Niedziela 16 Sierpnia 2026r. - 228 dz. roku,  Imieniny: Joachima, Nory, Stefana

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 12.03.07 - 13:29     Czytano: [1921]

Łaska Pańska

Niedawno rozdano kolejne „Oscary”. Nie chcę jednak pisać o filmach, które nagrody otrzymały, a o dwóch których tych wyróżnień pozbawiono. Z roku na rok bowiem nagradza się coraz gorsze gnioty promujące relatywizm moralny, dewiacje seksualne, negację religii i rodziny. I o nich piszą wszyscy.

Jednym z filmów, które miały szansę zaistnieć w tegorocznym wyścigu po statuetkę był „Apocalypto”, film zrealizowany przez Mel’a Gibson’a. Powody, dla których stało się inaczej są niestety zupełnie pozamerytoryczne i to po raz kolejny pokazuje dobitnie kto kieruje doborem tytułów do nagród. Gibson podpadł już wcześniej stworzeniem dzieła wybitnego, jakim bez wątpienia była „Pasja”. Jednak o tamtym obrazie głośno było zanim pojawił się w kinach i nie można go było zlekceważyć czy po prostu zamilczeć. Film obejrzały miliony widzów na całym świecie i pomimo negatywnej kampanii budowanej zawzięcie przez jego przeciwników obraz zachwycił i zapadł w pamięci widzów na długo. Kolejne przedsięwzięcie Gibson’a miało wszelkie szanse powtórzyć ten sukces, dlatego ci którzy nie wybaczają nigdy, zrobili wszystko aby tak się nie stało. Pod idiotycznym pretekstem, nieprzemyślanego skądinąd zachowania reżysera, rozkręcono wokół niego nagonkę pod jakże popularnym hasłem antysemityzmu. W efekcie film nie otrzymał możliwości wygrania z całą resztą politycznie poprawnej szmiry, jaką epatowały się światowej sławy „kreatorzy faktów”. Film, ukazujący upadek cywilizacji nie chronionej uniwersalnymi i niezmiennymi wartościami, nie mógł stanąć w szranki z miałkimi produktami „twórców” propagujących cywilizację śmierci. Pośród reklam dewiacji i bylejakości nie miał prawa zaistnieć obraz pokazujący nadzieję i możliwość przetrwania cywilizacji opartej na trwałych wartościach. Ponadto sam Gibson, promujący swoją postawą na co dzień przywiązanie do owych wartości, do wiary w Boga, umiłowania rodziny, właściwego wychowania dzieci, nie jest osobą mile widzianą w owych kręgach. I to bez przypinanej na siłę łatki antysemity.

Dlatego, tym bardziej ucieszył mnie film wyemitowany w ostatnią sobotę, w TVP, po głównym wydaniu „Wiadomości”, a więc w porze największej oglądalności. „Byliśmy żołnierzami”, z udziałem Mel’a Gibson’a właśnie, w roli głównej. Film o wojnie toczonej bez większego efektu przez żołnierzy amerykańskich w odległym Wietnamie. Film, moim zdaniem dobry, bo ukazujący obok okrucieństwa i bezsensu walki, że pewne podstawowe wartości nie przemijają i nie poddają się politycznym, chwilowym naciskom. Miłość małżeńska, spełniająca poza wszystkim innym, rolę inkubatora dla rozwoju potomstwa, wychowania go w tradycji i wierze. Bezgraniczne oddanie własnej Ojczyźnie i Rodzinie. Główny bohater modlący się wspólnie z dziećmi przed snem, to widok, którego tak bardzo dzisiaj brakuje w filmach, niezależnie przez który salon finansowanych. Dowódca oddający losy swoje i swoich podkomendnych Bogu przed bitwą, a później modlący się w przerwie walk za ich dusze, to w dzisiejszym zlaicyzowanym i ateistycznym świecie widok rzadki. Ale właśnie z tym większą mocą ukazujący, jak daleko już zdołaliśmy odejść od korzeni. Nie brak oczywiście w filmie wtrętów politycznie poprawnych, wskazujących na ekumeniczną równość różnorodnych religii i ras, ale na tle całości wydaje się to po prostu obowiązkowym mytem, jakim ów obraz obłożono.

Film pokazano w pierwszy weekend po odejściu dotychczasowego prezesa TVP i doprawdy nie wiem czy jest to zwykły przypadek, czy też wcześniej nie pasował do ramówki (film nie prezes). Niezależnie jednak od powodów, dla których pojawił się na ekranach teraz, wymusił z pewnością zastanowienie się nad wojną jako taką. A już zwłaszcza nad wojną toczoną z dala od własnego kraju, z narodem, który czynnie nie zaatakował rubieży państwa wysyłającego na nią własnych żołnierzy. Ten film zmusza do zadumy nad celowością wojny nie będącej wojną obronną. W świetle udziału polskich żołnierzy w nie naszej wojnie, w przyjaznym nam do niedawna Iraku, czy w kolejnej, nie mającej najmniejszych szans na wygranie wojnie w Afganistanie. To przerażające, że rząd, którego członkowie w przedwyborczych obietnicach dawali nadzieję na powrót Polaków do kraju, wysyła na fronty kolejne kontyngenty. Tam nie ma żadnej „misji pokojowej” czy „stabilizacyjnej”, tam trwa regularna walka z najeźdźcą. I jest to walka skazana na niepowodzenie, bo prowadzona przez ludzi walczących o przetrwanie narodu. Dla nich jest to walka obronna i jako taka, w ich świadomości i przekonaniu – jedynie słuszna. Historia wojen pokazuje, że pomimo przewagi militarnej nie jest łatwo pokonać naród walczący o przetrwanie. Często jest to wręcz niemożliwe. Żołnierz polski stojący po stronie agresora szermującego hasłami walki z terroryzmem, dla tamtych narodów sam staje się terrorystą i to jest naprawdę smutne. Doskonale rozumieli to politycy przed ostatnimi wyborami lecz niestety polityka międzynarodowa po raz kolejny wzięła górę nad polityką wobec własnego społeczeństwa. Dziś nie tylko nie wycofujemy własnych wojsk, ale wysyłamy kolejne. Dobrze, że nie mówi się już o mających z tego płynąć korzyściach dla polskiej gospodarki, bo taka argumentacja jest żenująca i lepsza już chyba ta, która odwołuje się do zobowiązań. Przykre to dla mnie, wychowanego w duchu szacunku dla innych nacji i dumy z obronnych tradycji polskiego oręża. Do niedawna w historii polskiej wojskowości był tylko jeden przypadek, odległy zresztą, udziału naszego żołnierza w wojnie najemnej. I to jest już nieaktualne, niestety. Poprzedni prezydent wysłał na wojnę polskie wojska nie pytając o to nikogo. Jego zwolennicy słowem się wówczas nie zająknęli. Dzisiaj, nawołując obecne władze do wycofania polskich wojsk z pełnym cynizmem politycznym, śmieją się pewnie w duchu do rozpuku z kolejnych posunięć rządu. I jest to chichot historii! Jednak niezależnie od intencji w wypowiedziach przeciwników politycznych, najwyższa pora posłuchać Narodu, który coraz wyraźniej nie popiera tego współudziału w hańbie.

A łaska Pańska na pstrym koniu jeździ. Najlepszym tego przykładem aktualna pozycja prezydenta Bush’a, którego dni politycznej chwały wydają się być policzone. Współtworzona przez obce państwo polityka zagraniczna USA doprowadziła do gigantycznych w porównaniu z polskimi, strat ludzkich w Iraku. Na tyle licznych, że Bush postanowił wysłać tam kolejnych kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy. A tam każdego dnia wybuchają miny i samochody – pułapki. I tak już będzie do czasu, kiedy ostatni żołnierz nie opuści okupowanej ziemi. Ta wojna już jest przegrana. Zresztą była taką od chwili, w której zdecydowano się szukać na irackiej ziemi broni masowej zagłady, której nigdy tam nie było. A właściwie jeszcze wcześniej, kiedy Donald Rumsfeld odwiedzając z przyjacielską wizytą Husajna w Iraku ściskał jego dłoń. Tą samą dłonią wskazywał, jako Sekretarz Obrony, kilkanaście lat później irackie cele amerykańskim dowódcom. Na długo przed tym, zanim postanowiono stworzyć mit Al Kaidy, spowijającej swą pajęczyną cały świat. I jej przywódców, szkolonych wcześniej w brytyjskich i amerykańskich ośrodkach, zagrzebanych w irackich piaskach lub afgańskich jaskiniach, oznaczonych numerami absurdalnej talii kart tarota lub innej kabały.

11 września miał stać się nowym Pearl Harbor i dla wielu Amerykanów stał się nim rzeczywiście. Dzisiaj, po pięciu latach jakie minęły od tamtego dramatu, coraz więcej osób dostrzega zaniedbania administracji Bush’a, które do niego doprowadziły. Spora grupa ludzi zarzuca tej administracji wręcz czynny udział w przygotowaniach i realizacji zamachów w świetle pojawiających się coraz liczniej faktów, zarówno sprzed jak i z okresu po tych wydarzeniach. Nie ulega wątpliwości, że ci którzy Bush’a wpuścili w całą tę kabałę, spisali go już na straty, a nowa rozgrywka pomału się rozkręca. Widać to choćby po tym, że mające go uwiarygodnić przedsięwzięcia, kosztujące miliony dolarów, przestają już być potrzebne. Zakładane cele osiągnięto, a podręczniki historii piszą wygrani.

I tak doszliśmy do drugiego z filmów, który nie zdobył nagrody w tym roku. „Lot 93”. Będąc przekonanym, że nie ma w nim źdźbła prawdy, nie chciałem go nawet oglądać. Ale ciekawość wzięła górę. Postanowiłem przekonać się osobiście, jaką bajkę zaserwowano Amerykanom i reszcie bezkrytycznie przyjmującej hollywood’zkie brednie widowni. Instynkt podpowiadał właściwie. Podobnego gniota nie widziałem już dawno. I nie dziwię się, że nie wygrał niczego, bo poza politycznymi powodami, trzeba by niezwykłego kunsztu żeby obronić decyzję o jakiejkolwiek statuetce. Dopiero na przykładzie tego filmu zauważyć można, że teza o kierowaniu zamachami przez brodacza z jaskiń Afganistanu jest po prostu żałosna. Ktokolwiek miał coś wspólnego z lotnictwem czy wojskiem, ten zauważył jak naciągano fakty dla uwiarygodnienia tezy o niemożności zareagowania wszelkich służb na rozgrywający się dramat. Niektóre sceny w filmie są, mimo powagi tematu, wręcz komiczne. Kontrolerzy ruchu lotniczego to banda nieudaczników, których sytuacja przerosła, a wojskowi dowódcy powinni palnąć sobie w łeb jeden po drugim, już w połowie filmu. Mam nadzieję, że kiedyś wrócę jeszcze do tematu, bo jest to naprawdę wspaniały przykład próby ogłupienia setek tysięcy, a może milionów ludzi produkcją firmowaną, nie bez powodu pewnie, nazwiskami twórców, którzy chyba sami poprosili wysokie jury o przemilczenie swego dzieła.

Na przykładzie obu tych filmów, których nie nagrodzono w tym roku, dochodzę do wniosku, że jest bardzo źle, ale na całe szczęście, jeszcze nie tragicznie. Zresztą, poza wszystkim innym, „Oscary” wcale nie muszą nas tak bardzo absorbować. Z największą przyjemnością obejrzałbym wreszcie porządny polski film i życzyłbym wszystkim abyśmy mieli tyle dobrych rodzimych obrazów kinowych, żeby wybór mógł być i trudny i trafny jednocześnie. A przecież film polski również ma swoją prestiżową nagrodę, jaką od 1956 roku jest przyznawana przez czytelników miesięcznika „Film” – „Złota (nomen omen) Kaczka”.

Sławomir M. Kozak

Wersja do druku

Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

16 Sierpnia 2005 roku
Brat Roger, szwajcarski duchowny ewangelicki, założyciel wspólnoty z Taize, zginął od ciosów nożem (ur. 1915)


16 Sierpnia 1944 roku
16 dzień Powst. Warszaw.: Niemieckie radio Berlin nadaje fałszywą informację o upadku powstania, ginie Tadeusz Gajcy "Topór" poeta


Zobacz więcej