Poniedziałek 13 Lipca 2026r. - 194 dz. roku,  Imieniny: Danieli, Irwina, Małgorzaty

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 19.02.24 - 19:44     Czytano: [1637]

Ślepa Temida


Władysław Ignatowski, znany powszechnie pod pseudonimem Fredek, mieszkał w Nienadowej, w oficynie zamienionego na szkołę rolniczą, starego dworu. Tutaj, dawno temu, urodził się sławny pisarz Aleksander Fredro. I Władysław - może i słusznie - uważał się za jego potomka z nieprawego łoża.

Zanim się odezwał, długo siedział w restauracji "Balaba" w Dubiecku, popijał piwo prosto z butelki i dyskretnie przysłuchiwał się biadoleniu czterech podchmielonych młokosów z Nienadowej.

- Nie trzeba wam adwokata - rzucił nagle do nich. - Taki wyszczekany pyskacz, kurka wodna, wyciśnie was z forsy jak gąbkę, a przeciwko sołtysowi i radnemu i tak nic nie wskóracie.

Wiedział, że chłopcy rozbili w puch zabawę karnawałową, sponsorowaną z unijnych środków integracji społecznej, którą sołtys Wincenty Grabowski i radny Józef Adamczyk zorganizowali w dawnej sali balowej pałacu Fredrów..

Chłopcy mieli ochotę potańczyć. Gdy - nie zważając na to, że impreza miała charakter zamknięty - próbowali wejść do środka, zagrodził im drogę sołtys Grabowski. Doszło do kłótni, w którą wmieszał się narwany Adamczyk. W efekcie tego, obu lokalnych włodarzy, bezceremonialnie, wytarzano w śniegu i obito im tłuste pyski.

Nawet korpulentny wójt Duplaga - wraz ze swoją uroczą, tryskającą seksapilem, nową partnerką - ratował się ucieczką przez okno.

Radny i sołtys wynajęli adwokata i wnieśli sprawę do sądu.

- Skoroś taki mądry, Fredek, i mówisz, że nie trzeba nam adwokata, to powiedz, co mamy robić? - zapytał Franek Gibała, najstarszy z oskarżonych chłopaków.

- Powiem. Pewnie że powiem: Tutaj potrzebny jest, kurka wodna, jeden dobry, wiarygodny i obcy świadek! Nie taki, co przestraszy się, da się zapędzić w kozi róg i ani be, ani me, ani kukuryku?

- Aleś wykombinował! Sami o tym wiemy. Tylko skąd takiego wziąć?

- Podajcie mnie, a gwarantuję, że żadnemu włos z głowy nie spadnie. Będzie was to, powiedzmy, kurka wodna, kosztowało dwie skrzynki czerwonego wina. Jedną postawicie teraz, a drugą po wygranej sprawie.

Ignatowski chciał przypomnieć sołtysowi i radnemu, że jeszcze żyje, bo, robiąc listę honorowych gości zapraszanych na zabawę, najwidoczniej o tym zapomnieli.

Gibała poszeptał coś z Jaśkiem Dylągiem, po czym odwrócił się do Władysława i powiedział:

- Dobra, stary! Nie wiemy, jak możesz nam pomóc, skoro cię tam nie było, ale umowa stoi.

- Byłem, czy nie byłem? Skąd możesz o tym wiedzieć? Najważniejsze, że wiem, co trzeba powiedzieć. Tu idzie o coś więcej? Nie tylko o - rozumianą bardzo wąsko - sprawiedliwość!

Dwa tygodnie później, na rozprawie przed Sądem Rejonowym w Przemyślu, po wysłuchaniu świadków oskarżenia i błyskotliwej mowie najdroższego w mieście adwokata, który kilka razy odwoływał się do jakiejś "Ślepej Temidy", chłopcom wydawało się, że są ugotowani.

Gdy jednak "na scenie" pojawił się Ignatowski, rozprawa, niespodziewanie zamieniła się w teatr jednego aktora.

- Wysoki sądzie! - Władysław pochylił łysą głowę w kierunku wyglądającego surowo i poprawnie, jak zgrabnie skreślony paragraf z kodeksu karnego, młodego sędziego. - Wybaczy Sąd moje śmiałe słowa, ale muszę to powiedzieć: Wy, prawnicy, siedzicie tutaj za pieniądze. Ja natomiast, przyjechałem z własnej woli, za darmo, aby zaświadczyć o prawdzie! Wierzę, że Sąd weźmie pod uwagę wszystkie okoliczności, które tutaj wyjawię, i wyda sprawiedliwy wyrok.

- Sprzeciw, Wysoki Sadzie! - odezwał się adwokat. - Świadek odbiega od tematu.

Sędziemu spodobał się ten rozsądnie mówiący, poważny człowiek.

- Dziękuję za zaufanie do Sądu. Teraz jednak proszę przejść do rzeczy i powiedzieć nam, co pan wie w tej sprawie.

- Powiem. Pewnie, że powiem, ale tylko to, co widziałem na własne oczy. Tamtego dnia, około północy, wracałem z żoną z Dubiecka od teściowej. W Nienadowej, przed pałacem, stała grupa młodzieży. Niektórzy z nich zaglądali przez okna do sali tanecznej, gdzie w najlepsze bawili się miejscowi dygnitarze, ale nie robili nic złego. W pewnym momencie z budynku, z kijami od mioteł w rękach, wybiegli obecni tutaj sołtys Grabowski i radny Adamczyk. Obaj zataczali się klnąc jak szewc, gdy zamiast w zelówkę młotkiem trafi w palec, i zaczęli wypychać młodzież na ulicę, a później, bez powodu, gdy chłopcy ociągali się z odejściem, grzmocić kogo popadnie kijami po plecach. W ten sposób wszczęli z niczemu niewinnymi chłopakami bójkę, w której sami także musieli ucierpieć. Później w świetlicy pogasły światła i wszyscy bili się na kupę, nie wiedząc kto, kogo i za co szarpie za włosy i okłada pięściami.

Tak to wyglądało, Wysoki Sadzie! Dlatego ja, jako bezstronny świadek tego, pożal się Boże, incydentu, tego nadużycia władzy, uważam, że sołtysowi i radnemu woda sodowa, a dokładniej mówiąc wódka, uderzyła do głów i nikt inny, tylko oni sami odpowiadają za wywołanie tej gorszącej, publicznej burdy.

Adwokat strony skarżącej dwoił się i troił, próbując podważyć wiarygodność niewygodnego świadka, ale nic nie wskórał.

Kilka dni później, w niedzielę po południu, pięciu mężczyzn siedziało przy ognisku nad stawem. Wszyscy na leszczynowych patykach piekli grube pęta kiełbasy i opędzali się od komarów. W wodzie, chłodziła się skrzynka czerwonego wina.

- Fredek, to od Fredry? - zagadnął Jasiek Dyląg.

- Tak. Dawno temu, kurka wodna, pewna panienka, w której się zabujałem i pisałem dla niej wiersze, tak mnie nazwała i przylgnęło na całe życie? Chociaż, dużo rzeczy przemawia za tym, że łączy mnie z nim jakieś rzeczywiste pokrewieństwo, a nie tylko duchowe. Jednak nie czas teraz o tym opowiadać.

- W każdym razie, tak jak obiecałeś, broniłeś nasze tyłki i za to ci jesteśmy wdzięczni, Gdyby nie twoje zeznanie, to może siedzielibyśmy teraz w ciupie. Ale nie wiedziałem, że z ciebie taki, kuty na cztery nogi, głowacz.

- Młody jesteś i wiele rzeczy jeszcze o mnie nie wiesz.

- A o co chodziło temu adwokatowi z tą ślepą kurą, czy papugą? - zapytał Janek Maliszewski, trzeci ze świętujących wygraną sprawę oskarżonych.

- Nie papugą, zakuta pało, tylko Temidą - sprostował go Gibała.

Ignatowski spojrzał na błyszczącą w czerwonym słońcu, spokojną jak lustro taflę wody.

- Jak ci to wytłumaczyć, młodzieńcze??? - Najprościej mówiąc, Temida, to taka piękna, nieśmiała dama, do której wszyscy czują miętę; która - jak wy to dzisiaj mówicie - chciałaby i boi się. A na dodatek chce być jeszcze sprawiedliwa i dawać każdemu wedle jego zasług. Nie zawsze jednak jej się to udaje. Dlatego, zdarza się, że obdarza względami kogoś, kto sobie na to niczym nie zasłużył. Ale - jakby powiedział Cześnik z komedii "Zemsta" sławnego Aleksandra, w którego ogrodzie siedzimy: Może ona jest i ślepa, mocium panie, ale na pewno nie głucha, więc, aby zrzuciła dla ciebie to i owo ze swojego zgrabnego, boskiego body, trzeba - jak każdej kobiecie - szeptać jej do ucha czułe słówka.

Wiesław Hop - pisarz i publicysta związany z Podkarpaciem (Rzeszowski Oddział Związku Literatów Polskich). Autor sześciu powieści (Spacer ze śmiercią, Wbrew woli, Poranek pełen nadziei, Przed wyrokiem, O północy w Bieszczadach i Długa noc) oraz zbioru opowiadań Wilki i ludzie i inne bieszczadzkie opowieści). W 2020, za działalność pisarską, odznaczony honorową odznaką "Zasłużony dla Kultury Polskiej", laureat konkursów literackich oraz nagrody "Złote Pióro 2021" w kat. proza, a także "Książka Roku 2021". Wszystkie wymienione powieści autora, z wyjątkiem Poranek pełen nadziei, zostały również wydane w formie audiobooków przez Wydawnictwo Lind & Co, więc są także dostępne w wersji do słuchania.

Wersja do druku

Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

13 Lipca 1864 roku
Urodził się Henryk Hoyer, polski biolog, uznawany za twórcę polskiej szkoły anatomii porównawczej (zm. 1947)


13 Lipca 2012 roku
Zmarł Jerzy Kulej, polski pięściarz, dwukrotny mistrz olimpijski, komentator sportowy, Poseł na Sejm RP IV kadencji (ur. 1940r.)


Zobacz więcej