Sobota 7 Grudnia 2019r. - 341 dz. roku,  Imieniny: Agaty, Dalii, Sobiesława

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 10.10.16 - 12:25     Czytano: [881]

Przypomnijmy o Rotmistrzu!





„Wołyń” - początek końca

Film Smarzowskiego ma charakter przełomowy. W wielu dziedzinach. Po dziesiątkach lat kłamstwa i zamilczania, po ćwierćwieczu tresury – pedagogiki wstydu, zaczynamy wybijać się na niepodległość. Czy autor „Róży” i „Wołynia” nakręci „Ochotnika do Auschwitz”?

„Wołyń” to niewątpliwe arcydzieło. Ukoronowanie drogi twórczej autora „Róży”. Film, którego siłę stanowi swego rodzaju samoograniczenie autora. O walorach tego obrazu można by pisać długo. Deklarowane zasadnicze cele – spłata moralnego długu wobec ofiar ukraińskich nacjonalistów, pokazanie siły i skutków rozkiełznanej nienawiści - zostały osiągnięte. Z pewnością dziś nie zdajemy sobie jeszcze sprawy z dalekosiężnych konsekwencji nakręcenia „Wołynia”. Chciałbym jednak, na gorąco, podzielić się kilkoma intuicjami i zaproponować coś konkretnego.

Po pierwsze, jest skrajną niesprawiedliwością twierdzenie (a pojawiły się już takie głosy), że „Wołyń” epatuje okrucieństwem. Absolutnie nie ma tutaj mowy o epatowaniu. Wierny prawdzie historycznej reżyser oszczędził nam najbardziej drastycznych ze scen z wydarzeń, których apogeum miało miejsce latem 1943 r. Ktoś kto tak jak ja zna i ceni kino Smarzowskiego nie mógł nie zauważyć, że autor „Wołynia” dokonał swego rodzaju samoograniczenia. Jakkolwiek makabrycznie by to nie zabrzmiało, w tym filmie bardzo wiele pozostało (i dzięki Bogu!) w sferze niedopowiedzenia. Dlatego zarzuty o rzekomym epatowaniu można formułować albo w złej wierze, albo na skutek całkowitego braku wiedzy o faktach.

Z tego ostatniego względu – to po wtóre - „Wołyń” ma nieocenioną wartość edukacyjną. Nie ma wątpliwości, że wielu, zwłaszcza z młodego pokolenia (nie dotyczy to rzecz jasna funkcjonalnych analfabetów), sprowokuje do własnych poszukiwań, lektur, przemyśleń. Do zapoznania się z faktografią wołyńskiej rzezi. Do zmierzenia się z ideologią ukraińskiego nacjonalizmu integralnego, gloryfikującą ludobójstwo. Ideologią, która stała za tragicznymi wydarzeniami. Jeśli w kolejnych latach książki Stanisława Srokowskiego, Ewy Siemaszko, Wiktora Poliszczuka wyjdą z niszy i staną się punktem wyjścia dla prywatnych, nie tylko akademickich, debat między Polakami a Ukraińcami, będzie to zasługą Wojtka Smarzowskiego.

Po trzecie, reakcja na najnowsze dzieło Smarzowskiego stanowić będzie papierek lakmusowy. Prawdziwy probierz intencji i sprawdzian systemu wartości osoby dokonującej oceny. W dobie skrajnie proukraińskiej polityki polskiego obozu władzy, w cyniczny sposób wykorzystywanej przez duchowych dziedziców Bandery, Szuchewycza, Doncowa, nie może nie dać do myślenia to co w reakcji na „Wołyń” usłyszeliśmy ze strony młodych Ukraińców (patrz link), byłego premiera Ukrainy (zob.link), a także przewodniczącego Związku Ukraińców w Polsce (link).

Po czwarte – i tu mamy największy problem. To przerażające, ale „Wołyń” Smarzowskiego nie jest li tylko dramatyczną historią. Banderyzm trwa i z błogosławieństwem ukraińskich elit zakaża nienawiścią kolejne pokolenia. Jeśli współcześni Ukraińcy – od młodocianego internauty, po polityków, urzędników i naukowców – nie tylko zaprzeczają solidnie udokumentowanym faktom, ale wprost (jak ukraiński prezydent, parlament, samorządy, tamtejszy IPN) odwołują się do dziedzictwa OUN/UPA, stawiając zbrodniarzy na piedestale, jeśli imiona ideologów ludobójstwa nadaje się ulicom i placom ukraińskich miast, jednocześnie powtarzając, że ambicją (tak mocno przecież wspieraną przez IV RP!) naszego wschodniego sąsiada jest akcesja do UE i zwycięstwo, częściowo za polskie pieniądze, ukraińskich neo-esesmanów w Donbasie, jeśli osiedlający się w znienawidzonej Polsce przybysze ze wschodu bez mrugnięcia okiem przyjmą i 500+, i studenckie stypendia, nie sposób nie powtórzyć pytania o fundamenty nie tylko polsko-ukraińskiej, ale europejskiej wspólnoty. Czy wyobrażacie sobie, że kiedy wreszcie polscy politycy z równym zapałem jak o interesy Ukrainy, zaczną dbać o takie sprawy jak, od ośmiu lat postulowany przez Fundację Paradis Judaeorum i wolontariuszy akcji społecznej „Przypomnijmy o Rotmistrzu” („Lets Reminisce About Witold Pilecki”), Europejski Dzień Bohaterów Walki z Totalitaryzmem, Andrzej Duda i Petro Poroszenko, ramię w ramię oddadzą 25 maja hołd i Witoldowi Pileckiemu, i Stepanowi Banderze? Nie wybiegając w owe niedosiężne dla polskiego partyjniactwa rejony, stwierdzam z przekonaniem, że po „Wołyniu” trudniej będzie wygasić takie inicjatywy jak zgłoszony przez posłów Kukiz-15 postulat karnoprawnego ścigania propagowania banderyzmu.

Po piąte właśnie – wspólnota. O ile na poziomie transgranicznym i kontynentalnym można mówić o przepaści nie do zasypania, nie do przezwyciężenia, dopóki jedna ze stron za fundament swojej tożsamości uznawać będzie ludobójstwo, którego potworność wymyka się wyobraźni, film Smarzowskiego doprowadzi do odbudowy tak bardzo osłabionej więzi między Polakami. Ma rację Joanna Płotnicka, że pójście na „Wołyń” ma w sobie coś z rytuału Mickiewiczowskich Dziadów. Że stanowi ersatz rozmowy z duchami zamęczonych, pogrzebanych bez grobów, Kresowian. I że jako takie jest naszym – współczesnych - obowiązkiem. Ma rację Piotr Dziża, który na facebooku napisał, że jeśli w nas, tak bardzo na co dzień pokłóconych, poobrażanych, spolaryzowanych, warczących na siebie, w nas tak łatwo – dodam od siebie – rozgrywanych, bodaj na chwilę zaistnieje owo opłakiwanie nieopłakanych, już samo to będzie nieocenionym dobrem wniesionym przez film Smarzowskiego.

Po szóste, w świecie, w którym a propos II wojny światowej obowiązuje utrwalona już narracja o polskiej winie za największe zło, narracja, której rewersem jest dogmat tzw. religii Holokaustu, w myśl którego w świadomości mieszkańców globalnej wioski jest miejsce na jedno tylko cierpienie, na jedne ofiary – żydowskie, pojawia się oto w nowoczesny sposób opowiedziana historia wspólnoty tragicznego losu dwóch, skazanych na zagładę, narodów. Nie spodziewam się, rzecz jasna, że „Wołyń” będzie miał za granicą choć w drobnej mierze podobną promocję jak ta, którą filmowi „Nasze Matki, nasi ojcowie” zapewnili Niemcy, nie podejrzewam, że film Smarzowskiego zbierze laury na międzynarodowych festiwalach filmowych, z całą pewnością jednak przez kolejne lata spełni trudną do przecenienia rolę – chciałem napisać edukacyjną, wychowawczą etyczną, ale tak naprawdę należałoby rzec – kulturową. A raczej kulturotwórczą. „Wołyń” Smarzowskiego jest jak sadzenie lasu. Dlatego stanowi prawdziwy kamień milowy.
Ów punkt zwrotny (czas wyjaśnić tytuł niniejszej recenzji) odnosi się do wielu wymiarów. Także tego, który nazwałbym naszym wybijaniem się na niepodległość. Osiąganiem suwerenności ducha. Snując rozważania o „Wołyniu” nie wolno ani na chwilę zapomnieć nie tylko o tym, że tak ważny i potrzebny film powstał ćwierć wieku po odzyskaniu (?) przez Polskę wolności, ale że o mały włos nie powstałby wcale… Jeżeli taki obraz nakręcono dopiero teraz, A.D. 2016, więcej to mówi o rzeczywistym zniewoleniu zakneblowanej duszy polskiej, niż najbardziej błyskotliwe analizy.

Po siódme wreszcie i ostatnie, obejrzenie „Wołynia” utwierdziło mnie w przekonaniu, że Wojtek Smarzowski jest najlepszym z możliwych do wyobrażenia twórcą superprodukcji filmowej o Ochotniku do Auschwitz. 11 kwietnia 2016 r. Fundacja Paradis Judaeorum wystosowała list w tej sprawie (zob. „Smarzowski o Pileckim?”). Teraz czas na działanie. Wszystkich, którzy pomysł popierają, zachęcam do składania podpisów i propagowania petycji dostępnej pod adresem:

www.citizengo.org/pl/37752-prosimy-autora-wolynia-o-film-o-rtmpileckim

Przypomnijmy o Rotmistrzu! Trzeba dać świadectwo

Michał Tyrpa

Wersja do druku

Lubomir - 14.10.16 10:38
Można zapytać, po co była Cedynia, Września, wóz Drzymały, 'Rota', Westerplatte i Rotmistrz Pilecki, skoro jacyś uformowani przez niemieckie fundacje rządowe i niemieckie banki politycy - oddają polski obszar państwowy we władanie niemieckich rekinów finansowych i gospodarczych, nota bene - sponsorów Hitlera i spadkobierców jego kapitału?. Czy może istnieć Polska bez polskiej gospodarki i polskich gospodarzy?. Zamazywanie bieżących faktów, to kiepskie wyciąganie wniosków z historii.

Ola - 12.10.16 9:27
A ja czekam na film biograficzny o Stanisławie Skalskim.
Walczył w Anglii, jak mu się wydawało o wolną Polskę. Po powrocie do kraju aresztowany przez żydoubecję i skazany na karę śmierci. Przed śmiercią okradziony z mieszkania przez milicjanta.
Zyciorys pana Skalskiego pozwoli nam zrozumieć w jakiej na prawdę Polsce żyjemy.

A.Solonka - 10.10.16 17:55
Film WOLYN oparty na zbiorze opowiadan poety, dramaturga, krytyka literackiego i publicysty Stanislawa Srokowskiego w rezyserii Wojciecha Smarzewskiego jest arcydzielem!!!
Nie otrzymal jednak Zlotych Lwow, srebrnych tez nie otrzymal!!!
Zwyciezyl strach i malosc charakterow. Zwyciezylo tchorzostwo przed tematem filmu i przed wybitnym rezyserem.
Jury kompletnie sie skompromitowalo!!! To jury nie jest w stanie zrozumiec polskiego arcydziela!
Ale i nic dziwnego bo przewodniczacym byl Filip Bajon, bedacy kiedys w komitecie poparcia prezydenta Komorowskiego wsrod m. in. takich asow jak Kora, Agnieszka Holland, Walesa, Kutz, Wajda....I inni.
Warto obejrzec ten film i warto nawet zakupic bilet w upominku dla biedniejszego od siebie aby przezyc historie tych czasow ukazujaca sie na ekranie i ta cisze po zakonczeniu projekcji oddana w holdzie Tym, ktorzy gineli tylko za to, ze byli Polakami. A to takze znak szacunku dla Wielkiego Rezysera Wojciecha Smarzewskiego.

Wszystkich komentarzy: (3)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

07 Grudnia 1550 roku
Odbyła się koronacja Barbary Radziwiłłówny, żony polskiego króla Zygmunta Augusta.


07 Grudnia 1925 roku
Liga Narodów przyznała Polsce prawo do utrzymania straży wojskowej na Westerplatte.


Zobacz więcej