Środa 21 Października 2020r. - 294 dz. roku,  Imieniny: Celiny, Janusza

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 11.09.20 - 12:48     Czytano: [244]

WIZJONERZY


W związku z tym, że nie mogłem wziąć udziału w spotkaniu autorskim, na które w rocznicę 11 września 2001 roku, zaprosiła mnie grupa patriotów z Gliwic, za co raz jeszcze niniejszym serdecznie im dziękuję i przepraszam, postanowiłem skreślić parę słów, dokonując niejako kompilacji moich tekstów o 9/11 i obecnej „pandemii” covidowego zabobonu.

Pisząc o wydarzeniach 9/11 przywoływałem kilka razy filmy, zarówno opisujące ten dzień ex post, jak i te, które widzów na przebieg owego wtorku przygotowywały. Autorowi piszącemu o 11 września 2001 roku, a tym bardziej może i wydawcy, nie wypada jednak nie pochylić się nad podobnie profetycznymi książkami. A pojawiło się ich kilka.

Przyjrzyjmy się książce zatytułowanej „Blackout”, wydanej w lutym 2000 roku. Napisał ją wiodący autor New York Times, John J. Nance, według Publishers Weekly “król współczesnego dreszczowca lotniczego”(1) . Nowela opisuje zmagania reportera Washington Post Roberta MacCabe i agentki FBI, Kat Bronsky zmierzających do wyjaśnienia zderzenia dwóch samolotów Jumbo Jet linii American Airlines. Poszlaki wskazują na to, że ktoś zdalnie obezwładnił lub uśmiercił pilotów nieznaną bronią. W pewnym momencie agentka federalna mówi do swojego partnera „Oni zamierzają zestrzelić gdzieś kolejny samolot, wiesz o tym, prawda? (…) Który następny? Czy będzie to 747 uderzający w nowojorskie WTC, bo zneutralizują pilotów startujących z lotniska Newark albo Kennedy’ego?”(2)

Po katastrofie trzeciego samolotu bohaterowie powieści zastanawiają się nad motywacją terrorystów, a Bronsky dywaguje: „Co, jeśli spowodowany przez nich chaos jest celem samym w sobie? (…) Jak można zarobić duże pieniądze rujnując linię lotniczą? A może szybki spadek akcji, podkopanie biznesu dla jej finansowego przejęcia?”(3) Dochodzą zgodnie do wniosku, że wartość linii lotniczej na giełdzie właśnie zmalała o 10 procent, a dalszy spadek spowoduje jej bankructwo i postanawiają szukać winnych pośród osób spekulujących akcjami giełdowymi.

Czy nie ten sam mechanizm manipulacji wartościami akcji linii lotniczych American i United obserwowaliśmy po 11 września? Niestety, po dziś dzień śledczym nie udało się „ustalić”, kto na umiejętnym obstawianiu giełdowym zarobił wówczas krocie.

Czas na kolejną „zbieżność” z 9/11. Inny bohater książki, naukowiec Thomas Maverick, pyta wymienionego wcześniej reportera, czy wie co określa się mianem „syndromu Sputnika”, po czym wyjaśnia: „Jest wiele jego odmian. Jedną z nich jest Pearl Harbor. Innymi słowy, by spowodować powszechną chęć użycia broni i armii, należy przerazić zagładą. (…) Jeżeli takiego zagrożenia nie ma, a jesteś przywódcą narodu, który wie, że jest potrzebne, musisz je stworzyć. (…) To właśnie, o czym jestem przekonany, uczynił Franklin Roosevelt poświęcając Pearl Harbor, by wciągnąć nas w wojnę, w czasie, w którym mogliśmy ją wygrać. (…) To jest również to, co dla naszego programu kosmicznego i rozwoju militarnego uczynił Sputnik.”(4)

A przecież słynny PNAC (Projekt Nowego Amerykańskiego Stulecia) objawił się we wrześniu roku 2000 i to w tym opracowaniu padło właśnie stwierdzenie: „ponadto, proces transformacji, nawet jeśli przyniesie rewolucyjne zmiany, trwał będzie długo. Chyba, że zdarzy się jakiś katastroficzny i przyspieszający wypadek, jakieś nowe Pearl Harbor.”(5)(6)

Czy, właśnie nie dlatego to, co przytrafiło się Ameryce 11 września 2001 roku, okrzyknięto z miejsca „drugim Pearl Harbor?”

Czy nie takie pomysły zmaterializowały się dosłownie chwilę później w oficjalnym prawodawstwie USA? Czym okazał się być tak zwany PATRIOT ACT (Uniting and Strenthening America by Providing Appropriate Tools Required to Intercept and Obstruct Terrorism Act of 2001) ustawa amerykańska, uchwalona 26 października 2001 w wyniku zamachu na Amerykę. Według niej, wolno np. przetrzymywać przez czas nieokreślony, bez sądu obywateli nie-amerykańskich, którzy zostaną uznani za zagrożenie dla narodowego bezpieczeństwa. W rzeczywistości ustawa rozciąga się również na Amerykanów, których można, poza tym podsłuchiwać, śledzić i zbierać o nich wszelkie informacje. Jak można było przygotować tę kilkusetstronicową święta księgę globalistów, dającą im władzę nad światem w tak krótkim czasie? Przecież jej spisanie wymagało kilkunastu miesięcy ciężkiej pracy, a tymczasem ona po miesiącu od 11 września był już uchwalona.

Dwa dni po tym, kiedy ją przedstawiono, wysłano pierwsze listy z wąglikiem. Jednak prawdziwy dramat rozpoczął się 4 października, kiedy potwierdzono pierwsze zachorowania (CNN, 18/11/2001; South Florida Sun-Sentinel, 12/2001) .

Dlaczego listy z wąglikiem trafiły tylko do liberalnych mediów, Demokratów i przeciwników ustawy Patriot Act? Ustawa Patriot Act zostaje przedstawiona w Kongresie. Nie wszyscy dobrze ją przyjmują (Patriot Act, 02/10/2001). Dzień później Przewodniczący Senackiej Większości, późniejszy cel ataku wąglikiem, Tom Daschle wyraził powątpiewanie w możliwość przyjęcia przez Senat ustawy w czasie wymaganym przez administrację, czyli w ciągu tygodnia. Będąc najważniejszą osobą w Senacie Daschle miał ogromny wpływ na blokowanie lub spowalnianie przyjęcia ustawy. Prokurator Generalny Ashcroft oskarżał Demokratów o hamowanie procedury (Washington Post, 03/10/2001). 4 października, Przewodniczący Senackiej Komisji Prawa, późniejszy cel ataku wąglikiem, Patrick Leahy oskarżył administrację Bush’a o niedotrzymywanie umowy w sprawie ustawy. Leahy był kluczową postacią, jeśli chodzi o tempo prac nad ustawą. Niektórzy ostrzegali, że „tworzący prawo szukają luk w tymże prawie, byle zdążyć na czas”. Dwa dni później Ashcroft narzekał na „raczej wolne tempo ... wobec oczekiwań dla wprowadzenia ustawy... niezadowolenie pozostaje” (Washington Post, 04/10/2001). Listy z wąglikiem do Daschle i Leahy’ego wysłano 9 października. Czy wybór tych właśnie osób mógł być w świetle powyższych faktów przypadkowy? (…) W sumie zaraziło się 11 osób, z czego 5 zmarło (South Florida Sun-Sentinel, 12/2001). Czy pojawienie się tych listów z wąglikiem, w zaledwie kilka dni po 9/11, nie wygląda na planowane dużo wcześniej?(7)

Ustawę i tak przepchnięto, a droga do nowego Eldorado, ziem bogatych w ropę, gaz, metale szlachetne i narkotyki, laboratoria doświadczalne dla nowego uzbrojenia, została uroczyście otwarta. Na koniec, pamiętając, że w ciągu kilku wrześniowych godzin 2001 roku, najbardziej znienawidzonym wrogiem „cywilizowanego świata” stał się człowiek z rodziny Bin Laden, pora pokłonić się geniuszowi twórcy noweli, który „swojego” terrorystę, już dwa lata wcześniej, profetycznie nazwał Ben Laren!(8)

Wielu ludzi rwać może włosy z głowy, pytając w rozpaczy, dlaczego takiego autora nie zatrudniła żadna agencja wywiadu? Zupełnie niepotrzebnie.

Otóż, John J. Nance, poza tym, że napisał 19 książek, był w przeszłości wielokrotnie odznaczanym pilotem Sił Powietrznych USA, a później kapitanem linii lotniczych, latającym na wielu typach odrzutowców, między innymi B727, B737 i B747 (Jumbo Jet). Niezależnie od swoich doświadczeń Nance, pisząc omawianą tutaj książkę korzystał z pomocy wielu osób o niecodziennej wiedzy, dziękując im na jej stronach, oczywiście bez przytaczania nazwisk. Znalazł się wśród nich zarówno emerytowany agent FBI, jak i pracownik Departamentu Stanu USA, a także człowiek pracujący w Narodowym Biurze Wywiadu, które pozyskuje informacje między innymi z sieci satelitów szpiegowskich. A przecież, z pewnością, Nance nie wymienił wszystkich.

Do miana wizjonerów mogą też chyba pretendować ludzie, którzy 11 września 2001 roku nie weszli na pokłady czterech feralnych samolotów. Wspominałem o tym często, że większość miejsc było wolnych, opisywałem też tych pasażerów, którzy udali się w swój ostatni lot. Dziś chciałbym przedstawić niektórych spośród tych szczęśliwców, którym się udało nie polecieć. W sumie było to ponad 350 osób! Dla nas Polaków, większość pozostaje anonimowa, ale ręczę, że wielu niedoszłych pasażerów jest doskonale znana w Ameryce.

UAL175, samolot Boeing 767, lecący z Logan w Bostonie do Los Angeles, mógł zabrać 168 osób, tymczasem na pokład wsiadło tylko 56 pasażerów. To 33% obłożenia miejsc, najmniej w tym rejsie od ponad trzech miesięcy. W ostatniej chwili zmieniono przydział kilku stewardessom. Nie poleciały Elise O’Kane, Lauren Gurskis, Rebecca Tripp, Barbara McFarland i Elaine Lawrence.

AAL11, samolot Boeing 767, lecący z lotniska Logan w Bostonie do Los Angeles, miał 158 miejsc, ale na pokład weszło zaledwie 81 osób.

Wśród nieobecnych znaleźli się, między innymi, wielcy przemysłu filmowego:

Seth MacFarlane(9) i Mark Wahlberg(10) , to nazwiska głośne i u nas. Znany jest też Sacha Baron Cohen(11) .

Ale poza nimi, do samolotu nie dotarła Julie Stoffer, uczestniczka popularnego show MTV – „The Real World”.

Eva LaRue, aktorka opery mydlanej ABC – „All My Children” i „CSI: Miami”.

Aktor Edward James Olmos, rozpoznawany dzięki kreacji w telewizyjnym show “Miami Vice”, pamiętany także z filmu “Stand and Deliver” z roku 1988.

Nie poleciała tym samolotem również aktorka Anne Heche, znana z filmów „Donnie Brasco” i „Volcano”.

Zmieniła plany również aktorka Jaime Pressly („Ringmaster”, „Not Another Teen Movie” i serial „My Name is Earl”).

Wygrał z losem brzuchomówca Jay Johnson, pojawiający się w przedstawieniach telewizyjnych “Soap” oraz “Broken Badges”.

Nie poleciała także bardzo głośna, amerykańska kucharka Julia Child, autorka książek kucharskich i programów kulinarnych. To na podstawie najsłynniejszej jej książki „Mastering the Art Of French Cooking”, pisarka Julie Powell rozpoczęła projekt polegający na realizacji w ciągu jednego roku wszystkich przepisów w niej zawartych, a swoje doświadczenia opisała w książce „Julie i Julia”. Polscy widzowie mogli obejrzeć film z udziałem Meryl Streep, który zrobiono w roku 2009 na podstawie tej właśnie książki.

Nie dotarł Bobby Farrelly, pisarz, reżyser i producent przebojów filmowych „Dumb & Dumber”, „There’s Something About Mary” i „Me, Myself & Irene”.

Oszukał przeznaczenie Fridrik Thor Fridriksson, nominowany do Oscara producent i reżyser z Islandii.

Projektant filmowy Tom Duffield miał się udać na poszukiwania plenerów do produkcji „The Ring”, ale zrezygnował w ostatnich minutach.

Steve Thompson, animator z Walt Disney Company, również zaniechał podróży.

Talicia Raggs, pracująca dla firmy producenckiej w Hollywood też nie poleciała.

Lisa Beach, reżyser obsady w wielu filmach kinowych i telewizyjnych, to kolejna uratowana.

Lisi Harrison, autor bestsellerowych nowel telewizyjnych, pracujący dla MTV w Nowym Jorku, również miał szczęście.

Tom Werner, współzałożyciel Carsey-Werner-Mandabach, największego niezależnego studia telewizyjnego w Hollywood, długoletni przyjaciel Clintonów, też pozostał na ziemi.

Paris Barclay, laureat wielu nagród, producent i reżyser popularnego „NYPD Blue”, także zdecydował się nie podróżować tego dnia.

Kilkoro popularnych aktorów, między innymi Helen Hunt i Tom Sizemore, deklarowało też w późniejszych wywiadach, że miało znajomych nie związanych z filmem, którzy odwołali swoje loty.

Ludzie związani z przemysłem muzycznym:

Leighanne Littrell, żona Brian’a Littrell’a, członka Backstreet Boys.

Podobnie członkowie młodzieżowego zespołu R&B.

Nie wsiadł do samolotu pianista i kompozytor jazzowy Danilo Perez, który planował pojawić się w Los Angeles na uroczystości wręczenia nagród Latin Grammy.

Poza tym, uniknęło tragedii kilka osób z ogólnie pojmowanego biznesu rozrywkowego, jak na przykład Erica Ferencik, agentka obrotu nieruchomościami, która zajmuje się również pisaniem tekstów dla kabareciarzy, ale i dla showmana Davida Letterman’a.

Sportowcy i dziennikarze:

Brad Thomas, członek bejsbolowego zespołu New Britain Rock Cats z żoną, a także Al Skinner, główny trener drużyny koszykarskiej Boston College Eagles.

Charlene Smith, dziennikarka i autorka z RPA, pracująca dla Los Angeles Times.

Diane Pucin, recenzent sportowy Los Angeles Times.

Ben Elkin, wydawca National Public Radio.

Pilot Walter Sorenson i stewardessy Halle Cameron, Ann Moreland, Marilyn Gates, Joyce Olver.


UAL93, Boeing 757, lecący z międzynarodowego portu Liberty w Newark do San Francisco, mógł zabrać 182 pasażerów, ale poleciało nim zaledwie 37 osób.

Zrezygnowało wielu ludzi, w tym znani przedstawiciele przemysłu rozrywkowego

Nie poleciała Alysia Reiner, wielokrotna zdobywczyni nagród filmowych, występująca między innymi w „Law & Order”, „Sideways” oraz „The Sopranos”.

Aktorka Forbes Riley, występująca w programach „The Pretender”, „The Practice” i „Boy Meets World” zmieniła trasę i poleciała przez Denver.

Podobnie, piosenkarka Patti Austin, posiadaczka nagrody Grammy, przesunęła swój lot na wcześniejszy.

Kelli Richards, szefowa firmy fonograficznej The All Access Group, mająca lecieć na jubileuszowy koncert 30-lecia pracy scenicznej Michael’a Jackson’a, zrezygnowała z podróży.

Merl Saunders, klawiszowiec zespołu Grateful Dead, również poleciał innym rejsem.

Steve Maney, właściciel stacji radiowej w Charlotte, w Północnej Karolinie, także nie wsiadł na pokład.

Kapitan Edward Sarkisian zamienił tego dnia swój dyżur. Zamieniły je też stewardessy Colleen Kerins, Diane McCusker, Kim Stroka, Tina Mosier, Sina Lewis. Wolne wziął steward Richard Harris.

Najbardziej znanym pasażerem, który zrezygnował z lotu tym samolotem, jest bez wątpienia aktor, reżyser i producent filmowy Robert Redford.

AAL77, Boeing 757, lecący z międzynarodowego portu lotniczego Dulles w Waszyngtonie do Los Angeles, dysponował 176 miejscami, podczas gdy poleciało nim zaledwie 58 osób.


Przełożył lot na wcześniejszy, reżyser telewizyjny Erik Nelson, który 11 września pracował nad filmem dokumentalnym o japońskim ataku na Pearl Harbor (!), na zlecenie kanału Discovery. Nelson wsławił się tym, że w roku 2009, będąc producentem wykonawczym filmu dokumentalnego „9/11: Science and Conspiracy” realizowanego dla kanału National Geographic, gorąco zwalczał wszelkie „teorie spiskowe” dotyczące zamachów z 11 września 2001 roku.

Nie poleciała tym rejsem Rituparna Sengupta, niezwykle popularna, indyjska aktorka, wraz z mężem, prezesem amerykańskiej firmy aplikacji telefonicznych MobiApps.

Zrezygnowała z lotu Clare O’Shea, aktorka i piosenkarka, znana z programów „Falcon Crest”, „Teen Wolf”, „Splash” i „Charlie’s Angels”.

Joe Dobrow, wiceprezes portalu internetowego kanału Discovery w Maryland, zdecydował się polecieć samolotem z Baltimore.

Prawdopodobnie najbardziej znanym pasażerem tego rejsu, któremu udało się nim nie zabrać, był Sam Mendes, zdobywca nagrody Akademii za reżyserię filmu „American Beauty”. To on także wyreżyserował w roku 2012 film o przygodach agenta James’a Bond’a – „Skyfall”, a w roku 2015 – „Spectre”. O jego „wizjonerstwie” piszę w książce „Operacja Terror”.

W przedmowie do tegorocznego wznowienia jednej z moich książek sprzed ponad dekady, pisałem w maju: Otóż, cokolwiek zaatakowało nas wszystkich, w Chinach objawione w grudniu 2019 roku, w Europie Zachodniej na początku roku 2020, a w Polsce w marcu tego roku, z pewnością nie zaskoczyło sterników naszego globu. A, jeśli drogi Czytelniku, sięgnąłeś po tę książkę, to i Ty zapewne nie obarczasz tym, przynajmniej bezpośrednio, wampirów świata zwierzęcego, czyli nietoperzy. Wiele wskazuje na innych krwiopijców.

Podejrzewam, że koncepcja uruchomienia pandemii powstała w roku 2008, na fali ostatniego kryzysu finansowego, już od 2010 roku temat zaczął być zauważalny, choć jeszcze nie w sposób powszechny. Pierwsze wzmianki o zagrożeniu wirusowym pojawiły się w wypowiedziach Rockefeller’a i innych, pomniejszych globalistów, właśnie w tym okresie. Za „rozpoznanie ogniem” można uznać „pandemię” H1N1, odmianę „świńskiej grypy” w Ameryce, z roku 2009 (ze śmiertelnością na poziomie 9%), jej europejską mutację w roku następnym, czy późniejszą chorobę MERS, która pojawiła się w roku 2012, a której wskaźnik śmiertelności wynosił podobno aż 38%. W jakiś cudowny sposób jednak, żadna z nich nie rozprzestrzeniła się po świecie i podejrzewam, że „pandemia” obecna również nie miałaby tej możliwości, gdyby nie uwarunkowania polityczne oraz decyzje finansowe ludzi, o których pisałem wiele lat temu w tej książce. Dziś mają oni z pewnością wykształconą kadrę kontynuatorów. Nie jest moim zamiarem dochodzenie, czy Covid-19 jest dziełem wynalazców chińskich, rosyjskich, europejskich, czy amerykańskich. To, że pierwszy o nim sygnał przyszedł z Chin, nie oznacza bowiem, że tam powstał. Zauważyć trzeba, że w najbardziej bestialskich wojnach ostatnich lat na terenie Iraku, czy Syrii, nie sposób odnaleźć flagę państwa, które najbardziej na nich wygrywa. Laboratoria broni biologicznej funkcjonują od lat w wielu krajach świata, w moich książkach kilka razy odnosiłem się do bardzo zaawansowanych „dokonań” specjalistów z Fort Detrick, z którego najprawdopodobniej rozpoczął podróż wąglik odnajdywany w kopertach wybranych adresatów amerykańskiej sceny politycznej i medialnej w roku 2001. Dziwnym zrządzeniem losu, w ostatnich dniach dochodzą do nas sygnały o niespotykanej wcześniej wędrówce wąglika, po niektórych państwach leżących na wschód od naszego kraju. (…) Warto z uwagą obserwować to, co dzieje się wokół, bo obawiam się, że nie on jest głównym naszym problemem i ostatecznym zagrożeniem, a może zaledwie stanowić wstęp do znacznie poważniejszych wydarzeń. Nie można lekceważyć żadnych zjawisk, które dzieją się, niejako przy okazji Covid-19. Byłoby nieusprawiedliwioną naiwnością zakładać, że wszystkie akty prawne, jakie pojawiają się na kanwie walki z koronawirusem, służą tylko temu, by go pokonać. Tak, jak niemożliwym było opracowanie kilkusetstronicowego Patriot Act wkrótce po 11 września 2001 roku, tak nie wydaje się być możliwym tłumaczenie, opiniowanie i wprowadzanie w życie setek ustaw i rozporządzeń dotyczących zdrowia, telekomunikacji, transportu i wielu innych dziedzin życia, na bieżąco, we wszystkich państwach UE, ze szczególnym uwzględnieniem naszego nieszczęśliwego kraju. Mam tu na myśli także wprowadzanie tylnymi drzwiami technologii 5G, dążenie do precyzyjnej i ciągłej inwigilacji Polaków, rządowe wsparcie dla szeroko pojętego przemysłu dronów, w tym oczywiście dla wykorzystania ich przez wszelkiego rodzaju służby, nie tylko jawne. Prawdziwym wyzwaniem i to dla całej populacji ziemskiej, staje się również biznes szczepionkowy.

Jak często podkreślam, przy tego typu kryzysach przygotowania muszą trwać całe lata. I obejmują niemal każdą dziedzinę życia. Tym razem, podobnie jak przy 9/11, musiało to być koordynowane na poziomie globalnym. Ale i tu znajdujemy przecież niezmienne elementy scenariuszowe, jak choćby zaangażowanie ludzi sztuki. W Polsce jest już co najmniej kilka tytułów książek o wszelkiego rodzaju epidemiach, które przecież trzeba było napisać, poddać pracy redakcyjnej i wydać. A zauważam te tytuły w sieci już od wielu tygodni. Nie zawiodła także sztuka filmowa. (…)

Każde, obliczone na tak wielką skalę wydarzenie, musi odbywać się za wiedzą, a często we współpracy innych rządów. Tak zwani politycy, nie mający żadnej rzeczywistej wiedzy o sprawach, które mają przedstawiać społeczeństwom, którymi przyszło im zarządzać, muszą korzystać ze wsparcia „ekspertów”. W dziedzinie techniki lotniczej, medycyny, mediów. Sami są tylko podejrzanej konduity sprzedajnymi konferansjerami, których jedyną umiejętnością jest deklamowanie wyuczonych bzdur w świetle jupiterów. To może mieć na myśli, między innymi, piszący w jednym z najświeższych artykułów Koniec romantycznej iluzji prof. dr hab. Artur Śliwiński, mówiąc, że „należy bardziej uważać na działalność konkretnych ludzi, którym należy wystawić świadectwo ludzi niegodziwych i plugawych”.

Bo, wbrew pozorom, działając wspólnie i w szeroko pojętym porozumieniu „ludzi plugawych”, już 19 lat temu, 19 „porywaczy” z afgańskich jaskiń, położyło podwaliny pod Covid-19.

Urywki powyższego tekstu pochodzą z mającej się ukazać w roku przyszłym książki „Łzy Anioła” oraz z przedmowy do tegorocznego wydania e-book „Oko Cyklopa Reedycja”.

1.- „Fiction Review: Blackout.” Publishers Weekly, 31.01.2000.
2.- John J. Nance, Blackout. New York: G. P. Putnam’s Sons, 2000, ss. 319-320 (tłum. smk).
3.- Ibid. s. 344 (tłum. smk).
4.- Ibid. s. 405 (tłum. smk).
5.- Project For The New American Century, s. 51, 2000.
6.- „Operacja Dwie Wieże”, Stulecie Intryg, Sławomir M. Kozak, Oficyna Aurora, 2007 r.
7.- „Oko Cyklopa”, Kalendarium, Sławomir M. Kozak, Oficyna Aurora, 2008 r.
8.- Ibid. s. 251.
9.- Seth Woodbury MacFarlane (ur. 26.10.1973 w Kent) – amerykański animator, scenarzysta, producent telewizyjny, reżyser i aktor dubbingowy. Największą sławę zdobył dzięki serialom animowanym Family Guy i American Dad! 24 lutego 2013 roku poprowadził galę rozdania Oscarów. (Wikipedia).
10.- Mark Robert Michael Wahlberg, znany również jako Marky Mark (ur. 5.06.1971) w Dorchester – amerykański aktor (dwa razy nominowany do Oscara), producent filmowy, piosenkarz i model. (Wikipedia).
11.- Sacha Noam Baron Cohen (hebr.: סשה נעם ברון כהן ur. 13.10.1971 w Londynie w Wielkiej Brytanii) – brytyjski komik, najbardziej znany z postaci komediowych, jakie stworzył: Ali G (MC i początkujący gangster ze Staines), Borat (reporter z Kazachstanu), Bruno (ekstrawagancki, modny gej i reporter z Austrii) oraz Admirał Generał Aladeen (dyktator w fikcyjnym państwie Wadiya). Sacha Baron Cohen jest kuzynem profesora psychopatologii rozwojowej Uniwersytetu Cambridge – Simona Barona-Cohena.



Sławomir M. Kozak,
www.oficyna-aurora.pl

Wersja do druku

Marian Kałuski - 17.09.20 20:56
Przez pana przemawia nienawiść do mnie.
I przez to daje pan pretekst do nazwania także pana zajobem. Bowiem jeśli pan uważa mnie za wielkie zero, to mądry człowiek nie wdaje się w żadną polemikę z takim człowiekiem.
Jeśli większą wagę w sprawach dotyczących języka polskiego przywiązuje pan do jakiegoś durnowatego słownika angielskiego niż do Słownika Języka Polskiego PWN to także potwierdza to, że jest pan zajobem i marnym Polakiem.
Marian Kałuski, Australia

Jacek Socha - 17.09.20 2:06
Zawsze pan coś przypuszcza, a potem przypuszczenia w świat puszcza. Dlatego ludzie są ciekawi, kto jest takim kombinatorem w Australi, który wstydzi się Polski i pogardza Polakami. W dodaku wychodzi na to, że mamy inne komputery. Pan pisze, że zajob wcale nie jest wulgarny, a mój komputer, kiedy go zapytałem (kliknąłem) jak jest zajob po angielsku, to zaskrzeczał, zawarczał i wypisał "it is a vulgar word" czyli wulgaryzm tak jak w pańskim ujęciu.

Co gorsze w pańskich przypuszczeniach puszcza pan to co chce pan wypuścić. I gdzie tu logika. Ja pytałem jak to jest "zajob" po angielsku a pan wyjaśnił mi po POLSKU dokładnie tak jak to panu pasuje. Kworumowicze zapoznali się już z pana własną notką biograficzną, ciągle modernizowaną i jest też napisane w innym komentarzu, przez komentatora z Australii, z czego wynika, że z ochotą przystąpił pan do Towarzystwa Przyjaźni Australijsko-Chińskiej, czyli miłuje pan jako twórca, Polak i katolik... dyktaturę jednego z najbardziej betonowych komunizmów, a mnie pan smaruje tutaj, że jestem zwolennikiem jakiejś Australian Labor Party. Była w Polsce Partia Pracy ale zaryła nosem w bagno obecnej lewicy. A ja nie jestem zwolennikiem ani pana ani innej australijskiej partii - bo gdzie Rzym a gdzie Krym. Przyjaźniłem się tylko kilkanaście lat temu, jako młody chłopak z synem jednego z założycieli Klub Miłośników Australii i Oceanii w Bydgoszczy, stąd było i zainteresowanie Australią. A potem i to się rozleciało. Bo ten "Miłośnik", wybył do Australii i tam sobie żyje i miłuje...

Dziwolągi, jak i cały wpis pana, to są bełkoty objawiający się w każdym zdaniu. Ot, chociażby "jaki ojciec taki syn, czyli jaki premier Wiktorii taki p. Socha". Albo o tym "donosie swoim towarzyszom partyjnym". A to już odlot aż do Krzyża Pałudnia faceta, który nie kojarzy sobie rzeczy, spraw i słów oczywistych. Kałuski nie kapuje, że mnie chodziło aby nie infekować tego medium knajactwem i tromtadractwem - czytanym i współtworzonym też przez inteligentnych ludzi. Nie dość, że reklamuje pan non stop swoje kwaśne owoce, to jeszcze nimi - już zgniłymi - obrzuca, tych co uważają, że ZAJOB to nie słowo gentelman a of good and courteous conduct. A czy taki wulgaryzm pasuje do "profesora" z katolickiej uczelni, który takie wulgaryzmy akceptuje i jeszcze za nie dziękuje. (?)
Bądź pan zdrów, razem z tym wymyślonym "profesorem"! Życzę aby pański australijski dom był wolny od wirua!

Marian Kałuski - 16.09.20 21:57
Przypuszczam, że jest pan zwolennikiem Australian Labor Party (socjalistów, czyli w dzisiejszym znaczeniu tego słowa komunistów) i stąd obruszyło Pana nazwanie tego kretyna zajobem pisząc przy tym bzdury (jaki ojciec taki syn, czyli jaki premier Wiktorii taki p. Socha). Bowiem słowo zajob wcale nie jest wulgarne! Według Słownika Języka Polskiego PWN znaczy: zajob (osoba chora) pot.
nienormalny, zajob (osoba szalona) pot. szaleniec.
Czyli bardzo delikatnie nazwałem człowieka nie wartego nawet kopniaka w pupcię (dobrze, dobrze?). Bo przecież WSZYSTKIM wiadomo, że to jego kretynizm w 90% (jak piszą wszystkie media) sprezentował Wiktorii - jej mieszkańcom koronęwirusa i przez tego kretyna musimy teraz być więzieni.
Z jednej strony zarzuca mi pan wulgarny język, a z drugiej prosi mnie, abym pana nauczył jak się mówi to "wulgarne" słowo po angielsku. Łatwo wyprowadzić z języka polskiego jeśli zna się chociaż jako tako język angielski. Gdzie tu logika? Chyba panu potrzebne jest przetłumaczenie tego wyrazu na angielski, aby donieś na mnie swoim towarzyszom partyjnym. Powodzenia.
Marian Kałuski
Australia

Jacek Socha - 16.09.20 3:40
Panie Kałuski, w e-mailu wysłanym do "profesora" katolickiej uczelni popisał się pan znowu swoim wulgarnym językiem - nasz głupi premier (Wictorii kawał lewicowego zajoba)... a ten "profesor" odpisał: "Bardzo dziękuję za tak interesującego maila". I tak trafił swój na swojego! Egoistom zdrowia i rozsądku w czasie wirusa życzę! Ale kto to, tak wyuczył pana na emigracji w Australii, takiego "pięknego" języka? Tata, mama - a może jest pan samoukiem?
Proszę uprzejmie o napisanie mi jak to jest po angielsku "lewicowy zajob"? Akurat szlifuję angielski przy pomocy syna, a więc każde nowe słowo wzbogaci nas o coś nowego...

Marian Kałuski - 15.09.20 21:55
Autor pisze: "Byłoby nieusprawiedliwioną naiwnością zakładać, że wszystkie akty prawne, jakie poja-wiają się na kanwie walki z koronawirusem, służą tylko temu, by go pokonać".
Otóż "walka" z koronawirusem w australijskim stanie Victoria, gdzie mieszkam, wygląda tak: różne uciążliwe ograniczenia wprowadzono już 6 miesięcy temu, a od 3,5 miesiąca jesteśmy więzieni w do-mach. Wolno nam jeździć do sklepów z żywnością i do apteki w promieniu 5 km od domu (policja każdego dnia łapie dziesiątki osób, co puścili się dalej, a kara wynosi aż 1600 dolarów!!!!! Wszystkie inne sklepy są zamknięte, fryzjerzy i pralnie oraz restauracje, kina, dzieci i młodzież uczy się przez Internet. Wyglądamy jak małpy. Nie można odwiedzać rodzin mieszkających dalej niż 5 km (to my: od 6 miesięcy nie możemy ich odwiedzać, a oni nas - przepadły wszystkie urodziny i imieniny), czy brać udziału nawet w pogrzebach i to najbliższych osób! Nie możemy nawet odwiedzać sąsiadów. Właściwie nic nie można robić. 17 października będzie 50-ta rocznica naszego ślubu - bez rodziny i nigdzie sami nie możemy pójść. "Wizyty" u lekarza tylko przez telefon; o leczeniu chorego zęba - zapomnij. Godzina policyjna obowiązuje od 21 do 5 rano. Mamy najsroższe restrykcje z wszystkich państw na całym świecie, a przecież Australia w porównaniu z prawie wszystkimi państwami jest prawie bez koronawirusa (np. wczoraj w Wiktorii odnotowano 42 zachorowania i nikt nie zmarł, a ci co dotychczas zmarli to w 90% ludzie w mający ponad 80 lat, a częściej 90, sporo miało ponad 100 lat!). Po prostu mamy dobrze świśniętych polityków. Niech ich jasna cholera weźmie. Więzieni w do-mach mamy być co najmniej do 26 października, a nasz głupi premier (Wiktorii kawał lewicowego zajoba) śpiewa, że może do Bożego Narodzenia! Można zwariować, co jest wielkim utrudnieniem w normalnym funkcjonowaniu i pracy. W sklepach są długie kolejki, bo właściwie czynne są tylko supermarkety, a do nich co jakiś czas wpuszczają pewną ilość ludzi. Przez zamknięcie nas w domach trzykrotnie wzrosły wypadki przemocy domowej i zachorowania na choroby psychiczne.
Oczywiście trzeba zwalczać tę niby pandemię, ale mądrze, a nie przez walenie ludzi obuchem w głowę.
Eksperci ekonomiczni mówią, że nasz stan to zamknięcie w domach będzie kosztowało 110 miliardów dolarów, 79 tys. ludzi już straciło pracę, 400 tys. miejsc innych jest zagrożonych, tysiące sklepów i innych biznesów już się nie otworzy, kilkaset tysięcy rodzin przez brak zarobków (otrzymują marne bez-robocie) zbiedniało i odbudowa ekonomii Wiktorii może potrwać co najmniej 7 lat. Szczęście, że Australia jest taka bogata i da sobie radę.
Kiedy to napisałem jednemu z moich znajomych w Warszawie - profesorowi Uniwersytetu Stefana Wyszyńskiego tak to skomentował: "Bardzo dziękuję za tak bardzo interesującego maila, który jest świadectwem rozbudowy totalnego sytemu o zasięgu globalnym. W Polsce nie ma takich rygorów jak godzina policyjna, areszt domowy, czy zakaz poruszania się, ale reżim sanitarny obowiązuje nadal - nakaz chodzenia w kagańcach w sklepach i środkach komunikacji masowej i in."
Marian Kałuski, Australia

Wszystkich komentarzy: (5)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

21 Października 1969 roku
Zmarł Wacław Sierpiński, polski matematyk (ur. 1882)


21 Października 1833 roku
Urodził się Alfred Nobel, szwedzki chemik, inżynier i przemysłowiec. Wynalazca dynamitu.


Zobacz więcej