcia wystawy przez ówczesną kandydatkę PiS na senatora Annę Marię Anders. Teraz dowiedział się, że ma postawione zarzuty i czeka go postępowanie dyscyplinarne. Sprawę opisał portal Onet.

W marcu 2016 roku działacze KOD zakłócili otwarcie wystawy "Armia Skazańców" w którym wzięła udział córka generała Władysława Andersa. Tak dla uroczystości muzealnych, nie dla wieców w tym miejscu. To nie jest miejsce na wiec wyborczy! To jest bezprawie! – krzyczeli działacze Komitetu Obrony Demokracji, którzy w marcu tego roku zakłócili uroczyste otwarcie wystawy "Armia Skazańców", poświęconej armii gen. Władysława Andersa.

Działacze KOD uniewinnieni ws. zakłócenia wystawy o gen. Andersie DO RZECZY
Sprawą zajął się Sąd Okręgowy w Suwałkach. Sędzia Dominik Czeszkiewicz wydał wyrok uniewinniający członków Komitetu, co część polityków PiS bardzo oburzyło. Krótko potem nowym prezesem Sądu Okręgowego w Suwałkach, któremu podlega "rejon" został sędzia Jacek Sowul, wyznaczony przez Zbigniewa Ziobrę. Sędzia Sowul w kwietniu 2017 roku uchylił wyrok uniewinniający działaczy KOD i przekazał sprawę do ponownego rozpatrzenia – podaje Onet.pl.
Teraz sędzia Czeszkiewicz dowiaduje się, że postawiono mu dwa zarzuty dyscyplinarne. – Jeden z nich dotyczy wyznaczenia rzekomo rażąco późnego terminu przesłuchania małoletniej dziewczynki, choć na prośbę przewodniczącego została ona przesłuchana już następnego dnia - mówi Czeszkiewicz. Co do drugiego zarzutu, to wyciągnięto moje orzeczenia sprzed czterech lat, o których sam już niemal zapomniałem i ustalono, że część z nich została uchylona. Postawiono mi więc zarzuty, że się nie dokształcam. Powiem szczerze, ja to oceniam jednoznacznie, ktoś chce zrobić jakąś pokazówkę, żeby reszta orzekała po myśli wiadomo kogo – opisuje sędzia.
Dominik Czeszkiewicz ocenia całą sytuacje jako "szykany" związane ze sprawą uniewinnienia działaczy KOD, które "nie spodobało się władzy": –Po wydaniu tamtego wyroku w sprawie działaczy KOD po prostu zamknąłem akta. Absolutnie nie spodziewałem się tego, co się teraz dzieje. A teraz, powiem szczerze, czuję lekkie podenerwowanie. Bo gdybym miał się z kimś, mówiąc metaforycznie, bić, to mógłbym, ale z równym. A tak - nie wiem, z której strony dostanę.

………………………………………..
GetBack zainteresował premiera i służby

Dziennik Gazeta Prawna
Bartek Godusławski 23.04.2018 / 07:00

Szef rządu zwołał w piątek naradę w sprawie sytuacji w spółce GetBack, a KNF zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa i zwróciła się o wsparcie do ABW – wynika z informacji DGP.

Problemów firmy windykacyjnej GetBack ciąg dalszy. Urząd KNF złożył w prokuraturze zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa manipulowania informacją. To zdaniem nadzoru złamanie art. 100 ustawy o ofercie publicznej. Taki czyn zagrożony jest grzywną do 5 mln zł albo karą pozbawienia wolności od 6 miesięcy do 5 lat lub obu tymi karami łącznie.

Chodzi o poniedziałkowy komunikat GetBacku z informacją, że prowadzi rozmowy z Polskim Funduszem Rozwoju i PKO BP o finansowaniu kredytowo-inwestycyjnym do 250 mln zł. Oba kontrolowane przez Skarb Państwa podmioty temu zaprzeczyły. Prokurator Arkadiusz Jaraszek w piątek informował, że „Departament ds. Przestępczości Gospodarczej Prokuratury Krajowej od kilku dni analizuje pojawiające się informacje w przestrzeni publicznej dotyczące GetBacku”. Wskazał, że śledczy zwrócili się w tej sprawie o stosowne informacje do KNF.

– Zawiadomienie nadzoru i nasze analizy się uzupełniają – mówi źródło w prokuraturze. KNF nie komentuje sprawy, ale poinformowała nas, że urząd podejmuje wszelkie niezbędne działania w sprawie GetBacku. Na tym etapie są one jednak objęte tajemnicą zawodową. Na razie na żądanie nadzoru GPW bezterminowo zawiesiła obrót akcjami i obligacjami spółki. Z naszych źródeł w służbach wynika z kolei, że w ubiegłym tygodniu przewodniczący KNF Marek Chrzanowski o wsparcie poprosił Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. – Doszło do spotkania z wiceszefem ABW – mówi nasz informator.

GetBackiem zainteresował się również premier Mateusz Morawiecki. Ustaliliśmy, że w piątek w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów doszło do spotkania szefa rządu m.in. z prezesem GPW Markiem Dietlem oraz wspomnianym szefem KNF. – Państwo nie poradziło sobie z piramidą finansową, jaką był Amber Gold. Nie chcemy, aby tym razem ktoś znów zarzucił nam bierność czy nieudolność – mówi informator DGP z kręgów rządowych. Nie udało nam się uzyskać w tej sprawie komentarza od rzecznika rządu. ABW także nie odpowiedziało na przesłane przez nas pytania.
……………………………….
Czy dobra sytuacja gospodarcza pomoże PiS wygrać wybory? Niekoniecznie

Dziennik Gazeta Prawna
Bartek Godusławski, Grzegorz Osiecki 01.05.2018 / 11:00

© PAP Dla opozycji, ale także samego PiS, ważne jest pytanie: czy dobra sytuacja gospodarcza daje polityczną premię.
PiS dwa razy dochodził do władzy w momencie gospodarczego wzrostu. Jednak takie szczęście nie musi przekładać się na kolejne wyborcze zwycięstwo.
Napoleon mawiał, że lepszy generał szczęśliwy niż mądry. A czy w polityce, podobnie jak na wojnie, też bardziej pożądany jest łut szczęścia niż mądre rządzenie? Czy PiS nie jest takim „napoleońskim generałem”? I dlaczego właśnie to ugrupowanie?

Bo gdy rozmawiamy z politykami innych partii, zwłaszcza PO czy PSL, to zawsze można usłyszeć od ich przedstawicieli: „Jakie oni mają szczęście. Gdybyśmy my mieli taki wzrost w gospodarce, jak rządziliśmy... A mieliśmy światowy kryzys”.

Czytaj więcej
PiS już wie, jak uciec od kamer pod czas wyborów. Do politycznej gry wykorzysta RODO
Dlatego można postawić zasadne pytanie, choć może poważnie ono nie brzmi: czy opozycja nie powinna się już pogodzić z tym, że PiS ma zawsze szczęście do gospodarki i nic się na to nie poradzi?

Dowody? Oczywiste.

Chłop śpi, a na polu mu rośnie
Mamy 2001 r., SLD – po kompromitacji oraz rozpadzie AWS – zdobywa 41 proc. głosów (czyli więcej niż PiS dwa lata temu). Koalicja Mariana Krzaklewskiego po czterech latach istnienia osuwa się w niebyt, a razem z Sojuszem wchodzą do Sejmu dwa nowe, wówczas dość rachityczne ugrupowania – PiS i PO. Lider SLD Leszek Miller zostaje premierem i stawia sobie dwa cele: wprowadzić Polskę do UE – co ma mu, aparatczykowi PZPR, zapewnić miejsce w historii, i odbudować wzrost gospodarczy – co ma dać Sojuszowi drugą czterolatkę rządów.

Dlaczego Miller tak mocno ufa w gospodarczą receptę na polityczny sukces? Bo dochodzi do władzy w momencie gospodarczego dołka. PKB gwałtownie spada – z 4,6 proc. w 2000 r. do 1,2 proc. w 2001 r. Finanse publiczne są w rozsypce i potrzebne są cięcia. Bardzo poważnym problemem staje się też bezrobocie – w latach 2002–2003 liczba osób bez pracy przekraczała 3 mln, a stopa bezrobocia wynosiła 20 proc. Dla porównania – w latach 2012–2013, gdy świat najbardziej odczuwał skutki ostatniego krachu, bez pracy było o milion osób mniej.

Ten krótki opis pozwala odtworzyć strategię Millera – jeśli gospodarka ruszy, to ludzie odwdzięczą się rządzącym przy wyborczych urnach. Plan jest realizowany perfekcyjnie – w 2005 r. wzrost PKB to stabilne 3,5 proc., a bezrobocie jest już niższe o 2,5 proc. Ale wybory wygrywa PiS przed PO, a potęga sponiewieranego przez afery SLD zostaje złamana. Partia Jarosława Kaczyńskiego przejęła władzę w momencie, w którym tarapaty gospodarcze pokonano, dzięki czemu mogła twierdzić, że to właśnie dzięki jej działaniom PKB osiągnął rekordowe 7 proc. Podobnie sytuacja wyglądała w 2015 r. – po spowolnieniu w latach 2012–2013 gospodarka zaczęła się rozpędzać do ponad 3 proc. w kolejnych latach – i znów PiS wygrał, gdy wskaźniki zaczęły rosnąć.

Czytaj więcej
Czy partyjne deklaracje wiążą kandydatów do parlamentu?
Cud? Nie, to szczęście wynikające z bardzo sprzyjającego układu w gospodarce światowej. W 2005 r. byliśmy już w UE, co przekładało się na naszą ekonomię, na dodatek mocno rozwijały się USA, ciągnąc za sobą innych. Również w 2015 r., gdy PiS przejmował władzę drugi raz, otoczenie było dla nas korzystne. – Ostatnie dwa lata były bardzo dobre dla strefy euro, która znalazła się w fazie ożywienia. To działo pozytywnie na sytuację u nas. I jeśli mamy mówić o szczęściu, to koniunktura niewątpliwie temu rządowi sprzyja – zauważa Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.

O tym, że rządzące PiS ma szczęście, świadczy też to, że na jego korzyść działają czynniki, które rozładowują napięcia wewnątrz kraju – przez co rząd nie musi się z nimi mierzyć. Ogromne bezrobocie na początku poprzedniej dekady było efektem nie tylko spowolnienia rozwoju, lecz także olbrzymiej liczby młodych ludzi kończących szkoły – na rynek wpływał wyż lat 80. Jednak po wejściu do Wspólnoty Polacy masowo skorzystali ze swobody przepływu osób i ponad 2 mln z nich wyjechały na Zachód za lepszą pracą. To pozwoliło zbić stopę bezrobocia z 20 proc. w 2003 r. do 11,5 proc. w 2007 r. Obecnie PiS także stał0 się beneficjentem procesów demograficznych. Polska zaczęła się starzeć, co na dłuższą metę jest wielkim zagrożeniem, ale na razie dzięki temu notujemy spadek bezrobocia (więcej osób przechodzi na emerytury) i wzrost płac, bo jest mniej rąk do pracy.

Choć szczęście jest ulotne, to już dwukrotnie dopisało PiS. A czy władza pomaga szczęściu?

Siadła mucha na wołu i mówi: orzemy
Politycy bardzo lubią chwalić się rosnącymi wskaźnikami, jednak ich wpływ na gospodarkę bywa przeceniany – bo tu po prostu zachodzą procesy długofalowe, a systemowe reformy przeprowadza się raz na kilkadziesiąt lat. Na dodatek przełożenie polityki na ekonomię rządzi się dużą przypadkowością. Najlepszy przykład to zmiany w PIT i składce rentowej, które w latach 2006–2007 przeprowadziła koalicja PiS-LPR-Samoobrona. Profesor Dariusz Filar w książce „Między zieloną wyspą a dryfującą krą. Gospodarka Polski w latach 2007–2015” zauważa, że po wybuchu kryzysu w naszym kraju nie spadła konsumpcja, co obok osłabienia złotego i nieschładzania gospodarki cięciami wydatków było kluczowym czynnikiem, który nie pozwolił nam osunąć się w recesję. PiS i koalicjanci przegłosowali obniżenie składki rentowej od 2008 r. i zmianę skali podatkowej od 2009 r., co w sumie zostawiło w kieszeni Polaków ok. 19 mld zł. Taką samą wyrwę zostawiło w finansach publicznych, ale było na tyle silnym impulsem fiskalnym, że wydatki gospodarstw domowych utrzymały się na wysokim poziomie. PiS dodatkowo szykowało jeszcze zmiany w podatkach, lecz przegrało przedterminowe wybory w 2007 r., nieumiejętnie tłumacząc się z rozpadu koalicji i afery gruntowej. „Doświadczenie to dowodzi, że wykorzystanie narzędzi polityki gospodarczej do celów czysto politycznych – jako elementu taktyki wyborczej – obarczone jest wysokim ryzykiem i niekiedy prowadzi do efektów najzupełniej niezamierzonych” – pisze Filar.

Podobnie nie ma co liczyć na długą pamięć wyborców. PiS zostawił w kieszeni Kowalskich miliardy złotych i przegrał wybory. PO kojarzyła się z latami kryzysu, który najpierw przyszedł z USA, a potem ogarnął strefę euro, jednak Platforma rządziła przez dwie kadencje długo utrzymując wysokie poparcie w sondażach. Gwoździem do politycznej trumny PO w 2015 r. – oprócz zmęczenia tą partią i ośmiorniczek u Sowy – mogła być wielka interwencja w gospodarkę, a właściwie rynek kapitałowy i oszczędności emerytalne. Czyli zmiany w OFE.

Czytaj więcej
Wybory samorządowe najdroższe w historii. Skąd PiS weźmie pieniądze?
Wpływ wyborczej kiełbasy na elektoraty był badany w wielu krajach. Jan Cipiur, publicysta ekonomiczny, zebrał najbardziej spektakularne analizy na łamach Obserwatora Finansowego. Przytacza m.in. badania prof. Williama Nordhausa z Yale, który nazwał to zjawisko politycznym cyklem biznesowym. W kampanii trwa licytacja, a suweren jest mamiony socjałem czy obniżkami podatków, a po wyborach zachodzi proces racjonalizacji obietnic przez rządzących. To dlatego kwota wolna w Polsce nie została podniesiona do 8 tys. zł dla wszystkich, program 500+ nie obejmuje pierwszego dziecka, a frankowicze nie dostali obiecanego wsparcia.

Socjał dla dzieci stał się przyczynkiem do ciekawych badań przeprowadzonych w latach 90. w Skandynawii. Trójka naukowców Mikael Elinder, Henrik Jordahl i Panu Poutvaara pokazuje w analizie „Promises, policies and pocketbook voting”, że opozycyjna szwedzka socjaldemokracja w wyborach 1994 r. zapowiadała potężne cięcia w dodatkach na małe dzieci. W kolejnych wyborach zmieniła jednak zdanie i, będąc u władzy, obiecała ich podniesienie. Idąc z odmiennymi obietnicami wygrywali następujące po sobie głosowania. Zdaniem badaczy fenomen ten tłumaczy fakt, że dla wyborców o wiele mocniejszym bodźcem są obietnice, a nie ich późniejsza realizacja.

Kto pływa nago
Kryzys, który zawitał do Europy w 2008 r., był dla dużej części rządzących pierwszym poważnym testem ich polityki gospodarczej od blisko dekady. Nie było to zwyczajne spowolnienie wynikające z cyklu koniunkturalnego, lecz potężna recesja, która rozlała się po Unii Europejskiej (z wyjątkiem Polski). Ich reakcja była podręcznikowa: koszt pieniądza szybko i gwałtownie obniżano oraz wprowadzano pakiety stymulacyjne.

Rządząca w Polsce koalicja PO-PSL miała szczęście, któremu znacznie dopomogła. Słaba waluta, której nie zamieniliśmy na euro, pomogła złagodzić pierwszy szok oraz poprawić konkurencyjność eksportu. Na dodatek Polacy nie przestawali wydawać, a mogli sobie na to pozwolić, bo mieli więcej pieniędzy dzięki PiS i obniżce składek oraz podatków. Często pomijanym, a istotnym czynnikiem była udana gra, jaką wówczas rząd Donalda Tuska podjął z rynkami finansowymi, bo koszty obsługi długu oraz rosnąca rentowność obligacji mogły nas zmusić do proszenia o pakiety pomocowe od międzynarodowych instytucji finansowych. Zorganizowano transmitowaną na żywo przez media akcję szukania oszczędności na sumę kilkudziesięciu miliardów złotych. Kolejni ministrowie przyjeżdżali do premiera i mówili, gdzie będą cięli. W ten sposób chcieliśmy pokazać, że odpowiedzialność budżetowa jest dla nas najważniejsza. Udało się, bo statystyki fiskalne za najtrudniejszy 2009 r. pojawiły się później i z blisko 8-procentowego w relacji do PKB deficytu tłumaczyliśmy się, gdy najgorsza faza krachu minęła.

Doświadczenie kryzysu może na lata determinować polityki gospodarcze partii rządzących. PO już zawsze na pierwszym miejscu stawiała trzymanie deficytu w ryzach i wiarygodność rynkową. Test kryzysu zdała, co pokazały wybory 2011 r.

Rządzące PiS jest partią, której w gospodarce cały czas mocno świeci słońce. Będąc u władzy w latach 2005–2007 i obecnie, trafiło na szczyt koniunktury, a zmaganiom z kryzysem przyglądało się jedynie z ław opozycji. To zaś nie daje możliwości sprawdzenia się w boju. Jeśli PiS uda się utrzymać władzę po wyborach w 2019 r., to jest więcej niż pewne, że przyjdzie mu zmagać się w najlepszym wypadku ze spowolnieniem. To nic nadzwyczajnego, ale pod warunkiem, że umie się powściągnąć zapędy do stymulowania popytu wydatkami publicznymi. Do wydania przy niskim wzroście jest mniej, a zadłużać po rozsądnych kosztach można się tylko do pewnego momentu – to, gdzie przebiegała cienka czerwona linia, często okazuje się po jej przekroczeniu. Budżet państwa nie wydaje się być dzisiaj przygotowany na spadek wpływów, bo usztywniono i zwiększono w nim wydatki. Na liście pojawiły się tak kosztowne pozycje, jak program „Rodzina 500 plus” czy obniżka wieku emerytalnego. Do tego przybywa kolejnych zapowiedzi, które albo uszczuplają trwale dochody, albo zwiększają wydatki.

Gdy kilku krajom udało się w szczytowym dla obecnej fazy koniunktury roku 2017 r. wypracować nadwyżki, my notujemy niski deficyt. Jeśli dołożymy do niego za dwa–trzy lata niewielki wzrost, wówczas deficyt może pogłębić się w sposób niekontrolowany. Nie powstrzymają tego żadne reguły wydatkowe, bo z dużym prawdopodobieństwem można uznać, że zostaną zlikwidowane, aby pobudzać konsumpcję publicznymi środkami. Taka sytuacja prowadzi do utraty zaufania na rynkach, pożyczek na coraz wyższy procent, wyższego długu i deficytu. Spirala się nakręca.

Napięcia budżetowe to niejedyne ryzyko, jakie niesie ze sobą spowolnienie. W naszej gospodarce coraz silniejsze są trendy, które podkopują długofalowe fundamenty wzrostu: mamy starzejące się społeczeństwo, niskie wskaźniki dzietności, kurczącą się liczbę osób w wieku produkcyjnym. To daje się na razie pudrować dobrą koniunkturą, ale gdy ta się pogorszy, te wszystkie czynniki mogą hamować inwestycje, doprowadzić do większych wydatków na emerytury czy politykę społeczną.

Testy kryzysowe można mnożyć w teorii, ale do zaliczenia podchodzi się bez możliwości poprawki. Dopiero podczas odpływu widać, kto pływał nago – mówiac guru inwestycyjny Warren Buffett. Na razie obecna ekipa jest na wysokiej fali w gospodarce, ale już na horyzoncie widać jej załamanie.

Premia do rządzenia
Z punktu widzenia opozycji, ale także samego PiS, ważniejsze jest pytanie: czy dobra sytuacja gospodarcza daje polityczną premię. Pozornie odpowiedź na to pytanie jest oczywista: gospodarka rośnie, ludzie się bogacą, dobrze oceniają rządzących i przedłużą im mandat do sprawowania władzy. To klasyczny model głosowania ekonomicznego, który narodził się w połowie zeszłego wieku w USA.

Ale nasze przykłady z kilku ostatnich lat nie potwierdzają takiej zależności. Upadek SLD Leszka Millera, ostatnie zwycięstwo wyborcze PiS czy wreszcie historia pierwszego rządu tej partii w latach 2005–2007 pokazują zupełnie inny trend. Wszystkie te ugrupowania traciły władzę w bardzo dobrej lub dobrej sytuacji gospodarczej. W zasadzie jedynym, które przegrało z powodu gospodarczej klapy, była AWS. To nie dziwne, że Polska gospodarka rośnie nieprzerwanie od początku przemian i choć były momenty spowolnień, to ani razu nie przytrafiła się nam prawdziwa recesja. Więc każda z ekip mogła się chwalić, że o tę dziedzinę dba.

Zdaniem politologa prof. Rafała Chwedoruka można mówić jedynie o tym, że dobra sytuacja gospodarcza sprzyja głosowaniu na rządzących, lecz nie przesądza o ich zwycięstwie. Może nawet stać się kłopotem. – Koniunktura często następuje po okresie wyrzeczeń, więc szybko rosną aspiracje społeczeństwa. Chcemy odreagować złe czasy, dużo oczekujemy i zaspokajanie tych oczekiwań nie zawsze przekłada się na lojalność wobec rządzących – zauważa. Był to jeden z powodów straty władzy przez PO trzy lata temu. Politycy Platformy cieszyli się, że mają wzrost na wybory, ale okazało się, że ludzie chcieli bardziej i szybciej skorzystać z owoców zwiększającego się PKB, niż rząd skłonny był dopuścić, dlatego wyborcy zagłosowali na PiS, które obiecywało wielu grupom społecznym znaczące korzyści. Nastąpiła więc ekonomizacja głosowania: Polacy wybierali nie na podstawie oceny przeszłości, ale według swoich oczekiwań. Dlatego zasadne jest pytanie, jak będzie wyglądało głosowanie w 2019 r. Bo – o ile nie zdarzy się spowolnienie – to nasz kraj będzie wówczas w szóstym roku nieprzerwanego wzrostu gospodarczego.

W 2007 r. gospodarka rosła, więc z punktu widzenia wyborców wszystko było w porządku, a o porażce PiS zdecydowały zupełnie inne kwestie: nieustanne polityczne napięcia, kryzysy rządowe i narzucenie przez PO linii sporu politycznego – awantury kontra spokój. Wyborcy, którzy korzystali z szybkiego wzrostu, chcieli zająć się sobą, a nie kłopotami rządzących. Dlatego koncepcja ciepłej wody w kranie Tuska okazała się tak skuteczną receptą na ciągłe wzmożenie w czasach rządów PiS.

Ale nawet ewentualny kryzys nie musi oznaczać dla PiS tak dużej groźby utraty władzy, jak poczucie samozadowolenia i pycha. – Sytuacja zagrożenia zewnętrznego zawsze sprzyja rządowi. W 2014 r. PO doczekała się swojego cudu nad Wisłą i wygrała wybory europejskie, choć sondaże wróżyły inny wynik, ale po wydarzeniach na Ukrainie i rosyjskiej interwencji w tym kraju notowania Platformy wzrosły – zauważa prof. Chwedoruk. Widać nawet ostatnio, że ani spory z Brukselą, ani kwestia ustawy o IPN nie zaszkodziły PiS w sondażach tak bardzo, jak nagrody dla ministrów rządu Beaty Szydło. W związku w tym można się pokusić o stwierdzenia, że powtarzane ostatnio systematycznie przez prezesa PiS słowa – „Możemy przegrać. To będzie przegrana nas samych ze sobą” – są prawdą. Jeśli taki scenariusz się sprawdzi, to szczęście w gospodarce nie pomoże.

Z.W. / Mój komentarz
Wszelkie „proroctwa” dzisiaj nie mają sensu nie mając uzasadnienia. Są wyłącznie gdybaniami, które nie znaczą nic i niczego. Nie ma już bowiem prawdziwych proroków na ziemi. Jedynym uzasadnieniem jest Wszechmogący Stwórca nasz, Bóg Najwyższy, Jedyny, którego ostatnia łaska Boża, Polsce, udzielona została w postaci PIS, co dobrze wróży nam dalej i na dłuższą przyszłość.

Jakubiak do Zembaczyńskiego: Jesteś ostatnim chamem. Ten odpowiada: Myślałem, że nawilżasz tylko PiS

DoRzeczy
DoRzeczy 30.04.2018 / 19:00


Nie milkną echa po skandalicznej wypowiedzi posła Nowoczesnej Witolda Zembaczyńskiego, który nazwał wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego "ostatnim barachłem". "Uznaję, że jesteś ostatnim chamem - czytaj bydlakiem, graniczacym ze świnią. Tym bardziej, że twoja partia walczy z mową nienawiści, powinni cię usunąć !!!!" – napisał na Twitterze poseł Kukiz,15 Marek Jakubiak. "Myślałem, że Pan nawilża tylko PiS tu się okazuje, że także Solidarnej Polsce" – odpowiedział mu Zembaczyński.
Poseł Nowoczesnej Witold Zembaczyński podczas swojego występu w TVP 3 Opole nazwał wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego "ostatnim barachłem" oraz zarzucił mu, że "robi politykę na swoim chorym dziecku". Zembaczyński zarzucił Jakiemu, że ten nie poświęca czasu swemu synowi, a jedynie wrzuca z nim zdjęcia na media społecznościowe. Na posła Nowoczesnej spadła fala krytyki.

Na wypowiedź Zembaczyńskiego stanowczo zareagował Marek Jakubiak z Kukiz,15, który zamieścił na Twitterze ostry wpis. "Uznaję, że jesteś ostatnim chamem - czytaj bydlakiem, graniczacym ze świnią. Tym bardziej, że twoja partia walczy z mową nienawiści, powinni cię usunąć !!!!" – napisał. "Myślałem, że Pan nawilża tylko PiS tu się okazuje, że także Solidarnej Polsce" – odpowiedział mu Zembaczyński.

Marek Jakubiak 💯 🇵🇱‏ @jakubiak_marek
Obserwuj Obserwuj @jakubiak_marek
Więcej
@WZembaczynski po tym jak nazwałeś @PatrykJaki ostatnim barachłem uznaję, że jesteś ostatnim chamem - czytaj bydlakiem, graniczacym ze świnią. Tym bardziej, że twoja partia walczy z mową nienawiści, powinni cię usunąć !!!!
………………………………

"Ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział". Internauci komentują zeznania Tuska przed sądem ws. 10/04

wPolityce.pl
Zaćwierkane na Twitterze 23.04.2018



© PAP/Bartłomiej Zborowski/Twitter Donald Tusk
Donald Tusk przybył dziś do Sądu Okręgowego Warszawie, aby zeznawać jako świadek w procesie b. szefa KPRM Tomasza Arabskiego oraz czterech innych urzędników, w sprawie organizacji wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu 10 kwietnia 2010 r. Szereg internautów komentuje to wydarzenie.
Donald Tusk pod przysięga kłamie, przeinacza wypowiedzi, a telewizje na żywo to pokazują nieokraszone komentarzem. Cała Polska to widzi. Sobieniowski i @maciejknapik i tak zrobią materiał „po swojemu” w @FaktyTVN @tvn24
— napisał na Twitterze „Robson.dk”.

Donald Tusk w sądzie: Nie planowałem i prezydent Kaczyński także nie planował wspólnej wizyty prezydenta i premiera w Katyniu
Lech Kaczyński: Byłoby lepiej, żeby to była wspólna wyprawa prezydenta i premiera
— zauważył Jakub Oworuszko, dziennikarz Agencji Informacyjnej Polska Press.

Donald Tusk i prawda - ależ gryzą się ze sobą te słowa
— podkreślił „DawidWiejata”.

„Ten człowiek w życiu słowa prawdy nie powiedział” (tak w „Misiu” mówiła sprzątaczka o prezesie klubu sportowego „Tęcza” Ryszardzie Ochódzkim). Donald Tusk, to taki Ochódzki polskiej polityki
— napisał „Włodzimierz Graff”.
…………………………………………..
Donald Tusk zeznaje przed sądem ws. katastrofy smoleńskiej

Wprost
23.04.2018 / 14:00

Były premier Donald Tusk zeznawał jako świadek w warszawskim Sądzie Okręgowym. Proces dotyczy organizacji wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu 10 kwietnia 2010 r.
12:59 Po powrocie zarządzono przerwę trwającą 40 minut, po której, nastąpi utajniona część przesłuchania. Wniosek w tej sprawie składał mec. Hambura.

12:49 Sąd zarządził 5 minut przerwy w kwestii organizacyjnej.

12:48 Fragment na molo miał charakter typowej w dyplomacji "małej rozmowy" po to, by fotografowie i kamerzyści mogli zrobić ładne zdjęcia niekoniecznie we wnętrzach. To jest cała tajemnica rozmowy na molo - odparł Tusk w odpowiedzi na kolejne pytanie.

12:46 Z Władimirem Putinem przez telefon rozmawiałem przy pomocy tłumacza. Z całą pewnością zapis tej rozmowy powinien być - odpowiedział Tusk na kolejne pytanie przedstawicieli rodzin smoleńskich.

12:43 Nie miałem wrażenia, że prezydent Kaczyński chciał wspólnej wizyty. Prezydent Kaczyński i jego pracownicy przyjęli z zadowoleniem i czymś na kształt ulgi, że w taki, a nie inny sposób będzie ta wizyta się odbywała - powiedział.

12:34 Sąd postanowił ujawnić zeznania złożone przez Donalda Tuska w postępowaniu przygotowawczym. Trwa odczytywanie obszernego fragmentu zeznań.

12:28 - Z punktu widzenia premiera było dość obojętne, czy będziemy lądować w Smoleńsku czy gdzie indziej. Kiedy przyszła informacja, że lądujemy w Smoleńsku, nie wydało mi się to w żaden sposób podejrzane albo dwuznaczne - przekazał Donald Tusk.

12:25 - Długo po katastrofie dotarła do mnie informacja, że minister Sikorski odradzał prezydentowi Kaczyńskiemu udział w wizycie w Katyniu - przyznał Donald Tusk. - W obiegu tych dokumentów nie uczestniczyłem oczywiście - dodał.

12:19 - Bardzo się pilnowałem i pilnuję do dzisiaj, aby w żaden sposób nie sugerować własnej interpretacji zdarzeń - powiedział Donald Tusk. Przypomniał, że istnieje urzędowy dokument komisji Millera.

12:17 - Gdyby premier czytał wszystkie dokumenty wytworzone w jego kancelarii, w tym protokoły ze spotkań jego pracowników, doba musiałaby mieć kilkaset godzin, a on mógłby robić niczego innego - mówił Donald Tusk.

12:15 Donald Tusk opowiada teraz o dyskusjach ze stroną rosyjską. Wylicza temat, które omawiał za jego zgodą minister Arabski z Rosjanami. Stwierdził, że nie było tam mowy o kwestiach technicznych lotu do Smoleńska.

12:05 Jak często odbywał świadek spotkania z Tomaszem Arabskim? - Nasza współpraca miała charakter permanentny. Szef KPRM ma codzienny dostęp do premiera, co nie oznacza codziennych spotkań - mówił. Na pytanie, czy Arabski nie odstępował Tuska "na krok" zareagował sędzia, apelując do mec. Hambury o zachowanie powagi.

12:02 "Sąd postanowił nie uwzględnić odwołania Piotra Walentynowicza, gdyż zadane przez niego pytanie dotyczy zdarzeń mających miejsce po katastrofie samolotu w dniu 10 kwietnia 2010 roku i jako takie nie ma bezpośredniego związku z zarzutami będącymi przedmiotem postępowania"

12:00 Zadano kolejne pytanie, które dotyczy sytuacji już po katastrofie smoleńskiej, czyli nie jest związana z przedmiotowym procesem. Osoba pytająca upierała się, że jest istotne ze względu na wiarygodność świadka, dlatego sąd poprosił o kolejną przerwę do oceny tego wniosku.

11:58 Padło pytanie o wykaz zadań szefa kancelarii premiera. - Jestem przekonany, że taki istnieje - odparł Tusk, dodając, że rolą premiera nie jest znajomość zapamiętywania setek tysięcy szczegółowych przepisów.

11:56 - Tomasz Arabski nie był szefem komórki zajmującej się lotami, tylko szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów - odpowiedział Tusk na kolejne pytanie.

11:52 Zadawanie swoich pytań rozpoczęli przedstawiciele rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej.

11:47 Tusk zdradza szczegóły na temat swojej rozmowy z prezydentem Putinem. - Opowiedziałem mu o plaży, po której biegam i pokazałem kierunek, w którym mieszkam. On ubolewał nad faktem, że ochrona towarzyszy mu nawet w domu. Nie uknuliśmy wtedy spisku wbrew temu, co twierdzą media wierzące w zamach - powiedział Tusk.

11:45 Donald Tusk nie zgodził się z cytowanymi słowami Janusza Palikota, dotyczącymi rzekomego przeszkadzania w organizacji wizyt zagranicznych prezydentowi Kaczyńskiemu.

11:42 Po przerwie sąd zwrócił uwagę mec. Hamburze, że zadane przez niego pytanie jest już przedmiotem innego procesu. Przypomniał, że niniejsza sprawa dotyczy wizyty i lotu z 4 kwietnia 2010 roku

11:37 Po kilku pytaniach niezwiązanych ze sprawą, zadanych przez mec. Hamburę, sąd zarządził 5 minut przerwy. Wcześniej prawnik próbował dopuścić do głosu przedstawicieli rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Sędzia zwrócił mu uwagę, że jest na to przeznaczony czas i przywołał do porządku.

11:32 - Oceną zdarzeń powinny się zajmować niezależne od polityków instytucje, jak prokuratura i komisja. Od tej zasady nie odejdę. Nie będę formułował osobistych poglądów, kto zawinił. Chociaż mam swoją opinię na ten temat, ale jej nie wyrażę - powiedział zdecydowanie Tusk.

11:29 Informacje medialne sugerujące odpowiedzialność za zorganizowanie lotu przez Kancelarię Premiera. - Mam w pamięci, że kilka dni po katastrofie niektóre media zasugerowały, że miejsce miał zamach, za którym stoję ja z premierem Putinem. Proszę mi wierzyć, że emocjonalnie zdecydowanie bardziej przejmowałem się agresywną kampanią, a nie artykułami o odpowiedzialności KPRM - tłumaczył.

11:26 Padło pytanie o rozmowy na temat katastrofy smoleńskiej z Tomaszem Arabskim. - Nie miałem czasu. Byliśmy zajęci tym koszmarnym kryzysem państwowym. Koncentrowaliśmy się na zadaniach stojących przed nami - odpowiedział Donald Tusk.

11:21 - Od kogo dowiedziałem się o przygotowaniu lotu? Nie ma jakiegoś hejnalisty, proszę wybaczyć plastyczną wypowiedź. Jest obieg dokumentów, dużo biurokracji. Nie było zwyczaju ogłaszania - mówił Tusk.

11:18 Tomasz Arabski mówił w wywiadzie o "bałaganie" podczas przygotowania wizyty. - Nie czytałem, nie mam opinii na ten temat - odparł Tusk.

11:17 - Zdziwiłbym się, gdyby ukarano tych pracowników. Coś mogło umknąć mojej uwadze - dodał

11:17 - Bezpośrednio mogę oceniać pracę jedynie ministra Arabskiego. Zadań pozostałych uczestników po prostu nie kojarzę. Zarówno wtedy, jak i dzisiaj pracę pana Arabskiego oceniam jak najwyżej - zapewniał.

11:16 Audyty po 10 kwietnia dotyczące wizyt w Smoleńsku 2010 roku? - Nie wykluczam, że były rutynowe działania tego typu. W dniach po katastrofie byłem skoncentrowany na skutkach katastrofy i nie byłem powołany do badania przyczyn - mówił Tusk.

11:13 - Czy były sugestie ze strony rosyjskiej, żeby nie lądować na tym lotnisku? Nawet gdyby były, to przecież i tak decydowali nasi lotnicy - mówił. - Politycy się w to nie angażowali. Ja osobiście się nie angażowałem - dodał Tusk.
11:11 - Podkreślam jeszcze raz, że nie powinno być zadaniem premiera decydowanie o lotnisku, ani szeregu szczegółów dotyczących podróży zagranicznej - dodał.

11:10 - Mogę tylko powtórzyć, że z wiedzy potocznej słyszałem, iż to lotnisko było przez lata otwierane na tego typu okoliczności - mówił o lotnisku pod Smoleńskiem Donald Tusk. Już wcześniej zapewniał, że uważał je za bezpieczne.

11:03 - Nie kontaktowałem się w jakimś terminie natychmiastowym z prezydentem. Zgodnie z ładem konstytucyjnym to rząd polski odpowiadał za politykę za granicą - nigdy odwrotnie. Jestem przekonany, że moi urzędnicy dopełnili tu wszystkich obowiązków i starali się wpływać na działania prezydenta. Jak wiadomo nasze sugestie nie były wykorzystywane - podkreślał.

11:01 - W czasie mojej rozmowy telefonicznej z premierem Putinem nie sądzę, abyśmy mówili o konkretnych okolicznościach wizyty - typu dzień, data - powiedział Tusk.

10:58 - Pomysł wizyty w Katyniu pojawił się pod koniec 2009 roku jako "pożądanej przez polską stronę" - odpowiadał na pytanie mec. Lwa Mirskiego Donald Tusk.

10:53 - Z całą pewnością - politycznie rzecz biorąc - prezydent Lech Kaczyński podejmował bardzo samodzielnie aktywność zagraniczną. Podejmował decyzje polityczne samodzielnie i bez szczególnych konsultacji z rządem. W mojej ocenie było to niezgodne z duchem i z literą konstytucji. Ta samodzielność mogła przekraczać granice konstytucyjnego ładu - oceniał.

10:52 - Od strony drobiazgowych procedur nie umiałbym na to pytanie odpowiedzieć, ale nie ma żadnych wątpliwości, że wszystkie te mechanizmy są opisane w szczegółowej dokumentacji - zapewniał Tusk. 10:50 Na kolejne pytania o techniczne kwestie dotyczące przygotowania lotu były premier znów odpowiadał, że nie leży w kompetencji premiera dbanie o tego typu szczegóły.

10:45 - W archiwalnych wypowiedziach, jak i dokumentach nie ma żadnych dowodów na planowanie wspólnej wizyty premiera i prezydenta w Katyniu - mówił Donald Tusk. Wcześniej sformułowanie o "rozdzieleniu wizyt" nazwał propagandowym sloganem, który przyjął się w medialnej rzeczywistości.

10:42 - Nie miałem żadnych wiadomości, żeby ktokolwiek z otoczenia prezydenta był niezadowolony z organizacji wizyty - mówił Tusk.

10:36- Było jasne, kiedy Lech Kaczyński zdecydował się na podróż do Katynia, że to on stanie na czele polskiej delegacji.10:30 Spośród oskarżonych Donald Tusk osobiście zna tylko Tomasza Arabskiego, podkreślał.10:24Tusk tłumaczył, że z punktu widzenia politycznego, jego wizyta jako premiera miała służyć "normalizacji" stosunków polsko-rosyjskich.10:23Tusk doprecyzował, że premier kraju nie zajmuje się szczegółami wizyt zagranicznych. - Do premiera należy decyzja jaki jest cel polityczny, co chce się osiągnąć dla państwa - wyjaśniał.10:21- W kompetencji premiera nie leży zajmowanie się stroną logistyczną tego typu inicjatyw - odpowiedział Tusk na pierwsze pytanie o swój udział w przygotowaniu wizyty polskiej delegacji w Katyniu w 2010 roku.10:20 Sąd wyraził zgodę na transmitowanie przesłuchania na żywo.10:20 Rozpoczęło się przesłuchanie Donalda Tuska. Były premier zeznaje w charakterze świadka.

Szef Rady Europejskiej i były polski premier zeznaje w charakterze świadka w sprawie dotyczącej katastrofy smoleńskiej. Sprawę wytoczyły rodziny ofiar katastrofy smoleńskiej, m.in. Anny Walentynowicz, Bożeny Mamontowicz-Łojek, Janusza Kochanowskiego, Andrzeja Przewoźnika, Władysława Stasiaka, Sławomira Skrzypka i Zbigniewa Wassermanna. W związku z tym, oskarżono Tomasza Arabskiego, szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w czasach urzędowania Donalda Tuska, dwójkę pracowników Kancelarii – Monikę B. i Mirosława K. oraz dwoje pracowników ambasady RP w Moskwie – Grzegorza C. i Justynę G.

Co zarzuca się oskarżonym?
Arabskiemu zarzucono m.in. „niedopełnienie obowiązków w zakresie nadzoru i koordynacji nad zapewnieniem specjalnego transportu wojskowego dla prezydenta RP” oraz „niepoinformowanie uprawnionych służb o znanym mu statusie tego terenu, podczas gdy status lotniska miał istotne znaczenie dla bezpieczeństwa lotu i zakresu obowiązków służb”. Za niedopełnienie obowiązków służbowych oskarżonym grozi do 3 lat więzienia.

Tusk już dwa razy był przesłuchiwany przez warszawską prokuraturę. W kwietniu składał zeznania jako świadek w sprawie współpracy Służby Kontrwywiadu Wojskowego i rosyjskiego FSB po katastrofie smoleńskiej. Donald Tusk był wówczas przesłuchiwany od godz. 11 do godz. 20.Przed Sądem Okręgowym przesłuchani już zostali w tej sprawie także liczni świadkowie m.in.: b. szef MSZ Radosław Sikorski, wielu ówczesnych urzędników Kancelarii Prezydenta, KPRM oraz ambasady w Moskwie, a także przedstawiciele ówczesnego kierownictwa BOR i 36. Spec pułku.
…………………………………..
Mocne słowa Donalda Tuska o Lechu Kaczyńskim

dzisiaj 12:47
Politycznie nie odpowiadałem za projekt wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 r. w Katyniu - mówił dziś były premier Donald Tusk, zeznając przed Sądem Okręgowym w Warszawie w procesie byłego szefa kancelarii Tomasza Arabskiego. - Prezydent Lech Kaczyński forsował bardzo samodzielną, moim zdaniem na granicy uprawnień konstytucyjnych, aktywność zagraniczną. Odnosiłem wrażenie, że ta samodzielność może przekraczać granice konstytucyjnego ładu - dodał były premier.
Foto: PAP Donald Tusk w Sądzie Okręgowym
• Donald Tusk zeznaje przed Sądem Okręgowym w Warszawie w procesie byłego szefa tej kancelarii Tomasza Arabskiego
• Były premier stwierdził, że politycznie nie odpowiadał za projekt wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Smoleńsku
• Termin "rozdzielenie wizyty" to termin polityczny służący zdyskredytowaniu mnie - mówił Tusk na przesłuchaniu
• Lech Kaczyński forsował prezydenturę na granicy uprawnień konstytucyjnych - ocenił szef Rady Europejskiej
• Podkreślił, że spotkanie z Władimirem Putinem na molo w Sopocie w 2009 miało "czysto kurtuazyjny" charakter

Tusk został zapytany, co wie lub pamięta na temat organizacji wizyt delegacji polskich 7 i 10 kwietnia w Katyniu.

Szef Rady Europejskiej oświadczył, że "nie leży w kompetencji premiera zajmowanie się stroną logistyczną tego rodzaju przedsięwzięć i inicjatyw", jak wizyty zagraniczne szefa rządu lub głowy państwa. - Jestem w stanie dość precyzyjnie opisać polityczny kontekst mojej wizyty 7 kwietnia, w dużo mniejszym stopniu - co zrozumiałe - wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego - dodał Tusk. - Politycznie nie odpowiadałem za projekt tej drugiej wizyty - zaznaczył były premier.

Powiedział też, że organizacją jego wizyt zagranicznych zajmowało się dość liczne grono urzędników, zarówno z jego ówczesnej kancelarii, jak i Ministerstwa Spraw Zagranicznych, a jeśli była taka potrzeba - również z innych resortów, zarówno jeśli chodzi o przygotowanie merytoryczne, jak i czysto organizacyjne.

- Ale nie jest rolą premiera zajmować się w żadnym wypadku detalami organizacyjnymi - zastrzegł szef Rady Europejskiej. Do premiera - jak podkreślił - należy podjęcie decyzji - czy i dlaczego decyduje się na wizytę, jaki jest jej cel polityczny, co chce się osiągnąć dla państwa.

Były premier oświadczył, że jego wizyta w Katyniu 7 kwietnia "była efektem, w sposób bezpośredni, zaproszenia przez ówczesnego premiera Federacji Rosyjskiej Władimira Putina".

- A pośrednio była efektem polityki, jaką mój rząd przyjął w relacjach z Federacją Rosyjską, znacznie wcześniej, zanim do tej wizyty doszło - dodał.

Tusk: "rozdzielenie wizyty" to termin polityczny
- Nie planowałem i prezydent Lech Kaczyński też nie planował, wspólnej naszej wizyty w Katyniu w 2010 r., termin "rozdzielenie wizyty" to termin polityczny służący zdyskredytowaniu mnie - podkreślił dzisiaj b. premier Donald Tusk, zeznając przed Sądem Okręgowym w Warszawie.

Pytany, czy pojawiła się możliwość wspólnej wizyty jego oraz prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu odpowiedział, że nie miał "takiego sygnału od prezydenta Lecha Kaczyńskiego". - Powiem otwarcie: też nie spodziewałem się, aby tego typu inicjatywa ze strony prezydenta miała miejsce, też z racji doświadczeń, jeśli chodzi o tę momentami dość trudną kohabitację, niezależnie od bardzo dobrych osobistych relacji - zaznaczył b. premier.
- W moich planach i z tego, co pamiętam, w planach prezydenta Kaczyńskiego, nie było wspólnej wizyty - oświadczył szef Rady Europejskiej.

Tusk dopytywany o kwestię "rozdzielenia wizyt" jego i prezydenta Kaczyńskiego powiedział, że "termin »rozdzielenie wizyt« był terminem publicystycznym czy politycznym". - Raczej służącym zdyskredytowanie akurat konkretnie mnie i mojego urzędu i dość skutecznie przez te lata pełni taką funkcję raczej propagandową, niż wyjaśniającą cokolwiek z tego, co zdarzyło się wówczas na początku 2010 roku - ocenił.

"Nie planowaliśmy wspólnej wizyty"
- Nie planowałem, i prezydent Kaczyński też nie planował, wspólnej wizyty prezydenta i premiera w Katyniu, więc też nie było jakby okoliczności, które by pozwalały używać w ogóle tego terminu, jak rozdzielenie tej potencjalnie wspólnej wizyty - podkreślił.

Tusk dodał, że otrzymał od ówczesnego wiceministra spraw zagranicznych Andrzeja Kremera wiadomość, że "była pełna satysfakcja z takiego rozwiązania".

- Ze strony prezydenta i jego ludzi nie usłyszeliśmy nigdy, do momentu, kiedy po katastrofie nie pojawiła się ta teza w sposób oczywisty propagandowa i ze złą wolą sformułowana, ale warto pamiętać - i to jest do sprawdzenia we wszystkich mediach i w całej dokumentacji - nie pojawił się. W każdym razie ja nie mam w świadomości, żeby pojawił się jakikolwiek sygnał ze strony prezydenta lub jego ludzi, że są niezadowoleni z jakiegokolwiek aspektu, jeśli chodzi o tak, a nie inaczej wyglądający projekty mojej wizyty, a 10 kwietnia wizyty pana prezydenta - powiedział Donald Tusk.

Stan lotniska w Smoleńsku
W 2010 roku nie miałem wiedzy, żeby lądowanie na lotnisku w Smoleńsku wiązało się z jakimkolwiek ryzykiem; miałem w pamięci fakty lądowania samolotu z polskimi delegacjami na tym lotnisku w przeszłości - powiedział dzisiaj b. premier Donald Tusk przed Sądem Okręgowym w Warszawie.

Były premier został zapytany m.in. czy przed swą wizytą w Katyniu 7 kwietnia 2010 r. miał świadomość, w jakim stanie znajduje się lotnisko Siewiernyj w Smoleńsku. - Nie miałem wiedzy, żeby to się wiązało z jakimkolwiek ryzykiem. Miałem w pamięci fakty lądowania samolotu z polskimi delegacjami na tym lotnisku w przeszłości, włącznie z prezydentami Rzeczpospolitej - odpowiedział Tusk.

- To, co w pamięci mi zostało, to tylko ta świadomość, że lotnisko, które na co dzień jest nieczynne, na tego typu okoliczności jest przygotowywane i że nie wiąże się to z żadnymi zagrożeniami - podkreślił b. premier.

Dodał, że "dziś szczególnie mocno" jest przekonany, że "brak zainteresowania premiera, czy prezydenta szczegółami logistyki jest znacznie bezpieczniejsze, jeśli chodzi o wykonywanie lotów, niż nadmiar zainteresowania".

Tusk został też zapytany, czy jego wizyta 7 kwietnia 2010 r., w jakiś sposób różniła się od wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego trzy dni później. Były szef rządu powiedział, że celem jego wizyty było uczczenie ofiar zbrodni katyńskiej oraz "skłonienie" ówczesnego premiera Rosji Władimira Putina "do takiego samego gestu". Przypomniał jednocześnie, że jego wizyta miała też część roboczą - spotkanie w Smoleńsku z Putinem i podpisania kilku polsko-rosyjskich porozumień.

- 10 kwietnia prezydent Lech Kaczyński leciał na czele polskiej delegacji na polskie obchody uroczystości katyńskich. 7 kwietnia ja, jako premier polskiego rządu, leciałem z wizytą rządową, czy roboczą, aby w Katyniu, wspólnie z premierem Putinem, uczcić ofiary katyńskie, a następnie odbyć robocze rozmowy międzyrządowe - dodał Tusk.

Prezydentura Lecha Kaczyńskiego
B. premier był pytany o organizację lotu prezydenta L. Kaczyńskiego do Katynia 10 kwietnia 2010 r.

- Politycznie rzecz biorąc prezydent - na pewno dotyczy to prezydenta Lecha Kaczyńskiego - forsował bardzo samodzielną, moim zdaniem na granicy uprawnień konstytucyjnych aktywność zagraniczną. Podejmował decyzje polityczne - podkreślam, mogę tu mówić tylko o kontekście politycznym - często samodzielnie i bez jakichś szczególnych konsultacji z rządem - oświadczył Tusk.

- Jak podkreślam, w mojej ocenie było to niezgodne z duchem i literą konstytucji, chociaż oczywiście w naszym systemie politycznym nie jest tak łatwo rozdzielić kompetencje rządu i prezydenta - wskazał b. premier. Oświadczył, że jako szef rządu odnosił czasami wrażenie, że samodzielność prezydenta "może przekraczać granice konstytucyjnego ładu".

Były szef rządu zauważył, że zgodnie z ładem konstytucyjnym to rząd polski jest uprawniony przez konstytucję do nakreślania zadań w zakresie polityki zagranicznej prezydentowi. - Nigdy odwrotnie - podkreślił.

- W związku z tym, jestem przekonany, że moi urzędnicy, przede wszystkim MSZ, wypełniali swoje obowiązki i starali się - jak na to wskazywała konstytucja - wpływać także - z korzyścią dla Rzeczpospolitej - na działania prezydenta. Ale nie zawsze ich sugestie - jak wiadomo - były respektowane - mówił Tusk.

- Wszyscy jesteśmy ofiarami fałszywej narracji, która powstała wiele tygodni po katastrofie, z której miałoby wynikać, że to rząd w ramach także polityki zagranicznej podlegał i powinien wykonywać polecenia prezydenta, bo to jest po prostu nieprawda - dodał b. premier.

"To nie było moim zadaniem"
- Niezależnie od dzisiejszej kultury politycznej w Polsce nie jest i nie powinno być zadaniem premiera czy prezydenta wpływanie na jakiekolwiek decyzje dot. miejsca lądowania, momentu lądowania, kierunku lotu - mówił dzisiaj b. premier Donald Tusk, zeznając przed Sądem Okręgowym w Warszawie.
Tusk podkreślił, że przed wyjazdem na uroczystości do Katynia (7.04.2010 r.) nie koncentrował się na kwestiach technicznych dot. przygotowania lotu. Jak zaznaczył, sam był "przedmiotem", a nie "podmiotem" działań ws. przygotowań do wizyty.
Dopytywany, czy uzyskiwał przed wylotem informacje na temat lotniska w Smoleńsku, odpowiedział, że wydawało się, że lotnisko nadaje się do lądowania w związku z lądowaniem jego, jak i premiera Rosji Władimira Putina.
- Niezależnie od tego, jaka kultura polityczna panuje dzisiaj w Polsce na ten temat - nie jest i nie powinno być zadaniem premiera czy prezydenta wpływanie na jakiekolwiek decyzje dot. miejsca lądowania, momentu lądowania, kierunku lotu, charakteru maszyny, doboru maszyny etc. - podkreślił Tusk.
- To, nie mówię tylko tutaj o tej tragedii, ale na całym świecie wiadomo, że tego typu zachowania na pokładzie samolotu czy przed lotem mogą doprowadzić do tragedii z oczywistych względów - braku kompetencji polityków ws. lotniczych czy logistycznych. Więc z mojego punktu widzenia było to oczywiste, że nie powinien się tym interesować i nie powinienem w żaden sposób wpływać - zaznaczył b. premier.

Decyzje pułku
Tusk pytany, kto zdecydował o tym, że lądowanie jego oraz 10 kwietnia prezydenta Lecha Kaczyńskiego będzie miało miejsce na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj podkreślił, że odpowiedzialne za to są służby bezpośrednio związane z lotnictwem, a "w tym przypadku pułk".
- Sądzę, że decyzję o tym, gdzie ląduje samolot, podejmował zawsze pułk. Nie chodzi o cel wizyty, tylko o okoliczności techniczne - jak maszyna, gdzie ląduje - zauważył.
Szef Rady Europejskiej dopytywany, czy Rosjanie odradzali wówczas lądowanie na lotnisku Smoleńsk-Siewiernyj, odpowiedział, że do niego takie informacje nie docierały.
- Nawet gdyby były (sugestie, żeby nie lądować na lotnisku w Smoleńsku - przyp. red.), to ja i tak polegałbym na decyzjach z polskiej strony. To przecież nie mogła być kwestia doradzania czy sugerowania - albo można lądować i wtedy jest decyzja, że można, albo nie można i wtedy jest decyzja, że nie można. To nie podlega negocjacjom czy nie powinno podlegać naciskom o charakterze politycznym - podkreślił Tusk.

Ocena pracy Tomasza Arabskiego
- Zarówno wtedy, jak i dzisiaj, oceniam pracę ministra Tomasza Arabskiego jak najwyżej; po katastrofie nie mieliśmy czasu na dywagacje czy rozważania, co by było gdyby - mówił dzisiaj b. premier Donald Tusk, zeznając przed Sądem Okręgowym w Warszawie.
Tusk został zapytany, czy ma wiedzę, by po katastrofie w Smoleńsku m.in. Arabski został w jakikolwiek sposób ukarany dyscyplinarnie za podejmowane wówczas decyzje. - Bezpośrednio mogę ocenić, czy wydać opinię na temat pracy ministra Arabskiego. Zarówno wtedy, jak i dzisiaj oceniam jego pracę jak najwyżej - odpowiedział b. premier.
Jak dodał, jest mało prawdopodobne, aby Arabski był wówczas ukarany, choć jak zaznaczył, mogło to umknąć jego pamięci. - Ale wydaje mi się to mało prawdopodobne; a na pewno ja nie miałem krytycznej oceny i nie mam do dziś krytycznej oceny działań ministra Arabskiego - powtórzył Tusk.

Skutki katastrofy
Odpowiadając na kolejne pytania, Tusk podkreślił, że katastrofa w Smoleńsku "miała rzeczywiście niezwykle tragiczne i masywne skutki, jeśli chodzi także o bezpieczeństwo państwa polskiego ze względu na śmierć tak licznej grupy ludzi odpowiadających także za bezpieczeństwo".
- Proszę mi wierzyć, że te dni i tygodnie po katastrofie, to była koncentracja na tych zadaniach, które wynikały jakby z faktu samej katastrofy. Nie mieliśmy czasu na dywagacje czy rozważania, co by było gdyby, albo jak to wyglądało - mówił.
- Tym bardziej i tego się trzymałem - niezależnie od tego, jak to dzisiaj niektórym wydaje się mało prawdopodobne - aby natychmiast ruszyły prace komisji, która ma badać przyczyny wypadku i żeby na prace tej komisji wpływu nie mieli politycy, a także osoby, które ewentualnie mogły być przedmiotem badania tej komisji lub prokuratury - oświadczył b. premier
- Z oczywistych względów wysoki sądzie wydawało mi się rzeczą najbardziej stosowną, aby w zakresie swoich kompetencji działały instytucje ustawowo niezależne od administracji rządowej, jak prokuratura lub faktycznie niezależne choć umiejscowione w strukturze rządu jak komisja, która badała przyczyny katastrofy - mówił Tusk.

Spotkanie Tuska z Putinem na molo w Sopocie
Spotkanie z premierem Rosji Władimirem Putinem na molo w Sopocie w 2009 r. dot. spraw czysto kurtuazyjnych; wiem, że to nie jest satysfakcjonujące dla tych, którzy wierzą, że tam spiskowcy ustalili tajny plan - mówił dzisiaj b. premier Donald Tusk, zeznając przed Sądem Okręgowym w Warszawie.
Tusk był pytany o swoje spotkania z ówczesnym premierem Rosji Władimirem Putinem poprzedzające katastrofę smoleńską z 2010 r. Jak podkreślił, miały miejsce trzy spotkania - w trakcie obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte, spotkanie formalne - międzyrządowe w Sopocie oraz spotkanie "w cztery oczy" na molo w Sopocie w 2009 r.
- To trzecie to tak często w mediach, które specjalizowały się w teorii o zamachu lub w tego typu interpretacjach katastrofy smoleńskiej spotkanie na molo w Sopocie, które odbyło się w cztery oczy - mówił szef Rady Europejskiej.
Tusk podkreślił, że spotkanie na molo trwało kilka minut, dotyczyło spraw "czysto kurtuazyjnych", a sama rozmowa była bardzo krótka.
- Polegała na tym, że pokazywałem, gdzie jest plaża, po której biegam, gdzie mniej więcej jest mój dom, a premier Putin opowiadał o takim fragmencie życia prywatnego, że ma bardzo dużo ochrony, nawet w mieszkaniu i że bardzo z tego powodu cierpi i to mniej więcej wyczerpało cały temat naszej rozmowy - relacjonował.
- Wiem, wysoki sądzie, że to nie jest satysfakcjonująca odpowiedź dla tych, którzy wierzą, że właśnie na molo spiskowcy ustalili ten tajny plan, ale ja nie odpowiadam za te interpretacje - dodał Tusk.

"Odbyłem szereg spotkań dotyczących organizacji"
Z naszej strony było rzeczą bardzo ważną, żeby podczas spotkania 7 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku uzyskać od Rosjan jednoznaczne sygnały, które potwierdzałyby, że są gotowi akceptować naszą narrację historyczną - powiedział Donald Tusk.
Tusk został zapytany, czy przed swoją wizytą w Katyniu 7 kwietnia 2010 r. miał spotkania z Arabskim w sprawie przygotowania lotu zarówno tego dnia, jak i lotu L. Kaczyńskiego trzy dni później.
Były szef rządu odparł, że "na pewno nie było spotkania, które mógłby określić mianem »przygotowanie lotu«". "Możemy mówić o przygotowaniu wizyty, ponieważ to, co było przedmiotem wspólnego zainteresowania mojego, jako premiera i moich urzędników - czy to ministrów, czy szefa kancelarii, to przebieg wizyty, a nie kto jak tam doleci" - wyjaśnił Tusk. Przyznał jednak, że podczas takich rozmów mowa była o tym, kto znajdzie się w delegacji, która 7 kwietnia 2010 r. poleci do Smoleńska. - Informowano mnie także, jaka jest propozycja składu tej delegacji, która leciała na te uroczystości moim samolotem - powiedział.
Tusk zeznał ponadto, że przed wizytą 7 kwietnia Arabski odbywał szereg spotkań dotyczących jej organizacji. Według niego tego typu spotkania miały miejsce zarówno w Moskwie, jak i w Warszawie. - Z mojego punktu widzenia ważne było, aby minister Arabski ustalił z odpowiednimi osobami przedmiot rozmów w Smoleńsku. Problem polegał na tym - i tego oczekiwałem od ministra Arabskiego - aby Rosjanie mieli świadomość, że nie będziemy rozmawiali przy okazji, czy w dniu, w którym uczcimy ofiary Katynia, o jakiś szczegółowych propozycjach rosyjskich, czy polskich w odniesieniu do gospodarki, energetyki ect., chociaż wiadomo było, że obie strony mają tutaj jakieś swoje interesy, poglądy i kwestie do wyjaśnienia - podkreślił b. premier.
Dodał, że intencją strony polskiej było, aby "spotkanie w Smoleńsku skoncentrowało się na efektach pracy Polsko-Rosyjskiej Grupy ds. Trudnych". - Chodziło tam o Centrum Dialogu, możliwe wspólne tezy edukacyjne do podręcznika etc. - wyjaśnił b. premier. Jak dodał, takie właśnie stanowisko stronie rosyjskiej przekazał ówczesny szef KPRM. - Przekazał nasze intencje, że chcielibyśmy się w Smoleńsku raczej skoncentrować bardziej na tych kwestiach historyczno-edukacyjnych, a czas na rozmowy gospodarcze, jeśli pojawią się jakieś konkretne tematy, inny czas byłby stosowny - zaznaczył b. premier.
Powiedział, że Rosjanie sugerowali możliwość spotkania z rosyjskimi i polskimi przedsiębiorcami, z udziałem jego i ówczesnego szefa rosyjskiego rządu Władimirem Putinem także w kwietniu 2010 roku, ale raczej pod koniec miesiąca. - Takie sygnały pojawiały się pod koniec 2009 roku. Z naszej strony było rzeczą bardzo ważną, że wpierw musimy uzyskać od Rosjan jednoznaczne sygnały, które potwierdzałyby, że są gotowi akceptować naszą narrację historyczną - podkreślił Tusk.

Tryb niejawny - Kontynuacja dzisiejszego przesłuchania b. premiera Donalda Tuska w procesie b. szefa Kancelarii Premiera Tomasza Arabskiego i czworga innych urzędników odbędzie się w trybie niejawnym - poinformował przewodniczący składu sędziowskiego w tej sprawie sędzia Hubert Gąsior.
O godz. 13 - po trzech godzinach jawnego przesłuchania byłego premiera, a obecnego przewodniczącego Rady Europejskiej oraz odczytaniu przez sąd zeznań złożonych przez Tuska jako świadka w śledztwie na etapie postępowania prokuratorskiego - jeden z pełnomocników oskarżycieli prywatnych mec. Stefan Hambura złożył wniosek o wyłączenie jawności dalszej części rozprawy.
Jak argumentował mecenas, wynika to z konieczności odwołania się w pytaniach do tajnych materiałów tej sprawy. Chodzi - jak zaznaczył - m.in. o kwestie zawarte w aktach odnoszących się do b. wiceszefa BOR gen. Pawła Bielawnego. W kwietniu 2017 r. Sąd Apelacyjny w Warszawie podtrzymał orzeczenie I instancji skazujące gen. Bielawnego na 1,5 roku więzienia w zawieszeniu na 3 lata za nieprawidłowości przy ochronie wizyt Tuska i Lecha Kaczyńskiego w Katyniu 7 i 10 kwietnia 2010 r.
Sąd uwzględnił ten wniosek. Po kilkudziesięciominutowej przerwie rozprawa ma być wznowiona przed godz. 14 w innej sali sądu - przewidzianej do posiedzeń z wyłączeniem jawności.

Proces Tomasza Arabskiego
Proces Arabskiego i czterech innych urzędników - zainicjowany prywatnym aktem oskarżenia - rozpoczął się przed Sądem Okręgowym w Warszawie w marcu 2016 r. Oskarżeni to, poza byłym szefem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów z lat 2007-2013, dwoje urzędników Kancelarii Premiera - Monika B. i Miłosław K. oraz dwoje pracowników Ambasady RP w Moskwie - Justyna G. i Grzegorz C. Grozi im do 3 lat więzienia.
Podstawą złożonego w grudniu 2014 r. prywatnego aktu oskarżenia jest art. 231 Kodeksu karnego, który przewiduje do 3 lat więzienia za niedopełnienie obowiązków funkcjonariusza publicznego.
………………………..
NASZ WYWIAD. Kownacki o przesłuchaniu Tuska w procesie Arabskiego: "Chciałbym, żeby materiał dowodowy w tej sprawie był jawny"

wPolityce.pl
Zespół wPolityce.pl 24.04.2018 / 16:00

© fot. Fratria
Jestem przerażony tym, kto sprawował w tamtym czasie funkcje najważniejszych osób w państwie. Nie wierzę, żeby były premier nic nie pamiętał. To oczywiste, że się nie czyta wszystkich dokumentów i nie zna każdej procedury, ale o ogólnym zarysie i kierunku podejmowanych decyzji każdy premier wie. I wie również, jak ma wyglądać tak ważna wizyta, jak ta w Katyniu i kto na nią jedzie
—mówi w rozmowie z portalem wPolityce.pl Bartosz Kownacki (PiS), były wiceminister obrony narodowej.

wPolityce.pl: Jak ocenia Pan zeznania Donalda Tuska, które złożył w sądzie jako świadek w procesie Tomasza Arabskiego?
Bartosz Kownacki:
Nie dało się słuchać tych zeznań. Donald Tusk nic nie pamiętał, albo nie chciał pamiętać. Jestem przerażony tym, kto sprawował w tamtym czasie funkcje najważniejszych osób w państwie. Nie wierzę, żeby były premier nic nie pamiętał. To oczywiste, że się nie czyta wszystkich dokumentów i nie zna każdej procedury, ale o ogólnym zarysie i kierunku podejmowanych decyzji każdy premier wie. I wie również, jak ma wyglądać tak ważna wizyta, jak ta w Katyniu i kto na nią jedzie. Ma swoje wskazania, czy leci wspólnie z prezydentem, czy nie. To nie są decyzje, które podejmuje się poza szefem rządu. No chyba, że on jest sterowany przez innych. Dlatego dla mnie jego zeznania są mało wiarygodne.
Delikatnie powiedziane. Rodziny smoleńskie mówią wprost: Tusk kłamie. Przykładem chociażby twierdzenie, że gdy Putin zadzwonił do niego, ten wiedział, kiedy prezydent Kaczyński ma lecieć do Katynia.
Nie ma możliwości, żeby premier rządu takich rzeczy nie wiedział. On może nie znać dokładnych ustaleń, ale ogólny zarys i kierunek – jak mówiłem- tak. Decyzja, że będzie zmierzał do tego, iż taka wizyta nie będzie organizowana wspólnie z prezydentem też zapada w gabinecie premiera.

Dlaczego Tusk pewnych rzeczy woli nie pamiętać?
Moje doświadczenie prawnicze mówi, że w sytuacji, w której nie wiemy co powiedzieć - a wszystko, co powiemy może być użyte przeciwko nam- wolimy po prostu nie pamiętać. To jest najbezpieczniejsze dla wszystkich świadków i podejrzanych, którzy boją się, co jest zgromadzone w dokumentach i co wyniknie z przesłuchania. Więc albo premier ma tak słabą pamięć, albo był kierowany przez inne osoby i po prostu tego nie wie, albo nie chce pamiętać.
Bo czegoś się obawia?
To pan powiedział.

Pamiętamy niedawne jego obawy, że „PiS go aresztuje”. Nie uważa Pan, że był wyraźnie zdenerwowany w sądzie?
Na pewno. Ale to nie on jest osobą podejrzaną w tej sprawie, lecz tylko świadkiem. Nie wskazuję tu tylko na premiera Tuska, ale na szerszy aparat urzędniczo- polityczny, który wówczas sprawował władzę. Czasem z takich postępowań mogą pojawić się dowody wskazujące na odpowiedzialność innych osób. Trudno mi uwierzyć i zaakceptować twierdzenie pana premiera Tuska, że on w ogóle nie wiedział o planach prezydenta Kaczyńskiego. To jest wbrew temu, co jest znane opinii publicznej.

Opinia publiczna wie, że raport MAK jest nierzetelny, Tusk go jednak broni i gloryfikuje. Dlaczego?
Nie dziwię się Tuskowi bo gdyby zrobił cokolwiek innego, to przyznałby się do winy, że decyzje, które wtedy zapadały świadomie były niewłaściwe. Warto cofnąć się do kwietnia i maja 2010 roku i popatrzyć na publikacje prawników, którzy uchodzą dziś za autorytety, broniące stanowiska rządu, które dziś w zasadzie jest bezpańskie. Dlaczego? Bo nikt w zasadzie nie chce do końca się przyznać kto podjął takie, a nie inne decyzje. Donald Tusk broniąc raportu Millera mówi, że ta katastrofa państwowa była wyjaśniana na podstawie zupełnie innych umów i przepisów. Jest to w jawnej sprzeczności z tym, co mówił kilka lat temu.

Jego przesłuchanie popchnie sprawę do przodu?
Moim zdaniem niewiele. Chciałbym, żeby materiał dowodowy zgromadzony w tej sprawie był jawny. Nie ma tam rzeczy, które mogłyby naruszać dobro osobiste osób zmarłych i ich bliskich. Nie ma też czegoś, co naruszałoby interes bezpieczeństwa państwa, bo raczej pokazuje nieudolność państwa. Gdyby te dokumenty ujrzały światło dzienne, to moim zdaniem ocena zeznań Donalda Tuska byłaby jednoznaczna i uderzała w niego. Przygotowywałem akt oskarżenia w tej sprawie, bo wtedy byłem jeszcze pełnomocnikiem rodzin i wiem, że ten materiał dowodowy jest bardzo poważny. I wcale nie dotyczy tylko tych osób, do których skierowano akt oskarżenia. Przesłuchanie takich osób jak Donald Tusk i inni wysocy urzędnicy mogłoby być wówczas dla tego postępowania bardzo wartościowe.
……………………………………..
"Jedna wielka ściema". Mazurek o zeznaniach Tuska

DoRzeczy
DoRzeczy Online 35 min temu

© PAP / Paweł Supernak Beata Mazurek
Donald Tusk powinien ponieść odpowiedzialność polityczną i karną. Trzymam za to kciuki – przyznała w rozmowie z TVP Info Beata Mazurek, rzecznik Prawa i Sprawiedliwości.

Były premier Donald Tusk, który zeznawał dziś w procesie Tomasza Arabskiego przekonywał, że nie miał sygnałów, że Lech Kaczyński chciał lecieć w kwietniu 2010 roku lecieć do Katynia razem z nim. Słowom tym przeczą fakty. 4 marca 2010 roku śp. prezydent podkreślił, że byłoby lepiej, żeby to była wspólna wyprawa prezydenta i premiera. – Ale jeżeli jest to niemożliwe, to ja jadę w dniu, w którym będą podstawowe uroczystości, a to jest 10 kwietnia – zapowiadał.

Do zeznań Tuska odniosła się rzecznik Prawa i Sprawiedliwości. – Mam nadzieję, że po tych dzisiejszych wypowiedziach ludzie też zorientują się, że Donald Tusk kłamie. Przecież powszechną wiadomością i wiedzą było to, że wspólnej wizyty chciał Lech Kaczyński, a premier mówi, że nic nie wie – mówiła Mazurek. – Cała Polska wie, a premier nie. To pokazuje, że to jednak jest jedna wielka ściema – oceniła.
Rzecznik PiS wyraziła nadzieję, że Tusk poniesie odpowiedzialność nie tylko polityczną, ale również karną. – Trzymam kciuki, żeby tak się stało – dodała.
……………………………………….
"Tusk po prostu kłamie, łże w sposób arcybezczelny"

Rzeczpospolita
24.04.2018 / 16:00

© Fotorzepa/ Miłosz Poloch Jacek Świat
- Donald Tusk po prostu kłamie, łże w sposób arcybezczelny - powiedział Jacek Świat, poseł Prawa i Sprawiedliwości, mąż Aleksandry Natalli-Świat, która zginęła w katastrofie smoleńskiej, komentując poniedziałkowe zeznania byłego premiera w sądzie w Warszawie.
Donald Tusk, przewodniczący Rady Europejskiej i były premier, zeznawał w poniedziałek w Sądzie Okręgowym w Warszawie na procesie dotyczącym organizacji wizyty prezydenta Lecha Kaczyńskiego w Katyniu 10 kwietnia 2010 r. Były premier stwierdził, że nie odpowiadał za projekt wizyty.

- W kompetencji premiera nie znajduje się kwestia logistycznej organizacji tego rodzaju wizyt - mówił Tusk. Były szef rządu przekonywał też, że nigdy nie było planów wspólnego lotu z prezydentem Lechem Kaczyńskim. Czy miał informację, że prezydent chce zorganizować wspólną wizytę? - Nie, wręcz przeciwnie - odparł były premier.
Jacek Świat, pytany w Radiu Szczecin o zeznania Tuska, stwierdził, że "Donald Tusk po prostu kłamie, łże w sposób arcybezczelny". Zwrócił uwagę, że z jednej strony były premier twierdził, iż logistyka wizyty w Smoleńsku nie leżała w jego kompetencjach, z drugiej chwalił pracę ministra Tomasza Arabskiego i raport o katastrofie autorstwa komisji Macieja Laska.
- Na jakiej podstawie wysoko ocenia pracę ministra Arabskiego, skoro sam przekonywał w bardzo długich wywodach, że niczym się nie interesował, o niczym nie wiedział i wszystko było poza jego kompetencjami - pytał poseł.
- (Donald Tusk) wie doskonale, że oddał Rosjanom bezwarunkowo całą sprawę. Z punktu widzenia polskiej racji stanu, nie miał prawa tego zrobić. Jaką byśmy nie przyjęli hipotezę tamtej tragedii, czy był to zamach, sabotaż, awaria sprzętu, błędy ludzkie, to zawsze wśród winnych czy współwinnych byli Rosjanie - stwierdził mąż Aleksandry Natalli-Świat, która zginęła w Smoleńsku.
- To tak, jakby włamywaczowi oddać prowadzenie śledztwa w sprawie włamania - dodał.
Obecny proces przed sądem okręgowym w Warszawie ma wykazać, czy Tomasz Arabski i cztery inne osoby z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów zaniedbali swoje obowiązki, przygotowując tragiczny w skutkach lot z 10 kwietnia. Zginęło wtedy 96 osób, w tym prezydent Lech Kaczyński z małżonką.
……………………………………..
Z.W. / Mój komentarz
Fotka Tuska z sądu, to prawdziwe, perfidne, bestialskie i gangsterskie oblicze przywódcy Mafii w Polsce, Donalda Tuska :
- najbezczelniejszego oszusta na świecie
- najbardziej fałszywego mafioso na świecie
- najbardziej wyrafinowaną „ludzką” bestię na świecie
- bez czci, bez morale, bez honoru i bez ludzkiej godności
- psubrata, innowiercy i zdrajcy wszelkich ludzkich ideałów
- warchoła, szmaty, ściery, łacha i Magdaleńskiej wywłoki, jakiej derugiej świat ani wcześniej: do 22 sierpnia 1957 roku (data jego urodzenia), ani później – po tej dacie i do dzisiaj włącznie, nie stworzył i nie stworzy już nigdy.

... c.d. mojego komentarza


Cyrk na scenie sądowego teatru, teatr na sądowej arenie cyrkowej. To fakty zasadnicze i moja merytoryczna opinia w temacie sądowego przesłuchania Tuska w dniu 23.04.2018

Ten polityczny spektakl odegrany prze Tuska w sądzie okręgowym w Warszawie w poniedziałek dnia 23.04.2018, to na miarę wszystkich innych dotychczasowych działań PO – pisowsko obłąkanych psubratów, widowisko, z jakim mieliśmy do czynienia przez osiem lat ich rządów w latach 2007 – 2015 i do dzisiaj trwającego obłąkanego teatru tego odsłon. Ten niby człowiek, to zwyczajny mafijny oszust nie tylko wobec Polski i Polaków, ale także wobec własnych kumpli z tego samego środowiska równie obłąkańczo PiS-em dotkniętych i chorobliwie wirusowo obarczonych przestępców i gangsterów. Tym szczególnego rodzaju wystąpieniem, Tusk potwierdził wszystko to, co wcześniej wszyscy oni, zdrajcy, mówili chóralnie wręcz o Polsce jako kraju teoretycznym! To nie wszystko. Ten wyjątkowo sprytny retorycznie i bestialsko przywódca polskiej rządowo parlamentarnej niespotykanie bandyckiej Mafii, oświadczył medialnie kilka dni wcześniej, że wraca do teoretycznej Polski na wybory w roku 2019, traktując nadal teoretycznie nie tylko Polskę, ale również Polaków jako ludzi teoretycznych, którzy udzielą mu kolejny raz wyborczego poparcia? Kim trzeba być, jak i gdzie żyć, by nadal myśleć tymi samymi kategoriami, którymi jak najbardziej paskudnego wirusa zaszczepił w swoim czasie wszystkim swoim gangsterom, przydupasom i wyborcom własnym również. Ci ostatni jednak, jak nigdy wcześniej przez niego zdradzeni, również, mieli możliwość w tym spektaklu poznać prawdziwą jego zdradziecką twarz i całą postać, niewyobrażalnie wprost wredną Polakom i Polsce, chełpiącą się swoim niespotykanie wręcz fałszywym charakterem, w asyście 96 zmanipulowanych ich zawartością trumien Polaków, - jego zasługi, - i w tle jego wystąpienia, równie bestialskiego jak całe jego wredne, bandyckie życie.

Bo to On osobiście i jednoosobowo odpowiadał za wszystko, w wyniku czego doszło do Smoleńskiego zamachu i zaplanowanego wcześniej ludobójstwa najznakomitszych prawdziwych polskich postaci elitarnych różnych profesji, funkcji i hierarchii. Ponosi również winę za to, że jeszcze przed medialnym, publicznym ogłoszeniem światu polskiej tragedii narodowej w historii świata dotychczas nieznanej i śmierci Prezydenta Polski oraz 95-ciu towarzyszących Mu osób, jego PO gangsterzy na czele z Komorowskim Bronisławem, spenetrowali prezydenckie i innych poległych pod Smoleńskiem osób pomieszczenia służbowe. kradnąc z nich co cenniejsze wyposażenia i dokumenty. Ponosi winę także za to, że później, nie skorzystał z posiadanej funkcyjnie możliwości obiektywnych w sprawie tej opinii rzeczoznawców i specjalistów zewnętrznego świata, co do prawdy faktycznej w tej niecodziennej sprawie, chyba z uzasadnionej przyczyny strachu przed ową prawdą i odpowiedzialnością jaka z niej, dla niego, wynika.

Ponosi winę za oddanie całej sprawy w ręce sowieckich wspólników tego zaplanowanego ludobójczego bestialstwa, bo tylko to mogło go od tej odpowiedzialności uwolnić, o czym zaświadcza to wszystko, co do dzisiaj w sprawie tej bezprawnie się dzieje, łącznie z dzisiejszym sądowym cyrkiem perfidnie przsygotowanym.

Ponosi winę za sprzątanie przez służby państwowe kwiatów i zniczy z przed Pałacu Prezydenckiego, składanych po tym ludobójczym zamachu przez prawdziwych Polaków, czczących pamięć poległych w nim swoich Rodaków.

Ponosi winę za stworzenie atmosfery do wszelkiego rodzaju rozruchów i politycznej zawieruchy, które do tej pory zakłócają społeczny spokój naszego wreszcie od lat oczekiwanego, faktycznie demokratycznego w pełni państwa.

Ponosi winę za legalne rozróby, jakie odbywały się przy okazji smoleńskich miesięcznic i innych uroczystości chrześcijańskich oraz burdy sejmnowe, zawieruchy uliczne i inne gangsterskie bestialstwa w kraju.

Ponosi winę za utrudnianie postawienia pomników smoleńskich ofiar.

Ponosi winę, za całą bestialską spuściznę jaką Polsce po sobie pozostawił i w którą skutecznie wyposażył swych wszelkiej maści kamratów: nadzwyczajnie bandyckiej prawniczej kasty w Polsce oraz innych bestilaskich gansterskich bandytów.

Jest wreszcie ogólnym nieszczęściem wszelkich krzywd, bestialstw i mordów jakie w latach 2007 – 2015 doznała Polska i Polacy, a których następstwa do dzisiaj wszyscy cierpimy i cierpieć będziemy dopóty, dopóki ostatni członek tych sowiecko nazistowskich globalnych morderczych systemów totalitarnych w Polsce, nie znajdzie się w przeznaczonym dla siebie odosobnieniu i dopóty którym nie zostanie odebrany bezprawnie zdobyty na krzywdach i krwawych często cierpieniach cały Polaków majątek, z karną zasłużoną nawiązką. Jak nikt, zasłużył na wypracdfowaną tym beswtialstwem kare śmierci, niestety w kraju nie stosowaną, o co również w odpowiednim czasie z bandycką premedytacją zadbał.

Spójrzcie raz jeszcze jak wygląda ta wredna i bestialska mafijna morda, by do końca dni swoich jej nie zapomnieć i pokazywać ją swoim następcom wszelakim


Módlmy się wszyscy Polacy, wierni i prawdziwi chrześcijanie, byśmy oświecani ciągłą Bożą opatrznością, nigdy już takich wyborczych błędów popełnić nie byli już zdolni, - Amen.

Z.W. / Mój komentarz
Tusk, naszpikowany genetycznie dwoma totalitarnymi systemami: podszyty niemieckim nazizmem i przeszyty sowieckim komunizmem, nigdy nie musiał uczyć się szachrajstwa, krętactw i ściemniania. Jest nimi po prostu nasiąknięty i przesiąknięty do kości. Stąd jego zupełna swoboda zachowań w sytuacjach, takich właśnie matactw wymagających. Czuje się w tych tematach, jak ryba w wodzie albo jak kominiarz na dachu, bez najmniejszego strachu. To bardzo utalentowany krętacz, szuler, nawet jak na bandyckiego gangstera. Nie każdy przywódca Mafii jest aż tak zdolny w zakresie ludzkiej perfidii. To się wynosi z rodzinnego domu genami przodków. Sprowadził Tusk polskie przepisy prawne i polską Konstytucję do wybitnej roli inkubatora polskiej przestępczości wszelkiej i każdego rodzaju. Kto słuchał uważnie jego sądowych zeznań w dniu 23.04.2018 w Sądzie Okręgowym w Warszawie, ten odczuł zapewne w nich drwinę i kpinę, którą bezczelnie prezentował, a na którą skład sędziowski zupełnie nie reagował, co jest dowodem na wyraźną, najwyższej kasty sędziowskiej ustawkę sądową, by czymkolwiek, nieopatrznie nawet, szefa polskiej Mafii nie urazić. Tak, klasycznie traktuje się swoich, nawet wiele po…, a jak było w trakcie…, trzeba sobie dośpiewać. Parodia przesłuchania owego świadka polega dodatkowo jeszcze na tym, że pytania, które można było mu zadawać, musiały należeć do przygotowanej grupy pytań wyraźnie i absolutnie ukartowanych, natomiast każde pytanie z poza tej grupy, było natychmiast torpedowane i niedopuszczane przez przewodniczącego składu sędziowskiego? W miarę upływu czasu, gdy Tusk był już pewien coraz bardziej pozytywnego nastawienia składu sędziowskiego do swojej osoby, czuł się coraz bardziej pewnie, wygadując coraz to większe brednie, w ogóle nie w temacie sprawy i z nim nie związane, w myśl porzekadła „wolność Tomku w swoim domku”, ot i tyle owej tragikomedii sądowej. Nie pierwszej i nie ostatniej w Polsce dopóty, dopóki ta „najwyższa Kasta” do czysta wytrzebiona nie zostanie, - Amen.

……………………………………………………………
Antyrządowy manifest Kulczyk podczas festiwalu filmowego. "Polska PiS-u – hejt, brak szacunku"

DoRzeczy
DoRzeczy 06.05.2018 / 14:30
© PAP / Radek Pietruszka Dominika Kulczyk
Zakończyła się tegoroczna edycja Festiwalu Kina Niezależnego OFF Camera w Krakowie. Jedną z osób wręczających nagrody była Dominika Kulczyk, córka zmarłego Jana Kulczyka. Kulczyk wykorzystała tę okazję do wygłoszenia swoistego manifestu antyrządowego. Oskarżyła rząd PiS o przyzwolenie na hejt i brak szacunku wobec inności.
Dominika Kulczyk miała za zadanie wręczyć nagrodę Małgorzacie Szumowskiej, której film "Twarz" triumfował w Konkursie Polskich Filmów Fabularnych. Jednak na gratulacjach i laudacji na cześć Szumowskiej się nie skończyło. Nawiązując do filmu "Twarzy", który przedstawia historię odrzucenia człowieka przez lokalną społeczność ze względu na przeszczep twarzy własnie, Kulczyk odniosła się do obecnej sytuacji społeczno-politycznej w Polsce.
– Szanowni Państwo, lubicie być sobą? Lubicie być autentyczni? Lubicie mieć swoją drogę, na której jest miejsce na pasję, prawdę, szaleństwo, też na sukces i taką wielką satysfakcję, że jesteśmy tacy, jacy chcemy być? Czy może lepiej jest żyć w świadomości, że żyjemy wśród krytyki, w pruderii, że żyjemy w hejcie? – Po tym pytaniu, wydawałoby się początkowo, że jedynie retorycznym, Dominika Kulczyk powiedziała: – Bo taka niestety chce być Polska PiS-u – hejt, brak szacunku dla tego, ze każdy ma prawo być sobą. Takim sobą, jakim pragnie być. Brak szacunku dla wolności, po prostu i "inności", szacunku dla drugiego człowieka – czy jest to niepełnosprawny, kobieta czy ktoś wolny.
Kulczyk stwierdziła, że nie chce takiej Polski i nie chce PiS-u. – W związku z tym bardzo nisko się kłaniam i bardzo szanuję tych, którzy mają odwagę i uczciwość pokazać prawdziwą twarz i nie boją się swojej własnej twarzy, nawet jeśli mieliby ją stracić – dodała.
……………………………………………………………
Polityka od innej strony

Kołodziej obala wszystkie mity Wałęsy: To pospolity cham. Panicznie boi się ludzi. Jego dom to warownia ogrodzona drutem kolczastym

wPolityce.pl
Zespół wPolityce.pl 2017-07-28
© Fratria Andrzej Kołodziej
Na byłego prezydenta działa tylko jedna kara, kara finansowa. Jedyna wartość, jaką on wyznaje to wartości materialne
— stwierdził na antenie Telewizji Republika Andrzej Kołodziej, działacz Solidarności Walczącej, obecnie członek koła Wolni i Solidarni.

Kołodziej odniósł się do decyzji Jarosława Kaczyńskiego o pozwaniu Lecha Wałęsy za naruszenie dobrego imienia i godności osobistej. Chodzi m.in. o oskarżenia, jakoby prezes Prawa i Sprawiedliwości doprowadził do katastrofy smoleńskiej, czy był chory psychicznie. Wałęsa nie dostrzega własnej winy i jest przekonany o bezkarności swoich działań.
Z dokumentu, który Wałęsa opublikował na Facebooku wynika, że Jarosław Kaczyński domaga się przeprosin za wpisy na byłego prezydenta od czerwca do września 2016 r. Padły w nich ze strony byłego prezydenta zarzuty, że „Jarosław Kaczyński podczas lotu samolotu z polską delegacją do Smoleńska, mając świadomość nieodpowiednich warunków pogodowych, kierując się brawurą, wydał polecenie, nakazał lądowanie, czym doprowadził do katastrofy lotniczej w dniu 10 kwietnia 2010 r.” oraz przeprosin za to, że – jak pisał Lech Wałęsa – prezes PiS „nie jest zdrowy, zrównoważony psychicznie”.

Wałęsa to pospolity cham. Widać jakich argumentów używa. To jest jego sposób na zaistnienie. Odpowiedź na to może być tylko jedna. Na Wałęsę działa tylko jedno: kara i to kara finansowa. Jedyna wartość, jaką on wyznaje to jest wartość materialna. Gdyby zapytać o inne wartości, to on tego nie rozumie, nie wie co to jest
– mówił działacz Solidarności Walczącej. Zwraca także uwagę na

Widać doskonale, jak Wałęsa boi się ludzi. Nie wyjdzie bezpośrednio do tłumu. Widocznie ma wiele na swoim sumieniu. Kiedy podejdzie się pod jego dom, widać że to jest warownia. Wysoki, dwumetrowy płot stalowy zwieńczony drutem kolczastym. Jaruzelski nie miał takich zabezpieczeń wokół swojego domu. Wałęsa panicznie boi się ludzi
– dodał Andrzej Kołodziej. Przekonywał, że jeśli chodzi na manifestacje to tylko w obstawie swoich własnych ludzi. Gdy pojawiła się zapowiedź Karola Guzikiewicza, że stoczniowcy go wyniosą, wycofał się z obecności na manifestacji przed Pałacem Prezydenckim.

Kiedy poznałem historię jego współpracy z bezpieką, zrozumiałem, że Wałęsie Służba Bezpieczeństwa była potrzebna, bo bał się panicznie innych działaczy. To był jego wentyl bezpieczeństwa i bezpośrednia ochrona
— mówił, dodając, że „gdy Wałęsa zostawał sam, to tchórzył i uciekał”.

Ja od pewnego momentu nie miałem żadnego szacunku do Lecha Wałęsy. Wiedziałem, kim był. Podczas męskiej rozmowy wyznałem, że ma szansę powiedzieć, kim jest na prawdę. Wtedy ludzie by mu wszystko wybaczyli, ponieważ był bohaterem. Nie zrobił tego, bo stchórzył. Zaczął od zera i skończy jako zero, historia zatoczyła koło
– zaznaczył. Zdaniem Kołodzieja trzy ośrodki szantażowały Wałęsę tymi samymi dokumentami.

Doradcy wiedzieli o tych dokumentach. Andrzej Celiński w 1981 roku prosił mnie, żebym nie mówił publicznie o agenturalności Wałęsy, bo dzięki tej wiedzy on robi to, co oni chcą. Trzymają go za gardło. Oprócz Kiszczaka, władz komunistycznych, trzecim ośrodkiem była agenturalna część Episkopatu
— dodał Kołodziej, podkreślając, że instrumenty nacisku na Wałęsę były używane, a on w to brnął.
………………………………………
Kto chce zbić kapitał polityczny na niepełnosprawnych? Ks. Isakowicz-Zaleski o "złym duchu" protestu w Sejmie

DoRzeczy
DoRzeczy.pl 07.05.2018 / 21:50
© PAP / Waldemar Deska Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski
O błędach popełnionych przez Prawo i Sprawiedliwość w kwestii pomocy osobom niepełnosprawnym i ich rodzinom, o trwającym w Sejmie proteście oraz o tym kto i dlaczego próbuje zbić na nim kapitał polityczny – mówi w rozmowie z DoRzeczy.pl ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski.

"Popełniono błędy"

W rozmowie z portalem DoRzeczy.pl ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski odniósł się do przyczyn trwającego od kilkunastu dni protestu rodziców i opiekunów osób niepełnosprawnych. Zapytany, czy w swoim szerokim pakiecie socjalnym Prawo i Sprawiedliwość rzeczywiście zapomniało o tej najsłabszej i najbardziej potrzebującej grupie społecznej, duchowny przyznał, że popełniono błędy.

– W czasie kampanii wyborczej obiecywano temu środowisku zmianę. Ta zmiana oczywiście nastąpiła w niektórych aspektach, jednak według mnie, zabrakło spójności. Pewne rzeczy się rozwiązuje, a inne odkłada. A odłożono kilka spraw naprawdę trudnych. Myślę, że wypowiedź pana premiera Morawieckiego w której stwierdził, że ma wiele miliardów do rozdania m.in. na drogi powiatowe i inne sprawy, jednak pominą tu sprawy osób niepełnosprawnych, była iskrą na beczkę prochu, która spowodowała ten protest – ocenił ks. Isakowicz-Zaleski. Zdaniem duchownego, choć rzeczywiście w kwestii tej grupy społecznej pozostaje wiele spraw nierozwiązanych, istnieje jeszcze inny wymiar tego problemu. – PiS wyraźnie ma problem z komunikacją ze społeczeństwem. W wielu rzeczach słucha głosu społecznego, ale w innych sprawach w ogóle głos do władz PiS-u nie dociera. Bywa też odwrotnie: kiedy dzieje się coś dobrego, społeczeństwo jakby nie zdaje z tego sprawy – tłumaczył.

"Zły duch" protestu w Sejmie
Odnosząc się do samego protestu, ks. Isakowicz-Zaleski przyznał, że nie ma wątpliwości, iż jest on w dużej mierze inspirowany politycznie. Wskazał tu konkretnie na posłankę Nowoczesnej Joannę Scheuring-Wielgus. – Od samego początku od kiedy pani poseł zaprosiła te osoby do Sejmu, one były przygotowane do strajku. Nie wszyscy zostali jednak zaproszeni. Proszę pamiętać, że wiele osób, które protestowały w roku 2014 nie znalazło się w tej grupie. Czyli była grupa w pewien sposób ukształtowana, wyselekcjonowana – mówił. Duchowny tłumaczył, że są to osoby z Torunia i choć nie ma nic przeciwko ich działaniom, to jednak nie można powiedzieć, że reprezentują one środowisko osób niepełnosprawnych. Samą posłankę Nowoczesnej ks. Isakowicz-Zaleski określił jako "złego ducha" tego protestu. – Przecież ona z jednej strony jest aborcjonistką i postuluje zabijanie osób niepełnosprawnych, a z drugiej cały czas pilnuje tego protestu, krąży wokół tego – ocenił.

Rozmówca DoRzeczy.pl podejrzewa, że Joanna Scheuring-Wielgus upatruje w tym proteście szansę na zbicie kapitału politycznego i ma to związek ze zbliżającymi się wyborami samorządowymi. – Parę lat temu zaciekle walczyła o prezydenturę Torunia, przegrała. Teraz, z tego co słyszę, znów ma kandydować. Ona po prostu zbija na tym kapitał. Ale to jest hipokryzja i ja się nie boję tego słowa. Ona jest z Torunia, ale nigdy nie pomogła. Raz była w naszej placówce na Wigilii i nigdy się tymi sprawami nie interesowała. Nagle stała się ekspertem od spraw niepełnosprawnych. Myślę, że robi sobie kampanię i chce się wykreować jako obrończyni niepełnosprawnych, będąc jednocześnie po stronie aborcji, czyli zabijania niepełnosprawnych. To jest już jakiś szczyt odwrócenia pojęć – podkreślał ksiądz Isakowicz-Zaleski.

Dobro dzieci przede wszystkim
Zapytany, czy brak porozumienia pomiędzy rządzącymi a grupą osób protestujących może być wynikiem tego nacisku politycznego, duchowny przywołał protest opiekunów osób niepełnosprawnych sprzed czterech lat, w którym sam uczestniczył. Jak relacjonował, wówczas po 17 dniach protestu zrealizowano zaledwie jeden z 14 postulatów, jednak mimo tego, rodzice podjęli decyzję o zakończeniu protestu z uwagi na dobro swoich dzieci, które nie wytrzymywały tych warunków.

– Byłem tam do samego końca i dla mnie jako osoby starszej - choć przecież nie niepełnosprawnej - były to warunki skrajne. Dorośli ludzie tego nie wytrzymują, a co dopiero dzieci. Wtedy podjęto - moim zdaniem - słuszną decyzję. Udało się sprawę nagłośnić, zdobyć ten pierwszy podstawowy punkt i możliwość szukania dalszych dróg. Natomiast teraz tak nie jest. Grupa jest wyselekcjonowana, nie są do niej dopuszczani przedstawiciele jakichkolwiek innych organizacji i są tak duże emocje, że z założenia idą na konfrontację – wskazywał kapłan.

Duchowny podkreślił, że choć zgadza się z częścią postulatów rodziców protestujących w Sejmie, nie akceptuje takiej formy protestu. Jak jednak dodał, starał się pomóc w rozwiązaniu sporu. – Byłem w kontakcie z panią Hartwich. Ona zadzwoniła do mnie z prośbą o przekazanie przez prezydenta listu pani prezydentowej. Zrobiłem to, ponieważ uważałem, że jest to krok w kierunku znalezienia kompromisu. Ten list, który przyszedł do mnie przez email, wręczyłem panu prezydentowi 2 maja w czasie uroczystości w Pałacu Prezydenckim. Pani prezydentowa podeszła do tego poważnie i na drugi dzień już przyszła, rozmawiała bez kamer. Bo przecież o to chodziło, żeby porozmawiać a nie robić show – zauważył ks. Isakowicz-Zaleski, dodając, że wiele wystąpień osób protestujących postrzega jednak właśnie jako robienie show. Wymieniał tu eskalowanie emocji, agresji i daleko idącą krytykę.

– Natomiast kiedy widzę, że przez cały długi weekend wciąż na posadzce w Sejmie leży pięcioro niepełnosprawnych, to wiem, że taki stres trudno im wytrzymać. Od 30 lat mieszkam pod jednym dachem z takimi osobami i wiem, że to się bardzo odbija na ich zdrowiu – tłumaczył. Kapłan przypomniał, że już dwukrotnie zaapelował do matek, żeby zawiesiły tę formę strajku i kontynuowały go, jeśli chcą, ale w innej formie – bez dzieci. – Żeby chociaż te dzieci znalazły się w innej sytuacji. Tu nie można przekroczyć pewnych granic, protestowania choćby i w słusznej sprawie, kosztem konkretnych dzieci. Dzieci, które będą cierpiały przez najbliższe lata – podkreślał.

Ks. Isakowicz-Zaleski złożył dziś matkom protestujących w Sejmie konkretną propozycję umożliwiającą kontynuację protestu, przy jednoczesnym nieangażowaniu dzieci.

Dobro dzieci czy żywa gotówka?
Pytany, czy jest jakiś odzew na tę propozycję, ksiądz Isakowicz-Zaleski odparł, że do tej pory nie otrzymał żadnej odpowiedzi. – Niech te matki się zastanowią, co jest dla nich najważniejsze: czy uzyskać żywą gotówkę - jak to mówią - czy dobro ich dzieci. Forma tego protestu jest bardzo wątpliwa i dzieje się z krzywdą dla tych dzieci. Niech się stanie jakiś wypadek, choroba, nagle zasłabnięcie. Przecież te osoby będą to wiele miesięcy odchorowywać. Kto za to weźmie odpowiedzialność? – pytał duchowny. Zdaniem księdza Isakowicza-Zaleskiego sytuacja ta wymaga interwencji Rzecznika Praw Obywatelskich i Rzecznika Praw Dziecka.

"Ten protest jest sprowokowany przez polityków i reżyserowany przez nich"

Rozmówca DoRzeczy,pl przyznał, że przebieg protestu jasno pokazuje, że elementy polityczne są bardzo silne, czego nie było przed czterema laty. – Ten protest jest sprowokowany przez polityków i w pewien sposób reżyserowany przez nich – oświadczył.

– Ja jestem odpowiedzialny za kilkaset osób niepełnosprawnych. Wiele razy protestowaliśmy np. w obronie warsztatów terapii zajęciowej, świetlic, ale nikt nie wpadł na to, aby to się działo kosztem osób niepełnosprawnych. Nawet jeśli niepełnosprawni szli na protest, to były to działania jednostkowe – wyjaśnił. Duchowny tłumaczył, że protest sprzed czterech lat pokazał, że choć mogą go wytrzymać osoby starsze, a i też nie wszystkie, to nie jest to już tak oczywiste w przypadku osób niepełnosprawnych z tak kruchą konstrukcją psychiczną. – Dlatego przedłużanie tej formy protestu przez te matki jest z krzywdą dla dzieci. Ja nad tym boleję, bo je popieram w pewnych sprawach. Ale nie tymi metodami – podkreślił kapłan.
………………………………………
Bez REWELACYJNEGO KĄCIKA ZDROWIA, ani rusz

Najlepszą, najwyższą i najbardziej skuteczna formą leczenia jest profilaktyka. Bohaterem NR.1 tego kącika jest właśnie ona, - PROFILAKTYKA, w światowym, najbardziej medycznie fachowym wykonaniu polskiej cudownej Mapy Zdrowia..

..Ja wiem, pisze Łukasz D. King, redaktor wydawanego jeden raz w każdym kalendarzowym miesiącu Biuletynu Mapy Zdrowia, - że wiele rzeczy, które piszę, może się komuś nie podobać. Ale jeżeli ktoś szuka takich informacji, które będą się mu podobały, a nie potwierdzonych naukowo - czyli zgodnych z faktami, powinien czytać blogi i oglądać filmiki na You Tube...

Z.W. / Oto „prawda”, która produkuje miliony nieświadomych nie tylko polskich głupców, - nikogo zupełnie nie obrażając.

- Każdy człowiek ażeby mógł się zajmować czymkolwiek i solidnie z zajęcia tego się wywiązywać, najpierw musi być w pełni zdrowy, później być w pełni przekonany, że chce to robić, a następnie musi doświadczyć swej pracy wstępny, ale pozytywny namacalny rezultat. Dopiero tak przygotowany indywidualny program działań, przynieść może pożądane, spodziewane, ale też oczekiwane pozytywne wyniki własnych działań. Moim, nie zupełnie skromnym zdaniem, na miarę światową właściwym wzorem owych działań, jest nasza Polska „Mapa Zdrowia”.
Poniżej fragmenty tytułów wyjętych z Biuletynu Mapy Zdrowia nr. 35 z marca 2017 :

WODA Z KRANU:
- Najnowsze, naukowe i szokujące fakty, które każdy Polak musi znać
- Picie wody z solą: jaka jest PRAWDA
- Uwaga, smog! Plus:
rośliny, które najlepiej oczyszczają powietrze w domu – według NASA
Szczególny rodzaj medycznej wiedzy niekonwencjonalnej, w olbrzymiej przewadze popartej wiarygodnymi pracami naukowymi, czasem popartej praktyką własną Autora jej prezentacji Łukasza D. Kinga, w nadzwyczajnej, bo niepraktykowanej dotychczas formie fachowego, absolutnie merytorycznego jej przekazu codziennym dziennikiem oraz w każdym miesiącu kalendarzowym nowym Biuletynem Zdrowia, wydawanych drukiem i dostarczanych zwykłą pocztą tradycyjną oraz elektronicznie i dostarczanych drogą internetowej poczty mailowej.

Teraz już sami musicie zdecydować czy i w jakim zakresie publikowana przez Mapę Zdrowia, niespotykana gdzie indziej wiedza prozdrowotna dla wszystkich, przydatna będzie również dla Was do wykorzystania. Życzę ZDROWIA z „Mapą Zdrowia”.

Znacznie więcej, bo bardzo obszerną ilość tej niespotykanej nigdzie indziej i w tak fachowym medycznie, praktycznym rozmiarze podanej wiedzy z tego zakresu, redagowanej przez Łukasza D. King – redaktora biuletynu Mapy Zdrowia, w którą możecie się zaopatrzyć, czy wyposażyć, znajdziecie Państwo: •- dzwoniąc pod nr (22) 123995 (prawdopodobnie konieczne będzie kilkakrotne wykręcenie numeru, - takie jest nasilenie jego używalności i zajętości)
- lub poprzez stronę internetową: www.biuletynzdrowia.pl (i dziesiątki dowolnych do otwarcia plików)

……………………………………………………….
Autorska stopka:
(ZW) – skrót inicjałów Autora – zaznaczony tekst własny
(K – E.P.) >>> - to skrót od słów Kyokushin - Ekstremum Prawdy – najwyż-szy stopień prawdy potwierdzony autopsją własną Autora artykułu używany dla treści bar-dziej obszernych od poniżej określonych


* / ** - Autorskie ciekawe myśli, po-wiedzenia. Inspirujące myśli złote
*** / **** - Autorskie sentencje, aforyzmy; maksymy
**** - Autorskie Apogeum: określenie momentu szczytowego, wartości maksymalnej. Najwyższe możliwe do osiągnięcia jakości, do których należy dążyć.*

Wszelkie pytania, dzielenie się wszechstronnymi uwagami i spostrzeżeniami, także Twoimi propozycjami dotyczącymi moich publikacji, - jeżeli nie odpowiada Ci droga poniższego komentarza, - kieruj proszę bezpośrednio na mój adres mailowy: intermarkbis@wp.pl

Autor artykułu: Zdzisław Wojciechowski - m-c lipiec 2018

Wersja do druku

Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

16 Grudnia 1922 roku
W gmachu "Zachęty" został zastrzelony Gabriel Narutowicz, prezydent RP (ur. 1865)


16 Grudnia 1672 roku
Zmarł Jan II Kazimierz, król Polski (ur. 1609)


Zobacz więcej