
Dodano: 11.05.26 - 18:31 | Dział: Prosto z mostu
Wałek z drzewami Trzaskowskiego

Wszyscy śmieją się z prezydenta Miasto Stołeczne Warszawa, że sprowadza sadzonki drzew z Niemiec, jakby w Polsce rosły wyłącznie kartofle i barszcz Sosnowskiego. Trzaskowski tłumaczy, że u nas "nie ma takich sadzonek". Oczywiście jest to klasyczna warszawska odmiana prawdy według Rafała, czyli coś pomiędzy marketingowym bełkotem a bajką dla wyjątkowo łatwowiernych. Przypominamy, że to nasza redakcja już 4 lata temu jako pierwsza udowodniła, że polskie lasy i polskie szkółki są o niebo bogatsze i trzykrotnie tańsze!
Nikt natomiast nie zadaje podstawowego pytania, po co w ogóle sadzić kilkumetrowe, stare drzewa, skoro połowa z nich kończy jako drogie dekoracje cmentarne jeszcze przed drugim sezonem?
- Kiedyś sadzono normalne młode drzewa, małe, skromne badyle, które miały jedną zasadniczą wadę - były tanie i zwykle się przyjmowały. Rosły sobie spokojnie przy ulicach, na skwerach i osiedlach, aż po latach zamieniały się w wielkie monumentalne drzewa, które dziś wszyscy podziwiamy. Ale to były czasy, kiedy jeszcze nie rządzili nami specjaliści od propagandy instagramowej. Teraz drzewo musi wyglądać spektakularnie od pierwszego dnia, najlepiej jeszcze przed przecięciem wstęgi i konferencją prasową z udziałem Rafała w obowiązkowej pozie "samorządowego zbawcy Europy".
Efekt? Miliony wyrzucane w błoto - i to Szanowni Państwo - dosłownie. Wielkie drzewa sadzone są jak dekoracje sceniczne, szybko, byle zdążyć przed kamerami, bez sensownego przygotowania gruntu, bez warunków do ukorzenienia, często w miejscach kompletnie nieprzystosowanych. Potem przychodzi lato, trochę wiatru, trochę suszy i nagle okazuje się, że kolejne "zielone inwestycje" stoją suche jak choinki wystawione w maju. Wtedy urzędnicy zamawiają następne i następne i następne. Interes życia. Nie zarabia się przecież na jednorazowej sprzedaży drzewa, bo prawdziwy biznes polega na tym, żeby co roku sprzedawać nowe do tych samych dziur w ziemi.
- Warszawski ratusz osiągnął w tej dziedzinie poziom absurdu godny kabaretu Barei. Najlepszym przykładem jest Wesoła, najbardziej zielona dzielnica Warszawy, którą urzędnicy z takim uporem "zazieleniają", jakby chcieli ją ostatecznie wykończyć.
Przy nowym liceum im. Czesława Miłosza, otwieranym oczywiście w idealnym momencie politycznym, nasadzono wielkie sosny. Problem polegał na tym, że ktoś chyba zapomniał, iż drzewa mają korzenie, a nie przyssawki. Wsadzono je w piach bez porządnego mocowania i po każdym silniejszym podmuchu wyglądały jak uczestnicy konkursu tańca współczesnego, a efekt był łatwy do przewidzenia. Po prostu uschły. Posadzono więc nowe i potem kolejne. Obecnie trwa chyba trzeci sezon serialu "Sosna, reaktywacja".
Jeszcze lepszy numer odstawiono przy przedszkolu przy Trakcie Brzeskim - tam z maniakalnym uporem sadzi się tuje na wydmie z lotnym piaskiem. Tuje regularnie usychają, więc urząd odpowiada w jedyny znany sobie sposób, zamawia większe. Pierwsze były małe, a drugie oczywiście większe. Obecne mają chyba ponad trzy metry i właśnie spektakularnie dogorywają na brązowo. Następne pewnie przyjadą już dźwigiem i z eskortą Straży Miejskiej, no bo któż bogatemu zabroni.
Najpiękniejsze w tym wszystkim są jednak tłumaczenia urzędników. Kiedy sosny przy liceum padły błyskawicznie, urząd dzielnicy stwierdził, że za wszystko odpowiada... kornik. Oczywiście. Kornik pojawił się nagle, przegryzł ekspresowo zdrowe drzewa i zniknął, zanim ktokolwiek zdążył go zobaczyć. To już bardziej wiarygodna byłaby wersja, że drzewa nocą przewrócił Yeti po pijaku, ale w warszawskim samorządzie obowiązuje zasada, jeśli można nic nie napisać, napisać prawdę albo napisać kompletną bzdurę, wybór niemal zawsze pada na opcję trzecią.
Kadry Rafał Trzaskowski idealnie pasują do tej polityki - jedni aktywiści zastępują drugich, doświadczenie zastępuje ideologia, a kompetencje zastępuje lojalność wobec partyjnego przekazu. Koszty? Nieważne. Przecież zapłacą mieszkańcy. Warszawa może nie mieć pieniędzy na wiele rzeczy potrzebnych zwykłym ludziom, ale na coroczne sadzenie i wymienianie uschniętych drzew fundusze jakoś zawsze się znajdą.
- I tak żyjemy w tym zielonym teatrze absurdu. Kolejne konferencje, kolejne "rewitalizacje", kolejne wielkie sadzonki sprowadzane z zagranicy niczym królewskie relikwie, po czym kilka miesięcy później oglądamy rzędy martwych drzew przy ulicach. Ale spokojnie, za rok będą nowe. Jeszcze większe. Jeszcze droższe. Może tym razem Trzaskowski zamówi już od razu pomniki przyrody na lawetach. Jak szaleć, to szaleć.
Co ciekawe, dziś drzewami zajmuje się ZDM z wszechpotężnym wodzem Łukaszem "Niech Płacą" Puchalskim. Facet, który powinien przenosić druki nieostemplowane (ostemplowanych nikt nie powinien mu dać bo za duża odpowiedzialność) z pokoju do pokoju, zajmuje się wszystkim w tym sadzeniem drzew, ale nie tym czym powinien się zajmować, ruchem drogowym, dlatego na Marszałkowskiej mamy drzewa zamiast ulicy.
Przyjechał chłop z prowincji, a tam zawsze przy drogach sadzili drzewa, więc te przyzwyczajenia przenosi na grunt miejski.
Bo przecież, parafrazując klasyka, "to nie jest nasze ostatnie słowo".
Portal Warszawski