Poniedziałek 22 Lipca 2019r. - 203 dz. roku,  Imieniny: Magdaleny, Mileny, Wawrzyńca

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 03.06.19 - 12:53     Czytano: [197]

A GDZIE TU POLSKA?

A GDZIE TU POLAK?



Mimo twierdzeń, że są na najwyższym poziomie, stosunki polsko-żydowskie nigdy po 1989 roku nie były normalne, lecz zafałszowane. Dlaczego? Bo po stronie polskiej określają je ludzie niepolskiego pochodzenia. Jeśli na temat tych stosunków odbywają się jakieś debaty, to biorą w nich udział prawie zawsze te same osoby, o takim samym pochodzeniu, zawsze proponowane przez stronę żydowską, i zawsze rozmawiające na tematy wysuwane przez stronę żydowską. Przyglądając się uczestnikom takiego dialogu, można odnieść wrażenie, że wśród prawie 40-milionów Polaków i 20 milionowej Polonii nie ma nawet kilku osób, które mają coś do powiedzenia w tej sprawie. Stosunki te opanowali całkowicie związani z formacją „Gazety Wyborczej” politycy, dziennikarze, naukowcy, pisarze, a tzw. dialog polsko-żydowski, uwzględniwszy skład narodowościowy biorących w nim udział po obu stronach, stał się jawnie dialogiem żydowsko-żydowskim. Przykład – pierwszy po 89 panel dyskusyjny między „Żydami i Polakami” zwołany w siedzibie francuskiego Senatu, stronę polską reprezentują: Adam Michnik i Dawid Warszawski. To samo w stosunkach polsko-amerykańskich, które dziś jawnie stały się stosunkami żydowsko-żydowskimi. I tu pytanie - czy polski rząd, jak jakiś afrykański kacyk, musi zdawać się (w dodatku za opłatą) na żydowskich pośredników, których interes jest zawsze inny od naszego? Czy jest normalne, że będąc pod żydowskim atakiem, wynajmuje żydowskich pośredników podpowiadających, jak ma się zachować w czasie tego ataku? Polakom wmówili, że bez ich pośrednictwa się nie obejdzie. Amerykanów zapewnili, że tylko oni mogą skutecznie reprezentować amerykańskie interesy w Polsce. Tak nie potrafił zachwalać swego kramu nawet najbardziej cwany handełes z przedwojennych warszawskich Nalewek. I w ten sposób, dzięki polskim (i amerykańskim) frajerom biznes dialogowania się kręci, a nawet sze krenci. Wielce przy tym zabawnie z perspektywy nowojorskich Żydów wyglądać musi, że i władza i opozycja w Polsce „na wyścigi” konkurują o ich względy przy pomocy żydowskich pośredników. Temat drążyć można innym pytaniem: Jakim trzeba być idiotą i zaprzańcem, żeby wybierać w Ameryce na pośrednika nie lobby polskie, czyli Polonię, ale lobby żydowskie? Nasz rząd robi wszystko, aby Polonia nie odgrywała jakiejkolwiek roli politycznej, zamiast lobby polonijne wzmacniać, niszczy je lub każe działać jak drugie lobby żydowskie.

Tak się dzieje od dawna. Po 1945 r. to oni podjęli się roli u Stalina pośredników w trzymaniu za gardło polskiego żywiołu. Kiedy Reagan szukał sposobów dotarcia z dolarową pomocą do opozycji w Polsce, na pośredników zgłosił się Mosad, odkurzył stare kontakty z czasów Bermana i wziął się za wspomaganie opozycjonistów, tyle tylko że... „swoich”. Dalej, już po stanie wojennym i Magdalence, wszystko poszło jak z płatka. I tak etniczna korporacja „pośredniczy” do dziś, dialogując sama z sobą. Broniąc przy tym uporczywie i zawzięcie wyłączności na to pośrednictwo oraz monopolu na wszelkie kontakty z zagranicą, i to bez względu na to, kto w Polsce jest przy władzy. Są przy tym niezwykle elastyczni – dzisiaj mogą być socjaldemokratami, jutro chadekami, pojutrze mniejszością niemiecką, albo frakcją kaszubską. Najpierw byli za komunizmem i komunizmu bronili torturując polskich patriotów, potem przeciwko niemu konspirowali, a w 1989 r. raptem ogłosili, że antykomunizm jest największą podłością. Najpierw wojowali z Bogiem, potem nie sposób ich było wyprosić z zakrystii, a dziś raptem ogłosili, że Kościół zmierza do pedofilskiej dyktatury. Wyczyny propagandowe polskich komunistów z Marca 68 r., uznali za najbardziej haniebny rozdział w historii. Wyczyny ich antenatów w latach 1944-56, to jest mordowanie tysięcy Polaków, uznali za przejaw „tragicznych dylematów intelektualnych polskiej lewicy”. Odzyskanie przez Polskę niepodległości zostało czymś strasznie zapaprane. Polaków pozbawiono radości ze zwycięstwa. To tak jakby Wielkiemu Mistrzowi Krzyżackiemu, który przeżył bitwę pod Grunwaldem dać rezydencję na Wawelu i honorowy tytuł „Wielkiego Polaka”, zaś Zbyszko z Bogdańca ścigać po sądach za nazwanie owego Wielkiego Mistrza psem.

Strasznie dziwne to dialogowanie polsko-żydowskie. Dialog wymaga bowiem dwóch stron. Tymczasem gdy spojrzeć na przebieg tego „dialogu”, gdy wziąć do ręki listę jego uczestników, to nie sposób doszukać się tam strony polskiej. Bo również w imieniu Polaków wypowiadają się osobnicy pochodzenia żydowskiego, i to tacy, którzy przy innych okazjach demonstrują swą żydowskość. Z etnicznymi niewątpliwie Żydami „ścierają się” w tych dyskusjach niemal zawsze krajowi adwokaci żydowskiego nacjonalizmu, kooperanci w produkcji antypolskich oszczerstw. I nikomu nie przychodzi do głowy, by uczciwie uściślić na samym początku, z jakiej pozycji się wypowiada. A można by to naprawić prostym zabiegiem językowym: nie nazywać tego dialogiem polsko-żydowskim, lecz dialogiem żydowsko-żydowskim. Można by też domagać się, aby wyszli z ukrycia, aby zaczęli działać jawnie, aby zachowywali się wobec Polski jak zachowują się Żydzi amerykańscy wobec Ameryki, to jest stworzyli swoje odrębne jawne lobby i nazywali je lobby żydowskim, żeby ilekroć reprezentują interesy żydowskie, czynili to z otwartą przyłbicą, żeby organizacja żydowska lub gazeta żydowska (stojąca w konfliktach między Żydami i Polakami zawsze po stronie Żydów i upatrująca dobro Polski głównie w tym, żeby rządzili nią Polacy żydowskiego pochodzenia) nie mogła w nieskończoność wypierać się tego. Wyraz „żydowski/żyd” musi wrócić do polskiego słownictwa. Nie jako obelga, ale jako informacja - po prostu.

Polscy Żydzi mają święte prawo do tego, żeby posiadać własne, odrębne interesy, żeby o nie zabiegać, żeby mieć własną gazetę (a nie żydowską gazetę dla Polaków), własną reprezentację w Sejmie. Tylko gdzie kto kiedy w „Wyborczej” czytał artykuł domagający się wystawienia żydowskich kandydatów w wyborach? Nikt nigdy, bo Michnik nie chce w Sejmie reprezentacji polskich Żydów. Nie chce, bo to by wprowadziło w stosunki między Polakami a Żydami jasne reguły współdziałania, a on jasnych reguł boi się jak ognia. Bo tylko w atmosferze konspiracji możliwa jest sytuacja, że warszawski polityk w Nowym Jorku podaje się za Żyda, w Warszawie za Polaka, i twierdzi że reprezentuje i lewicę i prawicę i centrum, całą Polskę po prostu, od Tatr aż po Bałtyk. Są przekonani, że trzeba odebrać wszystkim poza nimi prawo do zabierania głosu. Znają tylko jedną metodę dialogowania z nieprzyjazną formacją – całkowita anihilacja. A jaki jest ich najczęściej używany wyraz? „Tolerancja”. Polskie społeczeństwo traktują jako niebezpieczną, wrogą antysemicką dzicz, którą należy zamknąć w getcie. A jaki jest ich drugi, najczęściej używany wyraz? „Antysemityzm”. Produkują wymierzone przeciw Polsce i przeciw Polakom nacjonalistyczne i rasistowskie oszczerstwa. A z czymże to bez przerwy wojują? Z „nacjonalizmem”. Strach przed Polakami, powoduje, że wszystko, co może Polakom szkodzić, staje się mniejszym złem. Od endeckiej zarazy lepsza jest niewola niemiecka i okupacja ruska. Niech rządzą Polską z Moskwy, Berlina, Brukseli, nawet Teheranu, byleby nie rządzili nią ci z Ciemnogrodu.

Dlaczego tak się dzieje? Takie pytanie ciśnie się na usta, gdy po raz kolejny słyszymy, że Ustawa 447 nas nie dotyczy. Powód jest prosty – w urzędach do tego powołanych głos mają ci sami, którzy w Ameryce wytwarzają kłamstwa o „polskich obozach”. I pytać trzeba: Czy od przedstawiciela mniejszości narodowej można oczekiwać obrony polskiego interesu narodowego? Czy u borykającego się z kryzysem tożsamości etnicznej nie dojdzie do konfliktu lojalności? Czy członek diaspory żydowskiej powinien być w polskim urzędzie pełnomocnikiem ds. kontaktów z diasporą żydowską na świecie? Czy Żyd powinien zajmować się stosunkami z Izraelem? Czy Niemiec powinien działać na odcinku niemieckim, na rosyjskim – Rosjanin, na chińskim – Chińczyk? Czy wydziałem wschodnim Agencji Wywiadu musi kierować Ukrainiec? I wreszcie, czy w MSZ nad stosunkami z diasporą polską pieczę sprawować musi członek diaspory żydowskiej? Dzieci i wnuki sowieckich agentów i stalinowskich oprawców, wierni kamraci Kiszczaka, wyselekcjonowani przez Geremka i poleceni przez Urbana - oto antenaci dyplomatycznej elity III RP. Wszyscy dobrze się znają, wspierają, tworzą jednolitą, silnie zintegrowaną wielopokoleniową sitwę. I tu pytanie: Czy gdyby za granicą reprezentowali nas Polacy kierowani poczuciem narodowej dumy, ludzie inni niż mentalni spadkobiercy kominternowskich funkcjonariuszy propagandy, świadomie wchodzący w układy z antypolskimi kręgami na szkodę Rzeczypospolitej, byłoby naszym wrogom tak łatwo sięgać po amunicję antypolonizmu? Nie tylko ludzie do obsługi dialogu polsko-żydowskiego powinni być inni. Inna też powinna być jego formuła. Bo z jednej strony mamy tupet, arogancję, upokorzenia, oskarżenia, a z drugiej bezradną obronę, chowanie głowy w piasek, potulność, nieustanne bicie się w piersi i tchórzliwe merdanie ogonkiem. Przy czym obserwując występy „ekspertów” od dialogu polsko-żydowskiego za granicą ma się wrażenie, że to ludzie inni, niż ci których znamy z Polski - u nas silni, aroganccy; za granicą mali, nieśmiali, zakompleksieni.

Był sobie niegdyś pewien dyplomata. Gdy był w rządzie głównym doradcą „premiera 1000-lecia z miasta Gorzów” pojawiły się informacje, że pracuje dla organizacji żydowskich w USA, domagających się od Polski miliardowych odszkodowań. Gdy usunięto go z tej funkcji, szczególny żal wyraził Światowy Kongres Żydów, który w specjalnym oświadczeniu wygadał się, że dyplomata pracował nie dla polskiego rządu, ale na korzyść organizacji żydowskich. Dowiedzieliśmy się też, że w negocjacjach pomiędzy polskim rządem a Żydowską Komisją Roszczeniową miał być gwarantem doprowadzenia do szybkiej zgody na odszkodowania. Ciekawa była też zawarta w komunikacie wzmianka, dlaczego odszkodowaniami zajmował się tak gorliwie - „jego ojciec, był głową polskiej społeczności żydowskiej w czasach komunizmu”. Obrazu dopełniło to, że był współzałożycielem żydowskiej loży masońskiej Synów Przymierza. Później zostaje „ambasadorem wszystkich Polaków” w Waszyngtonie, czyli tam gdzie głównym zadaniem dyplomaty powinno być przeciwdziałanie angażowaniu się administracji amerykańskiej w kwestie roszczeń organizacji żydowskich i dawanie temu właściwego odporu. W jaki sposób czynił to? Wobec kogo przeważało poczucie lojalności? Przecież Loża B nai B rith Polin, której był założycielem, uważa za główny cel swej działalności „promowanie interesów Izraela”!

Za czasów Schnepfa, bo to o niego chodziło, rzecznikiem ambasady RP w Waszyngtonie i tym samym „medialną” twarzą Polski w Ameryce był pochodzący z rodziny przedwojennych rewolucjonistów Rafał Perl. Jego żona Anna Perl miała posadę w wydziale politycznym Ambasady. Gdy przypomnimy, że konsulem generalnym w Nowym Jorku została Ewa Junczyk-Ziomecka, wcześniej dyrektor w Muzeum Polin i etatowa semitka w Kancelarii Lecha Kaczyńskiego, a w Los Angeles Mariusz Brymora, wcześniej zasłużony w zwalczaniu prezesa Edwarda Moskala konsul w Chicago, a później dyrektor w Departamencie Dyplomacji Publicznej MSZ odpowiedzialnym za karygodną pasywność wobec ofensywy antypolonizmu na świecie – to jasnym stało się, że stosunki polsko-amerykańskie KTOŚ podmienił na stosunki z diasporą żydowską. Tymczasem – z notatki ujawnionej przez Stanisława Michalkiewicza dowiadujemy się, kto dziś w imieniu Polski zajmuje się negocjacjami z „przemysłem Holokaustu” - wszyscy byli podwładni Schnepfa z czasów, gdy był ambasadorem w Waszyngtonie.

Różne były (i są) kryteria doboru ludzi mających w założeniu bronić polskich interesów, tj. pośredniczyć w kontaktach Polaków ze światem zewnętrznym. Ministrem został syn rabina, po nim syn NKWD-zisty Wołodia Cimoszewicz, a po nim brytyjski agent, mąż swojej żony, która była dyrektorem w instytucji szpiegostwa gospodarczego służącej operacjom kapitałów żydowskich. Jeszcze inny miał podwójne obywatelstwo, a zatem zobowiązanie do podwójnej lojalności, a u wszystkich związek z polskością sprowadzał się do miejsca zamieszkania „w tym kraju”. Zdziwienia nie budzą groteskowe sytuacje, gdy raport, notatkę, szyfrogram takiego dyplomaty czyta się jak dokument sporządzony przez obce państwo czy obcą ambasadę. W korespondencji dyplomatycznej uderza bardzo dziwna maniera używania w miejsce „polski”, słów „nasz, nasi”, a w miejsce Polska „ten kraj”. I tak nagminnie mieliśmy (i mamy): nasz minister, nasza ambasada, nasz radca Minc, nasz ambasador Schnepf. Przy czym, ferajna ta była w takim stopniu nasza jak w sformułowaniu „Wyborczej” o „naszym kościele katolickim”. Słownictwo słownictwem, gorzej jednak, że oddaje wiernie zawłaszczenie dyplomacji przez jedną opcję etniczną.

Czy z podejściem PiS do Ukrainy nie ma nic wspólnego wiceprezes tej partii, Ukrainiec z Przemyśla? Czy powodem tego, że pion śledczy IPN nie osądził ani jednego zbrodniarza UPA, a skazanych rezunów zaliczył w poczet osób „represjonowanych przez PRL ze względów politycznych”, nie jest to, że wiele stanowisk w IPN poobsadzano Ukraińcami? Czy tak „ospałe” badanie akt katyńskich i nieśmiałe rozliczanie stalinowskich zbrodniarzy, nie ma związku z tym, że w aktach IPN przewijają się nazwiska protoplastów rządzącej Polską elity? Pytania takie prowokują do snucia teorii spiskowych – że łatwo nakłonić dyplomatę do działania na korzyść innego państwa, a nawet szkodzenia krajowi, w którym pomieszkuje. Prowokują też do ocen – są „polscy” tylko dlatego, że tu mieszkają, a w istocie stanowią mniejszość nie bez powodu nazwaną przez Stefana Żeromskiego „krajowymi cudzoziemcami”. Uderza, że nikt z wypowiadających się na temat kadr MSZ, czy to ze strony szczeropolskiej (licencja ks. prof. Czesława S. Bartnika), czy to obozu kosmopolitów nie wymienia czynnika narodowościowego. Mówi się i pisze niemal o wszystkim, o wykształceniu, o przeszłości partyjnej, preferencjach seksualnych, współpracy z SB, o tym kiedy korzystał z ukraińskiego burdelu w Przemyślu, ale nie ma słowa o narodowości ocenianego. Pisze się o lobby rosyjskim, spekuluje o lobby związanym ze służbami, ale nikt nie śmie powiedzieć słowa o etnicznej jaczejce. W USA jest oczywiste, że opinia publiczna zna pochodzenie ludzi, którzy rządzą, którzy w jakikolwiek sposób decydują o losach Amerykanów. Prześwietla się każdego, nie wyłączając kierowcy ministra. Tam tak – w Polsce niekoniecznie. Tu dla ludzi, którzy swymi mackami opanowali państwo, wszelkie pytania o narodowość, o pochodzenie etniczne są ohydnym „grzebaniem w życiorysach”. A prawda o tym, kto rządzi, wprost poraża.
Temat drążyć można jeszcze innymi pytaniami: Czy w Muzeum Polin, instytucji Państwa Polskiego utrzymywanej przez podatników w 90 procentach polskiego pochodzenia, muszą być zatrudnieni wyłącznie Żydzi? Dlaczego stronie polskiej w tzw. Polsko-Rosyjskiej Grupie do Spraw Trudnych, czyli w jedynym w ostatnich latach forum dialogu polsko-rosyjskiego współprzewodniczył przez lata Adam Daniel Rotfeld, a dialog nabrał absurdalnego i patologicznego charakteru? Czy dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich musi być Adam Eberhardt? Dlaczego POLSKA Akademia Nauk finansuje konferencję naukową w Paryżu, gdy udział w niej bierze ze strony polskiej J.T.Gross? Takie działania są przy tym niezwykle skuteczne, bo Gross za granicą występuje jako „polski naukowiec” i szkaluje nas za granicą jako... Polak. I daje argument oszczercom: tak mówią „polscy naukowcy” i „polscy dziennikarze”, bo tak jest powiedziane w „polskim filmie” zrobionym przez „polskiego reżysera”. Świat lubi zarzucać nam antysemityzm, ale jeszcze bardziej lubi, gdy głośno mówią o tym Polacy, a szczególnie „Polacy” powiązani z „Wyborczą”.

Temat drążyć można jeszcze innym pytaniem – Dlaczego podczas nowelizacji ustawy o IPN „eksperci” od dialogu polsko-żydowskiego zdradzili, gdy brali udział w szczegółowo zaplanowanej machinacji, wiedząc, iż celem działań Izraela nie była bynajmniej „prawda historyczna”, lecz grabież polskiego mienia? Zdradzili także dlatego, bo przekonali polskich idiotów dyplomatycznych, że w całej sprawie chodzi tylko o karanie za „polskie obozy”. Tymczasem nawet dureń widzi, że zmiana przecinka w ustawie nie ma żadnego znaczenia, że Żydzi nie boją się karnych paragrafów, bo mają w Polsce immunitet absolutny i żaden nie został skazany nawet za miliardowy przekręt, a cóż dopiero za „naukowe” badania holokaustu. Przy okazji pokazali, że była to tylko kolejna odsłona dialogu żydowsko-żydowskiego, i że „walka o Polskę” to w istocie dywersja lobby żydowskiego, w której bierze udział Zakon Synów Przymierza in corpore, no i zasłużeni weterani demokracji ludowej z czasów Marca 68, a nawet z czasów demokraty Bermana, że chodziło o licytację, kto da więcej i osadzenie przy władzy ludzi, którzy szybko zaspokoją żydowskie roszczenia.

Nie jest sztuką odróżnić politykę polską od niepolskiej polityki prowadzonej przez jawnych wrogów. Problem zaczyna się tam, gdzie musimy odróżnić politykę polską od polityki tych, którzy działają przeciw nam skrycie, którzy nam źle życzą, dla których los Polski jest zupełnie obojętny. Polsce nie zagraża dziś Rosja, nie zagrażają też Niemcy. Polsce zagraża zanik poczucia narodowego krajowej elity, jej przekupność. Nowojorscy Żydzi sami nie ograbią nas z mienia. Niemcy nie odbiorą nam Ziem Odzyskanych. Znajdą się natomiast „krajowi cudzoziemcy”, którzy to mienie i te ziemie oddadzą Żydom, Niemcom albo Chińczykom. I w tym temacie patriotyczni publicyści mają nieograniczone pole do popisu. Bo gołym okiem widać, że coś jest w powietrzu, że coś się czai, i że pora powiedzieć o tym Polakom.

Od lat widzimy przypadkowe miernoty, którzy zostają premierami. Widzimy ludzi gardzących polskimi interesami, kupczących pozycją Polski w świecie, dla których jedynym celem jest utrzymanie się przy władzy. „Jest wyjątkowo mściwy. Jest rudy i mściwy”; „Kupią, sprzedadzą, zdradzą, zniszczą”- tak w 2014 r. towarzysze partyjni opisali w mokotowskiej knajpie premiera i jego rząd. W dzisiejszej Polsce toczy się jedna wielka wojna i mnóstwo potyczek. Fronty krzyżują się, krzyżują się obce wpływy. A na te wpływy wystawiona jest elita polityczna, czołobitna wobec obcych, w dodatku uwikłana w agenturalną działalność w przeszłości. Czy elita, którą może nastraszyć nowojorski Żyd lub przekupić pierwszy lepszy fagas jest zdolna do obrony polskich interesów w obliczu potężnych i wyrafinowanych nacisków? Polska potrzebuje dziś elit niepodatnych na obce wpływy, nieprzekupnych, upartych, takich, którzy nie wyślą wiernopoddańczej depeszy do Netanjahu czy Putina, nie ustąpią Niemcom w zamian za posadę w Brukseli, nie dadzą się zastraszyć, a w rozmowach z Trumpem będą pamiętać, że nie jesteśmy którymś tam stanem USA, że naszych wrogów nic nie dzieli, że przyjaciele naszych sojuszników nie zawsze są naszymi przyjaciółmi oraz że przy dobieraniu sobie przyjaciół można obejść się bez pomocy nieprzyjaciół. Inne dziś mamy uwarunkowania geopolityczne, ponadczasowa jest jednak doktryna Romana Dmowskiego, która głosi, że Polska może się układać z każdym na arenie międzynarodowej, z każdym państwem i każdą organizacją. Jednak z ośrodka, który wytwarza polską myśl polityczną, należy wypchnąć wszelkie wpływy zewnętrzne, uzależnienia agenturalne, ideologiczne, finansowe.

Krzysztof Baliński

Wersja do druku

Karol P - 06.06.19 1:09
Żydzi powinni żądać odszkodowań od Niemców,ale nie
od Polski!! Od Polski tym zydowskim oszustom wara!!!
Także powinni żądać odszkodowań od Rosji,która w1939r
wraz z Niemcami Hitlera napadła na Polskę i zrabowała
Polskę wschodnią!

Wszystkich komentarzy: (1)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

22 Lipca 1807 roku
W Dreźnie Napoleon nadał Księstwu Warszawskiemu konstytucję i kodeks cywilny.


22 Lipca 1983 roku
Rozwiązano WRON i zniesiono stan wojenny w Polsce


Zobacz więcej