Czwartek 14 Grudnia 2017r. - 348 dz. roku,  Imieniny: Alfreda, Izydora, Zoriny

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 22.11.17 - 12:13     Czytano: [118]

Żeby Polska





(Opowiadanie oparte na faktach autentycznych) - nieco okrojone znalazło miejsce w antologii SAP II Oddział w Warszawie pod kierownictwem Pani Wandy Dusi Stańczak pt. "Wolność")

Żeby Polska...*

Zosia miała niecałe dwa latka, kiedy szóstego stycznia 1940 roku przyszła na świat jej siostrzyczka Ania.
Stefania wiedziała, że nie może już liczyć na nikogo, tylko sama na siebie. Musiała przeżyć ten okropny czas wojny za wszelką cenę, znaleźć pożywienie dla siebie i dla swoich maleństw.
Zima była mroźna, a mieszkanie zimne. Niestety nie było zgromadzonego opału, aby je ogrzać. Nocą Stefania przywoziła na saniach gałęzie z oddalonego o dwa kilometry lasu. Już na zapas prosiła żony gospodarzy o trochę żywności, obiecując, że odrobi, jak przyjdzie czas prac polowych. Postanowiła też pomagać w miejscowym młynie u państwa Wieczorkowskich, za co dostawała trochę mąki albo otrąb. Dzieci zamykała na klucz w domu, prosząc sąsiada Lesiaka, aby zajrzał czasem, dał butelkę niemowlęciu, nakarmił starszą.
Lesiak zaglądał od czasu do czasu do dzieci, za co otrzymywał wynagrodzenie w postaci miseczki mąki, kawałka chleba, kostki mydła.
Zosia bała się wystrzałów bomb, zrywała się nocą i zanosiła od płaczu.
W pałacu w Popowie Parcele stacjonowali Niemcy, których zadaniem było baczne przyglądanie się, czy aby w okolicznych lasach nie było polskich żołnierzy z grupy AK. Stefania wiedziała, że synowie sąsiadów czasami nocą wracają do domu po posiłek, a może, żeby pokazać się stroskanej matce, aby potem zaraz pędzić do lasu. Pewnej nocy zajechały ciężarówki pod dom Jakubowskich w czasie, kiedy akurat synowie byli w domu.
Stefania uchyliła nieco firankę i z ukrycia zobaczyła, jak synowie sąsiadów z rękami nad głową zostali wepchnięci do niemieckich ciężarówek. Odtąd ślad po nich zaginął.
Kto doniósł na nich nie wiadomo, bo przecież Niemcy musieli wiedzieć, że akurat tej nocy są w domu.
Wcześniej podobne ciężarówki zabrały wszystkich Żydów ze wsi, a w Popowie Kościelnym było ich sporo. Tylko nieliczni wcześniej uciekli, cudem przedostali się zagranicę, a potem większość z nich zamieszkała w Stanach Zjednoczonych. Ci, których zabrano ciężarówkami ze wsi zostali wywiezieni do obozów koncentracyjnych. Stefania widziała, jak Niemcy masowo wywożą Żydów. Tych, którzy byli jej sąsiadami, z którymi dotąd żyła. To oni sprzedawali jej mięso na kredyt. Żyd zwykł zaglądać do domu i pytał ze swoistym akcentem: - Pani Tomaszewska, mam świeże mięso, czy pani potrzebuje? A kiedy powiedziała, że nie ma pieniędzy, to Żyd na to: - a czy ja pytam o pieniądze? Kupowała więc Stefania mięso na zeszyt, a oddawała, kiedy dostała zapłatę od gospodarzy, po żniwach.
Teraz, kiedy patrzyła na tę tragedię Żydów drżała, bojąc się o siebie, o dzieci, o męża, który gdzieś w Niemczech i nie wiadomo, co go tam może spotkać.
Kiedy w lecie za pracę w polu dostała żywność - przygotowała paczkę dla Aleksandra, upiekła razowy chleb, ciasto, włożyła sweter, koszule, mydło. Ku jej zdziwieniu mąż dostał paczkę, a potem ona dostała list od niego. Pisał, że mieszka u bajera niemieckiego i pracuje w polu. Wcześniej zimą woził węgiel do domów, pracował też przy produkcji piwa i wód gazowanych.
O mało co nie dosięgła go kula, ale wywinął się, tylko odłamki okaleczyły go trochę.
We wsi rozdawano kartki na chleb, dostała i Stefania. Ale po chleb trzeba było iść aż do Serocka, około 12 km pieszo w jedną stronę.
Siedem czy osiem kobiet ze wsi z samego rana wybrało się po chleb. Każda z nich zamknęła dzieci na klucz, to samo zrobiła Stefania. Poprosiła jak zwykle Lesiaka, aby zajrzał do dzieciaków.
Kobiety w piekarni czekały już kilka godzin, a chleba nie dostarczono. Do piekarni wszedł wysoki żandarm z karabinem. Stefania zdobyła się na odwagę i zapytała, jak długo jeszcze mają czekać na chleb, tłumacząc, że dzieci zostały w domu bez opieki.
W odpowiedzi żandarm wymierzył jej policzek i krzyknął “polish swine”.
Stefania wyskoczyła ze sklepu „ z duszą na ramieniu”, przebiegła przez drogę i wpadła w bramę. Jakimś cudem drzwi do sionki jednego z domów nie były zamknięte. Przymknęła je i trzęsąc się ze strachu spoglądała przez szparę w drzwiach.
Zobaczyła żandarma, jak wbiegł za nią do bramy z wymierzonym karabinem. Stał i rozglądał się wokoło, ale po paru minutach zawrócił do piekarni, bo tam zostawił całą resztę kobiet, czekających na chleb. Ale kobiety wykorzystały ten moment i uciekły w pola, na trasie do Popowa. Ona też wyskoczyła z ukrycia i wszystkie spotkały się na polu, wystraszone o swoje życie. Wracały do domów bez chleba. Nim dotarły - ściemniło się zupełnie.
Znalazła swoje dzieci śpiące pod stołem. Wzięła je na ręce i położyła na swoje łóżko. Sama też położyła się obok nich. Gładziła małe główki śpiących córeczek i przez całą noc nie mogła zmrużyć oczu. Ciągle widziała twarz żandarma, wydawało jej się, że za moment znajdzie ją tutaj i zabije ją i jej małe córeczki.
Żandarm nigdy nie znalazł jej, a ona już nigdy nie poszła do serockiej piekarni po chleb.
Ale był inny żandarm, to ten, który pilnował wioski. Zaglądał czasem do domów. Zajrzał też do Stefanii. Był zdziwiony, że taka młoda kobieta z dwójką małych dzieci - mieszka sama. Stanął i patrzył to na nią, to na Zosię i Anię.
Nie bała się go, słyszała od ludzi, że jest ludzki i krzywdy nikomu nie robi. Nie rozumiała wszystkiego, o co pytał, ale domyśliła się, że pyta, jak ona sobie radzi. Mówiła, że pracuje, a dzieci zamyka na klucz. Niemiec wyciągnął z kieszeni parę cukierków i dał je dziewczynkom. Zosia, starsza i mądrzejsza dygnęła grzecznie i podziękowała. Potem podobno jeszcze zaglądał do Stefanii, czasem dał konserwę, innym razem mydło. Przyjmowała każdy podarunek, choćby od wroga. To przecież dla dzieci.
Nad wsią nieustannie krążyły samoloty, a Warszawa płonęła dniem i nocą. Widać było czerwoną łunę nad Warszawą i kłębiące się chmury. Słyszała potem o powstaniu w getcie warszawskim.
Czasami we wsi pokazywały się warszawskie dzieci, które same uciekały daleko poza stolicę. Stefania przygarniała dzieciaki, dawała nocleg i dzieliła się pożywieniem. Ale dzieci następnego dnia szły dalej w nadziei, że odnajdą kogoś bliskiego.
Czas się dłużył i nic nie wskazywało, że wojna się zakończy. Dopiero ostra zima 1944 roku na ziemi rosyjskiej złamała wojska niemieckie, nie przyzwyczajone do takiego mrozu. Wojna powoli zbliżała się ku końcowi. Nadeszło nastuplenie, czyli odwrót Niemców. Do Polski wkroczyły wojska rosyjskie. Niemcy pośpiesznie pakowali swoje walizy, podjeżdżały ciężarówki. Uciekali przed Rosjanami.
Ludzie mówili, że Rosjanie zbliżają się do Popowa. Krążyły o nich różne wieści. Z jednej strony mieli ocalić nasz kraj od zagłady, a z drugiej słychać było o rabowaniu, o gwałtach i przemocy. Stefania zaczęła się lękać od nowa, co będzie, jak Rosjanie przyjdą do niej. Mieszka przecież sama z maleńkimi dziećmi. Dowiedziała się, że są już w Popowie Parcele, i że tam zajęli pałac.
Następnego dnia grupa żołnierzy Armii Czerwonej zawitała do Popowa Kościelnego, gdzie w szkole urządzili biuro sekretariatu. Chodzili od domu do domu, wypytywali. Przyszli też do Stefanii i kiedy zobaczyli obszerne, czyste mieszkanie - powiedzieli, że odtąd tutaj będą ćwiczyć rosyjscy muzycy. Stefania z dziećmi zamieszka obok z małym pomieszczeniu.
Podjechały ciężarówki rosyjskie, wyładowywano sprzęt muzyczny: trąbki mniejsze i większe, akordeony, bębny. Rozpoczęły się próby. Muzycy byli sympatyczni, uśmiechali się do dzieci, szczególnie do małej Ani. I podobnie, jak niemiecki żandarm - rosyjscy muzycy wspierali Stefanię i dawali dzieciom słodycze, a jej - konserwy i mydło.
Początkowo Stefania cieszyła się, bo kochała muzykę. Przysłuchiwała się, jak muzycy grają i myślała, że może już niedługo wróci do dzieci ich ojciec.
Ale po pewnym czasie muzyka ta uprzykrzyła się jej, bo jak długo można słuchać wiecznego grania. Żeby tak polskie piosenki, czy „kawałki”, to co innego.
Przyszła wiosna 1945 roku i wojska rosyjskie podchodziły do granic niemieckich. Potem toczyły się jeszcze walki w samych Niemczech, aż w końcu doszło do całkowitego załamania armii niemieckiej. Kapitulację poprzedziła ostateczna ofensywa wojsk alianckich, która doprowadziła Niemcy do wyniszczenia i beznadziejnej sytuacji militarnej oraz politycznej.
Kapitulacja Niemców datuje się na dzień 7 maja 1945 roku, czyli w rocznicę urodzin Stefanii. Tego dnia skończyła równo trzydzieści lat. Zosia miała siedem lat, a Ania pięć.
Tego dnia we wsi dzwony kościelne dzwoniły podobnie, jak w dniu pierwszego września, kiedy wróg napadł na Polskę. Kto żyw, wybiegł na plac przed kościołem - starcy, kobiety z dziećmi. Wszyscy się cieszyli, że wkrótce zobaczą swoich bliskich. Płynęły łzy radości i ulgi. Wierzyli, że na nowo odrodzi się życie w wolnej Ojczyźnie.
Tylko Jakubowska stała nieruchomo, bo wiedziała, że jej synowie już nie wrócą. A przeczucie matki nigdy nie zawodzi. Widziała przed oczyma oczy swoich chłopców, ciemne czupryny i słyszała ich głos: nie płacz matuś, wrócim za niedługo.

„Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą,
haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą krwią...”
(Krzysztof Kamil Baczyński)

Stefania trzymała za ręce swoje córeczki, sama jakby zmieniła się z lekka, chociaż wciąż młoda i piękna. Czekała Aleksandra, za parę dni powinni wrócić mężczyźni z Niemiec.
Nie tak szybko, jak się ich spodziewano, ale powoli wracali. Dowiedziała się, że Aleksandra wysłano na Hel, małe miasteczko nad Morzem Bałtyckim.
Już część mężczyzn wróciło z robót przymusowych w Niemczech, ale Aleksandra ciągle nie było. Stefania zastanawiała się dlaczego. Aż pewnego popołudnia otworzyły się drzwi i wszedł jej mąż. Zosia i Ania bawiły się akurat szmacianą lalką, którą im Stefania uszyła. Spojrzały na nieznajomego mężczyznę i złapały mamę za spódnicę. Aleksander przywitał Stefanię, potem przybliżył się do dzieci. Złapał Zosię na ręce, potem Anię i rozpłakał się. Po czym wyciągnął prezenty dla dzieci, jakieś zabawki, słodycze. A Stefania powiedziała do córeczek:
- nie bójcie się, to wasz tatuś.
Odtąd miało rozpocząć się inne lepsze życie, już we czwórkę. Stefania i Aleksander i ich dwie dorodne córeczki.
Aleksander nie mógł się nadziwić, jak jego żona mogła sobie dać radę z dwójką maleńkich dzieci i jeszcze jemu do Niemiec wysyłać paczki. Dzieciaki wyglądały dobrze, szczególnie Ania - nieduża, ale za to tłuściutka. Najwidoczniej prezenty od kapeli rosyjskich żołnierzy przyczyniły się do tego.
Po pewnym czasie rosyjscy żołnierze opuścili wieś , zostawiając ją zniszczoną i biedną. A pałac w Popowie Parcele wraz z towarzyszącymi zabudowaniami legł w gruzach.
Dziedzic Leonard Bobiński uciekł z rodziną do kuzynów w Nużewku koło Ciechanowa, gdzie został zamordowany przez komunistów. Największe zniszczenie pałacu było po stacjonujących w nim wojskach rosyjskich. Nie pozostało tam nic oprócz ruin, oberwanych ścian i rosyjskich napisów o pokoju.
Z wojny nie wróciło wielu mężczyzn wsi Popowo, którzy swoje życie oddali Ojczyźnie. Do nich należą: Stanisław Rzemek, który zginął śmiercią tragiczną 24 września 1939 r. w obronie kraju, mając zaledwie 33 lata,
Kazimierz Noak - więzień obozu w Stutthofie zginął w 1944 r., Antoni Durjasz
56 lat został stracony w 1942 r. w obozie koncentracyjnym w Pleszewie pod Poznaniem w wieku 56 lat, Władysław Karczewski zamordowany w Dachau. W czasie wojny zginął też
Pracodawca Stefanii – właściciel młyna Jan Wieczorkowski za posiadanie motocykla. Niemcy szukali broni w jego domu, która była ukryta w innym miejscu i odnaleziona została już po wojnie, a sam Jan posiadał tylko motocykl. Został wysłany do Niemiec i przebywał w obozach Dachau, Sachsenhausen, Nuengamne, jak królik poddawany doświadczeniom medycznym stracił zdrowie i życie. W pięknym kościele popowskim wbudowano tablicę: „W obronie czystości i sławy niewieściej poniosły śmierć zastrzelone przez esesmanów 2 września 1944 r. w rodzinnym domu w Hucie - Wiktoria Turek z Pawlaków lat 53, Stefania z Turków Pietruszczak lat 30 z córką Haliną 18 miesięcy, Helena Turek lat 20 z siostrzenicą Zuzanną Pietruchą lat 8. Trzymając się kurczowo dzieci tak też zastygły w śmierci. Bohaterskim Polkom i katoliczkom w rocznicę chrztu Polski - Niewiasty Parafii Popowskiej”. Nie wrócił też brat Stefanii – Stanisław, który w czasie wojny był młodym chłopcem (urodzony w 1923 r). Na początku wojny zaglądał czasem do siostry Stefanii, przypilnował dzieci, kiedy ta biegła do pola lub młyna. Handlował, jak inni młodzi chłopcy, czym się dało, najczęściej papierosami. Ale w 1940 roku słuch po nim zaginął. Stefania nie wiedziała, czy żyje i gdzie przebywa. Domyślała się, że Niemcy albo zastrzelili go albo wywieźli do obozu. Po długich, długich latach – w roku 1968 Stanisław odezwał się do rodziny. Był odnaleziony przez Czerwony Krzyż. W roku 1940 został wysłany do Niemiec i przebywał tam do roku 1950. W czasie od 1943 do 1945 przebywał w Sachsenhausen w obozie koncentracyjnym na obszarze Austrii a potem w obozie przymusowej pracy w Hann Munden. Tam poznał Elli Erna Brosch (wg dokumentów polskiego obywatelstwa), którą poślubił 16.09.1950. Razem przypłynęli statkiem do portu we Fremantle w Perth, w Zachodniej Australii.
Ale Ci wszyscy, którzy byli szczęściarzami losu i wywinęli się od śmierci Niemcom, czy Sowietom, dziękowali Bogu i Przenajświętszej Panience Popowskiej za życie. Do takich należała rodzina Stefanii. Odnaleźli się wszyscy z najbliższej rodziny: wrócili z wojny - jej mąż Aleksander, ojciec Józef i czterech braci (Antoni, Jan, Stanisław i Aleksander), chociaż Stanisława rodzina poszukiwała przed długi okres czasu.
Wtedy wszyscy liczyli na to, że nadszedł właśnie czas pokoju, że daj Bóg - już nigdy nie wróci na naszą ziemię ani ten niemiecki, sowiecki ani żaden inny okupant.
Warszawa była prawie zrównana z ziemią, ale powoli warszawiacy zaczęli wracać, odnajdywać dawne miejsca, gdzie były ich domy, a gdzie teraz same ruiny.
Powoli poczęli odnajdywać się też sami ludzie, rodziny, sąsiedzi. Wielu z nich zginęło w walkach z wrogiem, w obozach koncentracyjnych, w lesie - w partyzantce.
Ale mimo wszystko wracali na swoje stare śmiecie, zamieszkiwali ruiny, gotowali na ulicach. Handlowali, czym mogli, aby tylko nie umrzeć z głodu i zacząć nowe życie w swojej wyzwolonej stolicy i Ojczyźnie. I duch polski ich nie opuszczał. Dalej śpiewano na ulicach, zaczęto organizować szkoły, zespoły muzyczne, teatry. I co najważniejsze, sprzątano Warszawę z ruin. Trzeba ją odbudować, podnieść z gruzów. Niech będzie na nowo piękna, a może nawet piękniejsza, niż dotąd. Trzeba odbudować cały kraj.
Ale ile trzeba było ludzkiego wysiłku, mądrości, zapału i determinacji, aby tego dokonać...
Oni w to wierzyli, że podołają. I podołali.

Autor - Danuta Duszyńska nick „australijka”

*W opowiadaniu wykorzystano wspomnienia rodzinne, materiały o Popowie z artykułu pt.
„Oblicza II wojny światowej w Parafii Popowo i nie tylko” Pani Ewy Żmijewskiej - mieszkanki Popowa, nauczyciela i historyka, urywek wiersza Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, dokumenty Australian Government, dotyczące Stanisława Puzio i jego małżonki.
* Tytuł zaczerpnięto z piosenki Jana Pietrzaka „Żeby Polska była Polską”, zdjęcie polskiej flagi z internetu.

Wersja do druku

Lubomir - 24.11.17 19:22
Potomkowie hitlerowców i ich konfidentów, a także germanofile - wciąż sieją nienawiść do Polski, Polaków i polskości. Zamiast np. odbudować zniszczony przez hitlerowców pomnik marszałka Piłsudskiego w Pszczynie, intensyfikują bezpłatne kursy niemieckiego m.in. na Ziemi Pszczyńskiej, tylko po to, żeby za moment osoby znające język Hitlera i Marksa - zaliczać do narodowości niemieckiej. Kultywowanie gwary śląskiej, też najczęściej polega na wywlekaniu ze starych szaf - nieużywanego słownictwa typu: wasserleitung, schlauch, wasserwaga czy zollstock i wmawianiu reszcie Polaków, że to jest śląska gadka. Gadka, owszem - tyle, że niemiecka a nie śląska i nie polska!. Niemiecki sabotaż głównie skupia się na Śląsku i Pomorzu. Pod pozorem rzekomej dekomunizacji - w bardzo wielu przypadkach zniszczono lokalną gospodarkę, niszczone są także autorytety ze świata polskiej gospodarki i literatury. Często korzenie tych branży i ludzi sięgały II Rzeczypospolitej Polskiej. Niemcy doskonale potrafią napuszczać ludzi na siebie. Utrzymankowie niemieckich fundacji, chętnie pracują za antypolskich sabotażystów. Widać, że byli stworzeni wyłącznie do takiej 'pracy'.

Jan Orawicz - 22.11.17 22:14
Przeżyłem tamten czas bandyckiego napadu Niemieckich zbrodniarzy
na Polskę! Licząc sobie 10 lat i 4 miesiące przeżyłem wejście nowego
okupanta Polski na naszą umęczoną Ojczyznę w postaci ZSRR.Ten okupant
zaczał wprowadzać też- przy pomocy karabinów i kazamatów swój porządek
rzeczy.Jakby mało bylo zbrodni hitlerowskich na naszym narodzie,wprowadził
zbrodnie Stalina! Te kolosy,pokazały nam i światu,jaki jest poziom ich
zdziczenia! Zawieszano sobie złote krzyże i medale za napad na - o wiele
od nich słabsze narody! Oto humanizm tych człekopodobnych potforów.Ten
ważny temat,nadal leży odłogiem.Humaniści jakby nie dorośli do tego tematu!
Może doszli do wniosku,że tak to musi być na tym Bożym świecie, opartym
o Dekalog,który mówi:Nie zabijaj!!! A zabijanie nadal trwa - bezkarnie! Siłaczy
to przykazanie nie obowiązuje.Nasz kościół też tak przygotował duchownych,że
nie potrafią poruszać tego tematu pt.NIE ZABIJAJ!!! To jest niezwylke ważny
temat na całym Bożym Świecie! Pojmowanie naszego żywota, mają w swoich
pojęciach,panoszacy się ataiści,wolnomyśliciele itp.osobnicy z bardzo
leniwą wyobrażnią,która im nie pozwala na myślenie logiczne!

Lubomir - 22.11.17 13:19
Nie mieszczą się w polskiej głowie argumenty 'Bolka' o 'innych Niemcach' czy o 'korzyściach z przyłączenia... Polski do Niemiec'. Kreowanie Niemiec na partnera strategicznego Polski przez Herr Thuzka, jest również nie do przyjęcia. Geny tych notorycznych zbrodniarzy i ludobójców są ciągle te same!. Oby za sprawą Europy i Ameryki doprowadzono do wyodrębnienia się wolnych od kultu wielkoniemieckości państw, m.in. Wolnego {realnie!!!} Państwa Bawarskiego. Gross Deutschland zawsze jest i będzie niebezpieczny. Także dla Polski, Polaków i polskości. Kiedy marginalizuje się, czy wręcz - ruguje z polskiej literatury autorów 'Niemców' i 'Opowiadań oświęcimskich', trzeba żeby nowe nazwiska, na których nikt nie znajduje 'haków' - przypominały tematykę antypolskich zbrodni. Brawa dla Autorki opowiadania!.

Wszystkich komentarzy: (3)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

14 Grudnia 1995 roku
Podpisano układ w Dayton kończący wojnę w byłej Jugosławii.


14 Grudnia 1989 roku
Zmarł Andriej Sacharow, rosyjski fizyk, dysydent (ur. 1921)


Zobacz więcej