Dodano: 27.02.15 - 11:48 | Dział: Kresy w życiu Polski i narodu polskiego

USA, przeproście Polskę za Jałtę!


11 lutego 2015 roku minęła 70 rocznica konferencji jałtańskiej, czyli spotkania przywódców koalicji antyhitlerowskiej (tzw. Wielkiej Trójki): Związku Sowieckiego Józefa Stalina, premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla i prezydenta USA Franklina Roosevelta. Miała ona decydujące znaczenie dla powojennego kształtu Europy. W odniesieniu do spraw polskich, to ta trójca z piekła rodem oderwała połowę przedwojennego terytorium Polski – tzw. Ziemie Wschodnie (Kresy) wraz z arcypolskimi miastami: Lwowem i Wilnem na rzecz Związku Sowieckiego, a samą Polskę oddała w niewolę sowiecką, która trwała 45 lat – do 1989 roku.

W 1989 roku Polska zrzuciła sowieckie kajdany. Po odzyskaniu wolności nowych sojuszników musieliśmy szukać na Zachodzie. Niestety, ówcześni politycy polscy, tak z kręgów Solidarności jak i Socjaldemokracji Rzeczypospolitej Polskiej (obecnie SLD) zapomnieli, że Polska jest w Europie i jako takich sojuszników może mieć tylko w krajach Europy Zachodniej, zrzeszonych w Unii Europejskiej i NATO (dzięki Bogu, że Polska jest w Unii Europejskiej i NATO, bo tylko te dwa fakty zabezpieczają dzisiaj Polskę przed imperializmem Putina/Rosji; NATO to nie tylko USA). Wybrano sojusz bardzo egzotyczny – ze Stanami Zjednoczonymi, czyli krajem, który jest nie tylko za górami i morzami, ale także za Oceanem Atlantyckim, krajem dla którego nie mamy żadnego znaczenia geopolitycznego (poza terenem, na którym mogła by się toczyć wojna z Rosją: już w okresie zimnej wojny USA w tzw. doktrynie Sonnenfeldta /Hal Sonnenfeldt – Żyd niemiecki na usługach Białego Domu/ z 1975 roku USA przewidywały zniszczenie Polski bronią nuklearną i ten scenariusz jest wciąż aktualny!), ale który także ograbił nas z Kresów i oddał Stalinowi w niewolę na pół wieku. Z krajem dla którego liczy się tylko biznes (pieniądz jest tam bogiem) i którego JEDYNYM prawdziwym sprzymierzeńcem są Żydzi i Izrael, co zawsze otwarcie mówią urbi et orbi wszyscy prezydenci amerykańscy od 40 lat podczas spotkań amerykańsko-izraelskich. Wreszcie z krajem, który bardzo pragnie upadku Unii Europejskiej (niedawna wypowiedź ambasador USA w Kijowie Victoria Nuland: „Fuck the EU” – pierdolić Unię Europejską; który spodziewał się, że Polska w Unii Europejskiej będzie jego „koniem trojańskim”). Z krajem, który mógłby, ale nie chce robić dużych inwestycji w Polsce (o co bezskutecznie zabiegali wszyscy polscy prezydenci podczas wizyt w USA). Wreszcie z krajem, który przoduje na świecie w szkalowaniu Polski i Polaków (Polish jokes, polskie obozy koncentracyjne, nazistowska Polaka, Oskar za antypolską „Idę” itd.).

Dodajmy tu, że opracowana w 30 rocznicę Jałty doktryna Sennenfeldta, według słów Ronalda Reagana, jest "sprzedażą podbitych narodów (tj. amerykańską chęcią utrzymania Jałty – sowieckiego panowania w Europie Wschodniej) i zmuszaniem ich do zaakceptowania swojego niewolnictwa" (Hal Sennenfeldt, Wikipedia).

Wszyscy politycy warszawscy od tamtego czasu – wbrew logice - uważają Stany Zjednoczone nie tylko za sojusznika, ale za najważniejszego sojusznika Polski, chociaż wiele przykładów temu zaprzecza (jak chociażby permanentny i poniżający godność Polaków brak zgody Senatu amerykańskiego na zniesienie wiz dla Polaków czy rezygnacja z tarczy antyrakietowej w Polsce, wykorzystywanie Polski do wykonywania dla Ameryki brudnej roboty – osławione więzienie CIA w Polsce, które zaszargało opinię Polski na całym świecie!). Hasłem wszystkich polityków polskich po 1989 roku jest: „Razem z Ameryką na dobre i na złe, chociażby to miało doprowadzić do zagłady Polski i narodu polskiego, a na koniec z wielką chęcią razem z nią do piekła”.

I w taki to sposób Polska w 1989 roku stała się pachołkiem Białego Domu/Ameryki. Bowiem Biały Dom za to, że Polacy (NIE USA!) uważają go za swego sojusznika postawił swoje warunki oraz wystawił i wystawia Polsce coraz to nowe rachunki i zdradliwe propozycje (jak np. pchanie Polski do wojny z Rosją).

Pierwszym warunkiem Białego Domu było CAŁKOWITE zapomnienie przez Polskę i Polaków o Jałcie – o krzywdzie jaką ona wyrządziła naszej ojczyźnie i nam. Warunek ten Polska spełnia w stu procentach, czego najlepszym dowodem jest nie tylko nie domaganie się przeprosin Białego Domu za tę zbrodnię i nie poruszanie sprawy rekompensaty za nią, ale także chociażby zupełne zignorowanie obecnej 70 rocznicy przez rząd i na usługach rządu mediów w Polsce. Nie nazywa się Jałty V rozbiorem Polski. Chce się narzucić narodowi hasło: Polacy w Jałcie dla Polski i dla was nic złego się nie stało. – Dobrze, że Biały Dom nie żąda, abyśmy na placu Defilad w Warszawie wznieśli niebosiężny pomnik Stalinowi, Rooseveltowi i Churchillowi w podzięce za Jałtę!

Z warunkiem przemilczania amerykańskiej zbrodni na Polsce i Polakach w Jałcie idzie w parze narzucenie Warszawie prowadzenia przez nią amerykańskiej polityki w Europie wschodniej, czyli tej, którą od ponad 25 lat uprawiają rządy „polskie” jako rzekomo polską politykę wschodnią. Polityka ta, mająca w pełni służyć tylko interesom USA, jest oparta na antypolskich bredniach Jerzego Giedroycia, który sam był agentem amerykańskim, co udowodnił czarno na białym nie kto inny, a tylko Jan Nowak-Jeziorański, kierownik Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, który zdradził (miesięcznik RWE „Na Antenie” czerwiec 1972), że paryska „Kultura” Jerzego Giedroycia jest finansowana przez Amerykanów (a kto płaci ten żąda). Tak więc Polska bez najmniejszej krytyki, a tym bardziej sprzeciwu musiała zaakceptować amerykańsko-angielską zdradę Polski w Jałcie w 1945 roku, obecne wschodnie granice Polski z Litwą, Białorusią i Ukrainą i prowadzić stuprocentową politykę appeasementu wobec nacjonalizmu ukraińskiego (za swoich sojuszników politycznych na Ukrainie Biały Dom wybrał faszystowskich nacjonalistów – banderowców!), litewskiego i białoruskiego. I tylko dlatego żaden rząd warszawski nigdy nie protestował i nie protestuje przeciwko prześladowaniu Polaków na Ukrainie i Litwie, za stawianie pomników ukraińskim ludobójcom - mordercom ponad 100 tys. Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej podczas II wojny światowej we Lwowie i Zachodniej Ukrainie i nie żąda zwrotu zagrabionego nam we Lwowie i Wilnie dziedzictwa narodowego.

Jak widzimy, amerykańska tzw. polska polityka wschodnia, bardzo szkodliwa dla naszego kraju, ma służyć tylko i wyłącznie wschodnioeuropejskiej polityce amerykańskiej. Widać to bardziej niż wyraźnie właśnie teraz, kiedy Ameryka za cenę wydanych przez nią na ten cel 5 miliardów dolarów doprowadziła w ubiegłym roku do zamachu stanu na Ukrainie i do trwającej tam wojny domowej i kiedy pcha rząd warszawski/Polskę do wojny z Rosją, wmawiając Polakom ustami tzw. polskich polityków, że w polskim interesie leży to, aby Rosja była oddalona od Polski o 1000 kilometrów, czyli aby nie graniczyła z Rosją. Tymczasem starczy spojrzeć na mapę polityczną Europy, aby od razu zauważyć, że Ukraina wcale nie oddziela Rosji od Polski, gdyż z Rosją już graniczymy na odcinku Warmii i Mazur – z rosyjskim okręgiem kaliningradzkim. Udział Polski w wojnie na Ukrainie czyli w wojnie z Rosją nie leży w polskim interesie narodowym i może sprowadzić na Polskę straszne nieszczęście. I tego właśnie chce Ameryka bo leży ono w amerykańskim imperialistycznym interesie: osłabi Rosję i spowoduje wrogość do niej wolnego świata, a jej umożliwi, po wyeliminowaniu Rosji z gry, skoncentrowanie się na grożącym Ameryce niebezpieczeństwie chińskim, który naprawdę martwi Biały Dom. Bowiem jakby doszło do wojny polsko-rosyjskiej, to na drugi czy najwyżej trzeci dzień po jej wybuchu czołgi rosyjskie, który wyruszyłyby z obwodu kaliningradzkiego, jechały by ulicami Warszawy! Poza tym Rosji wystarczy zrzucić trzy bomby atomowe – na Warszawę, Kraków i Częstochowę, aby na zawsze unicestwić naród polski (skryte i niekiedy jawne marzenie większości Żydów amerykańskich; starczy zaglądnąć do prasy amerykańskiej z grudnia 1981 roku jak się oni cieszyli, że gen. Jaruzelski wprowadził stan wojenny w Polsce!). Bo to co zostanie po tych trzech bombach już nigdy się nie podniesie. A Amerykanie, oddaleni od Polski tysiące kilometrów, nawet nie ruszą palcem u nogi w bucie, tak jak to zrobili Francuzi i Anglicy we wrześniu 1939 roku, bo Polska dla Ameryki nie była, nie jest i chyba nigdy nie będzie partnerem strategicznym – jest bez żadnego znaczenia geopolitycznego i dlatego Ameryka nie będzie ryzykowała wojny atomowej z Rosją. Polska może być jedynie wykorzystywana do brudnej amerykańskiej roboty (jak np. wojna w Iraku, więzienie CIA w Polsce czy właśnie wojna na Ukrainie).

Poza wpychaniem Polski do wzięcia udziału w wojnie na Ukrainie Ambasada Amerykańska w Warszawie ma jeszcze tylko jeden inny cel swego istnienia w stolicy Polski – naciskanie na rząd polski, a czyni to już ponad 20 lat, aby Polska dała Żydom amerykańskim (jakim prawem!!!) i Izraelowi aż 60 miliardów dolarów za mienie zagrabione Żydom polskim przez hitlerowców i komunistów sowieckich rządzących Polską za przyzwoleniem Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. W krajach cywilizowanych-praworządnych jeśli nie ma spadkobierców to pozostawiony przez zmarłych majątek przechodzi na własność państwa. Tak jest także w Ameryce. I właśnie ta prożydowska Ameryka chce, aby to prawo nie obowiązywało w Polsce. Bo bogaty Żyd (wiele razy bogatszy od przeciętnego Polaka) musi być jeszcze bardziej bogatszy.

Gdybym ja był premierem Polski to zaprosiłbym w tej sprawie do Warszawy prezydenta USA i premiera brytyjskiego i powiedział im: Damy Żydom/Izraelowi 60 miliardów dolarów natychmiast po otrzymaniu od was 120 miliardów dolarów za oderwanie od Polski w Jałcie w 1945 roku przez Stalina, Roosevelta i Churchilla połowy jej przedwojennego terytorium i sprezentowanie go Związkowi Sowieckiemu oraz oddanie samej Polski w sowiecką niewolę na okres 45 lat. Sprawiedliwość nie może przysługiwać tylko Żydom! Poza tym spytał bym się dlaczego za żydowskie kamienice we Lwowie i Wilnie musi płacić podatnik polski, a nie Ukraińcy i Litwini, którzy od 1945 roku okupują (w sensie moralnym) te polskie miasta?

Tak, ja tak bym przedstawił tę sprawę prezydentowi Stanów Zjednoczonych i premierowi Wielkiej Brytanii. Tak bym zrobił bo jestem Polakiem. I tym się różnię od polityków Platformy Obywatelskiej i „Polskiego” Stronnictwa Ludowego, z których tacy Polacy jak z koziej d... trąba. Wyszło na jaw, że rząd PO-PSL chciał sprywatyzować polski skarb narodowy – polskie lasy i uzyskane z tej prywatyzacji pieniądze dać Żydom i Izraelowi. Tylko ujawnienie tego skandalu uniemożliwiło dokonanie tej kradzieży – tego łajdactwa.

A przede wszystkim powiedział bym prezydentowi USA i premierowi Wielkiej Brytanii, że naród polski oczekuje od nich oficjalnych przeprosin za ich krzywdę wyrządzoną Polsce w Jałcie.

Ale jak widać, naród polski ciągle cieszy się Tuskową „ciepłą wodą w kranie” i wcale nie reaguje na antypolską politykę kolejnych rządów warszawskich od 1989 roku. Widać, że niczego więcej nie pragnął i nie pragnie jak właśnie ciepłej wody w kranie.

Należy postawić sobie pytanie: czy naród polski nadal pragnie istnienia państwa polskiego? Może więcej „ciepłej wody” zaoferują mu nowi zaborcy?

Dzisiaj, kiedy Biały Dom tak ostro potępia rosyjski rozbiór Ukrainy, tym bardziej powinien poczuwać się do obowiązku przeproszenia Polaki i Polaków za ich – również sprzeczny z prawem międzynarodowym! – współudział w rozbiorze Polski w Jałcie w 1945 roku. Jeśli tego nie chcą uczynić, to dają świadectwo temu, jakimi są hipokrytami i jeszcze jeden więcej dowód na to, że wcale nie są prawdziwymi sojusznikami Polski. Że traktują nas jak jakiegoś głupiego Jasia.

Polska we własnym interesie powinna utrzymywać jak najlepsze stosunki z USA, bo to największy i najpotężniejszy kraj Zachodu, którego od 1000 lat jesteśmy członkiem. Bo także wiele dobrego z nim nas łączy, jak chociażby wielka Polonia amerykańska i wkład Polaków w rozwój Ameryki (nie było wkładu Ameryki w rozwój Polski!). Ale nie za cenę bycia pachołkiem Białego Domu i amerykańskich Żydów.

Litwini: „Polacy na Litwie to wszy narodu litewskiego”

W stosunkach międzyludzkich nie ma nic gorszego nad nacjonalizm, rasizm i nietolerancję, co dowiodła historia ludzkości. Dlatego przeciwko wrogości człowieka do człowieka wypowiedział się bardzo dobitnie sam Bóg, dając nam dwa przykazania miłości: 1. Będziesz miłował Pana Boga swego ze wszystkiego serca swego, ze wszystkiej duszy swojej i z wszystkich sił swoich. 2. A bliźniego swego jak siebie samego. Co więcej, Pan Jezus powiedział abyśmy miłowali nawet naszych nieprzyjaciół, ponieważ nieprzyjaciele są także naszymi bliźnimi, a Jezus Chrystus tak nauczał słowem i przykładem.

Trzeba nie być chrześcijaninem i jednocześnie być chamem nad chamami, nacjonalistą nad nacjonalistami i rasistą nad rasistami aby – i to publicznie – nazywać jakiś naród podludźmi, robactwem, świniami itp. podobnymi obelżywymi epitetami godzącymi w godność człowieka, który został stworzony na obraz i podobieństwo boże.

Z tego chamstwa, nacjonalizmu i rasizmu zasłynęli w świecie hitlerowcy i ich fuehrer (wódz) Adolf Hitler. Hitler nie był jednak pierwszym, który przedstawicieli jednego z narodów - Żydów nazywał „robactwem”. Przed nim był m.in. jeden Litwin – polityk litewski Mikołaj Krupawiczius/Mykolas Krupavičius (1885-1970).

Otóż podczas posiedzenia litewskiego Sejmu Ustawodawczego 6 lipca 1921 roku ksiądz polski i zarazem poseł do litewskiego parlamentu z listy polskiej Bronisław Laus (1872-1941) został publicznie – z mównicy sejmowej nazwany przez nacjonalistę i chadeckiego posła litewskiego Mikołaja Krupawicziusa „wszą”, który następnie podobnym epitetem obdarzył całą mniejszość polską na Litwie, nazywając ją „wszami naszego litewskiego narodu”. Atak na Polaków Krupawicziusa zachęcił innych nacjonalistycznych posłów litewskich do rzucenia krzesłem w ks. Lausa przez ludowca Jonasa Bildušasa i do pobicia innego posła polskiego - Józefa Śnielewskiego tego samego dnia, co doprowadziło do wycofania się z działalności sejmowej aż do końca kadencji w październiku 1922 roku wszystkich posłów polskich w sejmie litewskim.

Wszyscy wiemy że Hitler był bezbożnikiem – wrogiem chrześcijaństwa, a przede wszystkim Kościoła katolickiego. Stąd opanowały go zwierzęce instynkty, był jak gdyby opętany przez Szatana. Tymczasem Mikołaj Krupawiczius był rzekomo chrześcijaninem, a nawet księdzem katolickim i założycielem pod koniec I wojny światowej Litewskiej Partii Chrześcijańsko-Demokratycznej, która współrządziła Litwą do 1926 roku.

Z człowieka tego (czy był on człowiekiem?!; według mnie człowiekiem jest tylko ta osoba co zachowuje się jak człowiek, a osobnik, który zachowuje się jak wściekły zwierz, a nawet gorzej niż wściekły zwierz, zatraca człowieczeństwo i upodabnia się do dzikiego zwierzęcia; także czy sługa Szatana jest człowiekiem – dzieckiem Boga?!) buchała na milę iście zwierzęca nienawiść do Polski, Polaków i wszystkiego co polskie, a przede wszystkim właśnie do Polaków na Litwie, których „z głęboką chrześcijańską miłością bliźniego” obdarzył skrajnie obraźliwym epitetem: „wszami”. Jako ksiądz w Godlewie, Wejwerach i Kalwarii na Suwalszczyźnie prześladował tamtejszych Polaków. Wcześniej, kiedy w latach 1923-26 był ministrem rolnictwa, był odpowiedzialny za przeprowadzenie reformy rolnej w radykalnej postaci (której był współprojektantem) – do konfiskaty bez odszkodowania czyli kradzieży (!; VII przykazanie boże: „Nie kradnij”) polakom 1 miliona ha ziemi uprawnej i lasów, co doprowadziło do wielkiego zubożenia polskiego ziemiaństwa na Litwie.

Krupawiczius uważał się za katolika i patriotę litewskiego. Tymczasem nie był ani katolikiem, ani nawet prawdziwym patriotą litewskim. W „Katechizmie religii katolickiej” (Warszawa 1957) czytamy (str. 92): „Który katolik źle miłuje Ojczyznę. – Źle miłuje Ojczyznę ten, kto: 1. chce Ojczyźnie pomóc w sposób grzeszny, 2. krzywdzi lub gnębi inne narody. – Tak czynił Hitler i zbrodniarze niemieccy, którzy z nim współpracowali. Wiara katolicka potępia dążenie do potęgi własnego narodu i państwa w sposób zbrodniczy i nieuczciwy. Cel nie może uświęcać środków”.

W dzisiejszej Litwie Mikołaj Krupawiczius, którego dusza jest bez wątpienia potępiona na wieki!, ten polakożerca uchodzi za bohatera narodowego i jest w różny sposób czczony. M.in. Poczta Litewska w 2010 roku wypuściła znaczek z jego podobizną, z okazji 40 rocznicy jego śmierci.

Krupawiczius jest czczony przez współczesnych Litwinów jako bohater narodowy, gdyż bardzo mało Litwinów jest dzisiaj praktykującymi katolikami, a przede wszystkim dlatego, że w okresie Litwy Kowieńskiej (1918-40) i sowieckiej Litwy (1945-91) polakożerstwo na Litwie było chlebem powszednim i dzieci litewskie piły go z mlekiem matki.

To zasadna konkluzja z tego co powiedział niedawno historyk litewski Alfredas Bumblauskas. W audycji „Komentarze tygodnia” w prywatnej litewskiej stacji telewizyjnej TV3 powiedział: „Cała nasza litewska tożsamość jest antypolska. My, współczesny naród litewski, urodziliśmy się jako antypolacy. Najważniejsi XIX-wieczni twórcy naszej tożsamości narodowej mówili, że podstawowym dążeniem tworzącego się narodu litewskiego powinno być wyzwolenie się spod dominacji polskiej (zasianie nienawiści do Polski i Polaków i wszystkiego co polskie). Stąd, przy najmniejszym pretekście, Litwini tak łatwo wpadają w złość na swojego strategicznego sąsiada - Polskę."

Zdaniem Bumblauskasa każdy humanista i naukowiec litewski powinien zadać sobie pytanie, co osobiście zrobił, by przezwyciężyć te uformowane w okresie międzywojennym antypolskie stereotypy we wszystkich naukach, a w tym i w polityce. Jego zdaniem w tej dziedzinie nie zrobiono nic albo bardzo mało (Kresy24.pl 18.5.2011).

Po co jednak ci humaniści i naukowcy litewscy mają się wysilać i zwalczać polakożerstwo wśród Litwinów, skoro współczesnym Polakom (wyjątki potwierdzają regułę) wisi to, że Litwini nazywają nas „wszami” i że prześladują Polaków w Wilnie i na Wileńszczyźnie? Skoro rządy „polskie” ani myślą stawać w obronie praw narodowych i ludzkich Polaków na Litwie!

Polacy, oddajcie Kraków Ukraińcom!

Kraków to miasto z krwi i kości arcypolskie – to po prostu serce Polski. Można wyobrazić sobie Polskę bez niektórych znanych miast polskich, ale nie bez Krakowa, który przejściowo w latach 1039-79 i 1138-1290 oraz na dłużej – w latach 1296-1795, chociaż od 1596 (ostatecznie od 1609 r.) siedzibą dworu królewskiego była Warszawa; Kraków pozostawał oficjalną stolicą Polski do upadku państwa polskiego w 1795 roku. Zamek na Wawelu był siedzibą królów polskich, a w katedrze krakowskiej są groby królów polskich. Polskie biskupstwo katolickie w Krakowie powstało w 1000 roku, a jego arcybisku-metropolita Karol Wojtyła został w 1978 roku papieżem. Uniwersytet Jagielloński jest najstarszym polskim uniwersytetem. A całe miasto jest jedną wielką skarbnicą polskiego dziedzictwa narodowego. Natomiast w historii Ukrainy i narodu ukraińskiego Kraków nie odegrał żadnej roli (mało znaczące wyjątki potwierdzają regułę).

Naród ukraiński jest pozbawiony swoich państwowych dziejów, które rozpoczęły się nad Dnieprem dopiero w 1917 roku, a definitywnie w 1991 roku. Żadne miasto ukraińskie do 1917 roku, a właściwie do 1934 roku, nie pełniło roli stolicy Ukrainy. W 1934 roku z Charkowa do Kijowa została przeniesiona stolica sowieckiej Republiki Ukraińskiej i miasto zostało automatycznie w 1991 roku stolicą pierwszego w dziejach państwa ukraińskiego (w latach 1917-20 były tylko nieudane próby powstania państwa ukraińskiego).

Naród ukraiński nie miał przez kilkaset lat, czyli od chwili swego powstania w XVI wieku, własnego państwa, własnej stolicy, swoich królów i tym samym własnych zamków królewskich. Ale miał i ma bujną fantazję i swoistą manię wielkości, której patronuje nacjonalizm ukraiński. A chociaż mamy już XXI wiek jest on obrzydliwą formą XIX-wiecznego wprost zwierzęcego w swej dzikości i brutalności nacjonalizmu, który doprowadził do wybuchu aż dwóch wojen światowych – w 1914 i 1939 roku.

Ukraińska bujna fantazja połączona ze zwykłą głupotą i okraszona chorobliwą manią wielkości (narodu, który nie odegrał prawie żadnej lub wręcz żadnej roli w dziejach Europy!) zrodziła we Lwowie – obecnie gnieździe zwyrodniałego i antypolskiego nacjonalizmu ukraińskiego, książkę pt. „Ukraińskie miejsca w Polsce”, z której czytelnik ukraiński dowiaduje się, że Ukraińcy są w Polsce takimi samymi autochtonami jak Polacy i że nazwa "Polska" pochodzi od staroukraińskiego plemienia Polan, a nie od Polaków-Lechitów. Co więcej - jak podają autorzy publikacji - od V do X wieku całe południe i wschód Polski, włącznie z terytorium dzisiejszej Warszawy, zasiedlały przeważnie plemiona ukraińskiego pochodzenia. Kraków to natomiast staroukraińskie miasto, które w 999 roku, pod naciskiem Niemców, dostało się pod polską okupację.

Tego nie można komentować, to można tylko wykpić – powiedział wówczas dr Stanisław Stępień, historyk i dyrektor Południowo-Wschodniego Instytutu Naukowego w Przemyślu („Rzeczpospolita” 7.5.2010).

Jednak ukraiński mit o rzekomo starodawnym ukraińskim Krakowie nie zrodził się w 2010 roku. Jest on dużo, dużo starszy. Zadziwiające jest to, że w tę bajkę uwierzyli nie tylko prości-ciemni ludzie, ale także elita grekokatolików ukraińskich ze Lwowa i Małopolski Wschodniej. A oburzające jest to, że ci „wykształceni” ludzie mają w sobie tyle głupoty i tupetu, że domagają się od Polski/Polaków „oddania” Ukrainie Krakowa, który przecież jest odległy do ziem zamieszkałych przez Ukraińców aż o 220 km w linii prostej, a na obszarze między obecną granicą polsko-ukraińską a Krakowem mieszkają prawie sami Polacy i to w liczbie około 3-4 mln (włącznie z Krakowem).

Trzeba być dobrze chorym umysłowo i bezczelnym, aby coś takiego mówić i popierać!

A jednak.

W 1988 roku wizytował Australię prymas Polski, kard. Józef Glemp, który był wówczas także zwierzchnikiem ukraińskich i łemkowskich grekokatolików w Polsce. Na Mszę św. w kościele polskim w Marayong w Sydney, z tego właśnie tytułu zaproszeni zostali ukraińscy duchowni grekokatolicy ze swoim najważniejszym duszpasterzem – biskupem Iwanem Praszko z Melbourne. Ci ludzie wręczyli Prymasowi Polski wtedy prezent: była to ładnie oprawiona mapa Ukrainy, na której terenie znajdował się także Kraków!

Dowiedziałem się o tym od ciągle pracującego w Australii znanego księdza polskiego, który był świadkiem tego wydarzenia. Powiedział mi: „Oglądałem to „cudo” na własne oczy i nie mogłem pojąć subtelności tego prezentu”.

Ta mapa bez wątpienia jest przechowywana w zbiorach polskiego Kościoła katolickiego. Powinni zainteresować się nią polscy historycy, politolodzy i sami politycy. Powinna być opisana i skomentowana.

No cóż, polscy miłośnicy nacjonalistów ukraińskich i banderowców ze Lwowa, różni Kowale, Kaczyńscy, Komorowscy, Kopacze w spódnicy i inni. Przyszedł czas na oddanie Krakowa Ukraińcom. Nie powinno to sprawiać wam żadnego problemu. Wszak Polskę, Polaków i polską rację stanu macie gdzie jest bardzo ciemno. Wszak, na rozkaz z Białego Domu w Waszyngtonie, dla banderowskiej Ukrainy jesteście gotowi wywołać nawet wojnę z Rosją, po której z Polski może nic nie zostać.

Marian Kałuski
(Nr 105)