Niedziela 26 Maja 2019r. - 146 dz. roku,  Imieniny: Eweliny, Jana, Pawła

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 01.02.13 - 11:47     Czytano: [2220]

Kradzież sławnych Polaków


Hetman Żółkiewski i król Jan III Sobieski Ukraińcami?

W 2004 roku obchodzono na Ukrainie Rok Polski. W przeddzień jego rozpoczęcia wicepremier Ukrainy Dmytro Tabacznyk powiedział dziennikarzowi „Gazety Wyborczej” (29.3.2004) Wacławowi Radziwinowiczowi między innymi, że ukraińska historiografia zgłasza pretensje pod adresem Polski do wielkiego hetmana i wielkiego Polaka Stefana Żółkiewskiego (1547-1620) i króla polskiego Jana III Sobieskiego (1629-1696, król od 1674), gdyż „...Jan Sobieski... uratował Ukrainę od agresji tureckiej... Nie chodzi mi o to, by Ukraina miała odebrać Polsce hetmanów Sobieskiego czy Żółkiewskiego. Powinna jednak uznać ich za bohaterów wspólnych”.

Przede wszystkim hetman Sobieski nie uratował Ukrainy od agresji tureckiej, bo takiego państwa wówczas w ogóle nie było. Uratował Polskę/Rzeczypospolitą przed Turkami. Poza tym Sobieski i Żółkiewski byli nikim innym tylko Polakami i jako takich nie możemy ich dzisiaj uznawać także za bohaterów ukraińskich czy francuskich lub brazylijskich. Rozumując tak jak rozumował ówczesny wicepremier Ukrainy, Polacy czy polska historiografia mogłaby zgłaszać pretensje do wszystkich niepolskiego pochodzenia wodzów zwycięskich bitew rozegranych na terytorium dzisiejszej Polski. Byłby to jednak zwykły kretynizm.

Tadeusz Kościuszko Białorusinem?

Tadeusz Kościuszko (1746-1817) jest uważany za bohatera narodowego Polski i Stanów Zjednoczonych. O tym, że czuł się Polakiem – synem narodu polskiego mówi dobitnie jego życiorys, a przede wszystkim fakt, że sam siebie uważał za Polaka, nawet podczas emigracji w Stanach Zjednoczonych, a potem we Francji i w Szwajcarii, gdzie zmarł. Tymczasem, jak podał „Nasz Dziennik” (17-18.4.2004), władze białoruskie przystąpiły do odbudowania zniszczony podczas II wojny światowej dworek w Mereczowszczyźnie na Polesiu, gdzie urodził się Kościuszko. Odbudowany dworek postanowiono zamienić w muzeum Tadeusza Kościuszki... jako syna białoruskiej ziemi.

Jest to kolejna próba zawłaszczenia, w tym wypadku przez Białorusinów (bo czynią podobnie Litwini i Ukraińcy), znanego w świecie Polaka. Najpierw nacjonaliści białoruscy, litewscy i ukraińscy mówili, że Polakami na Kresach była tylko szlachta i częściowo mieszczanie oraz księża katoliccy. Teraz coraz częściej odmawia się polskości wszystkim znanym Polakom pochodzącym z Litwy, Białorusi i Ukrainy.

Paweł Strzelecki Litwinem?

W latach 1983-87 wydawnictwo AE Press w Melbourne wydawało serię zatytułowaną Australian Ethnic Heritage Series. Łącznie wydano 16 tomów o 21 grupach etnicznych zamieszkujących Australię. Ja napisałem tom zatytułowany The Poles in Australia, który ukazał się w 1985 r. W 1986 r. wydano tom poświęcony narodom bałtyckim - Litwinom, Łotyszom i Estończykom: The Baltic Peoples in Australia. Rozdział o Litwinach wyszedł spod pióra Betty i Antanasa Birskys.

Rozpoczyna go historia Litwy. Oczywiście, inaczej piszą, czy raczej interpretują, historię Litwy Polacy, a inaczej Litwini. W zasadzie nie ma nic w tym złego, pod warunkiem, że trzymamy się faktów. Tymczasem z historii Litwy Birskysów czytelnik nic się nie dowie o dobrowolnie zawartej unii polsko-litewskiej w 1385 r., która łączyła oba państwa aż do 1795 r. i przez którą Polacy i Litwini byli równi sobie, ani o chrzcie Litwy w 1386 r. z rąk Polaków. Przeciwnie, autorzy piszą o wielowiekowym prześladowaniu Litwinów przez Polaków (!) i Rosjan. Według Briskysów bitwę z Krzyżakami pod Grunwaldem w 1410 r. wygrali Litwini pod wodzą księcia Witolda, to Litwa ochraniała całą Europę przed Tatarami i Moskwą, a powstania listopadowe 1831 i styczniowe 1863 były powstaniami litewskimi przeciw Rosji. Kiedy Litwa odzyskała niepodległość 16 lutego 1918 r., Polacy, wg Briskysów, od razu (chociaż Polski wówczas jeszcze nie było, gdyż państwo polskie odrodziło się dopiero w listopadzie 1918 r.) zaatakowali Litwę, ale zostali pobici przez dzielnych Litwinów, uzbrojonych jedynie w stare karabiny i widły (!).

To nie historia - to zwykłe szowinistyczne banialuki!

Także i w historii Litwinów w Australii nie zabrakło banialuki. Otóż od Birskysów dowiadujemy się, że Paweł Edmund Strzelecki, chociaż został przez nich łaskawie uznany za Polaka, był drugim kuzynem litewskiego księcia Radiwil’a (Radziwiłła), a więc z pochodzenia Litwinem.

Oczywiście, Strzelecki nie miał nic wspólnego z Radziwiłłami ani z Litwą. On i jego rodzina pochodziła z Wielkopolski. A więc: “gdzie Rzym, gdzie Krym”?!

Kolejny cios w polskość Wilna

Wilno i ta część Wileńszczyzny, którą Stalin, po wspólnym z Hitlerem podboju Polski we wrześniu 1939 roku, sprezentował Litwie w październiku tego samego roku (aby w następnym roku móc połknąć całą Litwę) były etnicznie polskie. W Wilnie Litwini stanowili wówczas mniej niż 1 proc. ludności miasta. Od tej pory i po dziś dzień Litwini toczą brutalną walkę z polskością w Wilnie i na Wileńszczyźnie.

Jednym z ostatnich ciosów w polskość Wilna była powzięta w 2005 roku decyzja przybłędy z Kowna (urodził się w tym mieście) arcybiskupa wileńskiego, kard. Juozasa Baczkisa o przeniesieniu znajdującego się w jedynym dzisiaj polskim kościele św. Ducha w Wilnie do kościółka św. Trójcy (który może pomieścić zaledwie 150 osób) obrazu Jezusa Miłosiernego. Obraz ten, znany jako „Jezu, ufam Tobie” został namalowany według wskazówek przebywającej wówczas w polskim Wilnie polskiej świętej siostry Faustyny Kowalskiej w1934 roku przez polskiego malarza Eugeniusza Kazimirowskiego, a po tułaczce w wyniku II wojny światowej w 1986 roku został sprowadzony z Białorusi i zawieszony w polskim kościele św. Ducha, gdzie był czczony przez Polaków z Wilna i z kraju (liczne pielgrzymki z Polski). Trzeba więc było odebrać polskiemu kościołowi status polskiego sanktuarium.

Polacy rzekomo dobrowolnie oddali Wilno Litwinom

4 marca 2003 australijska telewizja SBS w programie “Global Village” wyświetliła film o Wilnie, nakręconym z pomocą Litwinów. Jak zwykle w litewskich opracowaniach historycznych, także i w nim nie brak litewskiej propagandy, przemilczania polskości Wilna i fałszowania historii. Otóż z filmu m.in. dowiadujemy się, że w 1939 r. Polacy dobrowolnie oddali Litwinom Wilno - no bo było ono litewskie. Tymczasem prawda jest taka, że w 1939 r. ludność Wilna stanowili w większości Polacy, a Hitler ze Stalinem napadli na Polskę we wrześniu 1939 r. i dokonali nowego rozbioru Polski. Stalin zagarnął Kresy i Wilno sprezentował Litwinom, aby kilka miesięcy później móc połknąć całą Litwę.

Teatr Polski na Pohulance w Wilnie

Teatr polski w Wilnie ma długą i bogatą historię. Pierwszym teatrem w mieście był teatr w kolegium jezuickim, który był czynny w latach 1569 – 1772. Natomiast pierwszy świecki teatr działał na dziedzińcu zamkowym w 1636 roku. W 1780-84 czynny był teatr w Uniwersytecie Wileńskim, a w teatrze w pałacu Oskierczyńskim (1785-1831) występował w 1785-89 teatr prowadzony przez „ojca teatru polskiego” Wojciecha Bogusławskiego. Teatr w pałacu Radziwiłłowskim istniał od ok. 1796 do 1831; był z nim kilka razy związany znany aktor polski Maciej Każyński, w latach 1805-16 jego dyrektor; teatr ten zdobiła kurtyna z byłego teatru Sapiehów w Dereczynie na Grodzieńszczyźnie, pędzla Konstantego Ottosielskiego. Kolejnym teatrem był istniejący w latach 1810-1863 teatr w wspaniałej wielkiej sali ratuszowej z kolumnami w obu jej końcach. W teatrze tym wystawiono po raz pierwszy na polskiej scenie zawodowej w 1854 roku operę „Halka” Stanisława Moniuszki. To także w tym teatrze odbyło się 27 października 1863 roku ostatnie polskie przedstawienie teatralne w Wilnie (opera „Norma” V. Belliniego). W ramach represji po Powstaniu Styczniowym 1863 rząd carski nie tylko zlikwidował teatr polski w Wilnie, ale także zabronił wystawiania w mieście (i na całych Kresach) polskich przedstawień teatralnych (a także wydawania polskiej prasy i książek oraz w ogóle rozmawiania po polsku w miejscach publicznych i szkołach).

Zakazy te nie przekreśliły faktu, że Wilno było polskim miastem. Toteż kiedy w wyniku rewolucji w Rosji i zaborze rosyjskim w 1905 roku carat był zmuszony dać ludziom więcej wolności i praw (manifest cara Mikołaja II z 19 VIII 1905) od razu w całej krasie „wybuchła” polskość Wilna. Jeszcze w tym roku odrodziło się w mieście m.in. polskie życie teatralne. Wkrótce powstał stały zawodowy polski teatr muzyczny „Lutnia”, który w okresie międzywojennym mieścił się w okazałym budynku na ul. Adama Mickiewicza (obecnie Al. Giedymina i litewski Teatr Dramatyczny), a niebawem Teatr Polski (później Miejski) na Pohulance, na ulicy Wielka Pohulanka (ob. J. Basanoviciusa), wzniesiony w latach 1912-14 przez Polaków – głównie ziemianina i pisarza Hipolita Korwin-Milewskiego (1848-1932 Poznań) oraz częściowo ze składek i darowizn, według projektu architektów Wacława Michniewicza i Aleksandra Parczewskiego; teatr budował Czesław Przybylski. Budowniczowie nadali gmachowi pewne cechy architektury barokowej, a nawet romańskiej. Teatr miał konstrukcję żelbetową. Widownia składała się z parteru, z dwiema kondygnacjami lóż i balkonu, mogła pomieścić ok. 800 widzów. Teatr otworzył swe podwoje 12 października 1913 roku.

Do 1926 roku Teatr Polski na Pohulance należał do spółki firmowo-komandytowej Korwin-Milewski, Bohdanowicz, Zawadzki i S-ka w Wilnie. 9 września 1927 roku drogą notarialną został przekazany miastu z warunkiem koniecznym, podkreślonym w akcie darowizny czarnym drukiem: „Gmach Teatru ma służyć, zgodnie z wolą ofiarodawców, dla przedstawień scenicznych, odczytów, wykładów, zebrań i zgromadzeń przeprowadzanych wyłącznie w języku polskim”.

W gmachu Teatru Polskiego na Pohulance miało miejsce ważne wydarzenie w dziejach Wilna-Wileńszczyzny i Polski. Tutaj w dniu 20 lutego 1922 roku Sejm Litwy Środkowej przyjął tzw. Uchwałę w przedmiocie przynależności państwowej Ziemi Wileńskiej; posłowie przegłosowali zdecydowaną większością głosów wniosek o przyłączenie Wilna i regionu wileńskiego do Polski.
Teatr Polski na Pohulance miał do spełnienia w tym skomplikowanym dla Wilna czasie ważny obowiązek społeczny: miał być równocześnie placówką kulturalną i artystyczną. Najwyższy poziom artystyczny i sławę zdobył w latach 1925-29, kiedy miał tu swoją siedzibę głośny teatr Reduta Juliusza Osterwy. Zespół Juliusza Osterwy przyjechał do Wilna z Warszawy w lipcu 1925 roku, a pierwsze przedstawienie dał 23 grudnia (było to „Wyzwolenie” Stanisława Wyspiańskiego). Ostatni spektakl Reduty w Wilnie – „Polka w Ameryce” Stanisława Kozłowskiego odbył się 20 maja 1929 roku. W ciągu niespełna czterech lat zespół zaprezentował 71 premier (!), arcydzieł literatury dramatycznej we wzorcowej interpretacji i oryginalnej inscenizacji. W okresie wileńskim Reduta dała także 1800 przedstawień poza Wilnem, w okresie systematycznego objazdu głównie Kresów, docierając wszędzie tam, gdzie żywe słowo polskie zostało bardzo często w ogóle zapomniane, a w czasach zaborów rosyjskich – publicznie padało tylko z ambony. Także po wyjeździe Reduty z Wilna Teatr Miejski na Pohulance utrzymał wysoki poziom artystyczny - repertuaru i prezentacji. Na jego scenie debiutowała lub występowała cała czołówka polskich artystów. Było ich tu wyjątkowo dużo, szczególnie po upadku państwa polskiego we wrześniu 1939, kiedy w mieście znalazło schronienie wielu znakomitych polskich aktorów. Przy Teatrze na Pohulance działało Studium Teatralne Ireny Brylskiej, działające także w okresie okupacji niemieckiej Wilna 1941-44, które, ze względu na wysoki poziom nauczania, po wojnie zostało uznane przez Związek Artystów Scen Polskich za odpowiednik państwowej wyższej szkoły teatralnej.

W teatrze na Pohulance i Wilnie występowali tacy znani polscy aktorzy jak: Irena Eichlerówna, Nina Andrycz, Henryk Borowski, Hanka Ordonówna, Aleksander Zelwerowicz, Ludwik Sempoliński, Zygmunt Bończa-Tomaszewski, Jan Kurnakowicz, Zdzisław Mrożewski, Stanisława Parzanowska, Danuta Szaflarska, Jerzy Duszyński, Zygmunt Chmielewski, Stafan Martyka, Ziemowit Karpiński, Igor Śmiałowski, Igor Przegrodzki, Witold Conti, Hanka Bielicka, Maria Żejmówna, Marta Mirska.

W latach 1939-40, a więc po upadku Polski, dawano wzruszające przedstawienia – ku pokrzepieniu serc. Drażniło to litewskich okupantów tego tak bardzo polskiego miasta, które w październiku 1939 roku sprezentował im Stalin, po dokonaniu wspólnie z Hitlerem IV rozbioru Polski we wrześniu 1939, którzy postanowili odebrać teatr Polakom z dniem 1 lipca 1940 roku.

Po przyłączeniu Wilna do Związku Sowieckiego w 1945 roku, miasto stało się stolicą sowieckiej Litwy. Po wypędzeniu z Wilna ponad 100 tysięcy Polaków do sowieckiej Polski w jej nowych granicach, w mieście zaczęli osiedlać się Rosjanie i Litwini. W 1948 roku, wbrew intencji ofiarodawców o przekazaniu Teatru na Pohulance na potrzeby teatru polskiego, budynek został przekazany dla przybyłego tu z Kowna (prawdziwej stolicy Litwy) Litewskiego Teatru Opery i Baletu, który miał tu swoją siedzibę do 1974 roku (stosunkowo częste występy artystów polskich: soliści-instrumentaliści, operetka warszawska, wokaliści). W latach 1974-81 budynek teatru był siedzibą Litewskiego Akademickiego Teatru Dramatycznego, od 1981 litewskiego Teatr Młodzieży, a od 1986 jest to siedziba Litewskiego Rosyjskiego Teatru Dramatycznego.

4 stycznia 2013 roku społeczność polska zapoczątkowała w teatrze obchody 100-lecia tego teatru. Mecenat nad obchodami tej ważnej dla polskiej społeczności Wilna daty objął europoseł, przewodniczący Akcji Wyborczej Polaków na Litwie, Waldemar Tomaszewski. Podczas przemówienia Tomaszewski przypomniał o akcie darowizny, w którym napisano, że „Gmach Teatru ma służyć, zgodnie z wolą ofiarodawców, dla przedstawień scenicznych, odczytów, wykładów, zebrań i zgromadzeń przeprowadzanych wyłącznie w języku polskim”.

Obecni na sali gorąco oklaskiwali przemówienie europosła. Dały się słyszeć entuzjastyczne okrzyki: „Dziękujemy za wybory!”, „Zwróćmy nasz teatr!”, „Ten gmach musi być nasz!”. Waldemar Tomaszewski odpowiedział w ten oto sposób: „Skoro w roku 1912 Polacy wileńscy zbudowali ten gmach, w 2012 r. — wygrali wybory parlamentarne i teraz mają w Sejmie Republiki Litewskiej więcej posłów, a w rządzie Litwy swego ministra i czterech wiceministrów, ponadto grupę radnych w Radzie samorządu miasta Wilna, to mogą się ubiegać o zwrot budynku Teatru Polskiego na Pohulance”.

Zbiory sztuki polskiej we Lwowie

Żaden inny kraj podczas II wojny światowej nie poniósł tyle strat rzeczowych w dobrach kultury i sztuki co Polska. Straty w tej dziedzinie wyniosły aż 43 proc. stanu z dnia 1 września 1939 roku. Zostały one ocenione na ponad 14 mld zł przedwojennych. Niektóre zabytki kultury miały wartość bezcenną. Np. straciliśmy jedyny znajdujący się w Polsce obraz Rafaela – „Portret młodego mężczyzny”, który był w zbiorach Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Ogółem straciliśmy 2500 obrazów malarzy obcych i 10 000 obrazów malarzy polskich. To są obrazy, których nie można odnaleźć. Ale oprócz tych strat naród polski i polska kultura poniosły dodatkowe straty już po wojnie – w wyniku oderwania od Polski przez Związek Sowiecki Ziem Wschodnich z Lwowem i Wilnem. W ten sposób przepadły olbrzymie polskie zbiory w muzeach na tych ziemiach, a szczególnie we Lwowie i w Wilnie. Stąd w ukraińskim dziś Lwowie jest np. największy poza Polską zbiór książek polskich (Ossolineum, które nie szanują!) i malarstwa polskiego – aż kilka tysięcy obrazów, włącznie z najwybitniejszymi malarzami polskimi. Największy i mający ogromną wartość dla kultury polskiej („Lwowska Galeria Obrazów. Malarstwo polskie” Warszawa 1990).

Po odrodzeniu się państwa polskiego w 1918 roku ówczesne rządy polskie zmusiły Rosję Sowiecką do oddania narodowi polskiemu najcenniejszych skarbów kultury polskiej. Niestety, rządy polskie po 1989 roku nie odzyskały od rządów Ukrainy, Litwy i Białorusi nic z tego co jest NASZE, to co ma wielką wartość dla narodu polskiego – dla jego kultury, „to, co zgromadzone i utrzymywane było wysiłkiem społeczeństwa polskiego, co zdobyte i stworzone było jego kosztem i stanowi niewątpliwie własność narodową polską (w rękach ukraińskich, litewskich i białoruskich znajduje się „prawem kaduka” albo prawem silniejszego! – M.K.), znajduje się teraz poza granicą (jałtańską), nie w rękach polskich i nie pod opieką tych czy innych czynników polskich, w których posiadanie bezwzględnie i w całości powinno powrócić” (Stanisław Kościałkowski „Pamiętnik wileński” Londyn 1972).

Lwów kolebką polskiej czy ukraińskiej piłki nożnej

Pierwszy mecz piłki nożnej na ziemiach polskich rozegrały we Lwowie 14 lipca 1894 r. dwie polskie drużyny piłkarskie w tym polskim wówczas mieście – jedna z Krakowa, a druga ze Lwowa; wygrała drużyna lwowska. Tego dnia narodziła się więc polska piłka nożna. Powtarzam: 14 lipca 1894 r. to dzień narodzin polskiej piłki nożnej. Dziś (od 1945 r.) Lwów należy do Ukrainy (do 1991 r. do Związku Sowieckiego, który nam bezprawnie odebrał to miasto!) i Ukraińcy, na siłę szukający swej tożsamości w tym mieście, nie bacząc na fakty historyczne ogłosili 14 lipca jako dzień narodzin futbolu ukraińskiego, chociaż w obu drużynach grali sami Polacy, a także sędzia (z Krakowa) był Polakiem. Etniczne pochodzenie graczy się przemilcza – poza jednym wyjątkiem. Z zawodnika, który strzelił zwycięską bramkę dla gospodarzy – Włodzimierza Chomickiego zrobiono Ukraińca (!) i zmieniono mu nazwisko na Wołodymir Chomyckij. Tymczasem Chomicki był Polakiem, a także patriotą polskim. Walczył o Polskę podczas I i II wojny światowej, a z zawodu był... polonistą, czyli nauczycielem języka polskiego. Wyrzucony wraz z innymi Polakami ze Lwowa w 1945 r. osiadł w Bytomiu, gdzie do emerytury był ponownie nauczycielem języka polskiego.

Oburzenie w Polsce spowodowało to, że Polski Związek Piłki Nożnej zaakceptował te brednie ukraińskie i na obchody 110-lecia „ukraińskiego” futbolu we Lwowie w 2004 roku wysłał do tego miasta reprezentację młodzieżową i drużynę Polonii Warszawa. Oto jak historię polskiej piłki nożnej znają ci, którzy stojąc na czele Polskiego Związku Piłki Nożnej znać ją lepiej powinni!

Polskie stowarzyszenia studentów Politechniki Lwowskiej

W 1844 roku zaborca austriacki założył we Lwowie niemieckojęzyczną Akademię Techniczną. Oczywiście większość jej studentów stanowili Polacy. Stąd, kiedy Galicja otrzymała ustonomię w 1867 roku, uczelnia ta została spolonizowana w latach 1871-72. W 1877 roku uczelnia otrzymała prawa akademickie i nazwę Szkoły Politechnicznej. Do 1918 roku studia na niej ukończyło 1608 osób – głównie Polaków. Do 1915 roku była to jedyna polska politechnika. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1918 roku i po wojnie z Ukraińcami, uczelnia otrzymała w 1920 roku nazwę Politechnika Lwowska. W latach 1919-39 ukończyło ją 3750 osób (w tym ok. 550 Ukraińców).
W 1861 roku w lwowskiej Akademii Technicznej/Politechnice Lwowskiej powstało pierwsze polskie stowarzyszenie studentów – Towarzystwo Bratniej Pomocy Studentów Politechniki Lwowskiej, popularnie zwane Bratniakiem, które rozwijało wszechstronną działalność.
Kolejnymi stowarzyszeniami polskich studentów na Politechnice Lwowskiej były do 1939 roku: powstałe w 1865 r. Koło Dublańczyków Studentów Politechniki Lwowskiej; powstałe ok. 1895 r. stowarzyszenie naukowe Związek Studentów Inżynierii Politechniki Lwowskiej; powstałe w 1896 r. Koło Chemików Studentów Politechniki Lwowskiej; w 1902 r. powstały: Związek Studentów Architektury oraz Koło Mechaników i Elektryków Studentów Politechniki Lwowskiej; powstałe w 1904 r. Koło Górniczo-Naftowe Studentów Politechniki Lwowskiej; powstałe w 1904/05 Lwowski Chór Technicki; powstały w 1909 r. Związek Awiatyczny Studentów Politechniki Lwowskiej; powstały w 1919 r. Związek Studentów Inżynierii Lasowej Politechniki Lwowskiej; powstałe w 1923 r. międzyuczelniane Stowarzyszenie Katolickiej Młodzieży Akademickiej „Odrodzenie”; powstałe w 1928 r. stowarzyszenie naukowe Związek Inżynierii Mierniczej Politechniki Lwowskiej; w 1933 r. powstały stowarzyszenia: Koło Lubliniaków im. H. Łopacińskiego Politechniki Lwowskiej, Koło Studentów Politechniki Lwowskiej z Kresów Zachodnich, Koło Wilnian Studentów Politechniki Lwowskiej i Koło Łodzian Studentów Politechniki Lwowskiej; w 1936 r. powstały: Stowarzyszenie Studentów Politechniki Lwowskiej Młodzież Wszechpolska, Związek Polskiej Młodzieży Społeczno-Demokratycznej i Związek Akademików Ślązaków przy Politechnice Lwowskiej; powstały w 1938 międzyuczelniany Akademicki Związek Morsko-Kolonialny we Lwowie.

Kresowiana w zbiorach łańcuckich

Zamek Potockich w Łańcucie był i jest po dziś dzień jednym wielkim przebogatym muzeum. W okresie międzywojennym wzbogacił się on m.in. o kolekcję dzieł sztuki odziedziczoną po Mikołaju Potockim z Paryża. Były to m.in. portrety rodzinne pędzla Jean-Honore Fragonarda, Ary'ego Scheffera, cenny obraz "Anna Teresa z Ossolińskich Potocka z wnukiem Alfredem" Jana Chrzciciela Lampiego, dwa gobeliny z manufaktury w Aubusson z herbem Potockich, część zbiorów z dawnej biblioteki z Tulczyna na Ukrainie, kilka bezcennych powozów oraz rokokowe sanki królowej francuskiej Marii Antoniny .

Polacy na Grodzieńszczyźnie

Nacjonaliści białoruscy uważają należące do Polski Podlasie, tj. województwo podlaskie, za teren białoruski, który powinien wchodzić w skład państwa białoruskiego. Wskazuje na to np. mapa w publikacji „Belorussia and its books”, wydana w Melbourne w 1986 roku. Jako akt całkowicie prawny uważają włączenie przez Związek Sowiecki 2 listopada 1939 roku Podlasia do Republiki Białoruskiej. Tymczasem na Podlasiu żywioł polski dominuje od kilkuset lat. Stąd już zwycięskie mocarstwa po I wojnie światowej przyznawały Podlasie Polsce bez żadnej dyskusji (tzw. linia Curzona), a i Stalin – zbieracz ziem „ruskich” XX wieku oddał je Polsce w 1944 roku.

Powszechny spis ludności przeprowadzony w Polsce w 2002 roku wykazał zaledwie 47 640 Białorusinów w Polsce, mieszkających głównie na Podlasiu (ok. 7,5 tys. w Białymstoku, w którym stanowili 2,5% ogółu ludności), z których 40,6 tys. zadeklarowało używanie języka białoruskiego w kontaktach domowych.

Natomiast białoruski spis ludności z 1999 roku wykazał, że po drugiej stronie granicy polsko-białoruskiej, tj. na Grodzieńszczyźnie, graniczącej z polskim Podlasiem, mieszkało ciągle 294 090 Polaków. I to pomimo zsyłek na Sybir w latach 1940-41, okupacji niemieckiej i wywózek na przymusowe roboty do Niemiec 1941-44, wysiedleniu do tzw. Polski Ludowej w latach 1945-47 ok. 140 tys. Polaków z Grodzieńszczyzny i dalszych kilkudziesięciu tysięcy w latach 1957-58 oraz trwającej przez 50 lat bezwzględnej sowieckiej rusyfikacji. Są na Grodzieńszczyźnie rejony, na których dominuje ludność polska, jak np. woronowski – 83% ogółu ludności i szczuczyński – 55,5% ogółu ludności. W Grodnie w 2009 roku mieszkało 64 642 Polaków, którzy stanowili 19,7% ogółu ludności miasta.

Jeśli więc ktokolwiek chce zmiany granicy polsko-białoruskiej (część nacjonalistów białoruskich tak w Polsce jak i na Białorusi), to musiałaby ona przebiegać dalej na wschód od obecnej granicy, czyli byłaby bardziej korzystna dla Polski.

Wojewoda Adam Sokołowski o życiu religijnym w województwie nowogródzkim

Wydawnictwo Editions Spotkania w Paryżu wydało w 1985 roku „Fragmenty wspomnień 1910-1945” Adama Ludwika Korwin-Sokołowskiego, który w latach 1935-39 był wojewodą nowogródzkim (dziś Białoruś). A oto co w swoich wspomnieniach pisze ppłk dypl. Adam Sokołowski o życiu religijnym w województwie nowogródzkim:

„Pod względem wyznaniowym najliczniejszą grupę stanowili katolicy. Zaliczała się do niej – prócz oczywiście ludności polskiej – także część Białorusinów. Południowa część województwa należała do diecezji pińskiej, północna do wileńskiej. Wizytowali ten teren abp Jałbrzykowski z Wilna i bp Bukraba z Pińska... Rewizytowałem... biskupów katolickich. Niejednokrotnie przy okazji różnych uroczystości bywałem w kościołach...

Duchowieństwo katolickie stało zazwyczaj na znacznie wyższym poziomie intelektualnym i etycznym niż prawosławne. Pewna jednak jego część, zwłaszcza starszego pokolenia, wdawała się często w konflikty z przedstawicielami innych wyznań a także z władzami administracyjnymi województwa; były to najczęściej błahe, ambicjonalne sprawy. Niekiedy wina leżała po stronie starostów...

Podkreślając niewątpliwe walory duchowieństwa katolickiego, nie mogę pominąć niestety faktu, że niektórzy duchowni odznaczali się nielojalnością wobec władz. Było to tym bardziej rażące, że pamiętano ich służalczość wobec rosyjskiego zaborcy...

Dziekanem dekanatu nowogródzkiego był ks. Dalecki, niezwykle gorliwy i rozumny duszpasterz; byłem z nim zaprzyjaźniony...”.

Polskie prace archeologiczne na Wileńszczyźnie

Pierwszą osadę z epoki krzemienia na Wileńszczyźnie odkrył w okolicy Liszkowa i Druskienik (dziś Litwa) w 1871 roku archeolog i etnograf polski Zygmunt Gloger (1845-1910). Gloger także trafnie określił charakter tych osad. W badaniach osad krzemiennych towarzyszyli Glogerowi dwaj inni znakomici Polacy: etnograf Michał Fedorowski oraz jego teść, historyk Aleksander Jelski.

Żarłoczny i niebezpieczny nacjonalizm ukraiński

W latach 2005-10 prezydentem Ukrainy był nacjonalista, spadkobierca duchowy szowinisty i ludobójcy ukraińskiego Stiepana Bandery, Wiktor Juszczenko. Jego znakiem prezydenckim był łańcuch złożony z sześciu medalionów - z herbami: księcia Włodzimierza Wielkiego, Księstwa Galicyjsko-Wołyńskiego, Wielkiego Księstwa Litewskiego, wojska zaporoskiego (kozaków), rodowego herbu Bohdana Chmielnickiego (pieczętował się bezprawnie arcypolskim herbem Abdank!) i herbu Ukraińskiej Republiki Ludowej z lat 1917 - 1920. Wisi na nim medalion ze złotym tryzubem.

Jak widzimy, Ukraina uważa się za spadkobiercę Wielkiego Księstwa Litewskiego, chociaż jego centrum znajdowało się na Litwie i Białorusi (jego stolicą było Wilno), a ziemie ukrainne, podbite przez Litwę w XIV w. (zdobycie Kijowa w 1363 r.), stanowiły właśnie tylko nic nie znaczący w ramach tego państwa obszar „ukrainny” – przygraniczny tego księstwa! To wskazuje na skalę nacjonalizmu ukraińskiego. A trzeba pamiętać, że jest to prymitywny i bardzo agresywny nacjonalizm XIX wieku.

Tego nacjonalizmu boją się zamieszkujące Ukrainę wszystkie mniejszości narodowe. Potwierdziły to np. wybory prezydenckie w 2005 roku w obwodach czerniowieckim i zakarpackim, gdzie na przeciwnika Juszczenki - Janukowycza padło najwięcej głosów na tzw. Zachodniej Ukrainie, która jest twierdzą nacjonalizmu ukraińskiego. W obwodzie czerniowieckim, gdzie mieszka dużo Rumunów, Janukowycz otrzymał 16,4% głosów, a w obwodzie zakarpackim, pełnym Węgrów, głosowało na niego aż 27,5% wyborców. Dla przykładu w sąsiednich obwodach: lwowskim, iwanofrankowskim (stanisławowski) i tarnopolskim na Janukowycza głosowało odpowiednio zaledwie 4,7%, 2,2 i 2,7% wyborców.

Tego faktu, tego lęku mniejszości narodowych przed nacjonalizmem ukraińskim nikt wówczas jakoś nie zauważył. Nawet Polacy chociaż Polska graniczy z Ukraina, gdzie pozostało również trochę Polaków (kilkaset tysięcy!).

Kresowe asy lotnictwa polskiego

Do sławnych lotników polskich pochodzących z Kresów przed 1939 rokiem należeli:
Bolesław Orliński, urodzony w 1899 roku w majątku rodziców Niwerce koło Kamieńca Podolskiego (ob. Ukraina), który w 1926 roku wsławił się przelotem na trasie: Warszawa – Tokio – Warszawa (trasa długości 10 300 km oraz z powrotem); pokonał ją pomimo uszkodzenia śmigła i dolnego płata w trasie (ostatnie 6680 km trasy pokonał samolotem z częściowo obciętym lewym dolnym skrzydłem), oraz bardzo zużytym (w wyniku utraty oleju) silnikiem. W Japonii polscy lotnicy spotkali się z entuzjastycznym przyjęciem. Za przelot Orliński otrzymał japoński cesarski Order Wschodzącego Słońca VI klasy oraz Złoty Medal Cesarskiego Towarzystwa Lotniczego.
Franciszek Żwirko, urodzony w 1895 roku w Święcianych na Wileńszczyźnie (ob. Litwa), który wraz z S. Wigurą zdobył pierwsze miejsce w międzynarodowych zawodach Challenge w Berlinie w 1932 roku, organizowanych przez Międzynarodową Federację Lotniczą (lot okrężny wokół Europy, długości 7363,2 km przez Niemcy, Polskę, Czechosłowację, Austrię, Jugosławię, Włochy, Szwajcarię, Francję, Holandię, Danię i Szwecję). Był to prawdziwy triumf polskich pilotów i polskiego lotnictwa.
Jerzy Bajan, urodzony w 1901 roku we Lwowie, który wraz z mechanikiem Gustawem Pokrzywką zajął pierwsze miejsce w międzynarodowych zawodach Challenge w Warszawie w 1934 roku (trasa liczyła ponad 9,5 tys. km i została wytyczona wokół Europy i północnej Afryki). Ponadto był zdobywcą II miejsca na międzynarodowych zawodach w Zurychu (Szwajcaria) w 1932 roku i zwycięzcą w zlocie gwiaździstym do Wiednia w 1933 roku.
W lotnictwie balonowym – sporcie balonowym złotymi zgłoskami zapisał się Zbigniew Burzyński, urodzony w 1902 roku w Żółkwi koło Lwowa (ob. Ukraina), który dwukrotnie zdobył puchar Gordon Bennetta w międzynarodowych zawodach balonowych: w 1933 roku w Chicago (USA), przelatując balonem SP-ADS "Kościuszko" (2200 m³) odległość 1361 km od miejsca startu w Chicago do Aulmes w Kanadzie, utrzymując się w powietrzu przez 39 godzin i 39 minut, i w 1935 roku w Warszawie, przelatując na balonie "Polonia II" wraz z W. Wysockim odległość 1650,47 km w czasie 57 godzin i 54 minuty i lądując w Tiszkino pod Stalingradem (Wołgogradem). Jednocześnie ustanowili oni rekordy świata odległości i długotrwałości lotu w swojej klasie.
Z kolei największym polskim wyczynem szybowcowym przed 1939 rokiem związanym z Kresami był przelot w 1938 roku Tadeusza Góry na trasie Bezmiechowa – Soleczniki Małe koło Wilna (578 km), za który otrzymał jako pierwszy w świecie najwyższe odznaczenie lotnicze ustanowione przez Międzynarodową Federację Lotniczą - Medal Lilienthala. W 1939 roku Tadeusz Góra wziął udział w Międzynarodowym Zlocie Szybowcowym we Lwowie (konkurs ISTUS), gdzie na szybowcu PWS-101 zajął II miejsce.

Dzienniki polskie w Brześciu

Brześć nad Bugiem (ob. Białoruś) należał do Polski do 1945 r. i był stolicą województwa poleskiego. W okresie międzywojennym w mieście ukazywały się następujące dzienniki polskie: „ABC” 1926-28, „Dziennik Brzeski” 1936-39, „Echo Poleskie” 1925, „Express Poleski” 1923-35, „Kurier Polesia” 1923-25, „Kurier Poleski” 1925, „Kurier Poleski” 1935-39 i „Poleski Głos Codzienny” 1926.

Polski piewca Polesia

Piewcą Polesia po 1945 na emigracji był płk. dypl. Franciszek Wysłouch ur. w Pirkowiczach na Polesiu, legionista, a podczas II wojny światowej żołnierz spod Monte Cassino; odznaczony Krzyżem Walecznych i orderem Virtuti Militari. Przed wojną był redaktorem miesięcznika „Nasze Okolice”, przeznaczonego dla rolników Polesia i Wileńszczyzny. Po wojnie osiadł w Londynie. Autor wydanych w Londynie książek Opowiadania poleskie, Na ścieżkach Polesia, Echa Polesia, w których opisywał zarówno krajobrazy, jak i mieszkańców Polesia i ich archaiczne zwyczaje; książki po 1989 r. doczekały się druku także w kraju.

Kościół katolicki we Lwowie i Małopolsce Wschodniej w okresie okupacji sowieckiej 1945-91

W 1939 roku na terenach Małopolski Wschodniej, które dzisiaj należą do Ukrainy żyło ok. 1 200 000 rzymskokatolików, którzy w ponad 95% byli Polakami, z tego ok. 1 025 00 w ukraińskiej dzisiaj archidiecezji lwowskiej i 175 000 w ukraińskiej dzisiaj części diecezji przemyskiej. Na tym terenie było w 1938 roku 396 parafii katolickich w archidiecezji lwowskiej i 74 w diecezji przemyskiej i pracowało w nich odpowiednio ok. 780 i 90 księży diecezjalnych. Czyli razem było 470 parafii i ok. 870 księży diecezjalnych.
Po ponownym włączeniu Małopolski Wschodniej do Związku Sowieckiego w 1944 okupant sowiecki wypędził zdecydowaną większość Polaków z tego terenu w latach 1944-46, a większość z pozostałych tu po 1946 roku wypędził ponownie w latach 1957-58 do okupowanej przez siebie Polski w jej nowych granicach. Po 1958 roku w sowieckiej Małopolsce Wschodniej nie mieszkało więcej jak 50-75 tysięcy katolików, ciągle głównie Polaków.
Jednocześnie komuniści sowieccy przystąpili do wyjątkowo brutalnej likwidacji Kościoła katolickiego w okupowanej przez siebie Małopolsce Wschodniej. Po pierwszym wypędzeniu Polaków, w 1946 w całej Małopolsce Wschodniej czynnych pozostało po 1947 roku zaledwie 27 kościołów w następujących miejscowościach: Lwów (4 kościoły, od 1962 r. 2 kościoły), Stanisławowie (do 1961), Stryju, Żydaczowie (do 1960), Złoczowie, Szczercu, Podwołoczyskach (do lat 50.), Pomorzanach (do 1960), Chomiakówce (do 1961), Łosiaczu (do lat 50.), Dunajowie (do 1948), Czortkowie (do 1948), Borszczowie i Hałuszczyńcach na terenie archidiecezji lwowskiej i w: Drohobyczu (do 1949), Mościskach-Zakościelu (1948), Biskupicach (do 1958), Samborze parafialny i kościół bernardynów (do 1952), Dobromilu, Mościskach, Niżankowicach (do 1948), Strzałkowicach (do 1958), Łanowcach (do 1960) i Nowym Mieście na terenie diecezji przemyskiej. W parafiach tych pracowało ok. 30-35 księży, albo, jak podają inne dane, ok. 43 księży.
Do 1970 roku liczba czynnych kościołów spadła do 11 kościołów: Lwów: katedra i kościół św. Antoniego, Hałuszczyńce, Borszczów, Złoczów, Szczerzec i Stryj w archidiecezji lwowskiej oraz Sambor, Mościska, Dobromil i Nowe Miasto w diecezji przemyskiej. Pracowało w nich zaledwie 8 kapłanów w 1970 roku i 9 w 1984 roku: o. Rafał Kiernicki OFM Con. (1912-1995), ks. Ludwik Kamilewski (ur. 1946), ks. Kazimierz Mączyński (1928-1996), ks. Marcjan Trofimiak (ur. 1947), bp Jan Cieński (1905-1992), ks. Augustyn Mednis (ur. 1932) na terenie archidiecezji lwowskiej oraz ks. Józef Legowicz (ur. 1952), ks. Kazimierz Mączyński i ks. Jan Szetela (1912-1994) na terenie ukraińskiej części diecezji przemyskiej. Ci młodzi księża byli wychowankami seminarium duchownego w Rydze, w którym studiowali nieliczni Polacy pochodzący z sowieckiej Ukrainy.

Taki stan Kościoła katolickiego w Małopolsce Wschodniej na terenie sowieckiej Ukrainy utrzymał się do końca lat 80. XX

W 1967 roku Stolica Apostolska mianowała tajnego biskupa dla katolików obrządku łacińskiego w granicach Ukraińskiej SSR w osobie proboszcza parafii Złoczów - ks. mgra Jana Cieńskiego (1905-1992); sakry biskupiej udzielił mu w konspiracyjnych warunkach prymas Polski kard. Stefan Wyszyński 30 IX1967 roku w Gnieźnie. Jednak bp Jan Cieński nie mógł sprawować faktycznej władzy biskupiej i duchowni polscy pracujący we Lwowie i Małopolsce Wschodniej do 1991 roku podlegali oficjalnie władzy arcybiskupa ryskiego.

Prasa polska w Tarnopolu

Tarnopol w Małopolsce Wschodniej (ob. Ukraina) był do 1945 miastem polskim i w latach 1921-39 stolicą województwa tarnopolskiego; tylko 15% ludności miasta stanowili Ukraińcy. W mieście od 1864 do 1939 było wydawanych w różnych latach 37 czasopism polskich, z których najważniejszymi były: tygodniki: „Echo Podolskie” 1926-29, „Gazeta Podolska” 1937-39, „Głos Podolski” 1895-1913, „Głos Polski” 1904-39, „Hasło” 1938, „Podolanin” 1901-06, „Przegląd Podolski” 1925-28, „Tygodnik Podolski” 1903-13, „Tygodnik Tarnopolski” 1903-04 oraz miesięcznik „Echo Nauczycielskie” 1931-39 i roczniki: „Towarzysz Duchowieństwa Katolickiego” 1864 – jedno z pierwszych polskich czasopism katolickich w Małopolsce Wschodniej oraz „Rocznik Podolski. Organ Podolskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk” 1938.

Sokołówka w Małopolsce Wschodniej

Sokołówka to duża wieś, nazywana z tego tytułu miasteczkiem, która przed wojną leżała na terenie powiatu złoczowskiego w woj. tarnopolskim. W okolicy mieszkało od bardzo dawna dość dużo Polaków, skoro już w 1628 roku została założona parafia katolicka w pobliskim Toporowie (2946 parafian w 1938 r.), a już w XIX w. czynna była w Sokołówce szkoła polska. Warto zaznaczyć, że pod koniec XIX w. w Sokołówce mieszkało także 694 żydów, z których aż 656 przyznało się do narodowości polskiej, a 38 do niemieckiej. W Sokołówce 16 lutego 1665 roku zmarł wojewoda ruski (lwowski) i słynny z męstwa hetman polny wojska polskiego Stefan Czarniecki, o którego bohaterskich walkach jest mowa w polskim hymnie narodowym „Jeszcze Polska nie zginęła...”.

Anglista polski z Wołynia

Pierwszym polskim podręcznikiem do nauki języka angielskiego była książka pod tytułem „Gramatyka dla Polaków chcących się uczyć języka angielskiego” wydana w Warszawie w 1788 roku. Jej autorem był ks. Julian Antonowicz, bazylianin w Włodzimierza na Wołyniu (Włodzimierz Wołyński), nauczyciel tamtejszej szkoły polskiej. Ks. Antonowicz (zm. 1824) jest pierwszym twórcą polskiej transkrypcji fonetycznej języka angielskiego i uchodzi za pierwszego anglistę w Polsce.

Z Wołynia do Torunia

W lipcu 1988 r. biskup ordynariusz chełmiński Marian Przykucki w krypcie kościoła św. Jakuba w Toruniu poświęcił tablicę pamiątkową, która upamiętnia pochowanego w tym kościele w 1950 r. biskupa-wygnańca Adolfa Szelążka – od 1925 r. ordynariusza diecezji łuckiej na Wołyniu. Biskup Szelążek, aresztowany przez sowieckie NKWD 5 stycznia 1945 r., po rocznym pobycie w więzieniu w Kijowie został w 1946 r. wysiedlony do pojałtańskiej Polski, a więc zmuszony do opuszczenia terenu swej diecezji, która na skutek wojny i wywołanych nią zmian terytorialnych Polski w całości znalazła się na terytorium Związku Sowieckiego.

Ukraińcy a „Cud nad Wisłą” 1920 roku

Nie od dzisiaj wielu Ukraińców miało i ma pretensje do Polaków, że przemilczają udział ukraińskich oddziałów w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku, a konkretnie ich rzekomo duży udział w zwycięskiej bitwie pod Warszawą – tzw. Cudem nad Wisłą.

O tym, że „do zwycięstwa nad Wisłą i Wieprzem przyczyniły się ukraińskie formacje sojuszniczych wojsk Ukraińskiej Narodowej Republiki” pisało nawet najpoważniejsze czasopismo ukraińskie – wychodzący w Monachium miesięcznik „Suczasnist” (luty 1977). A na gruncie australijskim o rzekomym wkładzie Ukraińców w urzeczywistnienie „Cudu nad Wisłą” pisał Taras Jaskewycz tak w „Wiadomościach Polskich” (nr 24, 1970) jak i „Tygodniku Polskim” (13.6.1970).

Nigdy jednak o tym, że Ukraińcy mieli duży udział w bitwie warszawskiej i w ogóle w rozgromieniu hord bolszewickich w 1920 roku, nie pisali – zgodnie z prawdą – sami Polacy, czyli polscy historycy wojskowości. Wychodzącemu w Melbourne „Tygodnikowi Polskiemu” (17.8.1985 i inne numery) należy się pod tym względem pierwszeństwo.

Autorom tych niepoważnych wywodów, ludziom głoszącym ideę zbratania Polaków z Ukraińcami za wszelką cenę – nawet za cenę prawdy historycznej, chodziło o udział tych jednostek wojska ukraińskiego w obronie Zamościa przed Konarmią Budionnego w końcu sierpnia 1920 roku. Kiedy Budionny podszedł pod Zamość, miasto broniła zaledwie kilkusetosobowa (Józef Piłsudski w książce „Rok 1920” pisze na stronie 122: Na Bugu przeciwko 12-ej sowieckiej armii zostawiłem bardzo słabe siły – 7-mą dywizję w okolicach Chełma i bardzo słabą 6-tą ukraińską dywizję na południe od niej, pod dowództwem płk Bezruczko oraz polskie 3 bataliony wartownicze w sile 700 bagnetów, 1 szwadron 214 pułku ułanów i 3 pociągi pancerne. Jednak wkrótce (28.8.) w rejon Zamościa przybyło kilka nowych jednostek polskich z 31 pułkiem strzelców kaniowskich (2000 bagnetów, 38 karabinów maszynowych) na czele i płk Bezruczko poddał się pod rozkazy dowódcy 31 pułku, mjr Mikołajowi Bołtuciowi, któremu zasłużenie przypadł tytuł „bohaterskiego obrońcy Zamościa” (Stanisław Chomicz Obrona Zamościa w 1920 r. „Tydzień Polski”, Londyn 11.9.1971).

Oczywiście nie jest niczyją intencją pomniejszać bohaterstwo tej maleńkiej grupki petrulowców (tylko 800 żołnierzy!) walczących za swoją i naszą wolność z nawałą bolszewicką u boku armii polskiej pod Zamościem, ale w imię prawdy historycznej należy przytoczyć słowa generała ukraińskiego Mychajła Krata, który w nowojorskich „Wistiach Kombatanta” w 1962 roku napisał:

„Niektórzy twierdzą, że Zamość był przesłanką do polskiego cudu nad Wisłą. Takie twierdzenie jest absurdalne i tylko kompromituje nas i naszą prasę. Bitwa warszawska została ukończona już 15-16 sierpnia, a bitwa pod Zamościem rozpoczęła się 29 sierpnia. Nie będziemy Polakom odbierać ich sławy, bo i nam naszej wystarczy”.

Te słowa mówią same za siebie i powinny ostudzić tych wszystkich Ukraińców i Polaków, którzy wyolbrzymiają rolę Ukraińców w naszym rozgromieniu Rosjan w 1920 roku.

W ogóle ilość wojsk ukraińskich biorących udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 roku była tak mała (raptem ok. 4000 w marszu na Kijów i rzekomo 17 000 po zajęciu Ukrainy, które to liczby podaje w swoich wspomnieniach ukraiński generał Paweł Szandruk), że ich rola w tej wojnie była siłą rzeczy znikoma (armia polska w tej wojnie miała 360 tys. ludzi, a Armia Czerwona 950 tys. ludzi).

O zwycięstwie polskim nad bolszewikami zadecydowały bitwy warszawska i niemeńska, w których Ukraińcy w ogóle nie brali udziału, chyba że po stronie bolszewickiej (ukraińska Czerwona Armia Halicka – 5000 ludzi).

A szkoda, by gdyby udało się zorganizować sześć zaplanowanych przez Piłsudskiego i Petlurę pełnych dywizji ukraińskich, to kto wie, jakby potoczyły się losy wojny polsko-bolszewickiej według pierwotnie zaplanowanego planu. Najprawdopodobniej już wtedy powstało by wolne państwo ukraińskie sprzymierzone z Polską. A co najważniejsze, naszego współżycia nie zakłócała by sprawa granicy, gdyż rząd ukraiński Semena Petlury w tzw. umowie warszawskiej z 21 kwietnia 1920 roku dobrowolnie zrezygnował z Małopolski Wschodniej (Lwowszczyzna) i Wołynia na rzecz Polski.

Marian Kałuski

Wersja do druku

Bronis - 31.03.13 20:56
Lubomir wspomina o podstawionych Polakach do zakupu ziemi na Pomorzu Zachodnim przez Niemców. Nie wiem , czy tak jest, może to tylko domysły. Ale gdyby tak było to byłby bardzo zły znak.Powinniśmy to sprawdzać i jeżeli znajdą się tacy "podstawieni" to powinniśmy ich potraktować tak . jak traktowaliśmy volksdeutschów.

Bronis - 31.03.13 9:28
Sformułowania tego typu jak "żarłoczny nacjonalizm ukraiński" są nie przyzwoite. Są obraźliwe i wywołują niesmak. Jestem Polakiem urodzonym na Podolu , w rodzinie z tradycjami polskimi, zwiedzałem Ukrainę w latach 90-tych XX wieku i trzykrotnie po roku 2000-nym. Nie zauważyłem "żarłocznego" nacjonalizmu. Stawiają pomniki Banderze i nie jest to sympatyczne dla polskich oczu, ale im więcej będziemy mówić o ich żarłoczności i jakimś wrodzonym okrucieństwie, tym więcej będzie tych pomników i wypowiedzi kontra. Powinni śmy , jako Polacy, zachować pewien umiar, zrozumienie, że chcą umocnić swój patriotyzm, że może być w tym jakaś przesada jako pewnego rodzaju choroba dziecięca, ale nie ma w tym nic żarłocznego. Nasze najgorsze polskie męty podbijają sobie bębenka lekceważąc Ukraińców w wyniosłości niczym nie uzasadnionej. Wielkość narodu uwidacznia się w uzasadnionej dumie idącej w parze ze skromnością i życzliwością dla drugiej strony. Jako Polacy powinnismy pamiętać, że nasi przodkowie byli naprawdę wielkimi na Ukrainie, ale wielu z naszych nie dorosło do kierowania sprawami Ukraińców i ta zła scheda jest przez Ukraińców pokazywana i przeżywana. Gadanie o żarłoczności nacjonalizmu ukraińskiego, itd itp tylko potwierdza, że jeszcze potrzeba refleksji nad przeszłością polską , więcej samokrytycyzmu i umiaru.

Lubomir - 01.02.13 13:14
Kiedy trzeba bronić polskości Szczecina, Opolszczyzny i Wileńszczyzny, Wojsko Polskie biega po pustyniach Iraku i skalistych górach Afganistanu. Nie zapowiada to niczego dobrego na przyszłość. Niemcy poprzez podstawionych 'słupów' wykupują polską ziemię m.in. na Pomorzu Zachodnim i Dolnym Śląsku, podczas gdy o ziemie bezprawnie zabrane Polakom na Litwie i Żmudzi, nie ma komu upomnieć się. Ba, nawet na ziemiach Wielkiej Polski, na ziemiach Polski Jagiellońskiej nie wolno przyznawać się do swojej polskości. Ostatnio wicemer Kowna, lider szowinistycznej organizacji 'Młoda Lietuva' Stanisław Buszkiewicz - Stanislovas Buśkevićius zgłosił chęć wysłania bojówkarzy do likwidacji tablic z polskimi nazwami w Solecznikach i okolicy. Powszechna absencja dyplomacji określającej się mianem 'polska', zachęca do działań bezprawnych, ba - antyunijnych. Dla tego typu 'unionistów' bliskie 'unii' są: Irak, Afganistan i Mali.

Wszystkich komentarzy: (3)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

26 Maja 1940 roku
Koło Narwiku niemieckie samoloty zatopiły brytyjski lekki krążownik "Curlew".


26 Maja 1910 roku
Urodził się Laurance Rockefeller, amerykański finansista i filantrop (zm. 2004)


Zobacz więcej