Sobota 28 Marca 2020r. - 88 dz. roku,  Imieniny: Anieli, Kasrota, Soni

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 22.02.20 - 12:57     Czytano: [340]

Moja emigracja do Australii


Wyjazd na stałe z kraju-ojczyzny jest bardzo trudną decyzją dla wielu ludzi. Szczególnie osób, które zapuściły w nim swoje korzenie. Ja, opuszczając Polskę dopiero wchodziłem w dojrzałe życie. A młodych ludzi cechuje chęć poznania czegoś nowego i świata. To byłem ja. Jednak chyba przez cały rok po przejeździe do Australii chorowałem na Polskę, czyli tęskniłem za krajem lat dziecięco-młodzieńczych, no i za swoją ładną dziewczyną - Krystyną, którą pozostawiłem za morzami. Naprawdę była ładna (mam jej zdjęcie z dedykacją), ale oprócz tego była moją wierną i bardzo dobrą koleżanką ze szkoły podstawowej i gimnazjum. Myślałem o sprowadzeniu jej do Australii. Jednak wydarzenia na świecie w 1967 roku (wojna na Bliskim Wschodzie) przekreśliły tę możliwość. Od tej pory reżym warszawski zupełnie uniemożliwiał wyjazd Polakom z kraju, chyba że się było pochodzenia żydowskiego, do czego nawet zachęcano Żydów po wydarzeniach marca 1968 roku.

Życie w tzw. Polsce Ludowej nie było łatwe dla bardzo wielu jej mieszkańców – tak pod względem ekonomicznym jak i politycznym (swobody obywatelskie). Należę do tych Polaków, którzy pamiętają szarą komunistyczną Polskę. Z tego okresu, tj. do końca 1956 roku, w mojej pamięci utrwaliło się bardzo dobrze pięć wydarzeń, które wywarły jakiś wpływ na moje jestestwo, na to kim jestem:

Przyjazd do Koszalina 23 lipca 1952 roku: chyba wszystkie domy miasta z powodu obchodzenia 22 lipca Narodowego Święta „Odrodzenia Polski” – najważniejszego święta państwowego w okresie Polski Ludowej, obchodzonego co roku tego dnia (do 1989), na pamiątkę rocznicy ogłoszenia komunistycznego Manifestu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w 1944 roku, oblepione/upstrzone były do nieprzytomności flagami polskimi i sowieckimi – czerwonymi oraz z niezliczoną ilością portretów Lenina, Stalina, Marksa, Engelsa i Bieruta. Tego widoku nawet dziecko, czy przede wszystkim starsze dziecko nie mogło nie zapamiętać.

Niebawem jako 7-letni przedszkolak wraz i innymi dzieci musieliśmy siedzieć w sali zabaw i słuchać CAŁEJ transmisji radiowej z pogrzebu Józefa Stalina. To wydarzenie utrwaliło się w mojej pamięci chyba za jego długość, która bez wątpienia była prawdziwą męczarnią dla maluchów, a przede wszystkim żałobny głos dziennikarza relacjonującego całą tę ceremonię. Ten głos mam ciągle w uszach. W 1955 roku moim bardzo dobrym kolegą aż do opuszczenia przez mnie Polski został Witek (Witold Cieplak). Często przebywał w moim mieszkaniu, a ja często u niego. Razu pewnego podczas zabawy przy jego rodzicach tak sobie, bo przecież bez żadnego powodu – jak to dziecko powiedziałem: „lipa pani Miętowa, mięta pani Lipowa”. No i za to teoretycznie czy słuchowo niewinne zdanie nieźle mi się oberwało. Otóż ojciec Witka poszedł do moich rodziców i powiedział im, że ja podczas zabawy z Witkiem wypowiedziałem to dziwne zdanie. Co było w tym złego? Było jednak niebezpieczne. Bowiem używały je zawsze dwie kumoszki występujące w programie radiowym „Podwieczorek przy mikrofonie” RADIA WOLNA EUROPA. Słuchanie jej było surowo czy nawet bardzo surowo karane przez komunistyczną bezpiekę. Dlatego ojciec Witka poinformował o tym wydarzeniu moich rodziców.

Często byłem z wizytą u rodziny w miastach pomorskich i widziałem w nich masę sowieckiego wojska, przejazdy czołgów sowieckich, gdyż tam były ich garnizony. I pamiętam bardzo dobrze jak ludzie nazywali tych sołdatów okupantami.

Szła zima 1955 roku. Trzeba było kupić mi nowy płaszcz i nowe buty. Niestety w całym mieście nie można było kupić dla mnie ani płaszcza, ani butów. Buty prywatnie zrobił mi szewc – pan Błaszczyk. Ciocia Krysia wybierała się w odwiedziny do ojca, a mojego dziadka (ojciec mojej matki), który za działalność w antykomunistycznym podziemiu na Dolnym Śląsku od 1951 roku był więziony w Potulicach koło Nakła. Razem z nim zostali uwięzieni moi wujkowie, a jego synowie: Czesław, Kazimierz, Mieczysław i Grzegorz oraz Marian – syn jego córki Janiny. Wszyscy zostali uwolnieni po upadku stalinizmu w Polsce, a po upadku komunizmu w Polsce w 1989 dostali drobne odszkodowanie pieniężne. Wówczas po raz pierwszy zobaczyłem dziadka. Pamiętam rozmowę zza krat. Ten obrazek stalinowskiej Polski – dziadka za kratami także utrwalił się na zawsze w mojej pamięci. A wracając do mojego płaszcza, to ciocia Krysia próbowała kupić mi go w pobliskim Nakle i Pile – także bezowocnie. Rodzicom udało się wreszcie – chyba gdzieś w połowie zimy kupić marną kurtkę i ona musiała chronić mnie przed zimnem.

Pamiętam totalną biedę i szarość ówczesnego życia. Ale nam, dzięki Bogu, powodziło się nieźle. Nigdy nie tylko że nie byłem głodny, ale dobrze i smacznie jadłem. W niedzielę na śniadanie zawsze miałem świeżą bułkę z masłem – jednej niedzieli z szynką, drugiej z dwoma jajkami na miękko, a na trzecią z parówką. Ojciec był magistrem farmacji i w latach 1945-1951 razem z mgr Gratkowską był właścicielem dużej apteki (zatrudniano łącznie 20 osób, gdyż wówczas wiele lekarstw wyrabianych było w aptekach na receptę). 9 stycznia 1951 roku reżym znacjonalizował bez odszkodowania wszystkie prywatne apteki w Polsce i jednocześnie zmusił wszystkie osoby pracujące w aptekach do obowiązkowego pracowania w nich przez cały rok. Upaństwowienie aptek na Ziemiach Odzyskanych było podwójnym łajdactwem ze strony reżymu. Bowiem reżym warszawski przystąpił tam w 1945 roku do zakładania państwowych aptek, a po ich założeniu zaproponował ich kierownikom ich odkupienie, udzielając jednocześnie 5-letniego kredytu na ich zakup. Kredyt miał był spłacony do końca 1950 roku. I kiedy został spłacony reżym ukradł im te apteki. Ojciec malował obrazy olejne, ale głównie akwarele i w gabinecie swoim przy aptece wisiały jego trzy obrazy olejne, a w biurku była kupiona od znajomej Niemki, która otrzymała paczkę od rodziny z Niemiec, kawa i herbata, kupiona poprzedniego dnia, a którą ojciec zapomniał zabrać do domu. Ukradli także te obrazy, chociaż ojciec prosił, aby mu pozwolono je zabrać oraz tę kawę i herbatę! Pamiętam tą Niemkę. Kiedy mnie spotykała na ulicy zawsze rozmawiała do mnie po niemiecku. Głupio się czułem, bo moja znajomość języka niemieckiego była wówczas raczej skromna (rodzice znali język niemiecki, a ja się nim zainteresowałem i nawet – z pomocą matki i słownika polsko-niemieckiego próbowałem czytać niemiecką wielotomową encyklopedię jaką miał ojciec). Nie wyjechała ona z Polski zaraz po wojnie, gdyż nie chciała pozostawić tu grobu jej 16-letniej córki, którą na jej oczach gwałciło aż tylu czerwonoramiejców, że nieszczęsna zmarła. Wyjechała ona z Polski w 1957 roku, kiedy umożliwiono wyjazd Niemców, którzy nie wyjechali podczas ich wypędzania w latach 1945-47. W 1958 roku wyjechała do Niemiec także pani Zarembina wraz z rodzicami, która razem z moją matką pracowała w oddziale wojewódzkim Zawiązku Zawodowego Pracowników Rolnych i Leśnych. Była ona autochtonką, a jej rodzice spod Złocieńca pięknie mówili po polsku. Po wojnie chcieli mieszkać w Polsce. Jednak przez okres stalinowski mieli dość komunistycznego raju – komunistycznej Polski. Postanowili wyjechać jako Niemcy. Po przymusowym przepracowaniu tego jednego roku w ukradzionej mu aptece ojciec postarał się o dobrą pracę w Wojewódzkiej Centrali Chemicznej (ludzi wykształconych było wówczas bardzo mało). Ale na względnie dobre życie (bo nie luksusowe!) stać nas było nie tylko dlatego, że oboje rodzice pracowali – bo wszystkie pensje były wtedy bardzo marne, ale dlatego, że z czasu posiadania apteki miał znajomości w Niemczech, skąd sprowadzał do 1951 roku i później raczej półlegalnie lekarstwa, co władze chcąc nie chcąc tolerowały, gdyż był straszliwy brak leków, a szczególnie dobrych leków. Ojciec otrzymywał z Niemiec paczki z buteleczkami penicyliny i streptomycyny (bardzo rzadkich wtedy lekarstw w Polsce), zastrzyki do znieczulenia zębów i rtęć potrzebną do wyrobu niektórych lekarstw. Poza tym wyrabiał kremy dla kobiet, czego nauczył się w przedwojennej Warszawie, w aptece, w której pracował do 1944 roku.

Z 1956 roku pamiętam śmierć Bolesława Bieruta (nie musieliśmy tym razem słuchać relacji z pogrzebu), wypadki w Poznaniu, o których wszyscy mówili i wreszcie wypadki październikowe 1956 roku, czyli prawdziwe obalenie stalinizmu, z czego cieszył się cały naród, wszyscy nasi znajomi i wszyscy ludzie na ulicy. Przed oczyma mam ciągle tak wielką radość Polaków, tę wiarę, że będzie lepiej. I długie rodaków rozmowy na ten temat, których często byłem świadkiem. Gomułka nie był stalinowcem, ale był prawdziwym komunistycznym sukinsynem. Z tego roku pamiętam jeszcze jedno wydarzenie. Otóż w ładny, słoneczny dzień wiosenny bawiliśmy się w pięknym parku nad jeziorem. Z Witkiem i innym naszym dobrym kolegą Zbyszkiem Poryckim bawiliśmy się przy samych koszarach wojskowych. Nie wiem, dlaczego, ale po pewnym czasie po podeszło do nas dwóch żołnierzy. Z pewnością byli to oficerowie lub co najmniej podoficerowie, bo przecież szeregowcy nie wałęsają się w pobliżu koszar. Wiem, że była to niedziela, a neogotycki duży kościół NMP był także przy tym parku i w pobliżu koszar. Nie pamiętam całej naszej rozmowy, ale zapamiętałem to, gdyż później powiedziałem o tym wydarzeniu rodzicom, że jeden z nich zapytał nas czy byliśmy już na mszy w kościele. Chociaż mieliśmy po dziesięć lat, od rodziców wiedzieliśmy, że mamy być bardzo ostrożni podczas rozmowy z nieznanymi osobami i że władze walczą z religią i słyszeliśmy, że jakiś biskup (chodziło o kard. Wyszyńskiego) jest więziony i że na lekcje katechizmu musimy chodzić do kościoła, gdyż w szkole nie może być nauki religii. Bez namysłu cała nasza trójka odpowiedziała, że nie (skłamaliśmy, bo właśnie po mszy dla dzieci o 10 rano, poszliśmy do parku). Wówczas on powiedział, że jak rodzice powiedzą, że mamy iść do kościoła to mamy ich się nie słuchać, tylko zawsze przyjść tu się bawić (bez jego łaski mogliśmy to robić, bo był tu park publiczny). Widać, że byli to jacyś politrucy wojskowi, którzy w swym komunistycznym zaślepieniu i ogłupieniu próbowali nas - małych chłopców nastawić przeciwko religii i… „ciemniakom” rodzicom!

Rodzinę mieliśmy liczną i po wojnie czy przez wojnę mieszkającą na terenie całej Polski i stąd dane mi było poznać wiele miast i zakątków Polski. Od 11 roku życia jeździłem po Polsce sam, a więc od czasu, kiedy zazwyczaj się już wszystko pamięta. Tak więc przed wyjazdem z Polski w 1964 roku byłem w Warszawie, Krakowie, Częstochowie, Wrocławiu, Jeleniej Górze, Karpaczu (wszedłem na Śnieżkę w 1957 r.), Wałbrzychu (zamek Książ), Kłodzku, Kudowie Zdroju (w pobliskiej kaplicy trupich czaszek i bazylice w Wambierzycach oraz w Krzeszowie, gdzie jest cudowny kościół barokowy wraz z klasztorem, w Górach Stołowych (Strzeliniec) i w wielu innych miejscowościach na Dolnym Śląsku – gdzie mieszkałem, Poznaniu, Zielonej Górze, Pile i również w wielu miejscowościach na Pomorzu Zachodnim – gdzie również mieszkałem, m.in. w Szczecinie, Koszalinie, Kołobrzegu, Białogardzie, Wałczu, Szczecinku, Gdańsku, Malborku, Bydgoszczy, Toruniu, Chełmnie – gdzie się urodziłem itd. A więc nie opuszczałem kraju, którego w ogóle nie zdążyłem poznać. Jak na swój wiek to dużo zwiedziłem kraj, tym bardziej, że turystyka, a także geografii i historia mnie pasjonowały. To nie było bez znaczenia dla emigranta, ale także było pewnym obciążeniem. Bo człowiek nieraz tęsknił do tych „pagórków leśnych, do tych łąk zielonych” (szczególnie, że prawie cała Australia jest taka brunatna w okresie letnim). A ja kocham zielony kolor.

Wyjeżdżałem więc z Polski z innego powodu.

Wychowywany byłem w duchu polskim i patriotycznym, co bez wątpienia widać we wszystkich owocach mojej pracy pisarskiej. Tymczasem Polską rządzili komunistyczni parobkowie Stalina w oparciu o bagnety jego żołdactwa i widziałem na własne oczy jakie to okropne państwo. W naszym domu do mojego wyjazdu do Australii słuchaliśmy radia – Polskiego Radia Warszawa i Radia Wolna Europa z Monachium. Mieliśmy niemiecki odbiornik radiowy Telefunken i programy Radia Wolna Europa odbieraliśmy tak czysto jak Polskie Radio, czemu się wszyscy dziwili. Szczególnie masz sąsiad z tej samej klatki schodowej, dyrektor szpitala, dr Łazowski. Słyszałem co mówili w radiu jedni i co mówili drudzy oraz rozmowy dorosłych i inteligentnych osób, które były znajomymi moich rodziców. Byłem także molem książkowym. Ojciec miał duży i bardzo ciekawy księgozbiór, w tym bardzo dużo ciekawych książek niemieckich (stąd moje zainteresowanie się tym językiem). Poza tym za kieszonkowe od rodziców zawsze kupowałem sobie książki albo wydawałem na bilety do kina (chodziłem zawsze z Witkiem). Wiele paczek z tymi książkami przysłała mi później do Australii nasza dobra znajoma, żona pochodzącego także z Warszawy jak mój ojciec (mieli więc o czym rozmawiać) inżyniera leśnika Smukowskiego, pracującego w Wojewódzkiej Dyrekcji Lasów Państwowych. Byłem czysty i zawsze dobrze ubrany, inteligentny i cholernie oczytany. Najlepszym na to dowodem było to, że gimnazjum zawsze mnie delegowało do jego reprezentowania na różnych uroczystościach i imprezach oraz to, że redaktor wychodzącego w Australii „Tygodnika Polskiego” Roman Gronowski, osoba bardzo inteligentna, zatrudnił mnie – osobę w tak młodym wieku na stanowisku sekretarza redakcji. Był zachwycony moją wszechwiedzą i celnymi komentarzami na różne tematy.

Byłem młodym człowiekiem, osobą otwartą na świat i pragnącą go poznać, a przy tym byłem politycznym buntownikiem-prowokatorem. Pamiętam jak podczas wycieczki naszego gimnazjum na Pomorze, w Ośrodku Olimpijskim koło Wałcza latem 1962 roku będąc w towarzystwie nauczycieli, w tym dyrektorki mojego gimnazjum, pani Teresy Srogi, siostry reżymowego propagandzisty Alojzego Srogi, który w Radiu Polskim miał program „Alojzy Sroga ma głos”, prowokacyjnie poruszyłem sprawę mordu oficerów polskich w Katyniu. Wszyscy byli przerażeni, bowiem powiedziałem, że słyszałem, że popełniło ją sowieckie NKWD. Zrobiło się gorąco – wszyscy z przerażeniem słuchali tego co mówię. Nikt nie był pewny czy w tym gronie nie ma kogoś pracującego dla UB. Poczułem, że posunąłem się za daleko, że dyrektorka „prawie że nie zemdlała”. Wówczas, aby uspokoić atmosferę powiedziałem, że zdania na ten temat są podzielone i nam trudno jest mówić, kto ma rację. Przyjęto to z wielką ulgą i dyrektorka nie poruszyła później tego tematu ze mną. Niemniej aż dwa razy byłem wzywany na komisariat Milicji Obywatelskiej za akcję w obronie Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, któremu reżym narzucił płacenie horrendalnie wysokiego podatku i za akcję obrony lekcji religii, które zostały usunięte ze szkoły, a raz musiałem się wstawić przed oblicze samego sekretarza miejskiego PZPR, pana Wysockiego, bo groziło mi otrzymanie wilczego biletu. Aby tego uniknąć zostałem wysłany aż na drugi koniec Polski – do znanej miejscowości wypoczynkowej, aby tam kontynuować naukę w gimnazjum (dzięki Bogu, tam o mnie nic nie wiedziano). Poza tym trudno mi było zaakceptować to, że przez komunistycznych zbirów straciłem ojca. Zaraz po wydarzeniach z 9 stycznia 1951 roku, to jest po ukradzeniu ojcu apteki i obrazów, które uważał za najlepsze swoje płótna, a przed wszystkim przez brutalne zachowanie UB-eka, który towarzyszył ludziom przejmującym aptekę, który ojcu powiedział: „Tylko nie podskakuj, jak nie chce marnie skończyć”, ojciec rozchorował się na serce i od tej pory zawsze na nie chorował, aż wreszcie po kolejnym ataku odszedł w zaświaty w 1958 roku.

Polska Ludowa – z jej komunistycznym zamordyzmem nie była wolnym i bezpiecznym krajem dla mnie. Na początku 1963 roku zapadła więc decyzja o wyemigrowaniu z kraju. Mogłem wyjechać albo do Brazylii, albo Australii. Bez wahania wybrałem Australię, bo to kraj nad Pacyfikiem, a moim marzeniem wówczas było zwiedzenie przecudownych wysp tego oceanu. Miałem skorzystać z tzw. emigracji związanej z łączeniem rodzin. Mieliśmy co prawda daleką rodzinę, ale rodzinę w Australii – w Melbourne. Jednak wyjazd czy emigracja z Polski nie była sprawą łatwą. W Australii kupuję sobie bilet i jadę, gdzie chcę. Reżym warszawski czynił utrudnienia nawet w ramach zaakceptowanego przez Gomułkę planu łączenia rodzin. W Wojewódzkiej Komendzie MO w Koszalinie powiedziano mi brutalnie, że będą zwlekać z wydaniem mi wizy aż do czasu powołania mnie do wojska, „a wtedy będziesz musiał wybić sobie z głowy wyjazd do Australii”. Jednak jakimś cudem mnie wypuszczono. Również koszty wyjazdu do Australii, poza biletem opłaconym w Australii (aż 250 ówczesnych funtów!), były bardzo duże. Największe były związane z wymogami Ambasady Brytyjskiej w Warszawie, która działała w imieniu władz australijskich, gdyż Australia nie utrzymywała wówczas swojej placówki dyplomatycznej w Warszawie. Związane były one głównie z badaniami lekarskimi. Trzeba było przejść wszystkie najważniejsze badania lekarskie, gdyż Australia nie wpuszczała do kraju żadnej osoby chorej na cokolwiek. Ambasada skierowała mnie do szeregu „swoich” lekarzy na różne badania, nawet do okulisty, gdyż nosiłem okulary. Były to prywatne kliniki i za każdą wizytę i badanie trzeba było słono płacić. Pamiętam, że sama wizyta u okulisty na MDM kosztowała aż 500 zł (wcześniej za wizytę u swojego okulisty i za okulary zapłaciłem 350 zł), czyli 1/3 przeciętnego polskiego miesięcznego wynagrodzenia. Pomimo tego wszystkiego należałem do wybrańców losu. Po wojnie na Bliskim Wschodzie w 1967 roku reżym zamknął szczelnie granicę Polski dla wszystkich Polaków i łączenie rodzin stało się czasem przeszłym dokonanym. Polacy mieli żyć w szczelnie zamkniętej klatce.

……….

Z Warszawy wyjechałem pociągiem do Wiednia, ze stolicy Austrii także pociągiem do Genui, gdzie spędziłem dwa pełne dni. Była cudowna słoneczna pogoda, a słońce daje radość i chęć do życia. Już w Wiedniu, a szczególnie w Genui poczułem, że jestem pod każdym względem w innym świecie i na wolności. To było wspaniałe uczucie. Bowiem każdy z nas chce być wolnym człowiekiem, a nie narzędziem w rękach tyrana i łajdackiej, bo niehumanitarnej ideologii. Na trzeci dzień pobytu w Genui wszedłem na nowo oddany do eksploatacji (1963) statek pasażerski „Galileo Galilei”, który miał bardzo ładną sylwetkę. Był dużym statkiem pasażerskim: wyporność jego wynosiła 27 888 tom, miał 213 m długości i 28 m szerokości. Zabierał na pokład 1750 pasażerów (156 pierwsza klasa i 1594 klasa turystyczna). Kursował wówczas między Genuą a Melbourne w Australii. Przewoził głównie imigrantów z Europy do Australii, przede wszystkim Włochów i Maltańczyków, którzy w tamtych latach masowo emigrowali na piąty kontynent. Nie byłem jedynym Polakiem na statku. Okazało się, że na jego pokładzie było nas wszystkich 103 osoby. Bo za Gomułki można było opuszczać Polskę w ramach tzw. łączenia rodzin. Ale przez dużą łapówkę wypuszczano także inne osoby z innych powodów. Największą grupę stanowili adwentyści, którzy opuszczali Polskę nie tylko z przyczyn religijnych, ale także dla lepszego życia. Nie ma nic w tym złego. Wszyscy mamy prawo do lepszego życia, jeśli jest to możliwe. I to był chyba główny, jeśli nie jedyny powód wyjazdu z Polski tych ludzi. W polskiej grupie byli ludzie w różnym wieku. Wśród adwentystów przeważały całe rodziny. Była także spora grupka młodych kobiet czy raczej dziewcząt, które opuszczały Polskę jako kandydatki na „żonę dla Australijczyka”. Było ich wiele, wiele setek. Nie od rzeczy kinematografia nagrała w 1963 roku komedię pod tytułem „Żona dla Australijczyka” w reżyserii Stanisława Barei. Mówi się, że polskie dziewczyny są ładne. Jednak uroda dwóch kandydatek na żonę była ponad przeciętność. Jedna miała 19 lat, a druga 18 i obje miały imię Elżbieta. Ta 18-letnia była prawdziwie ładną polską dziewczyną i blondynką. Jechała do narzeczonego w Melbourne. Kilka miesięcy po przyjeździe do Melbourne spotkałem ją już razem z mężem (młodym Polakiem) na polskiej mszy w kościele św. Ignacego w Richmond. 19-latka była przystojną brunetką o wyjątkowo ładnej urodzie. Jechała do narzeczonego w Adelajdzie. Inne kandydatki na żonę były wszystkie po trzydziestce. Jedna z nich siedziała przy naszym stole w restauracji – była bardzo miłą i przyjacielską osobą. Przy naszym stole siedział jeszcze jeden pan około pięćdziesiątki i jego syn około 12-letni. Jechali do Adelajdy. Starszy pan był oszczędny w rozmowie. Myślę, że był Ukraińcem. Siedziała z nami także rodzina adwentystów: matka, ojciec i dorosły syn. Religia bardzo mnie interesowała i w sposób bardzo kulturalny dużo rozmawialiśmy na temat wiary. Cała nasza polska grupa trzymała się razem i wesoło spędziliśmy 21 dni na morzu. Dwuosobową kabinę z oknem dzieliłem przez kilka pierwszych dni z Niemcem z Hamburga. Moja znajomość języka niemieckiego była wówczas na tyle dobra, że jako tako mogłem z nim rozmawiać i utrzymywaliśmy kontakt przez cały czas podróży. Najwięcej interesowały mnie jego wspomnienia wojenne; pracował wówczas w hamburskiej stoczni. Powiedział mi, że bombowce angielskie niemiłosiernie bombardowały miasto – ale tylko dzielnice robotnicze, podczas gdy dzielnice bogatych mieszczan były nietknięte. Ani on, ani je nie wiedzieliśmy jaki był powód tego. Dopiero z książki Petera Hitchensa „Po co nam była ta wojna!” (Bellona 2019) dowiadujemy się, że była to celowa polityka wojenna rządu brytyjskiego, którą trzymano do niedawna w tajemnicy, bo jednak była to zbrodnia wojenna. Chodziło o to, aby ustawicznymi i nękającymi nalotami na robotników i usługi użyteczności publicznej, z których oni korzystają, obniżyć ich morale, zabić ich jak najwięcej, co przyczyni się znacznie do spadku produkcji przemysłowej. Razem z żoną emigrowali do Australii. Po dwóch – trzech dniach połączono go z żoną, a ja miałem całą kabinę dla siebie.

21-dniowa podróż do Australii była spokojna. Płynęliśmy przez Morze Śródziemne, Kanał Sueski, Morze Czerwone i Ocean Indyjski i mieliśmy cudowne słoneczne dnie, gorące w pobliżu równika po obu jego stronach. Można by rzecz: aż żyć się chciało. Jedzenie też było niezłe. W każdym bądź razie nikt z nas nie był głodny. No, ale za 250 funtów (bo tyle kosztował bilet), co było zawrotną sumą (przeciętny zarobek w Australii wynosił wówczas 17 funtów na tydzień), nie mogło być inaczej. Brakowało nam pieniędzy, za które moglibyśmy kupić coś sobie na statku (np. lody) czy w portach po drodze (Neapol – miałem wycieczkę do Pompei, co kosztowało mnie 4 funty, Port Said – kupiłem tam sobie arabskie skórzane sandały, Aden), gdyż władze polskie zezwalały na wywiezienie z Polski zaledwie 5 dolarów. Nasza sąsiadka, żona dyrektora szpitala, skupywała dla siebie funty i dolary, dała mi na drogę 10 funtów, które trzymałem w papierze przyklejonym od wewnątrz do obwoluty albumu o Polsce. Do Australii – do największego portu w Zachodniej Australii - Freemantle koło Perth nad Oceanem Indyjskim przypłynęliśmy nad samym ranem 2 sierpnia 1964 roku. Gdzieś około 6 rano po raz pierwszy w życiu zobaczyłem kontynent australijski – Australię – swoją nową ojczyznę. Był cudowny ranek, a kolorowe miasto na pagórkach wyglądało cudownie – jak z bajki.

Wszyscy byliśmy radzi z przybycia do Australii – prawie, że wniebowzięci. Z drugiej strony u wielu z nas był smutek za utratą kraju lat dziecinnych (bo ten okres w naszym życiu zawsze najlepiej wspominamy), rodziny, znajomych i przyjaciół. Zdawałem sobie sprawę z tego, że brama do komunistycznej Polski jest dla mnie zamknięta raz na zawsze. Dlatego pierwszy raz do Polski wybrałem się dopiero po upadku PRL-owskiej Polski. Osobiście dla mnie tzw. Polska LUDOWA była prawdziwą macochą – złodziejką i sprawczynią śmierci mego ojca oraz gwałcicielką moich swobód obywatelskich. Z tym, że dzisiaj wcale nie jest lepiej. Dzisiejsza Polska – niezależnie od tego jaka partia nią rządzi, także jest wroga dla ludzi niezależnych i o odmiennych od jej poglądów politycznych. Stosuje się bolszewicką zasadę: kto nie z nami jest przeciw nam i trzeba go zniszczyć. Dlatego jak bardzo Bóg mnie uszczęśliwił – obdarował swą łaską i dobrocią, że żyję w naprawdę demokratycznym kraju i jestem osobą od nikogo niezależną, także pod względem finansowym. Przez co moi wrogowie (a kto ich nie ma, szczególnie jak się jest kimś?!) są bezzębnymi wrogami – papierowymi tygrysami, na których siadam. Jak bardzo ważna dla mnie przez całe moje życie była niezależność i wolność posiadania własnej opinii i własnego słowa nich świadczy o tym moje odejście z redakcji wydawanego w Melbourne „Tygodnika Polskiego”, którego byłem redaktorem w latach 1974-77. Kiedy „Tygodnik” został pismem społecznym, własnością Domu Polskiego im. Tadeusza Kościuszki, to jego nowi właściciele chcieli mi narzucić nie tyle wydawcy, ale swoje własne zapatrywania polityczne i odnośnie spraw polskich w Australii. Wolałem odejść z redakcji niż stać się posłusznym pionkiem w rękach tych prostaków - ludzi głupich i zawistnych, którzy w piśmie chcieli piec własną pieczeń, które miało służyć tylko im i ich kumplom oraz jedynie ich słusznej linii politycznej. Jak to dla mnie pachniało zamordyzmem i PRL-owskim łajnem!

Z pewnością dla nas wszystkich Polaków na statku wraz z przyjazdem do Australii otworzyły się bramy raju. Szczególnie wówczas Australia naprawdę była – jak to tu powszechnie mówiono – „a lucky country” (krajem miodem i mlekiem płynącym). Pod jednym warunkiem – że się nie było leniem, bo przecież „bez pracy nie ma kołaczy”. Najlepszym przykładem na to jest moja rodzina. Od początku i po dziś dzień tylko jedna osoba pracowała na chleb. Prawda, nasze zarobki – najpierw mój, a teraz moje żony były powyżej przeciętnej, ale dalekie, bardzo dalekie od zarobku ludzi wolnych zawodów (adwokatów, lekarzy, dentystów, architektów, bardzo dobrych fachowców). Nasza jedna pensja była najwyżej dwa czy może 2,5 razy większa od przeciętnego zarobku, ale umożliwiła ona nam na dobre utrzymanie (np. jedzenie), kupno i spłacenie domu w przeciągu 13 lat (pożyczka była na 20 lat), na wysyłanie naszych czworo dzieci (!) do prywatnej szkoły podstawowej, a następnie prywatnego gimnazjum (córki chodziły do St. Aloysius College, a syn do Cathedral College) i starczyło nam jeszcze na podróżowanie po Australii i świecie (byliśmy w 90 krajach na wszystkich kontynentach). Dzisiaj Australia nie jest już aż tak bardzo „a lucky country”. Z programów nadawanych w australijskiej tv i radiu dowiedziałem się 21 lutego 20020 roku, że w bogatej Australii co ósmy obywatel, czyli 3 miliony ludzi żyje w biedzie. Dzisiaj, aby to wszystko móc zrealizować co my zrealizowaliśmy trzeba koniecznie był było pracy dwóch czy nawet trzech osób zarabiających tak nieźle jak my zarabialiśmy, czy zarabiamy. Dzisiaj wszystko jest nieproporcjonalnie dużo droższe niż było dawniej (żywność, ceny domów, opłata za szkoły, elektryczność, ubezpieczenia itd.). Jednak wciąż w Australii żyje się bardzo dobrze. Na pewno jest tu lepiej niż w Anglii czy Ameryce. A przecież jest tam także raczej wysoka stopa życiowa.

Poza tym, że Australia była dla nas wymarzonym „a lucky country”, to sami Australijczycy mają jedną bardzo dobrą cechę charakteru, której niestety brak Polakom (wyjątki potwierdzają regułę), nawet tym, którzy tu mieszkali, czy mieszkają 50 lat. Tą cechą jest powszechnie występujący u nich (wyjątki potwierdzają regułę) w stosunku do KAŻDEJ osoby „fair go”, czyli sprawiedliwe traktowanie każdego człowieka, jak np. sprawiedliwe wynagradzanie go za jego osiągnięcia. U Polaków wynagrodzenie/nagroda jest rezerwowana tylko da swoich ludzi. Najlepiej to widać po wybiórczym stosunku do zasług Polaków w Australii, dokonywanym przez Konsulat Generalny RP w Sydney, do ignorowania prawdziwych zasług niektórych osób, przy jednoczesnym masowym odznaczaniu małych, ale wiernych partii płotek. Oto najlepszy przykład na wybiórczość takiego postępowanie Konsulatu. W piątek, 14 lutego 2020 roku w Konsulacie Generalnym w Sydney odbyło się wręczenie przez konsul generalną Monikę Kończyk odznaczenia polskiego Ministerstwa Kultury "Zasłużony dla Kultury Polskiej" pani Bogumile Żongołłowicz. Nie widzę nic złego w przyznaniu jej tej odznaczenia. Ale mam pytanie do pani Kończyk: jeśli uznaliście (no bo minister Gliński nawet nie wie, kto to jest p. Żongołłowicz), że to odznaczenie należy się pani Żongołłowicz, to dlaczego uważacie, że to odznaczenie nie należy się mnie – osobie, która bez wątpienia kilka razy więcej zasłużyła sobie na nie niż pani Żongołłowicz? Nie tylko zrobiłem kilka razy więcej dla kultury polskiej (chociażby 30 napisanych przeze mnie książek, w tym kilka pionierskich w literaturze polskiej, na które teraz powołują się uczeni i historycy polscy, to ja – pierwszy z Polaków zapoczątkowałem powrót do czci Pawłowi Strzeleckiemu w środowisku australijskim), ale także dla Polaków w Australii (chociażby tylko uratowanie przeze mnie „Tygodnika Polskiego”, który ukazuje się po dziś dzień, załatwienie przeze mnie wydania przez Australia Post znaczka pocztowego upamiętniającego zasługi Pawła Strzeleckiego dla Australii, pierwsza w języku angielskim książka o Polakach w Australii, która przybliżyła Polaków Australijczykom), a poza tym nie byłem karany sądownie i nikomu nie wyrządziłem żadnej krzywdy, i nie jestem rasistą. Należy zwrócić uwagę także i na to, że za moją działalność ostatni polski rząd na emigracji w Londynie odznaczył mnie 11 listopada 1990 roku Krzyżem Zasługi, a Kapituła Orderu Krzyża Polonii Światowej Rady Badań nad Polonią w Warszawie przyznała mi w stulecie odrodzenia Polski – 13 listopada 2018 roku Order Krzyża Polonii z dewizą: Patriane Commodis Serviens (Być Ojczyźnie Użytecznym); świadkiem wręczenia był minister Gliński! Tymczasem Konsulat nie tylko nie sugeruje odpowiednim czynnikom w Warszawie przyznanie mi jakiegoś odznaczenia, ale także zupełnie ignoruje moją działalność – to co robię dla Polski, sprawy polskiej i Polaków w Australii. Poszliście w ślady Konsulatu Generalnego PRL w Sydney – tych komuszych gnojów! Ale dzisiaj Polska jest ponoć demokratycznym krajem i sprawiedliwa dla wszystkich swoich obywateli. Ponoć!

Wzywam więc Panią Kończyk do udowodnienia tego, że się mylę, że w moim przypadku postępujecie (Konsulat Generalny RP w Sydney) sprawiedliwie. Jeśli Pani tego nie uczyni, to udowodni niezbicie, że w stosunku do mnie nie kierujecie się nauką Pana Jezusa o sprawiedliwym wynagrodzeniu i występującym u Australijczyków chwalebnym podejściu „fair go” oraz to, że deklaracja władz polskich (a Konsulat jest ich przedstawicielem w Australii) o sprawiedliwym traktowaniu wszystkich swoich obywateli to tylko zwykła propaganda bez pokrycia w rzeczywistości. Udowodnicie ponad wszelką wątpliwość, że wasza działalność wobec niektórych Polaków w Australii jest po prostu łajdacka.

Tu nie chodzi o to, że w wyróżnieniach Konsulatu jestem pomijany. Niech mnie nikt źle nie zrozumie. Tu chodzi o to, co jeszcze raz powtarzam, że jest to łajdacka działalność, sprzeczna z nauką Pana Jezusa o sprawiedliwym wynagrodzeniu i występującym u Australijczyku podejściu „fair go” oraz polską konstytucją mówiącą o równości wszystkich obywateli. Takie postępowanie nie przystoi polskiej placówce dyplomatycznej w Australii i w ogóle szanującym się i dobrze wychowanym ludziom. Mi nie zależy na żadnych medalach, bo one wcale nie dadzą mi sławy, a tym bardziej życia, zdrowia i prawdziwego szczęścia, o czym pisałem już kilkadziesiąt lat temu w „Sprawach Polaków”. Już właśnie ponad 25 lat temu zbulwersowany przyznawaniem odznaczeń byle komu przez nowe władze polskie pisałem drwiąc, że człowiek odznaczony od szyi po pępek różnymi medalami „zasługi” ze względu na ich wagę zaraz po śmierci od razu spada do piekła. Nie da się ukryć faktu, że z powodów czysto politycznych, a także przez głupotę i tradycyjną i znaną na całym świecie polską zawiść nie istniałem dla ludzi w PRL-owskim konsulacie w Sydney, a od 1989 roku nie istnieję dla niby demokratycznych i patriotycznych okupantów polskiego konsulatu w Sydney, pomimo tego, że nie było i nie ma w Australii wielu innych tak bardzo zasłużonych dla Polaków, sprawy polskiej w Australii i dla samej Polski jak ja (nie chwalę się tylko stwierdzam nagi fakt!), czemu nie zaprzeczy żaden mądry i sprawiedliwy Polak, czyli osoba postępująca wobec innych zgodnie z nakazami etycznymi i trzymająca się namacalnych faktów („Po owocach ich poznacie”). Jako Polak mogę zrozumieć głupotę i zawiść osób z wierchuszki polonijnej. To ludzie w większości skrzywdzeni przez swój emigracyjny los. Chociaż jest im tu bardzo dobrze (mają pracę, swój dom, samochód, pieniądze na dobre jedzenie i wódkę), jednak nie znając dobrze języka i środowiska australijskiego, czują się wyobcowanym elementem, a w małym polskim środowisku brakuje im tłumów i oklasków do czego tęsknią lub na co chorują. Stąd ich poirytowanie i jeszcze większa zawiść niż w Polsce, jeśli widzą kogoś lepiej sytuowanego, bardziej inteligentnego i zasłużonego. I stąd ich pogoń za odznaczeniami, które w ich mniemaniu wynoszą ich na piedestał, a które w zasadzie sobie je kupują przez bliski kontakt z Konsulatem i okazywaną tym ludziom różnoraką życzliwość i pomoc. Ciągle u wielu Polaków z Polski jest żywa PRL-owska zasada: nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera, czyli nie za prawdziwe zasługi, ale za okazywaną nam życzliwość i pomoc dostaniesz odznaczenie. I z tej zasady korzysta wielu naszych polonijnych bonzów dla zaspokojenia swojej i swoich kumpli próżności (jak bardzo lubią paradować z tymi medalami!). Trudno mi jednak zaakceptować łajdackie, bo dyktowane zapatrywaniami politycznymi zachowanie władz polskich i ich przedstawicieli w Australii po 1989 roku. Oto inny i także najświeższy przykład. Likwidowane obecnie Studium Historii Polonii Australijskiej ma bibliotekę liczącą około 5000 tomów, wśród których jest setki polskich książek wydanych na emigracji od czasu II wojny światowej do 1989 roku. W katalogach bibliotek polskich nie ma wielu tych pozycji, szczególnie publikacji polskich wydanych w Australii, bo rzadko kto wysłał swoją książkę do jakiejkolwiek biblioteki krajowej. Bez wątpienia jest wśród nich wiele białych kruków. Książki wydawane w okresie wojny i w Australii miały bardzo mały nakład (często mniej niż 100 egzemplarzy) i niewiele z nich przetrwało do dzisiaj. Jestem pewny, że wiele najważniejszych bibliotek w Polsce (chociażby te, którym przysługuje egzemplarz obowiązkowy) nie ma wszystkich tych książek. Uznałem, że trzeba uratować te książki dla polskiej kultury. Dlatego kilka miesięcy temu napisałem w tej sprawie list do konsula generalnego Konsulatu Generalnego w Sydney, pani Moniki Kończyk i do ambasadora RP w Canberze, pana Michała Kołodziejskiego z pełną listą tych rzadkich druków i z sugestią zrobienia czegoś dla uratowania tych cennych książek. Bo tylko oni, jakby naprawdę chcieli mogliby coś załatwić w tej sprawie. Niestety ani pani Kończyk, ani pan Kołodziejski nie raczyli w ogóle odpowiedzieć na mój list. A chodziło tu nie o Kałuskiego tylko o kulturę polską! Czy nie było to jawne chamstwo i lekceważenie sprawy kto wie jak bardzo istotnej dla zachowania polskiej kultury emigracyjnej. Tak Kołodziejski jak i Kończyk są bardzo świeżymi „dyplomatami” w Australii (bo nie zachowują się jak przystało na dyplomatów!), a już ktoś, możliwe, że politruk w MSZ, syn politruka w MSZ z okresu komunistycznego (powszechnie wiadomo, że w MSZ jest jeszcze sporo pokomunistycznego gnoju; dziennik „Rzeczpospolita” z 17.02.2020 w artykule pt. „Usunięci z MSZ, bo złożyli prawdziwe oświadczenia lustracyjne” pisze, że po ustawie z 14 grudnia 2018 roku odeszło – a więc 30 LAT PO UPADKU KOMUNIZMU W POLSCE! - z MSZ bardzo dużo byłych współpracowników PRL-owskich organów bezpieczeństwa państwa z lat 1944-1990, którzy do tego się przyznali. A ilu się nie przyznało i nadal tam siedzi?! I te komusze śmieci ciągle wywierają wpływ na polską polityką zagraniczną, w tym współpracę z Polonią!), dał im instrukcję, aby unikali jakiegokolwiek kontaktu z Kałuskim. Bo jak inaczej wytłumaczyć ich chamstwo?! To właśnie politycy polscy i wielu ich „dyplomatów” doprowadzili do tego, że w dzisiejszej niby wolnej, demokratycznej i patriotycznej – bo niby polskiej Polsce została rozbita jedność narodowa z okresu Solidarności i jesteśmy świadkami wyjątkowej w skali światowej i wyjątkowo obrzydliwej wojny polsko-polskiej, która jak tak dalej pójdzie przeistoczy się w krwawy konflikt. A to nie jedyna wada współczesnych Polaków. Z innych chyba największe to powszechny alkoholizm (media podały, że w ostatnich 10 latach spożycie alkoholu w Polsce wzrosło aż o 50%, a przecież już przedtem Polacy znani byli na świecie z pijaństwa) i piractwo drogowe (prawie codziennie media polskie podają przykłady brawurowej/kretyńskiej jazdy Polaków samochodami przez miasta: dzisiaj – 16 lutego Polsat News mówił o 29-latku, który przez centrum Poznania jechał z szybkością 140 km, a w zabijaniu pieszych na pasach dla pieszych Polacy chyba dzierżą prymat pierwszeństwa na całym świecie). Doprawdy, wstyd mi być dzisiaj Polakiem. Nie tak wyobrażałem sobie Polskę i Polaków po upadku komunizmu. Gdyby nie cudowni Polacy – cudowni ludzie, których cały czas spotykam na swojej drodze życia, to machnął bym ręką na Polskę, Polaków i sprawy polskie. Ci cudowni Polacy-ludzie uratowali mnie dla sprawy polskiej i podtrzymują przy życiu moją wiarę w to, że nie wszyscy ludzie są Kainami i nie wszyscy Polacy Kainami. Szkoda, że prawdziwych ludzi i prawdziwych chrześcijan jest tak mało! Ale najważniejsze, że w ogóle są.

Wracając do przybycia do Freemantle. Chyba całą naszą polską bandą wyszliśmy na miasto, aby się nie zgubić. Całą podróż morze było spokojne. Tymczasem jak wyszedłem na ląd i spacerowaliśmy po mieście, to przez dłuższy czas wydawało mi się, że wszystkie budynki i domy się bujają. Byliśmy wszystkim zachwyceni – szczególnie ilością samochodów i bogactwem towaru w wystawach sklepowych i sklepach, szczególnie sklepów rzeźniczych, pełnych różnego mięsa. Jakże to wszystko było inne od Polski, gdzie w sklepach mięsnych można było zazwyczaj zobaczyć puste haki. Miałem jeszcze trochę grosza i postanowiłem kupić sobie jakąś pierwszą australijską pamiątkę. Wybór padł na piękną porcelanową figurkę tak bardzo australijskiego ptaka – kookaburry, którą przechowuję do dziś w pokoju gościnnym jak jakąś relikwię. Pozostało mi jeszcze trochę pieniędzy, jak również kilka innych osób miało trochę grosza. Kupiliśmy pyszne winogrona (drogie w tym okresie, podobnie jak w Genui, gdzie za kilogram winogron zapłaciłem 3000 lirów, ale nie mogłem odmówić sobie przyjemności ich jedzenia – ich pysznego smaku, które w Polsce można było kupić tylko na przełomie września i października; w Australii mogę się rozkoszować ich smakiem przez cały rok!), a kilku z nas postanowiło skosztować australijskie „parówki”, czyli kiełbaski podobne w kształcie do naszych parówek. Oczywiście nawet na statku nie był możliwości ich zagotowania, więc zaczęliśmy je jeść, tak jak je kupiliśmy. Nie smakowały nam. Już w Melbourne od tamtejszych Polusów dowiedziałem się, że te kiełbaski poza wyglądem nie mają nic wspólnego z polskimi parówkami, że są to kiełbaski baranie, które, bardzo tu popularne grilluje się na piknikach.

6 sierpnia przyszedł czas pożegnania się wszystkich ze wszystkimi w polskiej grupie. Nawet narzeczone jadące do swych przyszłych mężów nie żałowały uścisków i pocałunków. Całowałem się m.in. z dwoma naszymi pięknościami – Elżbietami, co młodzi chłopcy, a była nas spora grupka, cieszyliśmy się, jakby ktoś dał nam po 1000 funtów (dolary zostały wprowadzone w Australii w 1966 r.). Szkoda, że jak się potem okazało, tej przyjacielskiej postawy nie zauważyłem u bardzo wielu Polaków w Australii. Głównie przez zawiść – była niezdrowa konkurencja między mieszkającymi to od przełomu lat 40. – 50. Polusami o to, kto ma z nich ma lepiej, czyli lepszą pracę, lepszy dom, lepszy samochód. To sprawiło, że tylko 10-15% Polaków w Melbourne i w ogóle Australii działało w polskich organizacjach i posyłało swoje dzieci do polskich szkół; niewiele więcej Polaków uczęszczało na polskie nabożeństwa, niewiele czytało polskie gazety i wspierało powstające polskie sklepy i przedsiębiorstwa: „Co, na mnie się chce wzbogacić? Przenigdy!”. Jednak tych 10-15% osób zaangażowanych w życie polskie osiągnęło wiele. Powstały Domy Polskie, polskie szkoły sobotnie, założono wiele organizacji, klubów, które zrobiły wiele dobrego, a polskie zespoły taneczne podbiły serca wielu Australijczyków, pobudowano kilka kościołów. Najlepiej – na złoty medal była zorganizowana mała Polonia w Hobart na Tasmanii i polscy adwentyści, czy także bardzo małe, ale mające duże osiągnięcia polskie wspólnoty jak np. w Maitland (60 rodzin polskich pobudowało sobie bardzo ładny Dom Polski) w Nowej Południowej Walii, czy w Melbourne – w Ardeer, Albion i Rowville. Osiągnięcia pojedynczych Polaków w życiu australijskim były także dość duże. Chociaż mogło by być dużo, dużo lepiej, nie jest wstyd być Polakiem w Australii. I cieszę się, że jestem jej członkiem.

Zeszliśmy ze statku i po kontroli celnej, każdy z nas skierował się w stronę osób, które na nas czekały. Wśród osób mnie witających była moja przyszła żona – kilkunastoletnia Irka (w tym roku będziemy obchodzili w Europie – w Rzymie, Genui, z której wypłynąłem statkiem do Australii, na Malcie, Sardynii, Balearach, Walencji w Hiszpanii i w Marsylii 50-rocznicę naszego małżeństwa). Tak jak Freemantle także i Melbourne przywitało nas słońcem. Miasto – przejazd z portu do domu – tonące w słońcu i pełne po drodze zieleni (nie było już lata i trawniki były zielone), w tym sporo palm sprawiło na mnie bardzo dobre wrażenie. Także dom, w którym przyszło mi mieszkać przez kilka tygodni. Chociaż drewniany, był dobrze utrzymany – wymalowany i z ładnym frontowym ogrodem, pełnym róż. Zjadłem w nim pierwszy obiad w Australii – polski smaczny obiad! A potem były długie rodaków rozmowy. Tak minął pierwszy dzień mojego pobytu w wolnej i demokratycznej oraz bogatej Australii. Byłem i jestem tu wolnym człowiekiem, a poza tym od NIKOGO niezależnym. Pod tym względem jestem prawdziwym Polakiem. Bo nikt inny tak jak Polacy nie ceni sobie ponad wszystko swoją wolność i wolność Polski. Martwi mnie tylko jedno, że jak widać z tego co dzieje się dzisiaj w Polsce, wielu Polaków zaczyna mieć w nosie wolność Polski. Polacy stają się narodem tylko konsumenckim. To nic dobrego nie wróży. A przecież znany jest nam morał z wiersza Jean de La Fontaine, w przekładzie Mickiewicza: „Lepszy na wolności kęsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki.” No, ale: jak sobie Polacy pościelą, tak się wyśpią.

Jednak tutaj nie mogę nie wspomnieć, poza pierwszym dniem mojego pobytu w Australii – w Melbourne kolejnych kilku dni, podczas których lepiej zobaczyłem Melbourne i które odegrały ważną rolę w moim tu życiu. Właśnie w tych kilku kolejnych dniach zaczęło się wszystko to, co miało i ma nadal wpływ na moje życie, na moją działalność w Australii. To było, jak gdyby ab ovo mojego życia w tym kraju. Tak więc wszystko zaczęło się, że tak powiem od turystyki i przyjemności, które to elementy występują bez przerwy i po dziś dzień w moim australijskim życiu. Z okien samochodu zobaczyłem inne dzielnice Melbourne, a w najbliższą niedzielę wybraliśmy się do City, czyli Śródmieścia. Polacy, którzy przyjechali do Australii w ramach tzw. emigracji solidarnościowej w latach 80. XX w. i osiedlili się w Melbourne nie wiedzą, jak wyglądało to miasto w latach 60. To już wtedy były dwa inne miasta. Dzisiaj ta zmiana jest jeszcze większa. Dzisiaj City przez bardzo liczne i bardzo wysokie wieżowce można widzieć z bardzo daleka – z odległości kilkudziesięciu kilometrów. Wówczas, przez niską zabudowę nie widziało się City z pobliskich dzielnic jak Footscray ze strony zachodniej czy Brighton ze strony wschodniej. Tam, gdzie dzisiaj są wspaniale zabudowane Southbank i Dockland, a więc w samym centrum City, tylko że po drugiej stronie rzeki Yarra i na południe od Spencer Street były małe zakłady przemysłowe (naprzeciwko Flinders Street Station była fabryka słodyczy Allan’s z dużym neonem) i najwyżej średniej wielkości magazyny z XIX wieku, czyli nieciekawe urbanistycznie, a gdzie jest dziś Dockland tereny należące do kolei i portu. Były to tereny, gdzie człowiek przy zdrowych zmysłach nie zapuszczał się nocą. A dzisiaj to ładna i ekskluzywna część miasta, pełna restauracji, ludzi i turystów. Pochodzące z XIX w. różne zakładziki i magazyny zajmowały także tereny już za kościółkiem katolickim św. Franciszka na Elizabeth Street, tam, gdzie dzisiaj stoi wielki kompleks handlowy Melbourne Central (poprzednio Dimaru). W wieżowcu pozostawiono jako atrakcję architektoniczno-turystyczną 50 m wysoką wieżę fabryczną z czerwonej cegły Coop s Shot Tower z 1888 roku. Kiedy na początku lat 70. rozbierano te zakładziki i magazyny chciano także rozebrać w 1973 roku tą wieżę, ale jakoś ją uratowano i dziś jest oryginalną dużą atrakcją turystyczną. Podobnie było z terenami przy Victoria Market. Z wielu ulic City zginęły budynki niekiedy może nie za ładne, ale na pewno zabytkowe, tak jak np. budynek poczty przy Spencer Street naprzeciwko stacji kolejowej. Dzisiaj bardzo nowoczesna stacja kolejowa Southern Cross przy Spencer Street też wypisała się ze starych widoków Melbourne - starą stację. Zniknął także jednopiętrowy budynek Domu Polskiego na Lonsdale Street, który przez wiele lat odgrywał dużą rolę w życiu polskiego Melbourne. Na jego placu stoi dzisiaj wieżowiec. Polacy, tj. ówczesny zarząd Domu Polskiego, utracili ten Dom/plac o wielomilionowej wartości przez własną głupotę (przez brak ubezpieczenia!). Ładna, pełna kwiatów była stacja kolejowa North Melbourne. Aleja St. Kilka Road była już wtedy ładna, ale nie tak jak ładną jest dzisiaj. W każdym bądź razie City sprzed 1970 rokiem i dzisiejsze City to dwa inne światy.

Jak wielkim zaskoczeniem była dla mnie moja pierwsza wizyta w City. W ówczesnej Europie centrum każdego miasta, będące jego sercem, tętniło i tętni życiem przez siedem dni w tygodniu, a więc także i w niedziele i prawdopodobnie tego dnia było ono najbardziej intensywne. Bo był/jest to wolny dzień od pracy i ludzie jechali do centrum na różne imprezy, do kina, teatrów czy restauracji. Wszystkie sklepy w City były pozamykane na cztery spusty. Handel kończył się w soboty o 12 w południe. Piwiarnie, a jest ich w Melbourne tysiące, bo Australijczycy należą do największych piwoszy na świeci, otwarte były tylko do 6 po południu, 6 dni w tygodniu. Natomiast w soboty po południu stacje kolejowe w całym Melbourne były pełne, często zatłoczone kibicami jadącymi lub wracającymi z meczów australijskiego footbolla (Australian Rules) rozgrywanych na wielu stadionach; dzisiaj na te mecze jeździ dużo, dużo mniej ludzi (telewizja). Tak samo dzisiaj Melbourne jest pełne życia w niedziele. Ale 55 lat temu centrum Melbourne było „zamarłym miastem” – na ulicach w ogóle nie było ludzi. Podczas 5-godzinnego wałęsania się po mieście widzieliśmy poza okolicą stacji kolejowej Flinders najwyżej 5 osób i chyba tyle samo samochodów przejechało jego ulicami. Wszystko było pozamykane na trzy spusty: kina, kawiarnie, restauracje, kluby. Bardzo ładne wrażenie na mnie zrobiła ulica Collins Street z pięknymi budynkami i jest to po dziś dzień dla mnie najładniejsza ulica w centrum. Byliśmy pod gmachem Parlamentu i zaszliśmy do monumentalnej katedry katolickiej św. Patryka, która była otwarta, ale chyba tylko dlatego, że znajduje się ona na skraju centrum, gdzie niedaleko są już domy mieszkalne. Widziałem budynki, których dzisiaj już nie ma, m.in. najwyższy kiedyś na świecie budynek (13 pięter) przy ulicy Elizabeth Street, w którym miało swoje biuro m.in. polskie biuro podróży Alma pana Alfonsa Butowskiego. Był też okazały biurowiec na skrzyżowaniu ulic Flinders i Elizabeth, w którym było z kolei przez wiele lat polskie biuro podróży Odra pana Mariana Zarzyckiego oraz także na Elizabeth Street po drugiej stronie Poczty Głównej monumentalny – długi na cały blok budynek bankowy z epoki kolonialnej także rozebrany. Nie dbano wówczas o ochronę zabytkowych budowli. Agresywni deweloperzy zawładnęli w latach 70. i 80. Radą Miejską dzielnicy City. Gdyby nie protesty mieszkańców całego Melbourne i Związku Zawodowego Budowlańców, to dzisiaj w Melbourne niewiele było by zabytkowych budowli. A tak Melbourne ma ciągle największą liczbę budowli epoki wiktoriańskiej na świecie po Londynie. W latach 70. wszystko chciano zastąpić wielkimi drapaczami chmur. Pierwszym był bodajże Nauru House mający 52 piętra, wzniesiony w 1977 roku. Po kilkugodzinnej włóczędze po „zamarłym mieście” – City byliśmy bardzo głodni. Niestety niczego nie mogliśmy tam kupić. Wsiedliśmy do pociągu na centralnej stacji kolejowej Melbourne, znajdującej się przy ulicy Flinders Street. Jest to wielki – bardzo długi, piękny i oryginalny budynek zbudowana w 1909 roku w stylu art nouveau. W latach 20. XX w. była to najbardziej ruchliwa stacja kolejowa na świecie. Pojechaliśmy do Footscray, gdzie w restauracji przy stacji kolejowej zjadłem z wielkim apetytem wielki australijski burger nazywany „a lot” – z wszystkim. Czego w nim nie było? W specjalnie upieczonej płaskiej bułce był duży grillowany mielony kotlet wołowy, jajko sadzone z usmażonym także żółtkiem, ser, cebula smażona, ogórek marynowany i duży plaster buraka marynowanego, oraz sos pomidorowy. Kupiono mi także tradycyjny wówczas australijski milkshake (zmieszane w maszynce elektrycznej mleko z lodami i syropem truskawkowym). Takie było to pyszne, że często wspominam tę kolację. Dzisiaj takiego hamburgera się nie kupi. Zabiły go McDonaldy. Ostatni raz taki hamburger jadłem w 1979 roku podczas postoju w miasteczku Wyong, podczas podróży autobusowej z Sydney do Newcastle.

W kinie Athenaeum przy Collins Street w City wyświetlano wtedy „Kleopatrę” (Cleopatra, 1963) – 243 minutowy głośny kolorowy film biograficzny, dramatyczny, historyczny, produkcji amerykańsko-brytyjsko-szwajcarskiej w reżyserii Josepha L. Mankiewicza. Była to udramatyzowana, najdroższa i najbardziej dochodowa wersja opowieści o królowej Egiptu Kleopatrze. Główne role grali Elizabeth Taylor i Richard Burton, którzy na planie filmu mieli płomienny romans, który skończył się małżeństwem. Poza nimi w filmie grali: Rex Harrison i Roddy McDowall. Czytałem o nim w Polsce i bardzo chciałem go zobaczyć - zrealizować to moje pragnienie zaraz po przyjeździe do Melbourne. W Polsce co tydzień, a niekiedy i dwa razy w tygodniu byłem w kinie. Byłem i jestem prawdziwym kinomanem. W Melbourne nie opuściłem żadnego ciekawego filmu. Przed kinem zawsze szedłem z dziewczyną do restauracji przy Flinders Street naprzeciwko stacji, której atrakcją był żywy mały krokodyl. Prawie zawsze mieliśmy potrawkę z kury po hawajsku (która nam bardzo smakowała) albo rybę. Ale chodziliśmy do wielu restauracji: chińskich, włoskich i greckich. Wracając do kin, to te w City miały przepiękne wnętrza, np. kina Athenaeum, Forum. Niestety te kina w latach 70. zastąpiły współcześnie urządzone sale kinowe, a te cacka miały ulec zagładzie. Jednak po latach zainteresowano się ochroną zabytków i zamknięte na trzy spusty i popadające w ruinę kino Regent na Collins Street związek zawodowy budowlańców uratował przed rozbiórką, a odrestaurowano go wraz z pięknym wnętrzem w 1996 roku za 25 milionów dolarów.
Bodajże w najbliższą sobotę pojechaliśmy w odwiedziny do znajomych mojej rodziny mieszkających w dzielnicy Elsternwick, która, która wraz z pobliską St. Kildą bardzo przypominała miasto europejskie. Okazało się, że byli tam także inni znajomi obu rodzin – łącznie była to spora grupa ludzi. Przyszli posłuchać co ma do powiedzenia rodak przybyły tylko co z dalekiej ojczyzny. Słuchali mnie z dużym zainteresowaniem. Wśród gości był pułkownik Stanisław Jandzis, bohaterski żołnierz Brygady Karpackiej spod Tobruku, a w Melbourne właściciel drukarni Polpress w Richmond, w której drukowany był ukazujący się w Melbourne „Tygodnik Polski”. Był zachwycony tym co mówiłem i tym, że tak młody człowiek może tyle ciekawego powiedzieć o współczesnej Polsce. Podszedł do mnie i powiedział: „Musi się pan koniecznie spotkać z redaktorem „Tygodnika Polskiego” (wtedy był to jeszcze „Tygodnik Katolicki”) Romanem Gronowskim”. Ja zaaranżuję panu to spotkanie”. I rzeczywiście, na drugi czy trzeci dzień po naszej rozmowie zatelefonował. I powiedział, że redaktor chętnie ze mną się spotka. Do tej pory nie napisałem żadnego artykułu. I nie wiem, dlaczego wpadł mi do głowy pomysł, aby nie iść do redaktora „z gołymi rękami” i zaraz po tej informacji napisałem pierwszy w swoim życiu artykuł pt. „Kraj Wam tego nigdy nie wybaczy”, napisany w oparciu o to co usłyszałem z ust wielu zebranych na spotkaniu w Elsternwick. Z artykułem poszedłem na spotkanie z Gronowskim i dałem go jemu. Artykuł spodobał mu się jak również nasza rozmowa, dla której przeznaczył 30 minut, a która trwała bite trzy godziny! Artykuł ten wydrukował na pierwszej stronie „Tygodnika”. I tak zaczęła się moja działalność dziennikarska, kontakt z „Tygodnikiem” i wkrótce także z innymi polskim czasopismami wydawanymi na emigracji, a później także i literacka. Jednak pomimo zaangażowania się w sprawy polskie, moim marzeniem przez wiele tak, do którego także zmierzałem, było zostanie historykiem australijskim. Byłem bardzo zafascynowany historią Australii. Jakże innej od historii krajów europejskich! Kupiłem masę książek o Australii i jej historii. Chciałem napisać historię Australii, zdominowanej do tej pory przez historyków anglosaskich, widzianą oczyma nie Anglosasa. I gdybym nie został redaktorem „Tygodnika Polskiego” to może tak by się stało.

W sierpniu 1964 roku nie tylko znalazłem się w Australii, ale także najbliższe dni mojego tu pobytu, pomimo moich innych planów, zadecydowały o moim przyszłym życiu w tym kraju, o tym czym w końcu zostałem i o tym kim jestem.


Mój dom rodzinny w mojej nowej ojczyźnie Australii

Marian Kałuski


.........................................................


Wspaniałe wspomnienia. Świetne poczucie drobiazgów, które nadają sens wypowiedzi.
Świetna pamięć. Niech Pan postara się o film albo serial filmowy o Panu-wędrującym Polaku po świecie..

Polecam Czytelnikom moją z prof. Andrzejem Olasaem książkę „Hubrydowi Polacy”.
Jest tam wiele wspomnień o PRL podobnych do wspomnień pana Kałuskiego.

Prof. Andrzej Targowski
USA

Wersja do druku

Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

28 Marca 1933 roku
Rozwiązano Obóz Wielkiej Polski


28 Marca 1940 roku
Został aresztowany przez Gestapo polski olimpijczyk Janusz Kusociński. Niemcy rozstrzelali go w Palmirach w dn. 21.06.1940r.


Zobacz więcej