Deprecated: mysql_connect(): The mysql extension is deprecated and will be removed in the future: use mysqli or PDO instead in /domains/kworum.com.pl/public_html/drukuj.php on line 35

Dodano: 01.11.13 - 22:10 | Dział: Kresy w życiu Polski i narodu polskiego

J. Giedroyć renegatem i agentem?


Czy redaktor paryskiej „Kultury” Jerzy Giedroyć był agentem amerykańskim?

Jedyną polską instytucją polityczną na emigracji, która do upadku komunizmu w Polsce w 1989 roku uznawała zabór polskich Ziem Wschodnich przez Związek Sowiecki w 1945 roku była redagowana przez Jerzego Giedroycia paryska „Kultura”, która nawoływała Polaków do tego, aby pogodzili się z utratą Lwowa i Wilna, aby zaakceptowali rzeczywistość panującą w Europie Wschodniej po II wojnie światowej.

Skąd się wzięła w zespole redakcyjnym „Kultury” taka koncepcja?

Znany historyk angielski, bardzo prosowiecki i obsesyjny wróg państw Europy Środkowo-Wschodniej, w tym Polski, Allan J.P. Taylor (1906-1990) w serii Historia XX wieku pisze bez żadnych ogródek, że mocarstwa zachodnie postąpiły logicznie i zgodnie ze swą wolą i racją stanu, przekazując po II wojnie światowej pod wpływy sowieckie państwa Europy Wschodniej, które, skłócone ze sobą, były i mogły by być ponownie zarzewiem konfliktów międzynarodowych. Według niego powyższe posunięcie amerykańsko-angielskie rozwiązało np. sprawę polską jako zagadnienie międzynarodowe; sprawy polskie, m.in. wschodniej granicy Polski mógł teraz dowolnie rozwiązać sam Związek Sowiecki. Pozostała jednak otwartą sprawa polska jako wewnętrzne zagadnienie amerykańskie i angielskie: w Ameryce ze względu na kilkumilionową Polonię amerykańską, a w Anglii przez przebywanie w Londynie (emigracyjnego) rządu polskiego – do lata 1945 jedynego legalnego rządu polskiego, mającego międzynarodowe uznanie, 250-tysięcznej rzeszy Polaków, a przede wszystkim przez fakt istnienia dużej Armii Polskiej (do 1947 r.). Jednocześnie w okupacyjnych strefach Niemiec przebywało także kilkaset tysięcy Polaków, w tym ok. 300 tysięcy z Kresów, którzy przez zaistniały podział Europy nie chcieli wracać do komunistycznej tzw. Polski Ludowej, a na dokładkę bez Kresów. Tak Amerykanie jak i Anglicy starali się ten ich wewnętrzny problem polski rozwiązać wszelkimi możliwymi środkami, m.in. przez prowadzenie ostrej polityki wobec nieprzejednanych Polaków, o czym pisał w amerykańskiej prasie polonijnej (przedruk w sydneyskich „Wiadomościach Polskich”) świadek tego, późniejszy pisarz Wiesław S. Kuniczak (1930-2000), a także przez odpowiednio prowadzoną propagandę – wśród Polaków i przez „Polaków”, którzy zostali ich agentami, po polsku i niby polską. Nie wiem czy wydawany w Paryżu od 1947 roku i redagowany przez Jerzego Giedroycia miesięcznik opiniotwórczy „Kultura” był tworem tej działalności, ale jest faktem, że w odpowiedzi p. Giedroyciowi, w którego „Kulturze” napisano, że założone przez Amerykanów Radio Wolna Europa nie ma prawa uważać się za polską placówkę, gdyż jest przez nich finansowane, dyrektor Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa, p. Jan Nowak, napisał („Na Antenie” czerwiec 1972), że na tej samej zasadzie „Kultura” też nie powinna być uważana za polską instytucję. A Nowak chyba wiedział co pisze i drukuje!

Po upadku komunizmu w Polsce w 1989 roku wszystkie kolejne rządy polskie (rządy ciemniaków i wyprane z patriotyzmu!) będąc serwilistyczne wobec Ameryki uznały Jerzego Giedroycia za swego guru i zaakceptowały i realizują z uporem targowiczan politykę kresową paryskiej „Kultury”.

Andrij Bondar, ukraiński poeta, tłumacz (przetłumaczył na ukraiński Ferdydurke Witolda Gombrowicza) i publicysta z Kijowa, znający język polski i obeznany nieźle w sprawach polskich w rozmowie z ukraińskim portalem rewizor. ua (kresy.pl 17.12.2011) na tematy polsko-ukrańsko-rosyjskie powiedział: „Ideologia współczesnej Polski to w 99% zasługa Jerzego Giedroyca i paryskiego magazynu ’Kultura’. To właśnie według szablonów Giedroyca jego współtowarzysze zbudowali aktualny model stosunku Polski do Ukrainy” oraz Litwy i Białorusi. Niestety, politycy polscy i polscy w cudzysłowie nie zważają na to, że jest ona w wielu punktach sprzeczna z polską racją stanu. I polska racja stanu na tym cierpi oraz Polacy pozostali na Kresach.

W obronie prawdy historycznej i dobrego imienia Polaków

14 sierpnia 1385 roku w Krewie (pow. Oszmiana, woj. wileńskie, po 1945 r. Białoruś) Litwa i Polska dobrowolnie zawarły unię personalną, a 1 lipca 1569 roku w Lublinie ponownie dobrowolną z obu stron unię realną. Wraz z Litwą w skład Rzeczypospolitej weszły wszystkie ziemie białoruskie i wszystkie ziemie rdzennej Ukrainy, które wcześniej podbiła czy przyłączyła do siebie Litwa. Polska w swej historii nigdy, powtarzam, nigdy nie podbiła żadnych ziem Litwy, Białorusi i rdzennej Ukrainy. Znalazło się jednak pismo polskojęzyczne wydawane za amerykańskie pieniądze, które w sposób karygodny dopuściło się obrzydliwego kłamstwa historycznego oraz bezpodstawnego i niczym nie uzasadnionego szkalowania narodu polskiego.

Otóż w majowym (Nr 5/356 – 1977 r.) numerze paryskiej „Kultury” ukazała się redakcyjna, czyli de facto Jerzego Giedroycia Deklaracja w sprawie ukraińskiej, w której czytamy m.in.: „Nie można tu nie wspomnieć krzywd, wyrządzonych Ukrainie ze strony wielowiekowego polskiego imperializmu”.

Żaden sprawiedliwy Polak nie może zaprzeczyć, że i z naszej strony spotkały Ukraińców poważne krzywdy. Ale pomawianie – w ponoć polskim piśmie, a z pewnością w piśmie o międzynarodowym zasięgu – Polaków o wielowiekowy imperialzm – to nie tylko mijanie się z prawdą historyczną, ale także wielka zniewaga Narodu Polskiego! To bezmyślne i niczym nie uzasadnione poniżanie godności narodowej! (przysłowie angielskie mówi: szanuj siebie samego, a będą ciebie szanować). Tym bardziej, że w tej deklaracji nie został równocześnie potępiony prawdziwy i naprawdę wielowiekowy imperializm rosyjski w odniesieniu do Ukrainy!

Zresztą przekonywująco udowodnił, że Polska nie prowadziła polityki imperialistycznej znany publicysta i szermierz pojednania polsko-ukraińskiego Józef Łobodowski w artykule Deklaracja w sprawie ukraińskiej, który ukazał się w londyńskim „Tygodniu Polskim” z 28 maja 1977 roku.

Warto także zwrócić uwagę na to, że nawet prezes Towarzystwa Polsko-Ukraińskiego w Wielkiej Brytanii, p. Kazimierz Trębicki, poczuł się zmuszony zabrać głos w tej sprawie i wyrazić także na łamach „Tygodnia Polskiego” z 11 czerwca 1977 roku, ubolewanie „że w Deklaracji znalazł się ustęp o krzywdach wyrządzonych Ukrainie ze strony wielowiekowego polskiego imperializmu”

Ze swej strony dołączamy do tego protestu W IMIĘ OBRONY PRAWDY HISTORYCZNEJ I DOBREGO IMIENIA NARODU POLSKIEGO”

Marian Kałuski
Redaktor naczelny
„Tygodnik Polski” (Melbourne) 16.7.1977

Red. Jerzy Giedroyć zarzucał Polsce i Polakom zbrodnie wobec Ukrainy, których Polaka i Polacy nie popełnili. Jednocześnie tuszował lub kazał Polakom zapomnieć- nic nie mówić o PRAWDZIWEJ ukraińskiej zbrodni ludobójstwa (100-120 tys. ofiar) popełnionej na Polakach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej podczas II wojny światowej. Prof. Bogumił Grott pisze: Do dziś pamiętam, jak Jerzy Giedroyć w radiowym wywiadzie, dokładnie dwa tygodnie przed śmiercią, problem mordów UPA na Polakach skwitował krótkim: należy zapomnieć (Wiktor Poliszczuk - historyk przemilczanych zbrodni (27 Dywizja Wołyńska AK, Biuletyn Informacyjny, nr 1(101), styczeń-marzec 2009 Warszawa; wikipedia.pl).

Jak mówi rosyjskie porzekadło: plunąć (na Giedroycia) i czapką przykryć. Na nic lepszego ten człowiek sobie nie zasłużył za strony Polaków (chociaż Instytut Literacki robił często dobrą robotę)!

Renegat i agent Jerzy Giedroyć?

Aby zrozumieć dobrze myśli Jerzego Giedroycia dotyczące polskiej polityki wschodniej, która jest z determinacją realizowana przez wszystkie rządy polskie – niezależnie od koloru przekonań politycznych – po 1989 roku, należy najpierw zapoznać się z biogramem redaktora paryskiej „Kultury”.

Otóż nie ulega wątpliwości, że Jerzy Giedroyć (1906 – 2000) urodził się jako Polak, ale nie zmarł jako Polak. Chociaż emigracyjne wydawnictwa litewskie (przez Polaków nie czytane!) uważały go za Litwina, to raczej zmarł jako „ni pies ni sobaka”, jako dziwak i internacjonalista – może nie typu sowieckiego, ale jednak, jako człowiek, którego koncepcja polityczna wiele już zaszkodziła i nadal szkodzi Polsce i polskim interesom.

Giedroyciowie byli rodem kniaziowskim pochodzenia litewskiego, który już dawno, dawno temu ulegli w naturalny sposób polonizacji - przez wyższą kulturę polską, życie w państwie polskim i języka polskiego oraz mieszane małżeństwa. Jednak z takimi osobami nic nigdy nie wiadomo co zrobią głupiego. Najlepszym tego przykładem może być Andrzej Szeptycki (1865 – 1944), rzymskokatolik, wychowany w polskiej kulturze i w polskim języku, syn dawno spolonizowanego Rusina (ale nie Ukraińca!) i matki etnicznej Polski – Zofii, córki wielkiego polskiego komediopisarza Aleksandra Fredry i brat Stanisława (1867 – 1950), generała Wojska Polskiego i w 1923 ministra spraw wojskowych II RP. Za obiecaną mu w Watykanie (gdzie mu przypomniano jego rzekomo ciągle aktualne ruskie pochodzenie) godność grekokatolickiego arcybiskupa lwowskiego, nie tylko że stał się grekokatolikiem i Ukraińcem, ale także wielkim i niebezpiecznym wrogiem Polski, Polaków i wszystkiego co polskie. Prawdziwym renegatem!

Podobnie było z Jerzym Giedroyciem. Pochodził z rodziny od wieków spolonizowanej, a pomimo tego żył faktem jej jakoby ciągłego litewskiego pochodzenia, co było dziwactwem, gdyż np. Amerykanie, którzy 10 czy nawet 5 pokoleń wstecz byli Irlandczykami, Niemcami czy Polakami na pewno na co dzień nie żyją myślą, że są ciągle Irlandczykami, Niemcami czy Polakami. A przy tym Giedroyć nie brał przykładu z zacnych i zasłużonych oraz Polskę kochających Giedroyciów, ale raczej z tych upadłych i zdrajców, jak np. z Jana Stefana Giedroycia (1730- 1802), który dzięki poparciu Rosjan i ich króla polskiego Stanisława Augusta został w 1778 biskupem żmudzkim, był przeciwnikiem konstytucji 3 maja i gorącym zwolennikiem konfederacji targowickiej; po stłumieniu powstania kościuszkowskiego 1794, gdy pewien podległy mu ksiądz w jego obecności użył słów obrażających carycę Katarzynę II, Giedroyć nakazał go aresztować, czym zasłużył sobie na podziękowanie posła rosyjskiego Repnina. Znany był z promowania swoich krewnych Giedroyciów na stanowiska kościelne; jednym z nich był jego następca na tronie biskupim żmudzkim Józef Giedroyć (1754 – 1838), który po III rozbiorze Polski w 1795 roku jako delegat Księstwa Żmudzkiego udał się z misją dziękczynną do Katarzyny III; a drugim biskup sufragan żmudzki Szymon Giedroyć (1764 – 1844), który także wysługiwał się gorliwie zaborcy rosyjskiemu.

Jerzy Giedroyć urodził się w od dawna polskiej rodzinie, ale z własnej inicjatywy, jak już wspomniałem, żył jej litewską przeszłością; urodził się w Mińsku, a więc dzisiejszej stolicy Białorusi, w 1931 roku ożenił się z Rosjanką Tatianą Szwecow. W tym fakcie definitywnie nie ma nic złego, ale z drugiej strony obrazuje on frywolny/lekceważący stosunek Giedroycia do tragicznych dziejów polsko-rosyjskich. Także jego brat Henryk (1922-2010), który prowadził paryski Instytut Literacki w latach 2003-10, był ożeniony z Włoszką, co świadczy o tym, że w tej rodzinie nie przywiązywano dużej wagi do polskości i jej podtrzymywania. W 1994 roku Jerzy Giedroyć odmówił przyjęcia polskiego Orderu Orła Białego, natomiast w 1997 roku przyjął honorowe obywatelstwo Litwy! No i najważniejszy fakt: dyrektor Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa, p. Jan Nowak, napisał („Na Antenie” czerwiec 1972), że paryska „Kultura” Jerzego Giedroycia jest finansowana przez Amerykanów. Nikt za darmo nikogo nie finansuje. Jest bardzo poważne przypuszczenie, że Amerykanie finansowali „Kulturę” za wybialanie-usprawiedliwianie ich zbrodni w Jałcie w 1945 roku, gdzie prezydent USA Roosevelt, premier Wielkiej Brytanii Churchill i dyktator Związku Sowieckiego Stalin zaakceptowali sowieckie panowanie w Polsce i oderwanie od Polski Ziem Wschodnich, włącznie z arcypolskimi miastami – Lwowem i Wilnem. Jeśli to prawda, to red. Jerzy Giedroyć był płatnym agentem amerykańskim i, jak wyżej wspomniani biskupi Giedroyciowie, renegatem! Nie takim jak grekokatolicki arcybiskup Andrej Szeptycki, ale takim jakim był margrabia Aleksander Wielopolski (1803-1877).

I właśnie ten fakt tłumaczy, umożliwia nam lepiej zrozumieć myśli Jerzego Giedroycia dotyczące polskiej polityki wschodniej.

Myśli te sformułował wraz z Juliuszem Mieroszewskim („Londyńczykiem”, człowiekiem-dziwakiem, który przez tragiczny los swego ojca we Lwowie, znienawidził to miasto, a tym samym polski Lwów!), w 1974 roku w artykule pt. Rosyjski 'kompleks polski' i obszar ULB opublikowanym na łamach „Kultury” (nr 9). Ich główna myśl wyrażała się w sformułowaniu, iż suwerenność Ukrainy, Litwy i Białorusi (ULB) jest czynnikiem sprzyjającym niepodległości Rzeczypospolitej, natomiast zdominowanie tych krajów przez Rosję otwiera drogę do zniewolenia także Polski i że Polska w imię przyjaźni z Ukrainą, Litwą i Białorusią powinna ustępować tym państwom we wszystkim – we wszystkich spornych i nawet we wszystkich innych kwestiach (to było credo wystąpień Giedroycia). A więc przede wszystkim powinna uznać narzuconą Polsce w Jałcie wschodnią granicę Polski i raz na zawsze zapomnieć – po prostu zapomnieć o tym, że Lwów i Wilno były kiedykolwiek polskie czy starać się o zwrot zagrabionych przez Stalina polskich skarbów narodowych (które po 1991 r. są w większości w łapach ukraińskich, litewskich i białoruskich).

Wielu Polakom, szczególnie patriotom polskim, trudno było zaakceptować koncepcję Jerzego Giedroycia. Odrzucała ją zdecydowanie jeśli nie cała, to prawie cała emigracja polska, uważając ją za „szkodliwe pięknoduchostwo”. W kraju, gdzie 45 lat antypolskich rządów komuny na usługach Kremla, zniszczyło duszę wielu milionów Polaków, nawet tych uważających się za inteligentnych i należących do opozycji antykomunistycznej, wśród których było także bardzo wiele osób wypranych z patriotyzmu i mało inteligentnych, zdania były podzielone. Bardzo duży wpływ w grupie zwolenników koncepcji Giedroycia, szczególnie wśród polityków, miały takie osoby jak Adam Michnik czy Jacek Kuroń, który otwarcie i w sposób wyjątkowo brutalny i antypolski mówił, że cieszy się, że Lwów jest dzisiaj ukraiński, chociaż sam pochodził z tego miasta. To nie naród, ale właśnie ludzie nowej władzy zadecydowali o przyznaniu Jerzemu Giedroyciowi doktoratu honoris causa przez Uniwersytet Jagielloński w 1991 roku, Uniwersytet Wrocławski i Uniwersytet Warszawski w 1998 roku, Uniwersytet w Białymstoku, Szczeciński i Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie w 2000 roku, Nagrody Kisiela w 1992 roku, Orderu Orła Białego w 1994 roku i o ustanowieniu przez Sejm 28 lipca 2005 roku rok 2006 Rokiem Jerzego Giedroycia. W 2001 roku redakcja dziennika rządowego „Rzeczpospolita” we współpracy z giedroyciowskim Instytutem Literackim w Paryżu ustanowiła doroczną Nagrodę im. Jerzego Giedroycia.

Wśród oponentów koncepcji Jerzego Giedroycia wyrosła krytyka jego założeń, która uzewnętrzniła się w pojęciu sformułowanym przez wrocławskiego socjologa prof. Zbigniewa Kurcza - tzw. „mitu giedroyciowskiego” w jego książce Mit giedroyciowski wobec wyzwań polskiego sąsiedztwa na Wschodzie (w) Pogranicza i multikulturalizm w warunkach Unii Europejskiej: Implikacje dla wschodniego pogranicza Polski (t. 2, Białystok 2004).

Niestety, po upadku rządów komunistycznych w Polsce w 1989 roku koncepcja giedroyciowska znajdowała i ciągle znajduje zwolenników wśród ludzi rządzących krajem. Koncepcja ta jest w pełni realizowana, chociaż po rozpadzie Związku Sowieckiego w 1991 roku i po przystąpieniu Polski do NATO i Unii Europejskiej nie tylko że straciła na znaczeniu, ale stała się wręcz niedorzeczna. Zdaniem krytyków mit giedroyciowski miał jakiś sens dopóty był koncepcją uniwersalną, dopóki istniało wspólne dla wszystkich krajów: Polski, Ukrainy, Litwy i Białorusi zagrożenie. Natomiast po wygaśnięciu tego zagrożenia na plan pierwszy wysunęły się inne obawy - co do wzajemnych stosunków Polski z jej nowo powstałymi wschodnimi sąsiadami. „Mit giedroyciowski” jest interpretowany przez niektórych historyków jako poświęcenie pewnych zasad, prawdy historycznej i interesów Polski, za cenę innych zasad (fałszywie pojmowanych „uniwersalnych zasad demokratycznych”) i dobrosąsiedzkich stosunków ze wspomnianymi trzema byłymi republikami Związku Sowieckiego. Według prof. Bogumiła Grotta „mit” ten, prowadził nie tylko do przemilczeń, ale i prostego zakłamania, jak w przypadku odsuwania na margines sprawy masowych mordów ludności polskiej na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej dokonanych przez ukraińskich nacjonalistów. B. Grott pisze: Do dziś pamiętam, jak Jerzy Giedroyć w radiowym wywiadzie, dokładnie dwa tygodnie przed śmiercią, problem mordów UPA na Polakach skwitował krótkim: należy zapomnieć (Wiktor Poliszczuk - historyk przemilczanych zbrodni (27 Dywizja Wołyńska AK, Biuletyn Informacyjny, nr 1(101), styczeń-marzec 2009 Warszawa: wikipedia.pl). – Czy Giedroyć odważyłby się powiedzieć Polakom, aby zapomnieli o Katyniu czy Żydom, aby zapomnieli o houlkauście, bo to wyjdzie na dobre obu narodom i ich państwom?!

Zdecydowaną krytykę założeń giedroyciowskich wcielanych w Polsce w życie przez rządy polskie po upadku Związku Sowieckiego przedstawił także prof. Czesław Partacz w swojej pracy Przyczyny i tło konfliktu polsko-ukraińskiego w latach 1939-1947 (w:) Biuletyn 27 Dywizji Wołyńskiej AK, Nr 1 (101), Warszawa 2009. Stwierdził tam, że poświęcenie prawdy historycznej dla dobrosąsiedzkich stosunków ukazuje naiwność i fałszywość nowej polityki wschodniej Polski, a teza Giedroyca, że bez niepodległej Ukrainy nie ma niepodległej Polski według Partacza świadczy o nieznajomości historii i geopolityki, oraz jest ahistoryczna i antypolska.

Koncepcja Jerzego Giedroycia jest przede wszystkim antypolska. To definitywnie przez nią rządy polskie po 1989 roku nie podjęły zdecydowanych starań o odzyskanie skradzionych nam przez Stalina i obecnie przetrzymywanych bezprawnie polskich dóbr narodowych i nie walczą zdecydowanie o prawa pozostałych Polaków na Litwie, Ukrainie i Białorusi. Nawet wówczas, kiedy, w przypadku Litwy, która tak jak Polska należy do Unii Europejskiej i nie przestrzega jej polityki wobec mniejszości narodowych, rząd polski mógłby walczyć o te prawa w Brukseli. Mógłby także walczyć z pomnikami stawianymi przez Ukraińców Stepanowi Banderze, który jest odpowiedzialny za rzezie Polaków na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, ale, stosując się do nauki swego guru – Jerzego Giedroycia, nie chce tego robić. Wolą być polactwem niż Polakami!

Przeklęty jest dzień, w którym urodził się Jerzy Giedroyć i w którym napisał za amerykańskie pieniądze swoje myśli o polskiej polityce wschodniej.

Vytautas Landsbergis – rzekomy przyjaciel Polski i Polaków

Kto śledzi uważnie stosunki polsko-litewskie, ale nie te między rządami Polski i Litwy, ale te międzyludzkie oraz te w Wilnie i na Wileńszczyźnie, ten jest świadomy tego, że nie są one najlepsze. Gorzej, są wręcz wrogie i wina za ten stan rzeczy spada tylko i wyłącznie na Litwinów, bo oni są tam dzisiaj z łaski Stalina panami arcypolskiego Wilna i Wileńszczyzny. Odnosi się wrażenie, że swą nienawiść do Polski i Polaków wypijają z mlekiem matki. Bo ich matki piły tę nienawiść do Polaków z mlekiem swoich matek – „kochanek” czy uczennic skrajnego Polakożercy – największego siewcy nienawiści do Polski i Polaków w przedwojennej Litwie Antanasa Smetony, tego „z chłopa król” prezydenta tego państewka w latach 1919-20 i 1926-40 (w 1904 r. ożenił się z Polką Zofią Chodakowską, który później brutalnie zmuszał do wyparcia się swej polskości). Nie, przeze mnie nie przemawia nienawiść do Litwinów, bo nienawidzić można tylko silniejszego od siebie wroga, a Litwa i Litwini są kompletnym zerem na mapie świata (państwem na zadupiu Europy) i niewidzialnymi postaciami wśród ludności globu. Powtarzam, ci co obruszają się na to co tu piszę, bo tacy na pewno są – bo idiotów na świecie nie brak, niech sami zapoznają się z tematem. Np. niech poczytają sobie wypowiedzi litewskich internautów na tematy polskie w litewskim polskojęzycznym portalu „Delfi.li”. Ja tylko rejestruję to Polakożerstwo. A że nie mam serca dla Litwinów, to pytam się: jak można lubić było np. gestapowców czy enkawudystów lub lubić jakiegokolwiek Polakożercę na świecie?!

Jednym z czołowych polityków współczesnej Litwy jest Vytautas Landsbergis, jeden z przywódców Sajudisu i głowa państwa litewskiego w latach 1990-92, potem m.in. przewodniczący Sejmu litewskiego i od 2004 roku deputowany do Parlamentu Europejskiego. Przodkowie Landsbergisa byli Niemcami i przybyli na Litwę z wojskiem Napoleona w 1812 roku. Chociaż Litwa do 1915 roku była pod panowaniem rosyjskim, królował w niej język polski i wszyscy poza chłopami i księżmi litewskiego pochodzenia (którzy byli szermierzami w sianiu nienawiści między Litwinami i Polakami!: „...ośrodkiem jątrzącym pozostawał Kościół, a raczej duchowieństwo katolickie, które propagowało litewskość często w sposób bezwzględny” Henryk Wiser Wojna nie wojna Warszawa 1978) czuli się Polakami. Tak było z Landsbergami. Spolszczyli się, chociaż w tym czasie Rosjanie walczyli z Polakami i polskością na Litwie. Taka była ich niewymuszona wola. Ale przyszedł rok 1917, w którym okupanci niemieccy na Litwie wspólnie z nacjonalistami litewskimi utworzyli państewko litewskie, które zerwało unię z Polską. I wówczas ci dobrowolnie spolonizowani Landsbergowie uznali, że trzeba znowu zmienić łódkę – swoją narodowość. Stali się patriotami litewskimi za 30 srebrników; bo zrobili to dla kariery! Część rodziny Landsbergów zmieniała swoje nazwisko na litewskie – Żemkalnis, inni zostali Landsbergisami. Jak pisze Zbigniew Siemienowicz, nacjonaliści litewscy stawiali Polakom na Litwie za przykład rodzinę Landsbergów. Nacjonalistyczny polityk, ks. Mykolas Krupavicius przemawiając w Sejmie litewskim powiedział: „Landsbergowie, chociaż Polacy, są prawdziwymi patriotami Litwy” (Ślepa wierność stereotypom tkwi w sensie narodowości „Kurier Wileński” 25.7.2011).

I w taki to sposób nasz dzisiejszy Vytautas Landsbergis jest nie tylko Litwinem, ale także szowinistą litewskim i Polakożercą. Bo Pan Jezus słusznie powiedział: „Po owocach ich poznacie”. Landsbergis maskował się w ciemnościach, ale w dziennym świetle prawda wyszła na jaw. W blasku Słońca zobaczyliśmy gębę Polakożercy. Wstawię tu informację, że Vytautas Landsbergis z nieznanych mi powodów, zna język polski; może dlatego, że w okresie sowieckim nasz język otwierał Litwinom Zachód, który nie mogli poznawać korzystając z języka litewskiego i rosyjskiego. Kiedy powstał Sajudis i odradzała się Litwa, kraj ten i Litwini nie mieli sojuszników na Zachodzie. Polska mogła torował im drogę na Zachód. I wtedy właśnie dowiedzieliśmy się, że Vytautas Landsbergis zna polski i jest wielkim przyjacielem Polaki i Polaków. Nasi nie za bardzo inteligentni politycy po 1989 uwierzyli w te brednie i wierzyli w nie długo. W 1999 roku prezydent PRL-bis Aleksander Kwaśniewski nadał Vytautasowi Landsbergisowi Krzyż Wielki Orderu Zasługi Rzeczypospolitej!

Ale powolutku szydło wychodziło z worka. O rzekomym przyjacielu Polski i Polaków mieliśmy coraz więcej informacji-dowodów na to, że Vytautas Landsbergis nie tylko nie jest przyjacielem naszej ojczyzny i nas, ale jest nie tylko wrogiem Polski i Polaków, ale zwykłym, ohydnym Polakożercą. Czym to udowodnił i udowadnia? Przede wszystkim tym, że jest wręcz obrzydliwym wrogiem pozostałych po Jałcie 1945 roku Polaków w Wilnie i na Wileńszczyźnie – jego marzeniem i celem jest ich całkowita asymilacja; gdyby mógł to by prowadził taką samą politykę wobec nich jaką prowadził wspomniany wyżej prezydent Litwy Antanas Smetona, a kto wie, może dla opornych pobudował by litewski Auschwitz! Chciałby aby rząd polski dał Litwinom wolną rękę odnośnie Polaków w Wilnie i na Wileńszczyźnie, aby się nimi w ogóle nie zajmował; chciałby aby rząd polski potępił przynależność arcypolskiego i przez Polaków zamieszkałego Wilna do przedwojennej Polski, co on i Litwini uznają za okupację (z czym jednak się nie zgodził obecny polski minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski); chciałby aby Polacy w ogóle zapomnieli o tym, że te ziemie kiedyś należały do Polski i były polskie w całym tego słowa znaczeniu i aby dzieje Polski i Litwy były prezentowane według wykładni litewskiej, czyli ograniczały się do szkalowania Polski i Polaków (eksponowania przewinienia i „przewinienia” Polaków przy jednoczesnym przemilczaniu prawdziwych zbrodni litewskich popełnionych przez Litwinów na Polakach, jak np. w Ponarach) oraz zakłamywania przez nich historii; chciałby, aby Polska sprezentowała Litwie polską Suwalszczyznę; chciałby aby rząd polski był zawsze pachołkiem Litwy w sprawach ją interesujących.

Ten, kto w to jego chciejstwo tu sprezentowane nie wierzy, niech go poprosi o wypowiedzenie się w tych sprawach, niech poczyta prasę i książki litewskie i niech porozmawia z Polakami z Wilna i Wileńszczyzny na ten temat.

Jedno nie ulega wątpliwości: jeśli to jego chciejstwo zostało by przez nas urzeczywistnione, to wówczas nawet ja nie kwestionował bym twierdzenia, że Vytautas Landsbergis jest prawdziwym i szczerym przyjacielem Polski i Polaków. - Polaków? Czy raczej wtedy polactwa?!

Spełnienie tego Landsbergisowego chciejstwa byłoby całkowicie zgodne z koncepcją polskiej polityki wschodniej zaproponowanej przez redaktora paryskiej „Kultury” Jerzego Giedroycia.
Ale jego koncepcja nie dotyczy tylko Litwy, a także Ukrainy i Białorusi. Polska – rząd polski musiałby dać zgodę na wykończenie pozostałych Polaków na Ukrainie i Białorusi, potępić wielowiekową polską okupację ziem Zachodniej Ukrainy i Zachodniej Białorusi, zapomnieć o tym, że te ziemie kiedyś należały do Polski, że Lwów był arcypolski i na to, aby dzieje Polski i Ukrainy oraz Polski i Białorusi były prezentowane według wykładni ukraińskiej i białoruskiej, zwrócić Ukrainie Ziemię Przemyską, Ziemię Chełską i Podlasie, a Białorusi Białostocczyznę oraz na to aby Polska była także zawsze pachołkiem Ukrainy i Białorusi w sprawach te państwa interesujących.

To jasno pokazuje jak idiotyczna i antypolska była i jest koncepcja polskiej polityki wschodniej Jerzego Giedroycia, który przez bardzo wielu polityków polskich po 1989 roku jest uważany za jakieś bożyszcze, który oświeca ich rozum – rozum, niestety, pełen trocin i renegactwa. Bo tylko renegaci mogą uważać za mądre i propolskie koncepcje polityczne Giedroycia!

Kardynał Stefan Wyszyński o Lwowie

Na kazaniu w dniu pogrzebu śp. generała Romana Abrahama, który odbył się we Wrześni (Wielkopolska) 1 września 1976 roku, kard. Stefan Wyszyński powiedział m.in.: generała Romana Abrahama historia widziała „na szańcach Lwowa jako obrońcę Miasta Zawsze Wiernego, które dziejami i kulturą głęboko jest wszczepione w dzieje Narodu i więzi tej nie zdoła rozerwać. Świadom był tej więzi Żołnierz, który ongiś bronił Lwowa, a teraz prosił, by trumnę jego ustawiono w Katedrze Warszawskiej Świętego Jana, w pobliżu tablicy przypominającej Cmentarz Obrońców Lwowa...”.

Polskie towarzystwa naukowe we Lwowie do 1939 roku

Po uzyskaniu w Wiedniu autonomii przez Galicję w 1867 roku i objęciu w niej władzy przez Polaków, Lwów stał się wielkim ośrodkiem nauki polskiej – do odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku był największym na ziemiach polskich ośrodkiem nauki polskiej. W niepodległej Polsce 1918-39 Lwów był drugim, po Warszawie, największym polskim ośrodkiem naukowym w kraju. W mieście działały polskie wyższe uczelnie: uniwersytet, politechnika (obie te uczelnie należały do najlepszych w Europie!), akademia rolnicza (w Dublanach k. Lwowa, ale całkowicie związana z miastem), akademia weterynaryjna, wyższa szkoła leśna i wyższa szkoła handlowa oraz powstały i działały owocnie liczne towarzystwa naukowe z dorobkiem, który wszedł na trwałe do historii nauki polskiej.

We Lwowie do 1939 roku działały następujące polskie specjalistyczne towarzystwa naukowe według kolejności ich powstawania: Zakład Narodowy im. Ossolińskich – Ossolineum – 1817 r., Polskie Towarzystwo Historyczne – 1866 r., Polskie Towarzystwo Przyrodników im. M. Kopernika – 1875 r., Polskie Towarzystwo Leśne – 1882 r., Towarzystwo Literackie im. Adama Mickiewicza – 1886 r., Polskie Towarzystwo Medycyny Weterynaryjnej – 1886 r., Polskie Towarzystwo Filologiczne – 1893 r., Polskie Towarzystwo Ludoznawcze – 1895 r., Polskie Towarzystwo Filozoficzne – 1904 r., Towarzystwo Naukowe we Lwowie – 1920 r., Polski Związek Entomologiczny – 1922 r., Polskie Towarzystwo Orientalistyczne – 1922 r., Polskie Towarzystwo Dendrologiczne – 1924 r., Polskie Towarzystwo Teologiczne – 1924 r. i Polskie Towarzystwo Zoologiczne – 1935 r. Większość z nich miała ogólnopolski charakter.

Poza tym we Lwowie działały polskie towarzystwa regionalne, tj. o zasięgu na całą lub tylko wschodnią część Galicji-Małopolski Wschodniej. Były to: Towarzystwo Lekarskie – 1867 r., Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych – 1867 r., Towarzystwo Prawnicze – 1868 r., Towarzystwo Pedagogiczne – 1868 r., Towarzystwo Muzyczne – 1872 r., Towarzystwo Ekonomiczne – 1875 r., Towarzystwo Politechniczne – 1877 r., Towarzystwo Nauczycieli Szkół Wyższych – 1884-1919, Towarzystwo Numizmatyczne – 1884 r., Towarzystwo dla Popierania Nauki Polskiej – 1901-1920 (od 1920 r. jako Towarzystwo Naukowe we Lwowie), Towarzystwo Heraldyczne – 1906 r. i Małopolskie Towarzystwo Ogrodnicze.

We Lwowie w okresie międzywojennym działały oddziały innych polskich towarzystw naukowych, których zarządy główne znajdowały się w innych miastach polskich, głównie w Warszawie, jak np. Polskiego Towarzystwa: Astronomicznego, Botanicznego, Chemicznego, Fizycznego, Geograficznego, Geologicznego, Językoznawczego, Matematycznego, Radiotechnicznego i Zootechnicznego.

Lwów pionierem polskich organizacji dziennikarskich

Pierwszymi w Polsce organizacjami dziennikarskimi były: Towarzystwo Wzajemnej Pomocy Dziennikarzy Polskich założone w 1893 roku i Towarzystwo Dziennikarzy Polskich założone w 1895 roku. Oba towarzystwa były założone we Lwowie, a ich inicjatorem był znany dziennikarz i wydawca lwowski Bronisław Laskownicki (1866 – 1944), założyciel w 1901 roku największego polskiego dziennika wydawanego we Lwowie – „Wieku Nowego” (w okresie międzywojennym do 50 000 egzemplarzy nakładu). Towarzystwo Dziennikarzy Polskich we Lwowie przystąpiło w 1896 roku do Międzynarodowego Związku Prasy. Kiedy w 1924 roku powstał Związek Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej, organizacja lwowska stała się regionalnym Syndykatem Dziennikarzy, który w 1939 roku miał 155 członków, z tego 120 dziennikarzy i 35 aplikantów. We Lwowie działało także dużo mniejsze Towarzystwo Dziennikarzy (Zygmunt Fryling). Dziennikarze lwowscy w październiku 1918 roku przejęli oddział lwowski Wiedeńskiego Biura Informacyjnego i wspólnie z dziennikarzami krakowskimi założyli Polską Agencję Telegraficzną, którą wkrótce przejął rząd polski, a której kontynuatorem jest działająca w Polsce od czasów powojennych Polska Agencja Prasowa. We Lwowie działał oddział Polskiej Agencji Telegraficznej, który istniał do 1939 roku. Założono tu także Agencję Prasowo-Informacyjną „Wschód”, krtóra specjalizowała się w zbieraniu i podawaniu wiadomości z Europy Wschodniej i południowo-wschodniej oraz Południowo-Wschodnią Agencję Prasową, która zbierała i podawała informacje prasowe ze Lwowa i Małopolski Wschodniej. Do 1923 roku działało we Lwowie Gremium Właścicieli Drukarń, Litografii, Cynkografii i Odlewni Czcionek, które następnie zostało oddziałem Polskiego Związku Wydawców Dzienników i Czasopism. Po zajęciu Lwowa przez Związek Sowiecki we wrześniu 1939 roku sowieci nie tylko rozwiązali polskie organizacje dziennikarskie i agencje prasowe, ale więzili lub zamordowali wielu polskich lwowskich dziennikarzy.

Polskie Zrzeszenie Plasytków „Artes” we Lwowie

Polskie Zrzeszenie Plastyków „Artes” było awangardową grupą arytystyczną działającą we Lwowie w latach 1929-35. Członkami jego byli: Otto Hahn, Jerzy Janisch, Ludwik Lille, Aleksander Krzywobłocki, Magrit Reichówna-Sielska, Roman Sielski, Henryk Streng (Marek Włodarski), Ludwik Tyrowicz, Tadeusz Wojciechowski i Mieczysław Wysocki. Zbiorowe wystawy „Artes” odbywały się we Lwowie w 1930, 1932 i 1934 roku, Warszawie w 1931 roku i Krakowie w 1932 roku. W 1931 roku została wydana we Lwowie teka graficzna „Artes” (litografie). W swej twórczości „artesowcy” nawiązywali głównie do surrealizmu i kubizmu, nie rezygnując też z posługiwania się formą abstrakcyjną. Z surrealizmu zapożyczyli oni przede wszystkim środki wyrazu, jak poetycką metaforę i swobodną grę wyobraźni, dorzucając treści filozoficzno-literackiego kierunku; wpływ kubizmu wyrażał się w redukowaniu do minimum wszelkich efektów perspektywistycznych.

W latach 1945-1991 polski Lwów był sowiecki nie ukraiński

W przeddzień rocznicy napaści sowieckiej na Polskę 17 września 1939 roku, 16 września 1975 roku dziennik kijowska „Prawda Ukrainy” wydał specjalny numer o Lwowie i Ziemi Lwowskiej, w którym napisano, że symbolem połączenia Lwowa z całym Związkiem Sowieckim jest przyjaźń i współpraca z wielkim narodem rosyjskim. I tak było w istocie do 1991 roku, to jest do upadku Związku Sowieckiego i powstania państwa ukraińskiego. Rosjanie, a nie Ukraińcy, stali się panami Lwowa, a język rosyjski zaczął królować i króluje wszędzie tam, gdzie do 1939/1945 roku królował język polski. Mało kto dzisiaj wie, że po wysiedleniu Polaków ze Lwowa w latach 1945-46 do miasta napłynęło najwięcej Rosjan, że do połowy lat 50. XX w. Rosjanie dominowali w mieście (Armia Czerwona zajęła Lwów z 26 na 27 lipca 1944 r. i tylko od 1 sierpnia do 30 września 1944 do miasta przyjechało aż 8426 Rosjan). Można twierdzić, że było to wówczas miasto rosyjskie. Dopiero od lat 60. nastąpił wielki napływ do Lwowa ukraińskiego chłopstwa z Małopolski Wschodniej/Zachodniej Ukrainy. Stąd Lwów ma ciągle wsiowy charakter w odniesieniu do jego ludności (widać to po telewizyjnych reportażach ze Lwowa) – daleko mu dziś pod tym względem do miasta Zachodu. Jednak pomimo tego, że od lat 60. ludność ukraińska we Lwowie zdecydowanie dominowała w sowieckim Lwowie, nadal postępował proces rusyfikacji miasta. Według informacji kijowskiego pisma „Wisti z Ukrainy” (1976) we Lwowie był już wówczas duży procent małżeństw mieszanych. Ok. 80% Ukraińców w mieście żeniło się z Rosjankami, a na dalszych miejscach byli Białorusini (także rosyjskojęzyczni), Polacy i przedstawiciele innych narodowości. Mniej więcej co czwarte małżeństwo we Lwowie było wówczas małżeństwem mieszanym, a w niektórych dzielnicach miasta ich ilość dochodziła do 40%. Tym samym proces rusyfikacji ludności miasta przybrał kolosalne rozmiary. I chociaż dzisiaj Ukraińcy stanowią ok. 88% ludności Lwowa a Rosjanie mniej niż 9% (ok. 70 tys.) i stanowi ono bardzo agresywne centrum nacjonalizmu ukraińskiego, to w mieście proces rusyfikacji nie tylko że nie osłabł, ale wzmaga się, co potwierdza wiele źródeł, szczególnie wśród młodzieży; prawdopodobnie przez wyższość kultury rosyjskiej i rosyjskiej kultury młodzieżowej. Niestety ukrainizm w wydaniu galicyjskim to ciągle parafiańszczyzna w całym tego słowa znaczeniu i na każdym kroku. Symbolizuje go gloryfikowanie zwierzęcego nacjonalizmu i faszyzmu ukraińskiego (np. stawianie pomników zwykłym bandytom, jak np. Stepanowi Banderze) oraz nie tylko antyrosyjskość ale także ciągle antypolonizm wypijany z mlekiem matki, chociaż dzisiaj Ukraińcy mają Lwów i Polska nie stanowi żadnego zagrożenia dla Ukrainy.

Powojenne dzieje pomnika Adama Mickiewicza i kościoła w Zbarażu

W Zbarażu, w przedwojennym mieście powiatowym w województwie tarnopolskim (po 1945 r. Ukraina), stał na rynku do 1939 roku pomnik Adama Mickiewicza, wzniesiony przez mieszkańców miasta w 1898 roku z okazji setnej rocznicy urodzin naszego wielkiego wieszcza. Obecnie w tym miejscu znajduje się pomnik Bogdana Chmielnickiego, a pomnik Mickiewicza stoi dziś w parku przyzamkowym.

W 1966 roku odwiedził swoje rodzinne miasto Zbaraż Karol Kuryluk (1910 – 1967), lewicowy dziennikarz i wydawca oraz polityk PRL, założyciel i redaktor naczelny lwowskich „Sygnałów” (1933–39) i komunistycznego „Odrodzenia” (1944–48), minister kultury (1956–1958) i ambasador PRL w Austrii (1959–64). W warszawskim tygodniku „Stolica” z 18 grudnia 1966 roku ukazał się reportaż Lesława M. Bartelskiego zatytułowany Zbaraż 1966, w którym czytamy m.in.: „...Potem wracamy znowu obok kościoła (katolickiego), zamkniętego, pustego, milczącego, tylko wiatr gdzieś na górze skrzypi oderwaną blachą i skrzeczą kawki, mające swe gniazda na zrujnowanych wieżach. Na frontonie kościoła spora tablica, oznajmiająca, że jest to zabytek architektury, znajdujący się pod opieką rządu” (Co to była za opieka, która miała polegać na tym, aby zabytek architektoniczny z poł. XVIII w. zamienił się w ruinę?! – M.K.). I dalej: „...podjechaliśmy w stronę rajkomu, mieszczącego się w gmachu dawnego starostwa (polskiego), z którego wyszło ku nam... trzech pracowników, by nas powitać... Po chwili rozmowy Kuryluk spytał, co się stało ze stojącym w mieście pomnikiem Mickiewicza. – Jest! Jak przyjedziecie do nas za dwa lata, kiedy ukończymy odbudowę pałacu (zamku – M.K.), to właśnie przed nim stanie pomnik waszego wielkiego poety, nie ten jednak sprzed wojny, tylko ładniejszy”. – A więc co się stało z przedwojennym pomnikiem Mickiewicza?; niby jest, ale będzie inny. I jest inny. Po prostu Ukraińcy ten pierwszy pomnik zniszczyli i wstyd było im się do tego przyznać, a przez zainteresowanie się tą sprawą ze strony komunistycznego dygnitarza polskiego, chcąc nie chcąc musieli postarać się o nowy pomnik.

Jeśli chodzi o kościół w Zbarażu, o którym pisze Bartelski, to po wypędzeniu Polaków z miasta do jałtańskiej Polski w 1945 roku, w kościele urządzono zakład wytwarzający półprzewodniki, co spowodowało ogromne zniszczenia w kompleksie budynków sakralnych. Przed samym upadkiem Związku Sowieckiego pozostali w Zbarażu i okolicy nieliczni Polacy-katolicy odzyskali kościół w 1990 roku. Kościół był jednak tak bardzo zniszczony, że nie mógł służyć wiernym przez następnych dziesięć lat. Dopiero po jego odrestaurowaniu został poświęcony ponownie 3 września 2000 roku przez rzymskokatolickiego arcybiskupa lwowskiego Mariana Jaworskiego. W uroczystości wzięli udział także przybyli z Polski byli mieszkańcy Zbaraża, wypędzeni z miasta w 1945 roku.

Warzelnie soli w Małopolsce Wschodniej

Po przyłączeniu-powrocie prastarej ziemi lechickiej (polskiej) – Rusi Halickiej (Małopolski Wschodniej) do Polski w latach 1340-49 przez króla Kazimierza Wielkiego nastąpił znaczny rozwój – na skalę „przemysłową” tamtejszych warzelni soli. Od Sanu na wschód, aż w głąb dzisiejszej Bukowiny, występują źródła solne. Liczba miejscowości, w których w różnym okresie wydobywano sól dochodzi aż do stu. Największymi ośrodkami były saliny królewskie (tzw. żupy ruskie), które produkowały rocznie ok. 10 tysięcy ton soli; w XIX w. produkcja soli w Galicji wzrosła do 100 tysięcy ton (głównie w Wieliczce i Bochni). Do żup królewskich na terenie województwa ruskiego (lwowskiego) należały warzelnie w: Tyrawie Solnej, Starej Soli, Jasienicy Solnej, Modryczu, Stebniku, Solcu, Turskawcu, Kałuszu i Sołotwinie. Każdorazowy król tylko nielicznym wybrańcom udzielał prawa do wydobycia i sprzedaży soli. Był to olbrzymi przywilej, ceniony sobie wielce przez wszystkich, nawet wysokich dygnitarzy państwowych, otrzymywany zazwyczaj za zasługi położone dla tronu lub królestwa. Byli to zazwyczaj Polacy. Polakami byli zazwyczaj także kierownicy kopalń i personel administracyjno-techniczny. Przed wojną czynnych było w Małopolsce Wschodniej 8 warzelni soli, z których największymi co do produkcji były żupy w Stebniku koło Drohobycza (woj. lwowskie, po 1945 r. Ukraina) i w Kałuszu (woj. stanisławowskie, po 1945 r. Ukraina).

Harcerki polskie na przedwojennym Wołyniu

Żeńska Wołyńska Chorągiew Harcerska, obejmująca swoją działalnością całe województwo wołyńskie, w 1938 roku skupiała w 11 hufcach, 30 gromadach, 86 drużynach i 8 zrzeszeniach starszoharcerskich 138 instruktorek, 2189 harcerek i 599 zuchów.

Polskie miasto Sarny na Wołyniu

W międzywojennej Polsce Sarny nad Słuczą, przy liniach kolejowych Lublin-Kijów i Wilno-Równe, były miastem powiatowym w woj. wołyńskim. Nie jest to stare miasto – miejscowość została założona dopiero w 1885 roku w związku z budową kolei Wilno-Równe i w 1913 roku miała 2000 mieszkańców; miastem stały się Sarny w niepodległej Polsce, kiedy władze polskie, dzieląc olbrzymi powiat rówieński, uczyniły w 1919 roku miejscowość Sarny siedzibą powiatu sarneńskiego; od tego momentu nastąpił rozwój miejscowości, której ludność w 1939 roku przekroczyła liczbę 9000 osób. Dobra tutejsze (głównie leśne) prawie do końca XIX w. należały do Pruszyńskich. W przedwojennych Sarnach była elektrownia, dwa duże tartaki, młyn i garbarnia i nowo wybudowana w latach 20. huta szkła; było przedszkole, 4 szkoły podstawowe, gimnazjum państwowe, 3 szkoły zawodowe, poważna placówka naukowa - Instytut Torfowy; były Bank Ludowy, Bank Spółdzielczy, stacja benzynowa „Karpaty”, a komunikacja autobusowa łączyła Sarny z Włodzimierzecem; było tu kilkanaście różnych organizacji polskich, m.in. klub sportowy, „Strzelec”, harcerstwo.

Za carskich czasów była tu kaplica katolicka należąca do parafii Bereźnica. Osobną parafię katolicką utworzono tu w 1921 roku; była to jedna z największych parafii w diecezji łuckiej – w 1938 roku miała 5849 wiernych; należała do niej kaplica w Dorotyczach. W latach 1935-39 dzięki staraniom ks. Jana Świderskiego wzniesiono tu nowy, z kamieni bazaltowych kościół pw. Przemienienia Pańskiego. W głównym ołtarzu była umieszczona kopia obraz Matki Boskiej Ostrobramskiej, autorstwa prof. Antoniego Czerniewskiego. Ostatnim proboszczem był ks. Jan Lewiński (1871 – 1954), który w maju 1945 roku wraz z większością parafian został wypędzony przez okupanta sowieckiego do jałtańskiej Polski (tj. Polski bez Kresów). Udało mu się wywieźć naczynia i szaty liturgiczne oraz kopię obraz MB Ostrobramskiej, która znalazła schronienie w jednym z kościołów w Łodzi, do którego pielgrzymowali byli mieszkańcy Sarn. Niestety, Kościół polski, nieczuły dziś na polskie dziedzictwo katolickie na Kresach!, pozbawił ich tej pamiątki w 1993 roku, odsyłając obraz z powrotem do kościoła w Sarnach, zwróconego bardzo nielicznym już katolikom po upadku Związku Sowieckiego w 1991 roku (parafię objęli polscy pallotyni). W Saranach, po wypędzeniu z miasta większości Polaków, pozostała spora grupa rodaków i kościół katolicki był czynny do 1959 roku; z posługą duszpasterską przyjeżdżał tu pracujący na Wołyniu o. Serafim Kaszuba. Po wyjeździe do Polski sporej grupy Polaków w ramach tzw. drugiej „repatriacji” w latach 1957-59, w 1959 roku władze sowieckie zamknęły kościół i urządziły w nim magazyn zboża, a następnie hurtownię artykułów spożywczych. Przed wojną istniał katolicki dekanat sarneński, należący do diecezji łuckiej (wołyńskiej), do którego należały kościoły parafialne w: Berezowie (zał. 1939 r. – kilkuset wiernych), Klesowie (zał. 1935 r. – 2363 wiernych), Niemowiczach (zał. 1938 r. - kilkuset wiernych), Okopach (zał. 1939 r. - kilkuset wiernych), Rokitnie (zał. 1927 r. – 5500 wiernych), Stepaniu (za. 1614 r. – 1567 wiernych), Tomaszgrodzie (zał. 1927 r. – 1140 wiernych) i Wojtkiewiczach (zał. 1927 – 1500 wiernych).

Sarny odegrały dużą rolę w dziejach polskiej melioracji oraz polskiego łąkarstwa i torfoznawstwa. Tutaj w okresie międzywojennym działał pierwszy w Polsce Instytut Torfowy, pierwszy w Polsce zakład i stacje doświadczalne melioracyjne oraz pierwsza w Polsce placówka doświadczalnictwa łąkarskiego – Zakład Doświadczalny Uprawy Torfowisk (1924-39) Wydziału Rolniczo-Leśnego Politechniki Lwowskiej (Dublany k. Lwowa), którego kierownikiem od 1930 roku był znany botanik polski, prof. Bolesław Świętochowski (1895 – 1975 Wrocław), polski twórca fundamentalnej w naukach rolniczych specjalności – ogólna uprawa roli i roślin. Współczesne łąkarstwo polskie wiele zawdzięcza pracom prowadzonym w tym wielkim ośrodku wiedzy łąkarskiej. Zakład Doświadczalny Uprawy Torfowisk w Sarnach wydawał pierwsze polskie czasopismo łąkarskie „Łąka i Torfowisko” (Warszawa-Sarny 1934-39) oraz szkolił instruktorów łąkarskich; tam utworzono także Polskie Stowarzyszenie Łąkarzy, działające do 1939 roku. Czasopisma „Łąka i Torfowisko” oraz „Rocznik Łąkowy i Torfowy” (1935-37) były organami Polskiego Stowarzyszenia Łąkarzy; wydawcą obu czasopism był Zakład Doświadczalny Uprawy Torfowisk; Zakład wydawał także rocznik „Sprawozdanie z działalności Zakładu Doświadczalnego Kultury Torfowisk pod Sarnami” (1926-1933/35. Sarneńska placówka naukowa była związana także z Wołyńską Izbą Rolniczą w Łucku, która wydawała „Sprawozdanie Zakładu Doświadczalnego Uprawy Torfowisk Wołyńskiej Izby Rolniczej pod Sarnami za rok....” (Puławy-Sarny 1931, 1933, 1935).

Z innych czasopism polskich w Sarnach w latach 1926-27 ukazywał się miesięcznik Sodalicji Mariańskiej „Iskierki” uczniów i uczennic Gimnazjum Państwowego w Sarnach (od numeru 3 pod tytułem „Sarneńskie Iskierki”), a w latach 1927-30 „Sprawozdanie Komunalnej Kasy Oszczędności Powiatu Sarneńskiego z czynności dokonanych w czasie...”.

Od 1930 roku w Sarnach stacjonował Pułk Korpusu Ochrony Pogranicza „Sarny” (dowództwo). Ostatnim jego dowódcą był ppłk dypl. Jerzy Płachta-Płatowicz (1 II 1937 – IX 1939). Zaraz po wybuchu wojny polsko-niemieckiej 1 września 1939 roku jego nowym dowódcą został ppłk Nikodem Sulik. Pułk uległ reorganizacji: ppłk Jerzy Płachta-Płatowicz został dowódcą 97 Pułku Piechoty (Rezerwowy) w ramach 38 Dywizji Piechoty, która walczyła z Niemcami w rejonie Niżankowice Janów Lwowski do 17-18 września. Z pozostałych szeregów żołnierzy Pułku KOP „Sarny” rekrutowała się również część załogi fortyfikacji w Osowcu, inna część została wysłana w celu obsadzenia Obszaru Warownego „Śląsk”, a oddziały pozostałe na Wołyniu obsadziły granicę polsko-sowiecką w rejonie Korca (2 bataliony graniczne „Rokitno” i „Bereźne”) oraz silny odcinek umocniony „Polesie” (2 bataliony forteczne „Sarny” i „Małyńsk”). Po agresji Związku Sowieckiego na Polskę 17 września 1939 roku oddziały te, dowodzone przez ppłk Nikodema Sulika, prowadziły zacięte walki pozycyjne w przygranicznych bunkrach w sposób bohaterski "do ostatniego naboju" (np. straty w plutonie fortecznym obsadzający sektor "Berducha" wyniosły 50 procent w zabitych) i odwrotowe aż do Szacka na zachodnim Wołyniu i Wytycznego na Lubelszczyźnie z atakującą je Armią Czerwoną, w składzie zgrupowania Korpusu Obrony Pogranicza gen. Wilhelma Orlik-Rueckermanna.

Okupacja sowiecka 1939-1941 zniszczyła polskie Sarny; m.in. z miasta wysiedlono bardzo wielu Polaków w głąb Związku Sowieckiego. Zaraz po niemieckim napadzie na Związek Sowiecki w czerwcu 1941 roku Zarząd Główny polskiego konspiracyjnego Związku Walki Zbrojnej powołał organizację dywersyjną do prowadzenia na dużą skalę działań sabotażowych na okupowanych przez Niemców terenach. W Sarnych miał siedzibę jeden z patroli dywersyjnych (5 osób). We wrześniu 1942 roku został skierowany do Sarn cichociemny, por. „Bomba” – Władysław Kochański z zadaniem zorganizowania dywersyjnego ośrodka bojowego. Jednak wobec rozpoczęcia przez nacjonalistów ukraińskich masowych rzezi ludności polskiej na Wołyniu, w tym także w rejonie Sarn, musiał przystąpić do organizowania samoobrony ludności polskiej (był dowódcą 150-osobowego oddziału partyzanckiego). W 1943 roku Sarny były miejscem, do którego ściągali polscy uchodźcy z całego Polesia Wołyńskiego, którzy zazwyczaj cudem uratowali swe życie. W maju 1943 roku Niemcy utworzyli w Sarnach oddział policji dla obrony ludności polskiej przed bandytyzmem nacjonalistów ukraińskich złożony z Polaków, który także bronił miasta i wziął udział w spacyfikowaniu kilku wiosek ukraińskich. Niemcy kilka tysięcy uchodźców polskich z zagrożonych ukraińskim bandytyzmem wiosek, głównie młode, zdrowe osoby sukcesywnie wywozili na roboty przymusowe do Niemiec, a wszystkich innych do Generalnej Guberni. W pierwszych dniach stycznia 1944 roku do Sarn wkroczyły oddziały Armii Czerwonej. Teraz okupanci sowieccy i wspomagający ich Ukraińcy postanowili raz na zawsze rozwiązać problem polski na Kresach przez wypędzenie z nich możliwie wszystkich Polaków i zniszczyć wszystko to co było z nimi związane. Jednak to im się zrobić w pełni nie udało, jak pokazują obecne dzieje Polaków w Sarnach. Mało ich, ale są i jest odbudowany polski kościół.

Z przedwojennymi Sarnami związane było życie i działalność Kamila de Pourbaix (1873 – 1944 Szczawnica), ziemianina, właściciela majątku Horodec na Wołyniu, który był mężem Marii Anieli Miączyńskiej (1886 – 1959 Kraków), właścicielki majątku Włodzimierzec na Wołyniu (łączna powierzchnia na 1939 rok wynosiła ok. 4200 hektarów). Kamil de Pourbaix był działaczem społecznym na Wołyniu, przed I wojną światową (1914-18) czynny w Związku Ziemian Kresowych; w 1919 został pierwszym polskim starostą łuckim, a w 1922 roku prezesem Związku Ziemian powiatu sarneńskiego; za swoją działalność katolicką, społeczną i gospodarczą został w 1933 roku szambelanem papieskim i odznaczony m.in. Orderem Odrodzenia Polski. Ich najstarszy syn Kamil Kazimierz jako oficer Wojska Polskiego (Wołyńska Brygada Kawalerii) zginął w walce z Niemcami 1 września 1939 roku w bitwie pod Mokrą, drugi syn Zdzisław został rozstrzelany przez Niemców w Warszawie za działalność niepodległościową, a Maria Aniela pomagała swojej córce Zofii w prowadzeniu punktu przerzutowego dla kurierów w rodzinnej willi Poleska w Szczawnicy.

Z Sarnami związany był także urodzony w Warszawie w 1933 roku Wesley Adamczyk, amerykański działacz polonijny, dziennikarz i literat, którego ojciec był oficerem w Pułku KOP „Sarny”. Po najeździe sowieckim na Polskę we wrześniu 1939 roku ojciec Adamczyka został wzięty do niewoli i zginął zamordowany w Katyniu; on z matką zostali wywiezieni z Sarn na Sybir w 1940 roku, gdzie żyli przymierając z głodu (matka zmarła w 1942 r.). Od 1952 mieszkał w Stanach Zjednoczonych gdzie ukończył studia chemiczne i filozoficzne na DePaul University. Autor m.in. wspomnień z Sarn, okresu wojny i zsyłki When God Looked the Other Way: An Odyssey of War, Exile, and Redemption wydanych przez University of Chicago Press w 2006 roku, główny współpracownik przy redakcji książki Children of the Katyn Massacre, wydanej przez firmę McFarland and Co. oraz pracy Polskie dzieci na tułaczych szlakach 1939-1950, wydanej przez IPN w 2008 roku.

W Sarnach urodziło się kilku znanych Polaków, m.in. Czesław Borowski (1904 – 1996 Warszawa), ekonomista, do 1939 roku dyrektor Departamentu Ekonomicznego Ministerstwa Rolnictwa i reform Rolnych oraz redaktor dwutygodnika „Gospodarka Narodowa”, 1945-48 prezes Centralnego Urzędu Planowania, 1948-50 poseł PRL w Szwecji, 1952-56 pracownik naukowy w Instytucie Nauk Politycznych i Narodowym Centrum Badań Naukowych w Paryżu (Centre Nationale de la Recherche Scientifique), 1959-68 profesor Uniwersytetu Warszawskiego, prowadził wykłady na Sorbonie w Paryżu, w Algerii, Syrii i we Włoszech (1969-71), doktor h.c. uniwersytetu w Paryżu, doradca planistyczny z ramienia ONZ w Algierii 1965-75, Ghanie i Syrii, 1981-87 przewodniczący Konsultacyjnej Rady Gospodarczej; oraz Mieczysław Sobotko (ur. 1913), inżynier kolejnictwa, podczas wojny żołnierz Armii Krajowej (27 Dywizji AK na Wołyniu), w okresie stalinowskim więziony przez władze komunistyczne, autor wspomnień wojennych z Wołynia Między Turią a Bugiem (Olsztyn-Białystok 1980).

Romuald Wernik – pisarz rodem z Wołynia

Do dziejów literatury polskiej na Wołyniu jak i polskiej literatury kresowej wpisało się w latach 80. XX wieku nazwisko Romualda Wernika.

Romuald Wernik urodził się w 1926 roku w mieście powiatowym Zdołbunów w woj. wołyńskim (po 1945 r. Ukraina), gdzie ukończył szkołę powszechną. Deportowany wraz z całą rodziną przez okupantów sowieckich w kwietniu 1940 roku pod Archangielsk, w 1941 roku wstąpił do Armii Polskiej w ZSRR pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Po jej ewakuacji z „kraju niewoli” w 1942 roku, ukończył gimnazjum w Junackiej Szkole Kadetów w Palestynie, a po wojnie historię sztuki w Londynie, gdzie zamieszkał w 1948 roku. Był publicystą prasy polskiej w Anglii („Wiadomości”, „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”, „Tydzień Polski”, „Orzeł Biały”, „Gazeta Niedzielna” oraz „Głosu Polskiego” w Kanadzie, w latach 1952-53 redagował miesięcznik „Młodzież”) i działaczem polonijnym – działał głównie w organizacjach zrzeszających kresowian i zajmujących się sprawami kresowymi, m.in. pomocą Polakom na Kresach, szczególnie po upadku Związku Sowieckiego w 1991 roku. Jako literat zadebiutował książką W Zdołbunowie zakwitły kaczeńce (1986 i 2001, wspomnienia z Wołynia); następnie wydał: Białe noce i czarne dni (wspomnienia z zesłania w ZSRR 1988, 1995), Z chamsingu w mgłę (1988), Jutro wczoraj przegrane (1988, powieść z przedmową samego Józefa Łobodowskiego, który określił ją jako fascynującą), Piołuny losów (1991), But pod welonem (1992), Smak miodu (1994), Tajkury – wioska, która była miastem (1997, tematyka wołyńska), Smak chleba i popiołu (1997), Zło nie trwa wiecznie (1997) i to samo w tłumaczeniu angielskim Evil not last for ever (1997), Nie wrócą bociany na Graniczną (1998), O realną politykę wschodnią (1999, tematyka kresowa), Habit i nagan – obrona Ostroga 1944 (2000, tematyka wołyńska), Smak piołunu (2001, tematyka kresowa), Czarcie drzewo. Opowieść kresowa (2002).

Prowincjonalna prasa polska na terenie województwa poleskiego

Na terenie województwa poleskiego od 1919 do 1939 roku ukazywało się 127 czasopism polskich, z których 86 było wydawanych w stolicy województwa – w Brześciu nad Bugiem, a 31 w drugim dużym mieście Polesia – w Pińsku. W prowincjonalnych miastach województwa poleskiego ukazywało się w tym okresie jedynie 11 polskich czasopism. Były to: w Kobryniu „Głos Ziemi Kobryńskiej” – dwutygodnik społeczny 1938-39, „Ogniwo Koleżeńskie” – miesięcznik Gimnazjum Państwowego im. M. Rodziewiczówny w Kobryniu 1931, „Słowo Pojednania” – dwumiesięcznik, organ Zjednoczenia Kościołów Chrystusowych Wyznania Ewangelickiego w Polsce 1938-39 i „Z Duchem Czasu” – organ konferencji rejonowych powiatu kobryńskiego 1931-33; w Łunińcu „Kronika Łuniniecka” – tygodnik poświęcony sprawom społecznym i gospodarczym powiatu łuninieckiego 1933-34, „Ku Przyszłości” – czasopismo literacko-naukowe młodzieży Państwowego Gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły 1928, „Sprawozdanie Dyrekcji Państwowego Gimnazjum im. Króla Władysława Jagiełły w Łunińcu za rok szkolny... 1929/1930 i „Sprawozdanie Wydziału Powiatowego Sejmiku Łuninieckiego z działalności... ? – 1927; w Kamieniu Koszyrskim „Echo Kamienia Koszyrskiego” – dwutygodnik 1931-34; w Torokaniach pow. Kobryń i od w 1931 w Duboji pow. Pińsk „Rolnik, Rybak i Gosposia” – kwartalnik, organ Związku Wychowanków Szkół Rolniczych na Polesiu 1931-34; w Wysokiem Litewskiem pow. Brześć „Dzwonki” – miesięcznik młodzieży szkolnej Szkoły Powszechnej 1932.

Polskie Rady Narodowe na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie

Aby po kapitulacji Niemiec (listopad 1918) nie dopuścić do przekazania ziem wschodnich przez wycofujące się wojska niemieckie władzy sowieckiej (była to antypolska akcja ze strony Niemców), w szeregu rejonach kraju powstały Polskie Rady Narodowe, które zajęły się organizowaniem terenowej władzy polskiej i obroną ziem przed nadciągającą od wschodu armią bolszewicką. Najdłużej przetrwała Polska Rada Naczelna Ziemi Grodzieńskiej z księdzem Leonem Żebrowskim na czele. Organizacja ta istniała aż do wkroczenia do Grodna pod koniec kwietnia 1919 roku wojska polskiego. - Ks. Leon Żebrowski (1876 Pociszki koło Święcian – 1954 Ejszyszki), w 1903 roku ukończył studia teologiczne w polskiej katolickiej Akademii Duchownej w Petersburgu, po czym w latach 1904-17 był wykładowcą Seminarium Duchownego w Wilnie. Podczas niemieckiej okupacji Wileńszczyzny podczas I wojny światowej był prezesem Polskiego Komitetu Demokratycznego. W odrodzonym państwie polskim, w którego granicach znalazła się Wileńszczyzna, od 1920 do 1921 roku był kapelanem szpitala grodzieńskiego i garnizonu, następnie dziekanem i proboszczem fary w Grodnie, gdzie był także aktywnym i zasłużonym działaczem Polskiej Macierzy Szkolnej. Był też redaktorem naczelnym polskich pism katolickich wydawanych w Wilnie: „Przyjaciela Ludu” i „Dwutygodnika Diecezjalnego”. W latach 1922-27 był senatorem RP z listy Narodowo-Chrześcijańskiego Stronnictwa Pracy w województwie białostockim, w którego granicach było Grodno. Więziony podczas II wojny światowej przez Niemców napuszczonych na niego przez Litwinów. Po włączeniu Wileńszczyzny do Związku Sowieckiego w 1945 roku pozostał na ciągle etnicznie polskiej Wileńszczyźnie włączonej do Sowieckiej Litwy, gdzie był duszpasterzem w Ejszyszkach. Pochowany na cmentarzu w podwileńskiej Mejszagole.

Dziennik wileński „Słowo” z 18 września 1939 r. o najeździe sowieckim na Polskę

W największym i najbardziej opiniotwórczym dzienniku polskim w Wilnie „Słowo” z datą 18 września 1939 roku ukazała się na pierwszej stronie informacja-komentarz jego redaktora naczelnego Stanisława Cat-Mackiewicza o sowieckiej agresji na Polskę, dokonanej poprzedniego dnia (17 września), zatytułowany Wilno następującej treści:

„W dniu wczorajszym, w niedzielę 17 września wojska sowieckie o godzinie 4-ej rano przekroczyły granicę.
W chwili, kiedy to piszemy wojska sowieckie nie doszły jeszcze do Smorgoń i nigdzie nie przekroczyły granic tzw. Moskiewskiego Traktatu zawartego w 1920 roku pomiędzy Sowietami a Litwą Kowieńską.
Przypominamy, że ten traktat przewidywał linję granicy litewsko-sowieckiej biegnącą od jezior brasławskich na Świr, potem od Lidy na Szczuczyn.
Nie wiemy, czy Sowiety będą ten traktat respektować czy też nie.
Nie wiemy także jakie stanowisko zajmie rząd litewski.
Wszystko to wyjaśni się w dniu dzisiejszym, lub jutrzejszym.
Wiemy tylko, że:
Ostateczne zwycięstwo przypadnie państwom zachodnim i na to ani Niemcy, ani Sowiety nie poradzą.
Możemy być pewni tego zwycięstwa ostatecznego.
Wiemy także, że:
Wilno pozostanie wierne swoim uczuciom, swemu patriotyzmowi, Wilno miasto wierne.
Wilno będzie się bronić!
W chwili kiedy moja 17-letnia praca na stanowisku redaktora Słowa dobiega kresu, wznoszę okrzyk:
Niech żyje żołnierz polski!
Boże dopomóż w słusznej walce i zmiłuj się nad Wilnem. Cat.”

Informacje i refleksje post factum:

Wojska sowieckie zajęły Wilno 19 września 1939 roku. Wojsko polskie wycofało się z miasta bez walki, a w obronie Wilna stanęła polska ludność cywilna, która uległa jednak przemożnej sile wroga.
Litwa zawarła 10 października nowy traktat ze Związkiem Sowieckim, na mocy którego Moskwa przekazała Litwie Wilno z przyległymi ziemiami; było to mniej niż połowa obszaru, który Moskwa chciała sprezentować Litwie w 1920 roku. Mackiewicz trafnie przewidział-przepowiedział zwycięstwo państw zachodnich nad Niemcami. Odbyło się ono jednak z udziałem Armii Czerwonej i przez to od Polski zostały przez Związek Sowiecki oderwane na zawsze Kresy wraz z arcypolskimi bastionami - Wilnem i Lwowem. Bóg nie zmiłował się nad polskim Wilnem. Triumfuje szatan: Wilno jest litewskie.

Oficjalne wizyty w Wilnie Edwarda Gierka w 1977 r. oraz gen. Wojciecha Jaruzelskiego w 1986 r. i nerwowa reakcja na nie Litwinów

W 1977 roku z oficjalną wizytą w Wilnie przebywał ówczesny władca Polski – I sekretarz KC PZPR Edward Gierek. Natomiast w ostatnich dniach lutego 1986 roku przebywał z dwudniową wizytą w „miłym mieście marsz. Józefa Piłsudskiego” – Wilnie gen. Wojciech Jaruzelski, także jako I sekretarz KC PZPR. Odwiedził on m.in. Instytut Pedagogiczny, w którym spotkał się ze studentami wydziału języka i literatury polskiej oraz redakcję ukazującego się w mieście polskiego dziennika „Czerwony Sztandar”. Następnie Jaruzelski złożył przy wileńskim pomniku Adama Mickiewicza bukiet biało-czerwonych goździków, zwiedził położony opodal piękny gotycki kościół św. Anny z XVI w., odwiedził Uniwersytet Wileński, w którym pokazano mu zabytkowe dziedzińce: Sarbiewskiego i Piotra Skargi (tak nazywają się po dziś dzień tylko nie w polskiej a tylko litewskiej pisowni) – pierwszego rektora uniwersytetu w latach 1579-81, a zwiedzając wileńską Starówkę odwiedził także Ostrą Bramę.

Oświadczenie Jaruzelskiego, że w Wilnie czuje się jak w domu, wywołało duże oburzenie wśród Litwinów na emigracji. Ukazujące się w Kanadzie litewskie pismo „Teviskes Żiburiai” z 13 maja 1986 roku napisało: „Tymi słowami Polak, chociaż sługa Moskwy, ujawnił marzenie wszystkich Polaków. Już poprzednio zauważono, że nie tylko polska emigracja, ale i większość Polaków w Polsce, wśród nich wysiedleńcy z Kresów i nawet dzisiejsi dygnitarze (partyjni), nie tylko po cichu, ale i publicznie mówią o odzyskaniu utraconego Wilna...”. – Litwini dostali arcypolskie Wilno od Stalina „psim swędam” (jak można było z czystym sumieniem oddać Litwie Wilno, w którym Litwini stanowi mniej niż 1% ludności miasta?!) i otym dobrze wiedzą i stąd ich nerwowa reakcja, kiedy Polacy mówią o polskiej historii miasta.

Polska i Polacy nie mieli nic wspólnego z chrztem Litwy!

Oto fakty historyczne, które nie podlegają dyskusji wśród szanujących się historyków na całym świecie:

Do 1387 roku etniczni Litwini byli ostatnim pogańskim narodem w Europie. W angielsko-amerykańskiej Encyclopaedia Britannica (t. VI Chicago, London, Toronto, Geneva, Sydney, Tokyo, Manila, Seoul 1981) w haśle Wielkie Księstwo Litewskie czytamy: „(...) w 1385... wielki książę Jagiełło (rządził w latach 1377-1434) zawarł unię z Polską (Unia Krewska), w której zobowiązał się do przyjęcia chrztu (przez Litwę) w obrządku rzymskokatolickim, ożenić się z polską królową (Jadwigą), zostać królem Polski i zjednoczyć Polskę z Litwą pod rządami jednego władcy”. W 1388 roku dotychczasowy biskup pomocniczy gnieźnieński Andrzej z Krakowa (zm. 1398) dokonał chrztu Litwy i został pierwszym biskupem nowo utworzonej diecezji wileńskiej (Wielka Encyklopedia Powszechna PWN t. 1, Warszawa 1962).

Innego zdania są nacjonaliści litewscy-polakożercy (ponad 95% Litwinów):

W 1987 roku przypadała 600 rocznica chrztu Litwy (1387 – 1987). W Australii główne uroczystości z tym związane miały miejsce w Melbourne, w niedzielę 1 marca 1987 roku. Uroczystą mszę dziękczynną, zamówioną przez Litwinów w Melbourne, odprawił w katolickiej katedrze św. Patryka arcybiskup melbourneński Francis Little w asyście kilku księży litewskich i innych narodowości, m.in. ukraińskiego biskupa grekokatolickiego (unickiego) w Australii Iwana Praszki (oczywiście całkowicie prawosławna w XIV wieku Ukraina nie miała nic wspólnego z chrztem Litwy). We mszy wzięło udział kilkanaście setek osób, prawie samych Litwinów, oraz szereg zaproszonych gości.

Niestety, wśród zaproszonych gości nie było ani rektora Polskiej Misji Katolickiej w Australii, ani przedstawicieli społeczeństwa polskiego, tak jakby chrzest Litwy nie miał nic wspólnego z Polską! Zresztą z uroczystości i przemówień w katedrze św. Patryka można było wynieść takie właśnie przekonanie.

Litwini rozdawali przed katedrą i na urządzonym bankiecie broszurę Lithuania – Lietuva wydaną przez Supreme Committee for Liberation of Lithuania (Centralny Komitet Wyzwolenia Litwy) z siedzibą w Waszyngtonie. Ładnie wydana broszurka zawiera m.in. mapę rzekomo Litwy. Nie jest to jednak Litwa (Kowieńska) w granicach z 1938 roku, ani w obecnych granicach z arcypolskim Wilnem. Jest to Litwa jaką chcieli by mieć Litwini: Litwa nie tylko z Wilnem, ale także z Lidą i Grodnem (które to tereny należą dziś do Białorusi i na których nigdy nie mieszkali Litwini) oraz z rejonem Tylży w Prusach Wschodnich, który do 1945 roku należał do Niemiec, a od 1945 roku należy do Rosji (i gdzie także nie ma żadnych Litwinów). Obecna granica polsko-litewska też nie zadowala Litwinów, gdyż na mapie wyciągają ręce po Suwałki i Augustów, gdzie Litwinów nie było i nie ma (poza pojedynczymi osobami w morzu polskim). Po prostu mamy tu do czynienia ze snami karła o potędze.
Jest tam też krótka historia Litwy, a w niej nie ma ani słowa o unii polsko-litewskiej w Krewie w 1385 roku, jak również o chrzcie Litwy przez Polskę! Według chorych umysłowo i pełnych nienawiści do Polaki i Polaków autorów broszury unia Polski z Litwą miała miejsce dopiero w 1569 roku. Jak się należy domyślać, w latach 1386-1569 Polska była częścią Litwy.

Marian Kałuski