Poniedzia┼éek 27 Wrze┼Ťnia 2021r. - 270 dz. roku,  Imieniny: Damiana, Wincentego

| Strona g┼é├│wna | | Mapa serwisu 

dodano: 24.09.19 - 13:03     Czytano: [1438]

Sprawiedliwy człowiek





Moje opowiadanie, oparte na faktach - "Sprawiedliwy cz┼éowiek", kt├│re jest dla mnie bardzo wa┼╝ne, gdy┼╝ opowiada o moim dziadku i ojcu, i sprawiedliwym Rusinie z Cisowej, kt├│ry uratowa┼é im ┼╝ycie. A wszystko to dzia┼éo si─Ö w bezpo┼Ťrednim s─ůsiedztwie Birczy, bowiem Cisowa jest oddalona od Birczy zaledwie o 6 kilometr├│w (obecnie terytorialnie nale┼╝y do gminy Krasiczyn, ale w tamtym czasie nale┼╝a┼éa chyba do Birczy. Huta Brzuska za┼Ť - moja rodzinna wie┼Ť - nale┼╝a┼éa i nale┼╝y do gminy Bircza, a tak┼╝e w tamtym czasie, do lat osiemdziesi─ůtych ubieg┼éego wieku, by┼éa cz─Ö┼Ťci─ů Parafii Bircza i ludzie na msze chodzili do Birczy (obecnie nale┼╝y do Parafii Sufczyna.

B─Ödzie to historia prawdziwa, kt├│ra wydarzy┼éa si─Ö w Polsce – w Cisowej nieopodal Birczy, w powiecie przemyskim. Przez wiele lat opowiada┼é j─ů m├│j dziadek Franciszek, a po jego ┼Ťmierci ojciec J├│zef. Teraz za┼Ť przysz┼éa kolej na mnie, bo taka jest moja powinno┼Ť─ç.

Wrzesie┼ä roku 1945 dobiega┼é ko┼äca, ale dni by┼éy nadal pogodne i gor─ůce jak w ┼Ťrodku upalnego lata; a powietrze tak przejrzyste, ┼╝e ze szczytu Krukowej G├│ry, go┼éym okiem, mo┼╝na by┼éo dojrze─ç, oddalone o dwadzie┼Ťcia siedem kilometr├│w, miasto Przemy┼Ťl, a nawet, rzucone nieco bardziej na po┼éudniowy wsch├│d, mieni─ůce si─Ö w promieniach s┼éo┼äca, kopu┼éy Klasztoru Franciszkan├│w w Kalwarii Pac┼éawskiej.

W jeden z takich dni, wczesnym popo┼éudniem Franciszek, z dziesi─Öcioletnim synem J├│zefem, zaprz─Ögiem konnym, wraca┼é z targu w Przemy┼Ťlu, gdzie sprzeda┼é ciele, do rodzinnej Huty Brzuskiej. Droga by┼éa trudna - przecinaj─ůc wsie, wi┼éa si─Ö pomi─Ödzy polami uprawnymi a lasem i ju┼╝ za Krasiczynem rozpoczyna┼éy si─Ö wysokie g├│rki – i niebezpieczna, gdy┼╝ w lasach i ukrai┼äskich wsiach dzia┼éa┼éy bandy Ukrai┼äskiej Powsta┼äczej Armii, kt├│re nocami napada┼éy na polskie wsie i osady, pali┼éy domy i mordowa┼éy ludzi. Dlatego Franciszek ┼Ťpieszy┼é si─Ö, aby zmierzch nie zasta┼é go w drodze...

- No, Siwy! Nie oci─ůgaj si─Ö! Jeszcze troch─Ö wysi┼éku i nied┼éugo b─Ödziemy w domu. A tam na nas czeka kolacja, a na ciebie obrok w ┼╝┼éobie i odpoczynek – powiedzia┼é do konia i dla dodania mu animuszu przeci─ů┼é batem powietrze. Ale Siwy, kt├│ry odznacza┼é si─Ö tym, ┼╝e mia┼é prawie ludzki rozum i bez tego wiedzia┼é, co ma robi─ç.

Wysoko na b┼é─Ökitnym niebie, nad sk─ůpan─ů w promieniach popo┼éudniowego s┼éo┼äca g├│r─ů Kopystank─ů, kr─ů┼╝y┼éy dwa jastrz─Öbie i gdzie┼Ť daleko w dolinie, od strony Olszan, kt├│re min─Öli dobre p├│┼é godziny wcze┼Ťniej, rycza┼éo pas─ůce si─Ö nad Sanem byd┼éo.

Franciszek spojrzał na syna, pogłaskał go po głowie, po czym przekazał mu lejce i bat.

- Trzymaj mocno i gdyby co┼Ť si─Ö dzia┼éo – jacy┼Ť ludzie wyszli z lasu i pr├│bowali nas zatrzyma─ç, to na m├│j znak, strzel Siwego batem po zadzie i rwij do przodu co ko┼ä wyskoczy, a┼╝ ci powiem, ┼╝e mo┼╝esz zwolni─ç – powiedzia┼é, bo akurat zbli┼╝ali si─Ö do miejsca zwanego Mordowni─ů. W ostatnim latach wielu powracaj─ůcych z miasta ludzi zosta┼éo tutaj napadni─Ötych, obrabowanych, a nawet zabitych, dlatego chcia┼é mie─ç wolne r─Öce, aby w ka┼╝dej chwili m├│g┼é si─Ögn─ů─ç po, ukryty w skrytce pod siedzeniem, pistolet i broni─ç si─Ö.

Ch┼éopak rozumia┼é o co chodzi. Mocno chwyci┼é wodze i u┼Ťmiechn─ů┼é si─Ö zadowolony. Ojciec potraktowa┼é go jak doros┼éego m─Ö┼╝czyzn─Ö - obdarzy┼é zaufaniem, kt├│rego nie m├│g┼é zawie┼Ť─ç.
Franciszek by┼é odwa┼╝nym cz┼éowiekiem, obytym z wszelkiego rodzaju niebezpiecze┼ästwami, wi─Öc nie ba┼é si─Ö, ale zdobyte na wojnie, a szczeg├│lnie teraz, gdy w okolicy panoszy┼éy si─Ö podst─Öpne bandy UPA, do┼Ťwiadczenie m├│wi┼éo mu, ┼╝e ostro┼╝no┼Ťci nigdy nie jest za wiele. Musia┼é by─ç ostro┼╝ny, bo w domu, pod opiek─ů, m┼éodszej od niego o siedem lat ┼╝ony, Marysi i najstarszego, pi─Ötnastoletniego syna, Jakuba, pozosta┼éo jeszcze czworo ma┼éych dzieci...

Na szcz─Ö┼Ťcie nic si─Ö nie wydarzy┼éo. Spokojnie min─Öli Mordowni─Ö i wyjechali z lasu na Wysokie Pola, sk─ůd wida─ç ju┼╝ by┼éo, rozrzucone po zboczach g├│r, kryte strzech─ů pierwsze zabudowania Cisowej. Teraz mieszkali w niej sami Rusini, bo Polacy – stanowi─ůcy tutaj zdecydowan─ů mniejszo┼Ť─ç i rodziny mieszane - porzucili swoje gospodarstwa i uciekli do Huty Brzuskiej, gdzie dzia┼éa┼éa silna polska samoobrona, do Birczy, Krasiczyna lub Przemy┼Ťla, pod opiek─Ö milicji i wojska. Wiadomo by┼éo powszechnie, ┼╝e wie┼Ť ta wsp├│┼épracuje z bandami UPA, a wielu jej mieszka┼äc├│w, dobrowolnie lub pod przymusem, wst─ůpi┼éo w ich szeregi, ale w dzie┼ä – mo┼╝e dlatego, ┼╝e le┼╝a┼éa blisko Birczy – nadal mo┼╝na by┼éo bezpiecznie przez ni─ů przeje┼╝d┼╝a─ç.

Tym razem jednak okaza┼éo si─Ö, ┼╝e jest inaczej: Oko┼éo po┼éudnia do Cisowej wszed┼é du┼╝y oddzia┼é UPA. Banderowcy otoczyli wie┼Ť szczelnymi, niewidocznymi z zewn─ůtrz posterunkami. Wartownicy, bez zatrzymywania i niepotrzebnego ha┼éasu, wpuszczali wszystkich, kt├│rzy chcieli wej┼Ť─ç lub wjecha─ç do wsi, ale nikogo z niej nie wolno im by┼éo wypu┼Ťci─ç. I Franciszek wpad┼é w potrzask.

O tym, ┼╝e tak si─Ö sta┼éo zorientowa┼é si─Ö dopiero, gdy zbli┼╝y┼é si─Ö do pierwszej zagrody i k─ůtem oka spostrzeg┼é, ┼╝e z mroku otwartych na o┼Ťcie┼╝ wr├│t stodo┼éy bacznie mu si─Ö przygl─ůda dw├│ch stri┼éci├│w i lufa, ustawionego na tr├│jnogu, niemieckiego karabiny maszynowego. B┼éyskawicznie oceni┼é sytuacj─Ö – by┼éo ju┼╝ za p├│┼║no na odwr├│t - wi─Öc nie widz─ůc innego wyj┼Ťcia, jakby nic nie zauwa┼╝y┼é i nie zrobi┼éo to na nim ┼╝adnego wra┼╝enia, zdecydowanie ruszy┼é w g┼é─ůb wsi. Mia┼é nadziej─Ö, ┼╝e uda mu si─Ö dotrze─ç do gospodarstwa swojego znajomego, Miko┼éaja, z kt├│rym przesz┼éo dwadzie┼Ťcia lat temu s┼éu┼╝y┼é w Przemy┼Ťlu w wojsku. Liczy┼é na to, ┼╝e Miko┼éaj nadal jest tym samym cz┼éowiekiem, co dawniej i nie odm├│wi mu pomocy.

W g┼é─Öbi wsi banderowcy byli wsz─Ödzie. Siedzieli przed domami, ┼Ťpiewali piosenki, go┼Ťcili si─Ö i zabawiali z od┼Ťwi─Ötnie wystrojonymi na t─Ö okazj─Ö mo┼éodyciami. Najwi─Öcej jednak zgromadzi┼éo si─Ö ich na placu przy budynku szko┼éy, gdzie stacjonowa┼éo dow├│dztwo. Pali┼éo si─Ö tam kilkana┼Ťcie ognisk, a bro┼ä sta┼éa ustawiona w koz┼éy. Wida─ç by┼éo, ┼╝e ufaj─ů w swoj─ů si┼é─Ö i czuj─ů si─Ö pewnie. Gotuj─ůc straw─Ö, szykowali si─Ö do wieczornej zabawy z muzyk─ů i ta┼äcami, w czasie kt├│rej b─Ödzie mo┼╝na do woli poswawoli─ç z kobietami.

Franciszek spojrza┼é na syna, przygarn─ů┼é go r─Ök─ů do siebie i pog┼éaska┼é po bujnej, p┼éowej czuprynie.

- Spokojnie, J├│ziu! Nie b├│j si─Ö! Wydostaniemy si─Ö st─ůd i wszystko b─Ödzie dobrze – powiedzia┼é, my┼Ťl─ůc, ┼╝e dziesi─Ö─ç lat ┼╝ycia, to stanowczo za wcze┼Ťnie na umieranie.

Nogi mu zmi─Ök┼éy w kolanach, ale zapanowa┼é nad tym i nie da┼é po sobie pozna─ç, ┼╝e strach ┼Ťcina mu krew w ┼╝y┼éach. Bez po┼Ťpiechu, jakby by┼é jednym z tutejszych ch┼éop├│w i wraca┼é do w┼éasnej cha┼éupy, min─ů┼é szko┼é─Ö. Za kapliczk─ů skr─Öci┼é na drog─Ö prowadz─ůc─ů do przysi├│┼éka Zagony i po ujechaniu jeszcze oko┼éo p├│┼é kilometra, nie niepokojony przez nikogo, zajecha┼é w otwart─ů na o┼Ťcie┼╝ bram─Ö Miko┼éaja.

Mikołaj patrzył przez okno, rozpoznał starego znajomego i chociaż nie wiedzieli się już kilka lat, nie ucieszył się z jego wizyty, ale wyszedł mu na spotkanie.

- Co tutaj robisz? – zapyta┼é.
- Wracam z ch┼éopcem z Przemy┼Ťla. Z jarmarku... Porad┼║ co┼Ť! Pom├│┼╝, bo widzisz, co si─Ö dzieje...
- Widz─Ö. ┼╣le si─Ö sta┼éo, ┼╝e akurat dzisiaj si─Ö tutaj znalaz┼ée┼Ť. – Miko┼éaj z zafrasowaniem podrapa┼é si─Ö po g┼éowie. – Zostaniesz u mnie na noc – zdecydowa┼é. - Nie widz─Ö innego wyj┼Ťcia. Inaczej zgubisz siebie i dziecko. Do rana ze wsi nikogo nie wypuszcz─ů...
- Dobrze – zgodzi┼é si─Ö Franciszek. – Dzi─Ökuj─Ö ci, ┼╝e robisz to dla mnie. A tobie to nie zaszkodzi?
- O to si─Ö nie martw. Znam tutaj wszystkich i jakby co┼Ť, to jako┼Ť dam sobie rad─Ö.
- W porz─ůdku. Nie zapomn─Ö ci tego.

Miko┼éaj pom├│g┼é Franciszkowi wyprz─Ögn─ů─ç konia od wozu. Razem zaprowadzili go do stajni, a p├│┼║niej wprowadzi┼é nieproszonych go┼Ťci do domu i kaza┼é ┼╝onie przygotowa─ç kolacj─Ö. W sytuacji jakiej si─Ö znalaz┼é nie m├│g┼é by─ç zadowolony z odwiedzin swojego starego kumpla – rzuca┼éo to na niego niebezpieczne podejrzenie, ┼╝e jest przyjacielem Polak├│w – ale nie potrafi┼é odm├│wi─ç mu pomocy. By┼éoby to r├│wnoznaczne ze skazaniem go na ┼Ťmier─ç.

Tymczasem we wsi zagra┼éa muzyka i rozleg┼éy si─Ö ch├│ralne ┼Ťpiewy przy ogniskach. Wydawa┼éo si─Ö, ┼╝e wszystkich ogarn─ů┼é jaki┼Ť sza┼é rado┼Ťci i og├│lne rozpasanie. Banderowcy, korzystaj─ůc z pozwolenia starszyzny, t─Ögo pili, ┼Ťpiewali i ta┼äczyli z wystrojonymi od┼Ťwi─Ötnie na t─Ö okazj─Ö pannami i m┼éodymi m─Ö┼╝atkami. A co bardziej niecierpliwi, krewcy i nie znosz─ůcy sprzeciwu, ju┼╝ teraz, nie czekaj─ůc na noc, ci─ůgn─Öli swoje partnerki do stod├│┼é i ogrod├│w...

Franciszek mia┼é nadziej─Ö, ┼╝e nikt go nie rozpozna┼é, a je┼╝eli nawet, to nie b─Ödzie o nim pami─Öta┼é w tym og├│lnym rozgardiaszu, wiec spokojnie doczeka ┼Ťwitu u Miko┼éaja. A gdy banderowcy odejd─ů do lasu, bezpiecznie powr├│ci z synem do domu. Jednak┼╝e, gdy si─Ö ┼Ťciemni┼éo, kto┼Ť za┼éomota┼é do drzwi. Gdy Miko┼éaj otworzy┼é okaza┼éo si─Ö, ┼╝e na podw├│rku stoi kilku, gro┼║nie wygl─ůdaj─ůcych, uzbrojonych i pijanych m─Ö┼╝czyzn.

- Dawaj Lacha! – rozkaza┼é ten, kt├│ry trzyma┼é w r─Öku siekier─Ö i nie czekaj─ůc na odpowied┼║ pr├│bowa┼é wedrze─ç si─Ö do ┼Ťrodka cha┼éupy, ale Miko┼éaj odwa┼╝nie zast─ůpi┼é mu drog─Ö.
- To ┼╝aden Lach, tylko m├│j go┼Ť─ç. Dlatego nikogo dzisiaj st─ůd nie zabierzecie.
- Dawaj! bo jak nie, to razem z nim zadyndasz na starej gruszy.
Jednak Miko┼éaj nie ul─ůk┼é si─Ö i nie ust─ůpi┼é, ale dwaj banderowcy zaszli go z bok├│w, chwycili za r─Öce, pr├│buj─ůc wyci─ůgn─ů─ç na zewn─ůtrz. Powsta┼éo zamieszanie i harmider, bo ┼╝ona Miko┼éaja zacz─Ö┼éa krzycze─ç ze strachu.


Miasto Bukowsko, spalone przez UPA w marcu, kwietniu i listopadzie 1946, zdj─Öcie z 1946

„Bo┼╝e, dopom├│┼╝!” – pomy┼Ťla┼é Franciszek. W┼éo┼╝y┼é r─Ök─Ö do kieszeni bluzy, dotkn─ů┼é palcami paciork├│w r├│┼╝a┼äca, kt├│ry zawsze nosi┼é przy sobie i uwa┼╝a┼é, ┼╝e zawdzi─Öcza mu szcz─Ö┼Ťliwy powr├│t z wojny i niemieckiej niewoli. A teraz, wygl─ůda┼éo na to, ┼╝e tylko cud mo┼╝e wyprowadzi─ç go z tej matni, tym bardziej, ┼╝e pope┼éni┼é b┼é─ůd, pozostawiaj─ůc pistolet w skrytce pod siedzeniem wozu. I cud taki si─Ö wydarzy┼é. W tym czasie, na drodze pojawi┼é si─Ö jaki┼Ť znaczniejszy banderowiec z dow├│dztwa sotni. Zwabiony ha┼éasem, wszed┼é na podw├│rko Miko┼éaja.

- Co si─Ö tutaj dzieje? – zapyta┼é ostrym g┼éosem.
Na jego widok banderowcy pu┼Ťcili Miko┼éaja.
- Ten skurwysy┼äski had ukrywa Lach├│w i nie chce nam ich wyda─ç – powiedzia┼é m─Ö┼╝czyzna z siekier─ů. – A my mamy ochot─Ö dzisiaj z nimi sobie troch─Ö pohulaty.
Miko┼éaj nabra┼é otuchy, bowiem przyby┼éy okaza┼é si─Ö jego dalekim krewnym po stronie matki, z kt├│rym zawsze ┼é─ůczy┼éy go dobre relacje.
- To m├│j go┼Ť─ç! – powiedzia┼é jeszcze raz. – Nie pozwol─Ö mu zrobi─ç krzywdy. ┼╗eby go zabra─ç, musicie zabi─ç najpierw mnie.
- Uspok├│j si─Ö, Miko┼éa! Nikt nie ma zamiaru ci─Ö zabija─ç – rzek┼é tamten. - A wy – przeni├│s┼é wzrok na podpitych banderowc├│w – wyno┼Ťcie si─Ö st─ůd! Natychmiast! Miko┼éaj to dobry Ukrainiec. Ka┼╝dego, kto - bez mojego wyra┼║nego rozkazu - ┼Ťmie tkn─ů─ç go palcem, w┼éasnor─Öcznie obedr─Ö ze sk├│ry!

Gdy tamci odeszli, powiedział do Mikołaja:

- Masz szcz─Ö┼Ťcie, ┼╝e si─Ö tutaj znalaz┼éem. Inaczej ju┼╝ by by┼éo po tobie. Chcesz broni─ç Lacha – twoja sprawa. Mam u ciebie stary d┼éug, dlatego ci pomog┼éem. Gdyby nie to, to wiesz, co by si─Ö dzia┼éo... Teraz jeste┼Ťmy kwita. Ale uwa┼╝aj, bo jak si─Ö jeszcze bardziej popij─ů i przyjd─ů tutaj w wi─Ökszej liczbie, to nawet ja nie b─Öd─Ö m├│g┼é nic poradzi─ç... Zginiecie wszyscy, a cha┼éupa p├│jdzie z dymem. Dlatego, dobrze wam radz─Ö: Zamknijcie wrota od podw├│rka i drzwi domu. Poga┼Ťcie ┼Ťwiat┼éa i sied┼║cie cicho jak myszy pod miot┼é─ů, ┼╝eby nikogo nie prowokowa─ç.

Miko┼éaj zastosowa┼é si─Ö do rad swojego znajomego. Zamkn─ů┼é bram─Ö i drzwi. Pogasi┼é ┼Ťwiat┼éa i razem z Franciszkiem, kurz─ůc cygary, siedzieli po ciemku w pokoju, w milczeniu, bo rozmowa jako┼Ť im si─Ö nie klei┼éa. Ma┼éy J├│zef natomiast ukry┼é si─Ö pod sto┼éem. Chwil─Ö si─Ö zdrzemn─ů┼é, ale spa┼é niespokojnie, z dusz─ů na ramieniu. Jednak nie wiadomo, czy – gdyby nie szcz─Ö┼Ťliwy los, kt├│ry tej nocy po raz drugi si─Ö do nich u┼Ťmiechn─ů┼é – uda┼éoby im si─Ö doczeka─ç rana, bo na wsi robi┼éo si─Ö coraz g┼éo┼Ťniej i w ka┼╝dej chwili rozpasana, pijana t┼éuszcza mog┼éa przyj┼Ť─ç, wywa┼╝y─ç bram─Ö i drzwi, i upomnie─ç si─Ö o Lacha i jego pomiot...

Zbieg okoliczno┼Ťci sprawi┼é, ┼╝e nied┼éugo po p├│┼énocy, od strony Birczy, do Cisowej zbli┼╝y┼é si─Ö du┼╝y oddzia┼é wojska. Zaskoczeni banderowcy ostrzelali go z karabin├│w maszynowych i boj─ůc si─Ö bezpo┼Ťredniej konfrontacji z wojskiem i okr─ů┼╝enia, w pop┼éochu uciekli do lasu, a ich wygrzane miejsca przy dogasaj─ůcych ogniskach na placu przed szko┼é─ů zaj─Öli ┼╝o┼énierze.


Zdj─Öcie serwis infiormacyjny Gminy Dukla
http://old.dukla.pl/dps_detail.php?dps=19&art=452

Franciszek, gdy zorientowa┼é si─Ö w sytuacji, podzi─Ökowa┼é Miko┼éajowi za uratowanie mu ┼╝ycia i go┼Ťcin─Ö. Po czym – nie czekaj─ůc na s┼éo┼äce – zaprz─ůg┼é Siwego do wozu i wyjecha┼é na ulic─Ö. Chcia┼é jak najszybciej powr├│ci─ç do domu, bo wiedzia┼é, ┼╝e Marysia usycha z niepokoju, spodziewaj─ůc si─Ö najgorszego. ┼╗o┼énierze zatrzymali go na placu przed szko┼é─ů i skierowali do dow├│dcy.

- A ty, co tutaj robi┼ée┼Ť mi─Ödzy tymi banderowcami? – zapyta┼é oficer i nie czekaj─ůc na odpowied┼║, zanim Franciszek zd─ů┼╝y┼é si─Ö zameldowa─ç i wyja┼Ťni─ç sytuacj─Ö, w jakiej si─Ö znalaz┼é, dwa razy uderzy┼é go r─Ök─ů w twarz. By┼é zdenerwowany, bo w wyniku ostrza┼éu wycofuj─ůcego si─Ö nieprzyjaciela straci┼é dw├│ch ludzi. Jednak, gdy Franciszek wylegitymowa┼é si─Ö, wyt┼éumaczy┼é mu kim jest i w jakie popad┼é tarapaty, przydzieli┼é mu ochron─Ö z┼éo┼╝on─ů z dziesi─Öciu ┼╝o┼énierzy. W ich asy┼Ťcie, r├│wno ze s┼éo┼äcem, Franciszek z synem, szcz─Ö┼Ťliwie – drog─ů przez Panie┼äski Szcz─ůb – dotar┼é do Krukowej G├│ry – granicy Huty Brzuskiej, gdzie nad bezpiecze┼ästwem ┼╝yj─ůcych tam ludzi dniem i noc─ů czuwa┼éa, dowodzona przez so┼étysa, mocna polska samoobrona.

- M├│wi─Ö wam i przestrzegam, ┼╝eby┼Ťcie zawsze o tym pami─Ötali: Nie ma nic gorszego na ┼Ťwiecie ni┼╝ fa┼észywy, zara┼╝ony nienawi┼Ťci─ů, ┼╝─ůdny krwi cz┼éowiek. Nigdy nie mo┼╝na mu zaufa─ç i trzeba si─Ö go strzec jak ognia. A takimi niebezpiecznymi, za┼Ťlepionymi lud┼║mi, w tamtym czasie byli banderowcy – tymi s┼éowami dziadek zawsze przyst─Öpowa┼é do zako┼äczenia swojej opowie┼Ťci. – A my, w Hucie Brzuskiej, pope┼énili┼Ťmy ten b┼é─ůd. Dali┼Ťmy si─Ö oszuka─ç, podej┼Ť─ç jak dzieci. I wszyscy zap┼éacili┼Ťmy za to wysok─ů cen─Ö.


┼╗o┼énierze Wojska Polskiego z uj─Ötym referentem kuszcza OUN ,,Hnatu┼Ťka, - zdj─Öcie IPN

Nied┼éugo p├│┼║niej, w jesieni, banderowcy – aby u┼Ťpi─ç nasz─ů uwag─Ö i os┼éabi─ç obron─Ö wsi - przys┼éali do Huty Brzuskiej emisariuszy, kt├│rzy o┼Ťwiadczyli, ┼╝e nic do nas nie maj─ů, chc─ů ┼╝y─ç z nami w pokoju i zgodzie; i przyrzekli, ┼╝e nie b─Öd─ů ju┼╝ wi─Öcej na nas napada─ç. So┼étys zwo┼éa┼é zebranie i og┼éosi┼é to publicznie. A tydzie┼ä p├│┼║niej, na Andrzeja - gdy w wielu domach odbywa┼éy si─Ö imieninowe przyj─Öcia, bo ludzie uwierzyli w ich obietnice, przestali si─Ö pilnowa─ç, cieszyli si─Ö i bawili, bo uwa┼╝ali, ┼╝e najgorsze czasy maj─ů ju┼╝ poza sob─ů – zaskoczyli na nas noc─ů przewa┼╝aj─ůcymi si┼éami. Wartownicy nie zdo┼éali ich odeprze─ç, wi─Öc ze wszystkich stron wdarli si─Ö do wsi, ograbili j─ů i spalili, zabijaj─ůc tych, kt├│rzy nie zd─ů┼╝yli si─Ö ukry─ç. Rano, gdy dogas┼éy po┼╝ary, aby ocali─ç g┼éowy, musieli┼Ťmy ucieka─ç. Ja wywioz┼éem rodzin─Ö do Przemy┼Ťla, ale straci┼éem dw├│ch syn├│w, chocia┼╝ nie zgin─Öli bezpo┼Ťrednio od siekiery, czy kuli banderowca... Najm┼éodszy, jeden z bli┼║niak├│w, jeszcze niemowl─Ö w pieluszkach, nie przetrzyma┼é trud├│w tej nocy. Najstarszy natomiast, Jakub, pomaga┼é m┼éodszym jak m├│g┼é, a p├│┼║niej, razem ze mn─ů, bo by┼é ju┼╝ prawie m─Ö┼╝czyzn─ů, przez p├│┼é dnia, bieg┼é obok wozu. Ale, gdy przeprawili┼Ťmy si─Ö przez San i szcz─Ö┼Ťliwie dotarli┼Ťmy do Nienadowej, dosta┼é raptownego zapalenia p┼éuc i nie by┼éo dla niego ratunku.

Jednak dzisiaj – pozostawiaj─ůc historii os─ůd tamtych ci─Ö┼╝kich czas├│w- mog─Ö uczciwie powiedzie─ç, ┼╝e spotka┼éem na swojej drodze sprawiedliwego, odwa┼╝nego Ukrai┼äca – Rusina, jak si─Ö ich wtedy nazywa┼éo, kt├│ry tamtej nocy w Cisowej mnie i mojemu synowi uratowa┼é ┼╝ycie. Nie wiem, co si─Ö z nim p├│┼║niej sta┼éo. Nigdy wi─Öcej go nie widzia┼éem. Mo┼╝e zgin─ů┼é, a mo┼╝e uda┼éo mu si─Ö przetrwa─ç. Mo┼╝e zosta┼é wywieziony na Ziemie Odzyskane i ┼╝yje tam jeszcze ze swoj─ů rodzin─ů. Mog─Ö jednak za┼Ťwiadczy─ç, ┼╝e w tym morzu nienawi┼Ťci i z┼éa, kt├│re przywlekli na nasza ziemi─Ö banderowcy, trafi┼é si─Ö uczciwy cz┼éowiek – jednego z tych, kt├│rych w biblijnych czasach zabrak┼éo w Sodomie i Gomorze.



Wies┼éaw Hop – pisarz i publicysta (Warszawski Oddzia┼é Zwi─ůzku Literat├│w Polskich)
Urodzi┼é si─Ö w roku 1963 w Birczy, w powiecie przemyskim, gdzie mieszka. Jest ┼╝onaty i ma troje dzieci. Uczy┼é si─Ö w Liceum Og├│lnokszta┼éc─ůcym w Dynowie i na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Rzeszowskiego. By┼é nauczycielem, a w latach 1989 – 2010 policjantem. Przez ostatnie trzyna┼Ťcie lat s┼éu┼╝by pe┼éni┼é funkcj─Ö Komendanta Komisariatu Policji w Birczy.
Od trzydziestu lat pisze opowiadania, kt├│re by┼éy publikowane w wielu czasopismach i wyr├│┼╝niane w konkursach literackich, a od 2010 r. tak┼╝e powie┼Ťci. Jego powie┼Ťci wzbudzaj─ů emocje i zainteresowanie czytelnik├│w, a tak┼╝e s─ů dobrze oceniane przez znawc├│w literatury. Ponadto jest jednym z redaktor├│w kwartalnika „┼üowiec Galicyjski” oraz publikuje w innych czasopismach, w tym w miesi─Öczniku „Bra─ç ┼üowiecka”.

Prowadzi także własnego bloga
http://opowiadania-wspolczesne.blogspot.com

oraz stron─Ö na Facebooku
https://www.facebook.com/wieslawhopZLPO.Warszawa


Nades┼é─ů┼é: Jacek Boki

Wersja do druku

Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

27 Wrze┼Ťnia 1981 roku
Bronis┼éaw Malinowski mistrz olimpijski na 3000 m z przeszkodami zgin─ů┼é w wypadku samochodowych w Grudzi─ůdzu


27 Wrze┼Ťnia 1991 roku
Zmarł Eryk Lipiński, grafik i satyryk - założyciel tygodnika satyrycznego Szpilki i Muzeum Karykatury (ur. 1908)


Zobacz wi─Öcej