Wtorek 16 Czerwca 2026r. - 167 dz. roku, Imieniny: Aliny, Anety, Benona
| Strona główna | | Mapa serwisu
dodano: 01.08.11 - 8:16
Czytano: [3034]
Dział: Śladami naszych przodków
Powstanie Warszawskie
Mijają lata, a tego się nie zapomina
Decyzja o wybuchu zbrojnego powstania wymierzonego przeciwko niemieckiemu okupantowi, zapadła w dniu 31 lipca 1944 roku, na popołudniowej odprawie Komendy Głównej AK. Dowódca AK generał Tadeusz Komorowski „Bór", wraz ze sztabem KG AK ustalił, że Warszawa ruszy do walki za dwadzieścia cztery godziny.

Rankiem dnia 1 sierpnia 1944 roku, gdy tylko skończyła się godzina policyjna, w miasto ruszyły setki łączniczek i gońców, z rozkazem gotowości do powstania. Po południu rozkaz mobilizacyjny, roznosiło już ponad 6 tysięcy konspiratorów. Dowódca AK generał „Bór" w kapeluszu i prochowcu wmieszany w tłum warszawiaków, szedł na kolejne tajne spotkanie, aby wszystko zostało maksymalnie dograne przed godziną W. Niestety przed okupantem, nie udało się utrzymać w tajemnicy koncentracji podziemnej armii. Niemieckie dowództwo garnizonu warszawskiego, nie zdążyło przegrupować swoich sił do stłumienia powstania w zarodku, ale poszczególne oddziały okupanta dały się jednak zaskoczyć. Na Żoliborzu, w dniu 1 sierpnia o godzinie 13.50, patrol niemieckich lotników zaatakował konspiracyjny transport broni. Do walki szybko włączyła się niemiecka policja wsparta kilkoma czołgami. Oddziały AK zostały rozbite jeszcze przed godziną „ 17.00 zwaną godziną W". O godzinie 16.00 na ulicy Traugutta, niemiecki patrol chciał wylegitymować ubezpieczenie kompanii porucznika Lewara. Podczas tego incydentu, Akowcy zabili jednego Niemca, a ciężko ranili drugiego.
Dwadzieścia minut później policja niemiecka wjechała samochodami na plac Napoleona i zaczęła ostrzeliwać koncentrujących się ukradkiem powstańców. Porucznik Kosa, dowódca elitarnego oddziału AK, w tej sytuacji nie czekał na godzinę „W" i uderzył na hotel Victoria. Po ciężkiej walce opanował go w końcu, po czym w murach hotelu natychmiast zainstalowało się dowództwo Okręgu AK. O godzinie 17.00, do walki ruszyła cała podziemna Warszawa. Wielu powstańców nie zdołało dotrzeć do swych oddziałów, w niektórych zgrupowaniach brakowało niemal połowy żołnierzy. Broni było jeszcze mniej. Nie brakowało tylko entuzjazmu i niemalże heroicznej woli walki. Plan powstania zakładał opanowanie w pierwszym dniu całego miasta. Do północy udało się wyzwolić jedynie duże, zwarte obszary Starego Miasta. Posiadający miażdżącą przewagę w uzbrojeniu niemiecki garnizon, zepchnięty został jednak do defensywy. Pod wieczór dowódcy powstańczych zgrupowań weszli na dachy domów zajętych na swoje punkty dowodzenia i stamtąd lustrowali tereny poszczególnych walk. W tym czasie głównodowodzący niemieckimi siłami w Warszawie płk Geibel, przenosił swoje bojowe stanowisko dowodzenia do piwnic dotychczasowej kwatery. Zaskoczenie i wola walki polskiego powstańca, nie mogły jednak zrównoważyć zdecydowanej przewagi Niemców. Staraniem rządu polskiego w Londynie, powstanie otrzymywało pomoc drogą powietrzną. Samoloty pilotowane przez załogi polskie, amerykańskie, brytyjskie, kanadyjskie i południowoafrykańskie startowały z lotnisk we Włoszech. Ogółem w 192 zrzutach, dostarczono polskim powstańcom około 230 ton uzbrojenia i amunicji. niestety ponad 63% alianckich zrzutów trafiło w ręce niemieckie. W
ostatnich dniach sierpnia, powstanie weszło w fazę przesilenia. Coraz bardziej uświadamiano sobie, iż powstanie bez wydatnej pomocy z zewnątrz skazane jest na klęskę. Próby porozumienia z dowódcą radzieckim stacjonującym na prawym brzegu Wisły marszałkiem Konstantym Rokossowskim nie dały rezultatu, natomiast niechęć Stalina do powstania przejawiała się w fakcie nie wyrażenia zgody na lądowanie samolotów alianckich, dokonujących zrzutów, na lotniskach radzieckich. Dnia 15 września, I Armia Wojska Polskiego zajęła Pragę, natomiast między 16 a 22 września, doszło do prób pomocy powstaniu. Jednakże utworzone na lewym brzegu Wisły przyczółki, zostały zlikwidowane przez Niemców. Kiedy w dniu 23 września, Niemcy zajęli jedną z ostatnich dzielnic Czerniaków, stało się oczywiste, że walka o Warszawę dobiegała końca. Po kapitulacji dzielnicy Mokotów, dowództwo Armii Krajowej podjęło rankiem 30 września pertraktacje z Niemcami, w sprawie ewakuacji ludności cywilnej i przerwania działań zbrojnych. Z tym jakże heroicznym zrywem ludności polskiej w Warszawie, związana jest osoba wielkiego poety, który zginął w powstaniu nie doczekawszy wolnej Polski. Krzysztof Kamil Baczyński urodził się w dniu 22 stycznia 1921 roku w Warszawie. Zginął w czwartym dniu powstania, zasłynąwszy jako polski poeta okresu wojny, podchorąży i wierny sprawie polskiej żołnierz Armii Krajowej. Zginął w czasie powstania warszawskiego jako żołnierz batalionu „Parasol". Warto jest w tym miejscu posłuchać strof jego kilku wierszy.
Ballada o bezrobotnym strachu
Kiedy syci jak bąki brzęcząc odpływają na snach,
a łóżka kipiące pościelą wpływają na wieczorne niebo,
wzdłuż ulic chodzi głodny bezrobotny strach
kładąc przy drodze głowy zabitych kamratów
jak czarne bochny chleba.
Za oknami urasta szum drzew ścinanych deszczem,
a ulice wolno do rzeki spływają.
Nie chodź, strachu, dni ubiegłych pieścić,
bo oto noc ostatnia - kulawa kica przez gwiazdy jak zając,
bo oto głód, a syci odpływają na snach,
Trzeźwość gasi lęk, bolą się tylko głodni i poeci
i czasem tylko w niespokojnych łzach
wywołują cię w lustrze małe, trwożne dzieci.
Widziałem dziś wieczorem:
wiatr kominy wydłużał w błękitne flety,
widziałem dziś wieczorem: wychodził z zaułka strach
na palcach z białego wosku, pod oknem umarłej kobiety
długie serenady grał.
Potem za palcem ogłuchłym echo przygwoździł, dogonił
i przez żałobne firanki szyb widziałem, gdy długo
bił w martwą twarz księżyca wielką dłonią
jak płaską, hebanową maczugą.
Syci odpływają. W ten wieczór funebrycznie wydęty
wszystkie spojrzenia przeklęte,
nie ma oczu dzieci.
Widziałem dziś wieczorem: w kanałach miejskich,
gdzie topielcze koty o wyblakłej sierści,
rękami czarnymi jak smutek
szukał własnej śmierci.
Ach, umieram, umieram...
Ach, umieram, umieram.
Jesień cień unosi na ciepłe ogrody.
Jabłka tak już, śliwy, ciemne wody
namarszczają się w znużenia pieśń.
nie trzeba mi tu było więcej
ponad drzewa, ponad serca czułość.
nie trzeba było lat, miesięcy,
tylu skarg nadaremnych i słów.
nie trzeba było tylu twarzy,
tratujących wozów czarnych miast.
Ach, umieram, umieram. Wiem:
wyje za mną ciemny, wielki czas.
Podaj mi rękę - mówił anioł,
a był to świt jak uśmiech dziecka blady.
Oto się unosimy z daleka wołaniom
Słychać było powietrza srebrne wodospady
i cichy duchów poświst teraz mi wiadomy.
Płynęliśmy. Pod nami stały mokre domy
w chłodnym deszczu zastygłe. Szelest cichy mył
zielone okiennice i dachy znajome.
Spali jeszcze. Przed oknem tylko długo wył
pies - czując rękę świata, co stał nad znikomym
krajobrazem przedmieścia. Muzyki nieznane
grały słodko u chmurek wąskich. Niedaleko
spadały białe kwiaty i cień płynął rzeką.
Ciemna miłość
Leżymy w łożu mrocznym jak na dnie strumienia
wyschłego. Włosy długie, poplątane wioną,
rozdzielają się, łączą jak smugi cierpienia
i niosą się jak ścieżki ku dalekim stronom.
Tu u nas zła tarnina rośnie jak po brzegu,
biała czasem, a czasem jest jak rozpacz dłoni,
i armie ciężko dzwonią jak wykute w śniegu,
w księżycach jasnych sunąc. Krzyk, parskanie koni
i czołgów ryk podziemny - jakby wydzierały
dusz trzepot nieostrożnie pobratany z ciałem.
Węc nasze ciała długie, splecione jak palce
w nocnym konaniu cierpną i wiatr nam na twarze
niesie płatki tarniny odstrzelone w walce,
i leżą tak jak piętna pośmiertne, na miłość
stracone, aby wspomnieć, że się nic nie śniło,
bo oczy były otwarte w w śnie.
I źródła są w powietrzu, i czujemy je -
to są pociski krwi, co jeszcze trysną,
i łkania są w powietrzu - metalowy jęk,
który się w ogniu spełnila ulewą ziarnistą.
I boleść, którą kiedy nazwiemy ojczyzną,
co teraz jest jak dziecku, które nam we śnie
umiera jeszcze oddech tego z ziemi drży
bo to był mej miłości pierworodny syn.
A potem długa noc. I zrywam się z ciemności
bez zbroi, nagi, taki, jakim z ziemi wstał,
rozpleść łudygi naszych nie spełnionych ciał
i być żołnierzem nocnym wiary bez litości.
I nim odejdę jeszcze, nim się broń rozpali,
widzę, jak się ten obłok twego ciała żali.
Bo ciemne miłowanie jest na dnie człoweczem,
którc pragnących traci i czystość rozdziera,
a które się do dłoni bierze razem z mieczem,
lecz się w nim cierpi długo, chociaż nie umiera.
I znów widzimy miasta płonące i dymy,
co się powoli wznoszą pnąc na stopnie niebios,
i szubieniczne drzewa skrzypią, i z daleka
bicz strzela i rozcina z ziemią wraz - człowieka.
A nad tym krzewy kwitną. Z pąków zielonkawe
chmury płyną. Dojrzałość lepko się przelewa
Widnokręgiem o świtach ciągną kluczem drzewa
I ludzie ci żałośni, w nie obeschłych gruzach,
pod namiotami cyrków, w świergocie karuzel,
unoszą się jak łachman, wśród dymu śpiew, niosą
weseli. Jak wyzwanie sczerniałym niebiosom.
Długie, suche koryto - jest to dno strumienia,
gdzie leżymy jak kamień pod kurzawą gwiazd.
Tyle jeszcze milczenia strasznego jest w ziemi,
że chyba go wystarczy na niejedną śmierć!
Módlmy się, módlmy słowami ciemnemi!
Siejmy, o, siejmy, chociaż ziarnem serc!
Z okresem powstania warszawskiego, związana jest też kolejna postać polskiego poety, a jest nim Tadeusz Gajcy. Urodził się on w dniu 8 lutego 1922 roku w Warszawie, w której też zginął jako powstańczy żołnierz w dniu 16 sierpnia 1944 roku. W 1941 roku, Tadeusz Gajcy zdał maturę, następnie rozpoczął on studia polonistyki na UW, z których zrezygnował w roku następnym, poświęcając się poezji i konspiracji. W okresie II wojny światowej, był on współtwórcą wydawanego w podziemiu almanachu społeczno-kulturalnego Sztuka i Naród. Obok Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Gajcy uważany jest za najwybitniejszego poetę pokolenia kolumbów. Warto jest w rocznicę powstania, przytoczyć kilka wierszy tego żołnierza i polskiego patrioty.
Noc wigilijna
Wieczorny szatan monetę zimną
ważył na dłoni...
Parzyła izby zamieć świeczek,
kiedy śmieszne figurki zatargały jak w dzwonnicach sznurkiem,
uniosły stopy na bojaźliwy centymetr -
nie mogły odlecieć.
Wplatał lepkie palce w oczy śnieg,
no i szeptał, uporczywie szeptał;
szatan załkał w szubienicę jak w flet
i rozwiesił płacz w drzewie jak szkiełka.
Więc choinka. - A na sznurku pajacyk,
kolędować Małemu, niech krzepnie,
pójdź - złóż dary - nie wystarcza popatrzeć -
drzewko smutne, a u ciebie świece.
Lulajże w powrozie, lulajże na haku,
niech się wyśni obrus biały i błyszcząca jodła.
Szept przygarnął - z tego szeptu twój opłatek
i ojczyzna ciemniejąca w nagłych gwiazdach z ognia.
Do potomnego
Jestem jak ty zapewne: nisko,
a jeszcze niżej źdźbło i kret.
Niebo różową idzie kreską
i na papierze zgina brew;
krzesło pode mną, dachu jęzor
spływa ceglasty, dłonie czyni
podobne nocy. Są godziny,
że martwe palce cicho leżą
jak gdyby śpiąc, uwierzyć trzeba,
że obraz ten to na powietrzu
odbicie ptaka albo drzewa
i tylko cień spłowiały z wierzchu
przemawia za mnie. Oto świat,
w którym struchlałym krokiem mierzę
ziemię kulistą ponoć. Maszt
gwiaździsty nocą skrzypi rzewnie
i w górze jest jak czujne zwierzę,
co martwym okiem liczy czas.
Niewiele wiem jak ty zapewne:
rzeka przepływa miastem moim,
a nad nią z brązu postać stoi
i domy z prawej, domy z lewej,
w których o twarzach nam podobnych
w pościelach leżą, oczy mrużą
ludzie znużeni jak obłoki
w sen zapatrzeni niby w lustro.
Lecz inny dzień: zgiełkliwą mową
pchają lot ptaka, jeśli czasem
odważy się i skrzydłem bosym
dotknie tej ziemi. Wciąż miarowo
noszą swe ręce zaciśnięte
przy ciałach sennych i nad głową
nie widząc planet nieforemnych
depcą rośliny bardzo piękne,
odmienne kształtem od fal ziemi.
Niewiele rzeczy martwych znam:
w mieście jest ogród barwnych lamp,
świergoce trąbka, tramwaj syczy
i w salach pełnych świateł różnych
pieni się jadło tajemnicze
i błyska metal głośnych muzyk.
Miłość bez jutra
Mój sen śmiertelny ciałem spełniasz
i słowem płochym w śnie poczętym:
puszysta włosów twoich perła
jak promień krągły w pościel spływa,
gdzie dłoń pierzasta jak z igliwia
rozdziela cienie ciał od lęku.
Mówimy szeptem krwi łagodnej
słuchając w sobie: niech w nas płynie,
niech niesie - światło jak w roślinie
prześwietli serc planety małe
i obudzimy się słuchając
szelestu chmur i grania wody.
Bo tyle tylko jest w nas ciepła,
co dłoń zdziwiona objąć zdoła,
i trwogi tyle, co zakrzepła
wy ryj e w twarzy łza jak z ognia,
i głosu w nas, co wydać może
w kielichu warg języka ostrze.
Niech płynie w nas - mówimy jeszcze
ten szmer ciemności, póki księgę
obłoków wiatr przegina miękką.
Bo tyle tylko wiary w pieśni,
ile obrazu pod powieką
ziemi odbitej ostatecznie
Jezioro
Jak odnajdziesz mokrą nutę w kropli głosu?
Masz usta złożone do snu,
a tu próchno świeci w oczach, w kwiatach ognie -
Skrajem jawy uciekać musisz,
bo się zgubisz w ostrych liliach, nie powrócisz,
bo w jeziorze stopisz włosy i sen zmoknie.
Jak odnajdziesz mokrą nutę w lustrze nowiu?
Masz usta złożone do snu,
a tu sieć, a tu mróz, a tu blask -
Blask łzę rzeźbi i różową siecią łowi,
nie chodź w lilie - jesteś boso,
wróć się jeszcze, sen rozgarnij póki czas.
Czy odnajdziesz, czy zrozumiesz, że jej nie ma?
Każda nuta sięga dna, a najgłębsza - mokra,
syczy próchno, oczy pali, w kwiatach blask,
zasłoń oczy, kwiaty uzdrów - bo cię ziemia
snem ominie, strąci w lej i zamieni w kroplę.
Daj się baśni poprowadzić, gdzie na spodzie kule gniazd,
gusła w pąkach, sine ryby jak wieczornych świateł nurt,
trzciny lękiem wędrujące pod melodię wody bór -
każ się baśni poprowadzić, a wzorzysta będzie baśń -
Może nie wiesz, pewnie nie wiesz, jest w jeziorze zwierz -
Kiedy staniesz kruchą twarzą nad kielichem lilii,
odwróć skronie - ogień pryska, więc nie próbuj się pochylić,
bo nie wrócisz, bo pod stopą próżnia zamiast mostu,
a to woda, tylko woda - a gdy weźmie, już nie odda -
może nie wiesz, pewnie nie wiesz:
masz usta złożone do snu.
Zwierz ma kudły z długich wierzb, a na grzbiecie plamkę,
nie wierz nutkom, nawet tej, co ma skrzypki blade -
Skrzyp po fali, skrzyp po rzęsach i w jezioro ciężka łza
pada z pluskiem, łuski wodzi, sen zamyka, gasi blask -
Skrajem jawy uciekaj, uciekaj,
bo zwierz z toni odmyka powieki -
nie odnajdziesz, bo głęboko, bo bez dna.
EWA MICHAŁOWSKA WALKIEWICZ
Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

August Kowalczyk
August Marian Kowalczyk przyszedł na świat dnia 15 sierpnia 1921 roku w Tarnawej Górze. Zmarł on dnia 29 lipca 2012 roku w Oświęcimiu. Znany był jako aktor telewizyjny i teatralny...
13.06.26 - 13:46 |
Czytaj więcej


16 Czerwca 1965 roku
Wystrzelono pierwszą polską rakietę meteorologiczną Meteor.
16 Czerwca 1963 roku
Uruchomiono pierwszy polski laser w Instytucie Fizyki PAN w Warszawie.