Środa 21 Sierpnia 2019r. - 233 dz. roku,  Imieniny: Franciszka, Kazimiery

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 04.06.13 - 0:01     Czytano: [1412]

Koalicja strachu z 4 czerwca


Pół godziny przed północą 4 czerwca 1992 roku, premier Jan Olszewski, kiedy to wystąpił na dwóch programach TVP z dramatycznym przemówieniem do Polaków, już wiedział, że są to jego ostatnie godziny premierowania. Wiedział, że powstała, zmontowana na szybko, koalicja strachu, której szefem został prezydent Lech Wałęsa. Warto przypomnieć, że kilkanaście godzin wcześniej minister spraw wewnętrznych Antoni Macierewicz dostarczył do Sejmu listę 64 nazwisk osób publicznych, realizując wcześniejszą uchwałę Sejmu o ujawnieniu współpracowników komunistycznych służb specjalnych - UB i SB - z lat 1945-90. A 3 lata później, dzięki filmowi „Nocna zmiana” wszyscy już mieli okazję zobaczyć jak było naprawdę. Jak nieopierzony jeszcze Donald Tusk liczył głosy a Waldemar Pawlak w białym garniturze, wyglądał jakby połknął kij, chodził w kółko, nakręcany przez prezydenta i uczył się nowej roli.

Poniżej treść wystąpienia premiera Jana Olszewskiego w debacie sejmowej nad odwołaniem jego rządu 4 czerwca 1992 r.

Panie Marszałku! Wysoka Izbo! Gdybym przemawiał dzisiaj rano, to przemówienie byłoby inne, byłoby pewnie dłuższe, do innych odwołałoby się argumentów. Pewnie bym mówił o tym, jaki był start tego rządu, na jakie napotykaliśmy trudności - aby choćby ocenić zastany stan rzeczy - ile trudności wymagało zdyscyplinowanie finansów publicznych na elementarnym choćby poziomie, ile włożyliśmy wysiłku w przywrócenie normalnych funkcji podstawowym gałęziom tego aparatu, jaka była linia polityczna rządu i co robiliśmy, aby przygotować całościową reformę, reformę administracji ogólnej i gospodarczej, i jakie akty zostały przygotowane i dlaczego nie zostały wniesione przed budżetem. Mówiłbym pewno o tym, że ten rząd, o którym tu tyle mówiono, że żadnego programu nie ma - tylko on jeden - potrafił sformułować wieloletnie założenia polityki społeczno-gospodarczej, przez ten Sejm nie przyjęte, ale jedyne, jakie zostały sformułowane i jakie są realizowane, i na których oparty jest budżet, który wy, państwo, jutro przyjmiecie, bo żadnego innego budżetu, opartego o inne założenia, pod groźbą katastrofy tego państwa i gospodarki, nie można skonstruować. I chociaż tego rządu nie będzie, to będzie jego budżet. I przez wiele miesięcy będziecie musieli testament tego rządu wykonywać, bo nie ma innej możliwości, i przekonacie się o tym.

Ale to wszystko powiedziałbym dzisiaj rano. Teraz mówić o tym nie warto, bo nie o to teraz tu chodzi, bo nie dlatego głęboko w nocy debatuje się nad tym, aby odwołać rząd natychmiast, zaraz, żeby już go nie było zanim rozpocznie się następny dzień. Nie dlatego, że był zły, bo nie dawał sobie rady z gospodarką, nie dlatego, że miał złą linię polityczną, nie dlatego, że nie miał polityki informacyjnej, o czym bardzo dużo mówiono, w czym może i jest źdźbło prawdy. I nie dla stu innych powodów, które tutaj można by było podać i pewnie byłyby przytaczane, gdyby dyskusja toczyła się w normalnym czasie, w normalnym trybie i w normalny sposób, tylko dla zupełnie innej przyczyny. Przyczyny leżącej w istocie poza tym rządem.

Kiedy obejmowałem moje funkcje - i wcześniej, po wielokroć wcześniej, wiele miesięcy, może lat - wiedziałem, że przyjdzie nam budować nowy system władzy demokratycznej w Polsce, nowy ustrój, nową, trzecią, naszą, polską Rzeczpospolitą w sytuacji, kiedy będziemy obciążeni potwornym spadkiem pozostawionym przez tę dziedzinę, ten sektor komunistycznego reżimu, który był jego istotą, a jego istotą był aparat przemocy, aparat policyjnej przemocy, aparat policji politycznej. I jak ten aparat pracował, i jakie były jego zasady działania, mało kto na tej sali wie tak dobrze jak ja. Latami mogłem na to patrzeć, występując w obronie ludzi przez ten aparat ściganych. Wielu z nich jest dziś na tej sali. Wiedziałem, jak tragiczne bywają przypadki, losy, fakty. Nikt nie wie tego lepiej ode mnie, ale też nikt lepiej ode mnie nie wie, jak straszliwy jest ten spadek, jak rozległy, jak wielki, jak straszne może pociągać skutki dla losów jednostek w to wplątanych. A wtedy kiedy te jednostki biorą udział w kierowaniu życiem publicznym - jak w warunkach, w których my działamy - jak tragiczne może mieć to skutki dla interesu już nie publicznego, dla interesu narodowego. Mówiłem to po wielokroć w roku 1990, 1991, w ruchu obywatelskim, kandydując do Sejmu. Kiedy mówiłem o dekomunizacji, kiedy polemizowałem z teorią grubej kreski, miałem zawsze w pamięci ten problem. I kiedy objąłem funkcję premiera, wiedziałem, że mój rząd musi się z nim zmierzyć. Przyjąłem pewne założenia wiedząc, jak bardzo jest to problem ważny, jak zarazem trudny i jak ogromnie tragiczny dla wielu ludzi, więc szukałem, starałem się szukać najlepszego wyjścia. W takich sprawach, w moim przekonaniu, spieszyć się nie należy. Ale byłem w błędzie, byłem w błędzie. Są sytuacje, kiedy trzeba się spieszyć.

Wydałem instrukcje, polecenia kierownictwu resortu spraw wewnętrznych, aby przygotowało akt, który będzie pozwalał przez zakreślenie pewnego czasu, możliwie bezboleśnie, jak najbardziej humanitarnie wycofać się z życia publicznego ludziom obciążonym tym tragicznym, tragicznym spadkiem przeszłości, bez wystawiania kogokolwiek pod pręgierz opinii publicznej, z zachowaniem wszystkich zasad humanitaryzmu i z zachowaniem jednocześnie w tych wypadkach, gdzie osobista, własna wola czy własna decyzja zainteresowanych by nie nastąpiła lub była niewystarczająca, możliwości stworzenia rzeczywistego, gwarantującego obiektywne rozpoznanie sprawy organu i procedur, które by takiego ostatecznego rozliczenia zamykającego tamten trudny czas i otwierającego możliwości normalnego działania w życiu publicznym III Rzeczypospolitej dokonały. Nie doszło do tego, chociaż prace nad tym były, jak mnie informowano, zaawansowane.
Ja sam, muszę się przyznać tu przed Wysoką Izbą, uważałem, że w natłoku zajęć, których premierowi tego rządu, żadnego zresztą rządu w Polsce, na pewno nie brakuje i nie będzie brakowało, że nie warto tracić czasu na czytanie akt zgromadzonych przez dawne służby bezpieczeństwa. I po niczyje akta, ani własne, ani moich ministrów, nie sięgałem. Jeżeli byłaby sprawa - wychodziłem z takiego założenia - która wymagałaby ostatecznego rozliczenia i zakończenia, odkładałem to do momentu stworzenia takiego właśnie racjonalnego mechanizmu.

To tu na tej sali padł wniosek zobowiązujący resort spraw wewnętrznych do przedstawienia, jak ujmował ten wniosek, listy agentów. I to tutaj, na tej sali, on został uchwalony. I jego wykonaniem wola tego Sejmu obciążyła ministra spraw wewnętrznych. Mógłbym pozostać poza tym, mnie tam nie fatygowano. Uważałem jednak, że w tej trudnej, prawie beznadziejnej sytuacji nie mogę uchylić się od współodpowiedzialności. Prosiłem ministra Macierewicza o to, aby zostało dokonane nie zestawienie agentów, bo takiego przygotować nikt w resorcie spraw wewnętrznych nie jest władny, tylko zestawienie takich informacji (Głos z sali: Może pomówień.), jakie w archiwach można znaleźć (Głos z sali: Wybiórczo.) Wszystko jest zawsze wybiórcze i wszystko może być pomówieniem. Ja o tym doskonale proszę państwa wiem, dlatego - dlatego, podkreślam - po pierwsze, uważałem, że dopóki sam Sejm nie zdecyduje się co zrobić, nie można uchylić tajemnicy tych faktów. A po drugie... (Wesołość na sali) Ja rozumiem ten wesoły śmiech, bo są przecież ludzie, dla których fakt, że coś jest tajemnicą, jest w ogóle niezrozumiały ale ja zakładam, zakładałem, miałem prawo zakładać, że w tej Izbie, która gromadzi najwyższe przedstawicielstwo narodowe, takich ludzi nie ma. (Oklaski) Ponadto starałem się o stworzenie pewnych procedur kontrolnych, w imię czego zwróciłem się do pierwszego prezesa Sądu Najwyższego profesora Adama Strzembosza o podjęcie się funkcji osoby powołującej - tak się mogło wydawać - najbliższy tym sprawom organ, który mógłby dokonać choćby wstępnej pewnego rodzaju weryfikacji. Nic więcej, nic więcej - bez woli Sejmu - we własnym zakresie rząd ani premier zrobić nie mogli, tylko tyle.

Dzisiaj na tej sali dotarł do mnie dokument, który został doręczony klubom poselskim i udostępniony państwu posłom i państwu senatorom. Dotarł do mnie równocześnie, a właściwie o godzinę później niż do was, z przyczyn, jak zwykle u nas, pewnych niedowładów technicznych. Przeczytałem go po zakończeniu rannej sesji. Tak, to jest lektura porażająca. I wiem, teraz wiem, dlaczego temu wszystkiemu co się tutaj dzieje nie mam prawa się dziwić (Poruszenie na sali), ponieważ ta lektura była porażająca, jak sądzę, nie tylko dla mnie.

Myślę, że czas, który nadchodzi, da odpowiedź na wiele pytań. Wiem, że w tym, co przeczytałem, jest ogromny ładunek ludzkich nieszczęść. Wiem także, że jest w tym ogromny ładunek niebezpieczeństwa dla Polski i trzeba te dwie sprawy, te dwie wartości bilansować, w bardzo trudnym wyważeniu.

Sądzę, że nie warto tutaj mówić o tym, w jakich warunkach ten rząd działał. Sądzę, że nie warto tutaj mówić o tym, ile jego premier i jego ministrowie spokojnie znosili potwarzy, pomówień, pogardliwych aluzji, nie ze zwykłej tam prasy brukowej w rodzaju tygodnika ˝Nie˝ (Wesołość na sali) tylko z takich pozycji i od takich osób, od których naprawdę było to ciężko znieść, bo trudno było takie wypowiedzi lekceważyć. Ale służba publiczna to nie jest przyjemność, jeżeli ktoś się jej podejmuje, musi być na wiele gotowy. Ja byłem gotowy i nie to może mnie wyprowadzić z równowagi. Jeżeli dzisiaj mówię, że nie składam w tym momencie, mimo że mam tych doświadczeń ostatnich miesięcy, a zwłaszcza tygodni serdecznie dosyć, mimo to oświadczam, że nie składam rezygnacji (Oklaski) i z pełną świadomością stawiam przed wami państwo posłowie to zadanie, abyście według własnego sumienia głosowali za odwołaniem lub przeciw odwołaniu tego rządu, to czynię tak w przekonaniu, że od dzisiaj stawką w tej grze jest coś innego niż tylko kwestia, jaki rząd będzie w Polsce wykonywał ten budżet do końca roku, że w grze jest coś więcej, że w grze jest pewien obraz Polski - jaka ona ma być. Może inaczej, czyja ona ma być?

Jest Polska, była Polska przez czterdzieści parę lat, bo to jednak była Polska - była własnością pewnej grupy, własnością może z dzierżawy raczej przez kogoś nadaną. Potem myśmy w imię racji, ważnych racji politycznych zgodzili się na pewien stan przejściowy, na kompromis, na to, że ta Polska jeszcze przez jakiś czas będzie i nasza, i nie całkiem nasza. I zdawało się, że ten czas się skończył. Skończył się wtedy, powinien się skończyć, kiedy uzyskaliśmy władzę pochodzącą z demokratycznego, prawdziwie demokratycznego wyboru. A dzisiaj widzę, że nie wszystko się skończyło, że jednak wiele jeszcze trwa i że to, czyja będzie Polska, musi się dopiero rozstrzygnąć. To się będzie rozstrzygało także (Oklaski) w jakiejś mierze, w jakiejś cząstce dziś tutaj na tej sali.

Chciałbym stąd wyjść tylko z jednym osiągnięciem. I jak do tej chwili nam przekonanie, że z nim wychodzę. Chciałbym mianowicie wtedy, kiedy ten gmach opuszczę, kiedy skończy się dla mnie ten, nie ukrywam, strasznie dolegliwy czas, kiedy po ulicach mojego miasta mogłem się poruszać tylko samochodem, albo w towarzystwie torującej mi drogę i chroniącej mnie od kontaktu z ludźmi eskorty, że wtedy, kiedy się to wreszcie skończy, będę mógł normalnie na ulice tego miasta wyjść i popatrzeć ludziom w oczy. (Oklaski) I tego wam, państwo posłowie, panie posłanki, życzę po tym głosowaniu. Dziękuję bardzo. (Oklaski)
Źródło: http://www.pis.org.pl/article.php?id=20374

................

Dziś, po 21 latach widać, jak na dłoni konsekwencje tego wydarzenia. Zmarnowano czas, przeznaczony na porządkowanie Polski. Dwie dekady dla kraju to bardzo dużo, utrwaliły się tendencje antynarodowe, zrealizowano konsekwentnie założenia i umowy okrągłostołowe, wyprzedano majątek narodowy, dramatycznie zadłużono Polskę, uzależniono nasz kraj od sąsiadów. Czy jest jeszcze możliwy odwrót od tej sytuacji? Jak na razie odpowiedzi brak, choć naród powoli się budzi i organizuje oddolnie. To znak, że dochodzimy do ściany.

(red. KWORUM)

Wersja do druku

Lubomir - 07.06.13 8:37
Pseudointeligencja i karierowicze?... Poraża w Polsce wielka liczba ludzi nobilitowanych formalnym wykształceniem i przy tym zachowujących się jak analfabeci i ignoranci. Czyżby byli oni absolwentami za indeksowe łapówki?. Czy może kończyli kierunki studiów nie pozostające w zgodzie z własnymi zamiłowaniami, ale te na które było najłatwiej się dostać i najłatwiej było je ukończyć?. Bo przecież np obecność historyków w polskiej polityce powinna oznaczać znakomitą politykę historyczną Polski a nie totalną wojnę z polską historią i historycznymi prawami Polaków do podstawowych rzeczy, m.in. obrony interesów pracowniczych, religii, języka, ziemi. Polska, Polacy i polskość jest rugowana coraz bardziej i oburzenia tytularnych historyków wciąż nie widać. Czyżby polski patriotyzm polegał współcześnie na eksponowaniu obcych?.

MariaN - 05.06.13 23:37
Zamach stanu na premierze Olszewskim był momentem przełomowym w kształtowaniu się III RP . Od tej chwili powstawało państwo pt. PRL-bis. A wszystko dlatego, że prawie cała góra była zainfekowana ubecją. Każdy miał coś kompromitującego na innego działacza. I tak powstała klika a raczej UKŁAD, w którym jednostki kosztem państwa polskiego pięły się w górę. Tak to niestety jest, kiedy ludzie nie interesują się polityką i losami własnego kraju tylko ganiają za kasą....aż na koniec świata.
Panie Janie, zawsze miałem i mam wielki szacunek dla Pana. Ostatnio ciekawy wywiad był z premierem Olszewskim w Radiu Wnet i Republice. Warto posłuchać, wiele nowych i ciekawych rzeczy można się dowiedzieć.

Jan Orawicz - 05.06.13 22:00
Panie Lubomirze podzielam-summa summarum Pańskie zdanie. Mnie od lat mocno niepokoi zjawisko skrytych wpływów czerwonych i różowych na nasze
siły prawicowe.Niech Pan spojrzy,ile rodzi się podziałów i wyrw po polskiej prawicy. Oprócz tego, jesteśmy bombardowani zewnątrz. Widać to dobrze, choćby po naszym skromnym"Kworum." Dobrze znam się na tych sprawach,bo
kiedyś w Solidarności bardzo aktywnie działałem,organizując nasze ogniska, naszą skromną prasę. Ta praca po prostu pozwalała często wyłapywać bolszewickie wtyczki mocno ukrywane. Niestety jak się prowadzi pracę organiczną w naszym prawicowym ruchu trzeba mieć po prostu n o s a. Oczywiście także krytycznie patrzeć i na siebie,by nie przesadzić robiąc szkodę
swej organizacji. Były różne sposoby rozbijania nas,ponieważ wtyczki wiedziały,
że skutecznym sposobem jest wywoływanie awantur. A więc wymyślali różne podszeptywane zadry natury plotkarskiej,by się ludzie na siebie boczyli,a w końcu kłócili. A temu,co przewodził organizacją przyprawiali po prostu rogi.Toteż
kiedy razu pewnego wystartowałem na posła to w Komitecie Wyborczym mej partii po prostu przewody telefoniczne sie grzały od rozmaitych ataków
na moją osobę. W takiej sytuacji po prostu wycofałem się dla przysłowiowego
świętego spokoju. Nawet miałem obawy,że rozgrzani dfo białości moi przeciwnicy mogą mi zrobić fizyczną krzywdę. Tak sprawę widziała przede wszystkim moja żona. No i cóż, ta cała czerwona falanga - co widzę jest przy
pełnych a nawet z czubkiem żłobach. I oto im głównie chodziło! Wiem,,,,,ze gdybym i dzisiaj z tamtych środowisk startował na posła,czy senatora to ci sami
wymyślali by na mnie różne świństwa,ponieważ stanowiłem wtedy dla nich jako
byłych aktywistów tamtych czerwonych organizacji. Serdecznie pozdrawiam

Lubomir - 05.06.13 13:06
Re; Jan Orawicz. Panie Janie myślę, że wciąż potrzebna jest światowa ofensywa Polaków. Uważam, że jako naród musimy zdobyć się zarówno na Europejski Kongres Polaków, jak i na Światowy Kongres naszych rodaków, zarówno na Światową Ligę Obrońców Kultury Polskiej, jak na Światową Ligę Obrońców Języka Polskiego. To zarazem mogą być kuźnie przyszłych polskich posłów i senatorów. Dzisiaj Polska nie posiada takiego zaplecza. I nic dziwnego, że tylu przeróżnych hochsztaplerów załapuje się na rządzenie. Z braku realnego zaplecza politycznego najnormalniejszy oszust i łgarz może założyć partię i udawać zbawcę, chociaż nikt wcześniej nie miał możliwości zapoznać się z jego dorobkiem. A przecież często są to jawni lub utajnieni szkodnicy, by nie powiedzieć agenturalni sabotażyści, podstawieni przez obce agentury. Likwidatorzy Polski pracują nad tym by Polacy nie byli zorganizowani. Obywatele zorganizowani potrafią się skutecznie bronić. Nawet gdyby to tylko była Liga Obrony Kraju, Rodzinne Ogrody Działkowe, Koło Miłośników Opola czy Koło Miłośników Wileńszczyzny. Jedności boją się antypaństwowi dywersanci. Ich daje się łatwo policzyć, gdyż nigdy nie stanowią dużej liczby. Robią jedynie dużo zamieszania.

Jan Orawicz - 05.06.13 3:01
Tak to był bardzo trudny czas! Wielu z nas, autentycznych solidarnościowców
musiało połknąć ostrą goryczkę ze łzami w oczach. Zdrada okrągłego stołu wtedy
już dokładnie pokazała swoje silne pazury! Wielu solidarnościowców w tamtych
dniach i tamtej nocy miało pretensje do Pana Jana Olszewskiego,za to,że wtedy
nie wziąił przykładu z J.Piłsudskiego z 15 maja 1926r. Znając sytuację w jakiej
znalazła się Polska, musiał się liczyć z tym,że w każdej chwili może być zaatakowany przez postkomunistów. Ale to można sobie do dzisiaj gdybać na ten temat. Siła postkomuny była duża. To był okres, kiedy postkomuniści już
zdołali okrzepnąć. Doszłoby do poważnego rozlewu krwi.Tak po prawdzie w oka
mgnieniu powstałyby czerwone odziały,ponieważ w zasadzie każdy funkcyjny
pezetperowiec był w posiadaniu broń. Na dowódczych stanowiskach w WP,byli
oficerowie po sowieckich szkołach wojskowych. Wojskowa kadra dowódcza była
upartyjniona i tak zbałamucona bolszewią,że to się nie da opisać! Prezydentem
był puczysta Wałęsa. Pan Premier Jan Olszewski, pojmując powagę zagrożenia,
podjął słuszną decyzję rozwiązania rządu. A więc wyszło na to,że lepiej zjeść suchy chleb, kraszony łzami,a nie rozpaczą zabitych wielu ludzi, nie licząc
rannych,a z tego wielu kalek. Tego Polsce, po długich latach niewoli nie było
potrzebne! Kto wywołał tamten czerwcowy pucz, był całkowicie pozbawiony
wyobrażni i poczucia odpowiedzialności za Polskę.Potworny chichot ktycznie nie było ani grama powodu do tak dzikiego napadu śmiechu.Wałęsy w Sejmie nad Godłem RP tamtej nocy, dobitnie świadczy o tym. Bo faktycznie nie było ani grama powodu do tak dzikiego śmiechu...!!

Lubomir - 04.06.13 8:42
Puczystom często nie brakuje tupetu. Jednak puczystów zawsze surowo ocenia historia. Puczyści zawsze liczą, że po nich nastąpi potop a historii nikt już nie będzie nauczał, bo i szkół nie będzie. Historia dowodzi, że puczyści nie mają racji. Polska to wielka rzecz. I nawet Hitler ani hitlerowcy nie dali rady jej pokonać. I popłuczyny różnej maści renegatów, też nie są dla niej groźne. Polska Wiosna nieco się spóźnia, ale nadchodzi. Świat wciąż widzi w Polsce część Wschodzącej Europy. Przyszłe ogólnonarodowe wybory mogą wskazać najlepszych z najlepszych. Podstawieni gracze są zbyt mali, by podołać wielkim wyzwaniom.

Wszystkich komentarzy: (6)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

21 Sierpnia 1999 roku
Zmarł Jerzy Harasymowicz, poeta polski, zostawił po sobie 56 tomów wierszy (ur. 1933)


21 Sierpnia 1975 roku
Zmarł Adolf Dymsza, polski aktor filmowy i teatralny (ur. 1900)


Zobacz więcej