Środa 22 Maja 2019r. - 142 dz. roku,  Imieniny: Emila, Neleny, Romy

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 16.01.13 - 23:23     Czytano: [2273]

Wypędzać i mordować Polaków


O tym czy Rusini z Małopolski Wschodniej są Ukraińcami i pokrewne sprawy

Czy Rusini z Małopolski Wschodniej są Ukraińcami?
Na to pytanie należy odpowiedzieć: i tak i nie.

Każdy z nas ma prawo zadecydować o tym jakiej jest narodowości. Oczywiście muszą być jakieś podstawy do wyboru danej narodowości. Np. Eskimos z dziada pradziada i czystej krwi eskimoskiej, który nigdy nie miał i nie ma żadnych związków powiedzmy z Wietnamem i Wietnamczykami, nie może twierdzić że jest nikim innym jak tylko Wietnamczykiem.

Rusini z Małopolski Wschodniej też mieli i mają prawo zadecydować o swojej narodowości. I ich decyzję w tej sprawie należy respektować. Mamy jednak prawo przeanalizować ich ostateczną decyzję, tym bardziej, że nie należą oni do narodów, których narodowość nie podlega dyskusji. Np. Niemcy zawsze byli Niemcami, a Polacy Polakami i nikt i nic tego nie zmieni. Natomiast o tym czy Żmudzini są Litwinami, a Mołdawianie Rumunami mamy prawo dyskutować, gdyż oni sami o tym dyskutują. Podobnie jest z Rusinami z polskiej Małopolski Wschodniej, która obecnie, od 1945 roku, jest częścią Ukrainy i nazywana Zachodnią Ukrainą.
.......

Rusini z Galicji Wschodniej/Małopolski Wschodniej/obecnie Zachodniej Ukrainy w sprawach dotyczących ich narodowości są podobni do Austriaków.

Austriacy to naród pochodzenia germańskiego, którego językiem ojczystym jest język niemiecki, czy raczej w dzisiejszych czasach jego odmiana austriacka. Poza tym kultura austriacka jest zbliżona do kultury niemieckiej. Dlatego każdy Austriak może śmiało uważać się za Niemca, co potwierdził okres międzywojenny i II wojny światowej. W hitlerowskiej Austrii zdecydowana większość Austriaków dobrowolnie uważała się za Niemców, a Austrię za nieodłączną część Niemiec, domagając się przed 1938 rokiem przyłączenia jej do Niemiec (Anschluss). Przecież sam Adolf Hitler pochodził z Austrii, a uważał się za Niemca i chciał budować Wielkie Niemcy (Gross Deutche Reich) – tysiącletnią Rzeszę Niemiecką.

Ze względu na język jakim się posługują mieszkańcy Austrii i podobieństwo kultury austriackiej do kultury niemieckiej, Austriacy byli i niekiedy i dzisiaj są uważani za Niemców. Jednak ich etnogeneza jest bardziej złożona.

Otóż na dzisiejszy naród austriacki składają się wyniki wielu nasunięć i przemieszczeń etnicznych od czasów starożytnych do pierwszych wieków panowania dynastii Habsburgów. Np. duże obszary dzisiejszej Austrii (wschodnia Styria, Karyntia, Dolna Austria – na której leży Wiedeń i Burgenland) zamieszkiwali w drugiej połowie pierwszego tysiąclecia po narodzeniu Chrystusa i aż po średniowiecze Słowianie. Później Austria i Austro-Węgry były krajem wieloetnicznym. Dlatego w żyłach dzisiejszych Austriaków płynie krew wielu ludów i narodów. W tym także krew polska, bo wielu Austriaków mieszkało przejściowo w okupowanej przez Austrię Galicji, a wiele tysięcy Polaków mieszkało w Wiedniu, mieszając się z Austriakami (mieszane małżeństwa) i asymilując się, czego nie można powiedzieć o Rusianach-Ukraińcach, którzy ze względu na swe pochodzenie społeczne (w 95% małorolni chłopi) nie osiedlali się w większej liczbie w Austrii i jej stolicy. No i na koniec, kraje niemieckie od XVI w., szczególnie północne, w tym coraz potężniejsze Prusy – które w 1870 roku zjednoczyły większość państewek niemieckich w jedno państwo niemieckie - Niemcy, były protestanckie z mniejszością katolicką; tylko na południu przewagę mieli katolicy (np. Bawaria 70%). Natomiast Austriacy byli i są katolikami.

Także historia nie łączy aż tak bardzo Niemców i Austriaków, chociaż pierwsze wieki historii Austrii to historia narodu niemieckiego: od IX w. Marchia Wschodnia (marchia austriacka, Ostmark) i od 1156 Austria była dziedzicznym księstwem Rzeszy Niemieckiej (Oesterreich). Jednak od czasu panowania dynastii Habsburgów (od 1276) kraj ten coraz mniej związany był z narodem niemieckim, chociaż Austriacy i Niemcy utrzymywali ze sobą bliskie kontakty. Doszło nawet do dwóch znaczących w historii wojen między protestanckimi Prusami, a katolicką Austrią: w 1741-48 (Austria straciła Śląsk) i w 1866 roku (całkowite wyparcie politycznych wpływów Austrii w niektórych państewkach niemieckich).
.......

Tak jak z Austriakami podobnie było i jest z Rusinami z dzisiejszej tzw. Zachodniej Ukrainy (Małopolska Wschodnia).

W drugiej połowie pierwszego tysiąclecia po narodzeniu Chrystusa ziemie dzisiejszej Białorusi, zachodnie połacie dzisiejszej Rosji oraz ziemie dzisiejszej Ukrainy na wschód od Styru na Wołyniu i Grodów Czerwieńskich (Małopolski Wschodniej) zamieszkiwali wschodni Słowianie (dzisiejsi Białorusini, Rosjanie i Ukraińcy) nazywani wszyscy Rusinami gdyż stanowili wówczas jeden naród, a ich państwa są znane w historii jako: Ruś Nowogrodzka (ok. 860 – 1478), Ruś Kijowska (862 – 1240), Ruś Włodzimiersko-Suzdalska (X – 1252), Ruś Czarna (1084 – 1441), Księstwo Połockie (X – 1394) i wreszcie Ruś Moskiewska (od 1328). Przyjmuje się, że słowo „Ruś” pochodzi od ugrofińskiego słowa „Ruotsi”, które oznacza "wojownik, mieszkaniec wybrzeża" i być może także „wiking” i prawdopodobnie jest związane z nordyjsko-ugrofińskimi początkami Rusi Nowogrodzkiej, założonej przez wikinga Ruryka (zm. 879), protoplastę rodu Rurykowiczów, panujących na Rusi.

Ziemie Małopolski Wschodniej, czyli Zachodniej Ukrainy, w czasie pierwszego okresu tworzenia się państw ruskich nie należały do Rusi Kijowskiej (tereny dzisiejszej środkowej Ukrainy). Zamieszkiwało je plemię lechickie (z których powstał naród polski) Biali Chorwaci. Za plemię polskie, a nawet za protoplastów Polaków, uważał je także Nestor (1050 – 1114), kronikarz, mnich peczerskiego monasteru w Kijowie, redaktor jednego z najstarszych latopisów ruskich – „Powieści minionych lat” (1113), w którym opisał historię Rusi od IX do XII wieku. Zachodnia część Małopolski Wschodniej, zwana wówczas i znana w historii XI w. jako Grody Czerwieńskie, znalazła się pod panowaniem księcia Mieszka I, który był jednoczycielem ziem lechickich (polskich) i założycielem państwa polskiego ok. 960 roku.

W swym latopisie Nestor pod rokiem 981 pisze, że książę Rusi Kijowskiej Włodzimierz napadł na Polskę i zagarnął Grody Czerwieńskie „i że sut do seho dnia (początek XI w. – M.K.) pod Rusiu” (zwróćmy uwagę na fakt, że pierwszym wydarzeniem w dziejach stosunków polsko-ruskich/ukraińskich był napad Rusi na Polskę i grabież polskich ziem!). Z tym że w międzyczasie Polska – władcy polscy rewindykowali dwukrotnie Grody Czerwieńskie: należały ponownie do państwa polskiego w latach 1018-31 i 1069-86/90. Zajmując POLSKIE ziemie Ruś Kijowska wykorzystywała osłabienie polityczne Polski. Zajęte ostatecznie przez Ruś ok. 1090 roku uległy całkowitej rutenizacji najpierw z powodu deportacji przez księcia Jarosława Mądrego znacznej części ludności polskiej nad rzekę Roś (Naddnieprze) po podboju z 1031 roku (o czym pisze Nestor), a potem w wyniku działalności ruskiej Cerkwi prawosławnej na tym terenie, będącej od 1054 roku w stanie schizmy wobec Kościoła katolickiego. Na ziemi tej i okolicznych obszarach powstało w 1097 roku Księstwo Halickie pod rządami Rościsławiczów, które w 1199 stało się Księstwem Halicko-Włodzimierskim, istniejącym do 1340 roku. Lata1099, 1206, 1215-16 i 1219-21 były okresem wpływów węgierskich w księstwie; w 1206 roku Ruś Halicko-Włodzimierska była pod rządami króla węgierskiego Andrzeja II, w 1215 roku jego syn Koloman został koronowany na króla Halicza (który otrzymał w związku z zaręczynami z córką księcia polskiego Leszka Białego – Salomeą) i panował do 1216 roku oraz w latach 1219-21. Także książęta polscy (np. Bolesław Krzywousty, Kazimierz Sprawiedliwy, Leszek Biały) nie rezygnowali ze swych praw do tej ziemi, odziedziczonych po przodkach, stale roszcząc pretensje do tej starej piastowskiej ziemi, a w latach 1323-40 ostatnim księciem Rusi Halicko-Wołyńskiej był Jerzy II, syn piastowskiego księcia mazowieckiego Trojdena. W żyłach władców Rusi Halickiej i Halicko/Wołyńskiej płynęło tyle krwi polskiej, iż, jak pisał historyk ukraiński Miron Korduba: „nawet nowoczesna analiza chemiczna nie potrafiłaby odróżnić krwi piastowskiej od krwi Rurykowiczów”.

Od 1241 do 1340 roku Ruś Halicko-Wołyńska była pod zwierzchnictwem chanatu tatarskiego. Tatarzy wszczepili w ducha rusińskiego mentalność wschodnią (m.in. chytrość i przebiegłość, które są cechą charakteru Rusinów-Ukraińców po dziś dzień: Kazimierz Chłędowski „Pamiętniki” 1957) i barbarzyństwo.

Ruś Halicka-Ruś Halicko-Włodzimierska nigdy nie była etnicznie czysto ruska. W żyłach tutejszych Rusinów płynęło i płynie dużo krwi lechickiej/polskiej już od XI wieku. A poza tym kraj ten był etnicznie wielokulturowy. Oprócz Rusinów z dużą domieszką krwi lechicko/polskiej mieszkali tu także etniczni Polacy, Ormianie, Niemcy, Żydzi i na pewno trochę Tatarów i innych ludów, jak np. Wołosi - naród o pochodzeniu romańskim, wywodzący się z Półwyspu Bałkańskiego, którzy od ok. 1370 roku do XVI w. masowo zasiedlali Beskidy. Poprzez asymilację z ludnością ruską dali początek grupom etnicznym – Hucułom, Bojkom i Łemkom, które Ukraińcy uważają za ukraińskie, co nie jest prawdą. Tym bardziej, że np. dzisiaj wielu Łemków (np. w Polsce i Słowacji) otwarcie protestuje przeciwko nazywaniu ich Ukraińcami; także przed wojną wielu Hucułów nie uważało się za Ukraińców i byli oni lojalni wobec państwa polskiego. Tak więc Beskidy Wschodnie do 1945 roku na pewno nie były ziemiami etnicznie ukraińskimi, a ich ludność ukraińską.

W 1340 roku Ruś Halicka, czyli dzisiejsza Małopolska Wschodnia weszła w skład państwa polskiego drogą spadkobrania. Ostatni władca Rusi Halicko-Wołyńskiej, książę Jerzy II (pochodzenia piastowskiego) zmarł bezdzietnie w 1340 roku i w swoim testamencie uczynił króla polskiego Kazimierza Wielkiego spadkobiercą jego księstwa, co było praktykowane w dawnych wiekach. Polska za pośrednictwem swego króla stała się więc w całkowicie legalny sposób władcą Rusi Halicko-Wołyńskiej. Od tej pory, z przerwą w latach 1375-87 kiedy to wspólny król Węgier i Polski przyłączył Ruś Halicką do Węgier, i aż do 1772 roku Ruś Halicka należała do Polski. Nawet podczas zaboru austriackiego to była POLSKA ziemia, bo żyła ona polskim życiem, bo chociaż we Lwowie (i w całej Galicji) administracja do 1867 roku była w rękach okupanta i język niemiecki był językiem urzędowym, to miasto mówiło na co dzień po polsku i pomimo ucisku germanizacyjnego w mieście ukazywały się polskie czasopisma i działał polski teatr, a w licznych kościołach modlono się po polsku! (Rusini-Ukraińcy twierdzą, że Lwów i Galicja w latach 1772-1918 nie były Polską, że to była Austria; to tak jakby ktoś twierdził, że Warszawa w latach 1815-1915 nie była polskim tylko rosyjskim miastem, tylko dlatego, że była pod okupacją rosyjską). Dlatego nikt nie ma większego prawa historycznego do tej ziemi jak właśnie Polacy (prawie wszyscy Rusini byli chłopami, a chłopi do 2. poł. XIX w. prawie nie uczestniczyli w życiu państw). W 1434 roku Ruś Halicka wraz z należącym do Polski Podolem otrzymała prawa polskie, przez co została zrównana z resztą ziem polskich. Od XV w. była nazywana Rusią Czerwoną. W nazwie tej zespoliły się dwa motywy: Grodów Czerwieńskich oraz miano Białych Chorwatów (Chrobatów) Czerwonych. Od 1434 roku ziemia ta nazywana była potocznie także „województwem ruskim”, które powstało w tymże roku ze stolicą we Lwowie. Województwo ruskie było jednostką administracyjną wyższego stopnia Korony Królestwa Polskiego i wchodziło w skład prowincji Małopolska do 1772 roku.

Przyłączona do Polski Ruś Halicka była krajem zniszczonym i bardzo wyludnionym przez najazdy tatarskie i Litwinów. Toteż król Kazimierz Wielki założył obok zniszczonego Lwowa nowy Lwów – polski Lwów, w którym osiedlali się Polacy, koloniści niemieccy, Ormianie, Żydzi i przedstawiciele innych nacji. W polskim Lwowie ludność ruska nigdy nie przekraczała 20% ogółu ludności (w 1939 stanowiła 15% mieszkańców miasta) i w jego historii do XX w. była prawie nieobecna. Podobnie było we wszystkich innych miastach województwa ruskiego, które założyli Polacy lub którym nadali prawa miejskie. Na wyludnione tereny, do nowozakładanych wsi napływała także ludność polska z etnicznych ziem polskich. W 1931 roku Rusini-Ukraińcy stanowili 59% ogółu ludności Małopolski Wschodniej (tereny przyłączone do ZSRR w 1939), ale na pewno nie wszyscy byli nacjonalistycznymi zboczeńcami. Setki tysięcy Rusinów było lojalnymi obywatelami polskimi i żyło w harmonijnej zgodzie z Polakami. Były w Małopolsce Wschodniej powiaty w których Polacy stanowili bezwzględną większość (9: lwowski, mościski, przemyski, kamionecki, przemyślański, skałacki, tarnopolski, trembowelski, zbaraski) lub połowę ludności (7 powiatów: drohobycki, rudecki, sanocki, brzeżański, podhajecki, zborowski, złoczowski) oraz ponad 40% ludności (8 powiatów: samborski, brzozowski, gródecki, lubaczowski, borszczowski, buczacki, czortkowski, kopyczyński), a w żadnym mieście Rusini-Ukraińcy nie stanowili większości ludności; zdecydowanie dominowała w nich ludność polska i żydowska, która uległa dużej polonizacji. Stąd od 1340 roku do 1945 roku województwo ruskie-Galicja Wschodnia-Małoplska Wschodnia nigdy nie były ziemiami etnicznie ruskimi/ukraińskimi – był to kraj wieloteniczny, do którego mieli prawo wszyscy jego mieszkańcy. Niektórzy Polacy żyli na tej ziemi aż 600, 500, 400, 300 czy 200 lat. To była ICH ziemia. Mieli do niej takie samo prawo jak ich sąsiedzi Rusini. Rusini-Ukraińcy nie mieli żadnego prawa ich stamtąd wyrzucać za San czy wręcz masowo mordować, tylko dlatego, że sobie ubzdurali w swoje bezdennej nacjonalistycznej głupocie, że to ziemie etnicznie ukraińskie i że tylko oni mają prawo na nich mieszkać. Kraj był więc wieloetniczny, a najważniejszą, chociaż nie najliczniejszą, była polska grupa etniczna. Ktoś musiał być panem tej ziemi. W 1918 roku Polacy byli predestynowani do tego pod każdym względem: np. 80% podatków w Galicji Wschodniej płacili Polacy (!) i ponad 80-90% lekarzy, aptekarzy, dentystów, inżynierów, architektów, techników itd. stanowili Polacy i żydzi. Administracja była w rękach polskich. Przemysł i górnictwo było w rękach polskiej administracji, inżynierów, techników itd. Bez nich państwo rusko-ukraińskie nie mogło by normalnie funkcjonować! (a przecież chcieli oni wszystkich Polaków wypędzić lub wymordować). Gdyby udało się im otworzyć uniwersytet ukraiński to z braku wysoko kwalifikowanych akademików byłby to przez wiele lat uniwersytet na poziomie fachowej szkoły średniej; np. absolwenci medycyny byliby nie lekarzami a jedynie felczerami.

Po I rozbiorze Polski, dokonanym przez Rosję, Prusy i Austrię w 1772 roku, do tego ostatniego państwa została przyłączona cała południowa Polska, a więc także i województwo ruskie. Austria nazwała te ziemie Królestwem Galicji i Lodomerii, w powszechnie używanym skrócie Galicją. Etnicznie polska część Galicji, w której głównym miastem był Kraków była nazywana przed 1918 rokiem Galicją Zachodnią, polsko-ruska część z głównym miastem i zarazem stolicą całej Galicji Lwowem – Galicją Wschodnią.

W listopadzie 1918 roku, w wyniku przegranej I wojny światowej upadła nie tylko monarchia habsburska, ale upadły także Austro-Węgry. Diabli wzięli Austrię i dzisiaj jest ona nic nie znaczącym kraikiem w Europie i Unii Europejskiej. Galicja Wschodnia była zamieszkiwana przez Polaków i Rusinów, z których część – nastawionych nacjonalistycznie i antypolsko z pomocą upadającej ale przed upadkiem ziejącej nienawiścią do Polaków i mściwej Austrii, uchwyciła władzę w arcypolskim Lwowie i wschodniej części Galicji i nazwali tę ziemię Zachodnioukraińską Republiką Ludową. Uzurpatorzy zostali po trzech tygodniach wyparci ze Lwowa przez polską ludność miasta, a z całego kraju w walkach trwających do lipca 1919 roku. Trwały tak długo bo Niemcy postanowili osłabić odradzającą się Polskę i stworzyć jej trudności koło Lwowa, aby nie miała sił do działania w okupowanej przez Niemców Wielkopolsce, Pomorzu i Gdańsku. Popierali nacjonalistów ukraińskich także dlatego, aby Polska była małym krajem i od wschodu miała wrogiego sobie sąsiada, a swego sojusznika w realizacji niemieckich planów na Wschodzie.

Polacy walczyli z dokonanym uzurpatorskim zamachem na Galicję Wschodnią przez nacjonalistów rusińsko-ukraińskich, których wsparli Austriacy, 1 listopada 1918 roku, bo nie chcieli być albo wymordowani, albo wypędzeni za San, albo obywatelami trzeciej czy czwartej klasy w barbarzyńskim i faszystowskim państewku ukraińskim oraz pozbawieni swej własności. A państwo polskie nie mogło obojętnie podejść do samego zamachu rusińsko-ukraińskiego w Galicji, a przede wszystkim przechodzić obojętnie nad tym co robili z Polakami zwyrodnialcy z tzw. rządu ukraińskiego. Przedstawiciele wszystkich innych narodów na całym świecie postąpili by podobnie, gdyby słyszeli co dzień takie hasła, które słyszeli Polacy: „Smert Lachom – sława Ukrainie”, „Lachy za San”, „Rizaty Lachiw”, „Lachiw budut rizaty i wiszaty”, „Dosyć już Lachy paśli się na ukraińskiej ziemi, wyrywajcie każdego Polaka z korzeniami”.

Niewielka przewaga ludnościowa rusińsko-ukraińska nie dawała im od razu MORALNEGO prawa do rządzenia Wschodnią Galicją, bo na pewno nie reprezentowali woli politycznej większości ludności Galicji Wschodniej, a przede wszystkim reprezentowali sobą barbarzyństwo w całym tego słowa znaczeniu. Mało kto dzisiaj z Polaków wie, że rząd tzw. Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej założył 9 obozów koncentracyjnych (w Kosowie, Mikulińcach, Kołomyi, Brzeżanach, Żółkwi, Złoczowie, Tarnopolu, Strusowie, Jazłowcu), w których więził i mordował Polaków (np. w Kosowie na 1500 więźniów zmarło prawie 900 osób), tylko dlatego, że byli Polakami. Oto historia jedenej z bardzo wielu zbrodni dokonanych przez władze rządu Zachodnioukraińskiej Republiki Ludowej: „W nocy z 26 na 27 marca 1919 r. Ukraińcy aresztowali (w Złoczowie, woj. tarnopolskie – M.K.) kilkunastu polskich kolejarzy, pod rzekomym zarzutem spiskowania wobec nowej władzy ukraińskiej. Podczas dwugodzinnych tortur próbowano wymusić na nich przyznanie się do winy, po czy wydano wyrok śmierci. W ten sposób zamordowano w Złoczowie (łącznie) 28 Polaków” (Wikipedia.pl: Złoczów).

Po wojnie polsko-rusińsko-ukraińskiej Galicja Wschodnia weszła w skład państwa polskiego. 21 kwietnia 1920 została zawarta pierwsza międzynarodowa umowa – zwana Umową warszawską – pomiędzy rządami Ukraińskiej Republiki Ludowej (rząd ukraiński w Kijowie) i Polski. Rząd polski uznał w niej istnienie URL i zrezygnował z roszczeń do ziem sięgających granicy Polski z 1772 roku. Natomiast rząd URL uznał granicę polsko-ukraińską na Zbruczu i przecinającą Wołyń na wschód od Łanowiec, Ostroga i Korca (pozostawiając Krzemieniec, Równe i Sarny po stronie polskiej). Oznaczało to zrzeczenie się przez Ukrainę – rząd ukraiński w Kijowie terenów leżących na zachód od określonej w umowie linii granicznej, co oznaczało przyznanie Polsce przez UKRAINĘ praw do Galicji Wschodniej-Małopolski Wschodniej. Z kolei po przegranej przez Związek Sowiecki wojnie z Polską we wrześniu-październiku 1920 roku i po upadku rządu Ukraińskiej Republiki Ludowej w Kijowie (całą Ukrainę zajęła Armia Czerwona), w traktacie pokojowym podpisanym w Rydze 18 marca 1921 przez Polskę oraz Rosyjską Federacyjną Socjalistyczną Republikę Radziecką i Ukraińską Socjalistyczną Republikę Radziecką (!), Rosja i Ukraina zrzekły się m.in. roszczeń do Galicji Wschodniej, przed 1914 rokiem wchodzącej w skład Austro-Węgier. Natomiast 15 marca 1923 roku nastąpiło międzynarodowe uznanie granic Polski: konferencja ambasadorów w Paryżu (organ ententy) uznała granice Polski z uwzględnieniem granicy wschodniej, zgodnej w traktatem ryskim. Tak więc także konferencja ambasadorów uznała przynależność Galicji Wschodniej-Małopolski Wschodniej do Polski.

W niepodległej i suwerennej od listopada 1918 roku Polsce zaistniała potrzeba nadania Galicji Wschodniej jakiejś nowej adekwatnej nazwy, o co wcale nie było trudno. Nie mogliśmy powrócić do anachronicznych nazw: Ruś Czerwona czy województwo ruskie (ziemię tę podzielono teraz na trzy województwa: lwowskie, stanisławowskie i tarnopolskie), a tym bardziej stosować nazwy narzuconej przez zaborcę austriackiego – Galicja czy nazywać ją jakąś Ukrainą, gdyż ziemia ta nigdy nie należała do ziem ukrainnych Rzeczypospolitej – Ukrainy, a poza tym nazwa ta w XX w. stała się nazwą geograficzno-polityczną dla ziem byłej Rusi Kijowskiej. Wybór padł łatwo na „Małopolska Wschodnia”, która to nazwa nawiązywała do faktu przynależności tej ziemi w latach I Rzeczypospolitej do prowincji Małopolska. Tak więc nazwa ta ma w pełni historyczne uzasadnienie.
.......

Nazwa „Ukraina” oznacza tyle co „ugranicze”, „pogranicze”, „krańce państwa” i znana była w języku stororuskim i polskim (używano ją w latopisach ruskich, np. Latopis kijowski z XII w., w odniesieniu do pogranicza Rusi Kijowskiej). Nigdy nie była jednak nazwą żadnego kraju ruskiego. Po upadku Rusi Kijowskiej raczej poszła w zapomnienie. Dlatego w obecnej swej etymologii jest nazwą polską – polskiego pochodzenia. Bowiem urzędowo nazwa ta została użyta po raz pierwszy w historii w 1590 roku w tytule polskiej konstytucji sejmowej według projektu kanclerza Jana Zamoyskiego: Porządek ze strony Niżowców i Ukrainy.Swą nazwą obejmowała jedynie województwa kijowskie, bracłwaskie i czernihowskie; nigdy nie obejmował Rusi Czerwonej (woj. ruskiego), Wołynia i Podola. I od tego czasu jest nazwą żywą po dziś dzień. W połowie XVII w. pojawiła się po raz pierwszy na mapach nazwa „Ukraina” w rozumieniu wielu prowincji Królestwa Polskiego i określająca ziemie między Bohem a Dnieprem, która użyta została przez francuskiego kartografa w służbie polskiej Guillaume le Vasseur de Beauplan (zm. 1675).

Jak widzimy, ziemie Rusi Czerwonej-województwa ruskiego – Galicji – Małopolski Wschodniej do 1939 roku nigdy po 1240 roku nie były związane z ziemiami byłej Rusi Kijowskiej, które od XVII w. stawały się kolebką narodu ukraińskiego.

Powróćmy więc na chwilę do dziejów byłych ziem Rusi Kijowskiej, do której do końca XI wieku wchodziły w różnych latach polskie Grody Czerwieńskie.

Po śmierci księcia kijowskiego Jarosława Mądrego w 1054 roku Ruś Kijowska uległa rozbiciu dzielnicowemu. Jednym z księstw ruskich było Księstwo Rostowsko-Suzdalskie, leżące w międzyrzeczu Oki i Wołgi. W 1156 roku jego kolejnym władcą został Andrzej I Bogolubski (zm. 1174), który przeniósł stolicę z Suzdalu do Włodzimierza nad Klaźmą; księstwo to jest znane w historii jako Ruś Włodzimiersko-Suzdalska. To właśnie to księstwo odegrało przodującą rolę w formowaniu się państwowości rosyjskiej i narodu rosyjskiego.

W 1169 roku Andrzej I Bogolubski opanował Kijów uzyskując tym samym tytuł wielkiego księcia. Nie przeniósł jednak swej stolicy do Kijowa, lecz po złupieniu miasta osadził tam swoich krewnych jako podległych książąt. W XIII-XIV w. wielcy książęta włodzimierscy stali się najpotężniejszymi władcami na Rusi północno-wschodniej. Do Włodzimierza nad Klaźmą w 1299 roku przeniósł na stałe siedzibę metropolitów kijowskich (tytułujących się metropolitami całej Rusi) sprawujący ten urząd od 1283 roku arcybiskup Maksym. Tym samym Kijów przestał być duchową stolicą prawosławnej Rusi. W 1328 roku Iwan Kalita przeniósł stolicę księstwa do Moskwy, do której wcześniej, bo ok. 1325 roku metropolita Piotr przeniósł tym razem na stałe rezydencję metropolitów kijowskich, rezydujących do tej pory we Włodzimierzu. W 1448 roku Cerkiew ruska (moskiewska) uzyskał niezależność od patriarchatu konstantynopolitańskiego (status autokefalii), a metropolita Jonasz tytuł metropolity moskiewskiego i całej Rusi, a więc także Rusi Kijowskiej. W 1589 roku metropolita moskiewski Hiob stał się pierwszym patriarchą Moskwy i Wszechrusi, której przez wieki i do dziś dnia podlega Kijów (Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego z siedzibą w Kijowie).

Najazd mongolski na księstwa ruskie w 1240/41 obrócił je w ruinę Ruś i wszystkie księstwa zostały uzależnione od mongolsko-tatarskiej Złotej Ordy. Sam Kijów, jak pisze historyk Mikołaj Karamzin („Istorija Kyjewa” 1960): „zniknął z powierzchni ziemi, a z całej wielkości jego tylko imię pozostało”. Sto lat później Litwa korzystając z osłabienia Złotej Ordy rozwinęła zaborczą ekspansję na ziemie ruskie, której zakończenie stanowiło zdobycie Kijowa przez Olgierda w 1363 roku. Od tej pory do 1569 roku ziemie byłej Rusi Kijowskiej należały do Wielkiego Księstwa Litewskiego. A chociaż od 1385 roku było ono związane unią z Polską, panami tej ziemi pozostawali Litwini, chociaż coraz większe były tu polskie wpływy językowo-kulturalne oraz stanowe (szlachta). Sprawiło to, że podczas kolejnej unii polsko-litewskiej – w Lublinie w 1569 roku szlachta ziem ukrainnych Litwy doprowadziła z własnej woli do włączenia ich do Korony (Polski).
.......

W XV-XVI wieku na bezludnych południowych obszarach województwa kijowskiego, zwanych Zaporożem, które oddzielały zamieszkałe tereny ziem ukrainnych od tatarskiego Chanatu Krymskiego, powstała Kozaczyzna, złożona z różnej maści i narodowości (z przewagą Rusinów) uzbrojonych awanturników, żyjących poza zasięgiem prawa Rzeczypospolitej. Mieli oni wywrzeć decydujący wpływ na dzieje ziem ukrainnych w XVII w. Chociaż Kozacy nie byli ludźmi religijnymi, Kozaczyzna stała się protektorem prawosławia na ziemiach ukrainnych. Jak już wiemy, w 1589 roku powstał prawosławny patriarchat moskiewski, którego zwierzchnicy nosili tytuł zwierzchników całej Rusi, a jeszcze wcześniej władca Moskwy Iwan III (1462-1505) rzucił hasło zjednoczenia ziem ruskich pod moskiewskim berłem. Toteż władze polskie dążyły do wyrugowania wpływu Moskwy na prawosławnych mieszkańców Rzeczypospolitej. Zapewnić to miała unia polskiej ludności prawosławnej z Kościołem katolickim przez uznanie papieża za głowę Kościoła i przyjęcie dogmatów katolickich, przy jednoczesnym zachowaniu prawosławnej liturgii, która została zawarta w Brześciu w 1596 roku. Niestety, nie wszyscy prawosławni przyjęli unię, co doprowadzało do licznych konfliktów religijnych, które wzmacniały często występujące konflikty społeczne, do których została rychło wciągnięta Kozaczyzna. W 1648 roku na czele Kozaków zaporskich stanął Bohdan Chmielnicki, który wypowiedział Polsce wojnę za to, że podstarościn czehryński, Daniel Czapliński napadł na jego chutor i porwał mu kochankę. Z tym, że na wojnę tę wyruszył pod sztandarami polskimi (!). Była to strasznie krwawa wojna, która trwała od 1648 do 1667 roku. Z wojny prywatnej Chmielnickiego stała się niebawem wojną religijno-narodową, gdyż powstańcy zaczęli dążyć do powstania państwa ruskiego-ukraińskiego i prawosławnej Ukrainy. Nie mogąc wygrać z Polską Chmielnicki poprosił o pomoc cara rosyjskiego. Po prostu w 1654 roku oddał dobrowolnie Rosji swoją Ukrainę, która pod jarzmem rosyjskim była do 1991 roku! Po dalszych nic nie rozstrzygając walkach nastąpił podział ziem ukrainnych Rzeczypospolitej między Polskę a Moskwę (Rosję); Rosji przypadł także Kijów, który był pod jej, a potem Związku Sowieckiego) panowaniem do 1991 roku (z krótkimi przerwami). Rosjanie szybko zlikwidowali Kozaczyznę, a w państwie rosyjskim Ukraińcy byli zawsze prześladowani i rusyfikowani. Nawet ci, którzy czuli się czy czują się Ukraińcami są bardzo zrusyfikowani duchowo, językowo, kulturalnie i pod każdym innym względem. Państwo ukraińskie powstało dopiero w 1991 roku po rozpadzie Rosji/Związku Sowieckiego.

Czy Bohdana Chmielnickiego można naprawdę uznawać za ukraińskiego bohatera narodowego?!

Jak duża różnica zachodziła między ziemiami ukrainnymi Rzeczypospolitej a województwem ruskim (Małopolską Wschodnią) oraz między Rusinami z ziem ukrainnych, a Rusinami z województwa ruskiego już w dobie powstania Chmielnickiego obrazuje to, że Rusini województwa ruskiego w zdecydowanej większości nie brali udziału w antypolskim powstaniu Chmielnickiego; np. w 1648 i 1655 ruska ludność Lwowa razem z Polakami dzielnie odpierała ataki wojska kozacko-tatarskiego na miasto, zmuszając je do odstąpienia od oblężenia. A trzeba pamiętać, że Rusini lwowscy/województwa ruskiego byli wówczas jeszcze wyznania prawosławnego; unię przyjęli dobrowolnie dopiero w 1700 roku. A od 1839 roku są jedynymi Ukraińcami wyznania unickiego/grekokatolickiego. Dzisiaj religia odróżnia ich od reszty Ukraińców, co nie jest bez znaczenia. Tym bardziej, że obie grupy religijne – prawosławni i grekokatolicy - się nie lubią (do obrzydliwych awantur dochodziło w Kijowie jak już po powstaniu państwa ukraińskiego w 1991 r. grekokatolicy chcieli zbudować w mieście swą cerkiew!).

Powróćmy jeszcze do sprawy dwukrotnego oblegania Lwowa przez Chmielnickiego, gdyż fakt, że Rusini Lwowa-województwa ruskiego nie stanęli po jego stronie w walce z Polakami, musi być i jest bardzo bolesny dla nacjonalistów rusińsko-ukraińskich. Lwów nie tylko udowodnił, że już wtedy był miastem polskim, ale także i to, że dał kolejny dowód na to, że „Leopolis Poloniae semper fidelis” – Lwów zawsze (jest) wierny Polsce. I należy także zapamiętać to, że Kozacy, którzy są przedstawiani dzisiaj jako symbol narodzin narodu ukraińskiego, jako rycerze walki o wolną Ukrainę, jako obrońcy prawosławia, podczas oblężenia Lwowa w 1648 roku, 9 października skierowali swój główny atak na prawosławną cerkiew św. Jura, będącą za murami miasta, w której schronili się wyłącznie Rusini. Kozacy bezlitośnie wysiekli mężczyzn, a kobiety i dzieci oddali w jasyr Tatarom, cerkiew doszczętnie splądrowali, a ikony porąbali (Leszek Podhorodecki „Dzieje Lwowa” Warszawa 1993). Z kolei podczas drugiego oblężenia miasta przez Chmielnickiego i wspierające go wojska rosyjskie w 1655 roku, watażka, tytułujący się hetmanem, po nieudanej próbie zdobycia miasta, 3 października zaproponował rokowania. Jednym z członków delegacji miasta był prawosławny Rusin Samuel Kuszewicz, który na żądanie Chmielnickiego by Lwów jemu się poddał, odpowiedział: „Miłościwy panie hetmanie, zdrowie nasze, którzy tu jesteśmy, jest w rękach waszmość pana i tak już rozumiemy, że się z tego miejsca do swoich nie powrócimy, ale żebyśmy na imię cara moskiewskiego przysięgę i miasto oddać mieli, tego nigdy nie uczynimy. Przysięgaliśmy raz królowi Panu Naszemu Miłościwemu Janowi Kazimierzowi i jemu w jakimkolwiek szczęściu los go zachowa, wiary naszej dotrzymać chcemy”. Chmielnicki zażądał także wydania mu Żydów lwowskich, na co usłyszał, że oni są także obywatelami Rzeczypospolitej (w żydowskiej encyklopedii „Encyclopaedia Judiaca” wydanej w Jerozolimie w 1971 r. Chmielnicki jest nazwany „rzeźnikiem Żydów na Ukrainie”). Lwów po raz drugi nie poddał się Chmielnickiemu i jego carowi moskiewskiemu (L. Podhorodecki, j.w.).

Należy podkreślić także i ten fakt, że do połowy XIX w. nie było żadnych czy prawie żadnych kontaktów Rusinów galicyjskich z Rusinami/Ukraińcami z ziem ukrainnych Rosji, oraz że faktem jest to, że nawet i dzisiaj jest duża różnica pod każdym względem (np. mentalnym, religijnym, językowym, kulturalnym, społecznym, a nawet w stosunku do Polaków, który wśród Ukraińców naddnieprzańskich jest dużo lepszy od tego jaki widzimy w dzisiejszym Lwowie, itd.; szkoda, że to nie prawdziwi Ukraińcy i propolscy patrioci ukraińscy nie kształtują obecnych stosunków polsko-ukraińskich) między Ukraińcem ze Lwowa, a Ukraińcem z Kijowa. Prawdopodobnie większa od tej jaka istnieje między Niemcem a Austriakiem.

Z kolei Rusini zamieszkujący województwo ruskie, a później Galicję ulegli dużej polonizacji pod względem duchowym, językowym, kulturalnym oraz pod każdym innym względem. W języku tych Rusinów jest tysiące (!) polskich wyrazów (w „Wielkim słowniku języka ukraińskiego” odnotowano aż 17 000 polskich wyrazów). Nie tylko inteligentni Rusini ale także masy ludowe znały język polski. Jak bardzo Polacy wpływali na ruskie/ukraińskie życie narodowe w Galicji pokazuje wydana po angielsku „Encyklopedia ukrainoznawstwa” (Toronto 1985-93). Osoba znająca polskie życie społeczno-narodowe w Galicji od razu zauważy, że Rusini/Ukraińcy kopiowali wszystko to co robili Polacy (np. kluby sportowe, harcerstwo, organizacje kobiece, wydawnictwa itd.).

Wspólna religia katolicka (Polacy rzymskokatolicy – Rusini grekokatolicy) od 1700 roku zbliżała oba narody do siebie i to nie tylko pod względem religijnym (np. często wspólne obchodzenie świąt, a przede wszystkim święta Jordanu). Bardzo często Polacy-katolicy przechodzili na grekokatolicyzm, a Rusini-grekokatolicy na katolicyzm. Rusini-grekokatolicy stanowili większość wiejskiej ludności województwa ruskiego-Galicji. Najczęściej na grekokatolicyzm przechodzili, albo częściej wbrew swej woli zostawali przypisywani do niego przez księży grekokatolickich, Polacy mieszkający w „morzu ruskim” (grekokatolickich parafii było kilka razy więcej od katolickich i wielu Polaków musiało korzystać z nich chrzcząc dzieci, biorąc ślub lub podczas pogrzebów i wówczas księża grekokatoliccy zapisywani ich jako swoich parafian – jako grekokatolików, jako Rusinów; stąd tyle czysto polskich nazwisk wśród współczesnych Ukraińców w Małopolsce Wschodniej - tzw. Zachodniej Ukrainie). Trwało to przez stulecia. Historycy obliczali, że w ten sposób ubyło w Galicji Wschodniej-Małopolsce Wschodniej około miliona polskich dusz. Czyli co najmniej u 1/3 Rusinów/Ukraińców mieszkających w Małopolsce Wschodniej w 1931 roku płynęła krew polska. W okresie międzywojenny Polacy postanowili rewindykować te utracone dla polskości „dusze”, tworząc ruch szlachty zagrodowej.

Do czasu zaboru województwa ruskiego przez Austrię w 1772 roku tamtejsi Polacy i Rusini żyli w zgodzie (wyjątki potwierdzają regułę). Istniały dówczas i w pierwszych kilu dziesięcioleciach panowania austriackiego dwa odłamy Rusinów galicyjskich: 1. nie uznawał różnicy między Polakami i Rusinami; 2. stał na stanowisku narodowości ruskiej, ale był zbratany z Polakami. Byli to „gente Ruthenus, natione Polonus”. Separatystów rusińskich wówczas w Galicji nie było. Gdyby nie było rozbiorów Polski w 2. poł. XVIII w. to prawdopodobnie w XX w. w Małopolsce Wschodniej nie było by żadnych Rusinów, żadnych Ukraińców. Rusini zlali by się z Polakami w sposób dobrowolny, tak jak imigranci różnych narodów, którzy masowo przybywali do Stanów Zjednoczonych od 2. poł. XIX w. - są to dzisiaj w zdecydowanej większości Amerykanie. Popatrzmy na dzieje Polaków w Stanach Zjednoczonych. 100-75 lat temu było tam 800 parafii polskich, było setki szkół polskich, wychodziło setki polskich czasopism, było tysiące polskich organizacji. A ile z tego pozostało do dzisiaj? Bardzo mało, chociaż także po II wojnie światowej osiedliło się tam dodatkowych kilkaset tysięcy Polaków. Także w Małopolsce Wschodniej byli by dzisiaj sami Polacy oraz Huculi, Bojkowie i Łemkowie jako oddzielne grupy etniczne, ale na pewno nie ruskie. Pamiętajmy, że nawet w czasach okupacji austriackiej południowej Polski (1772-1918) kultura polska i Polacy potrafili przyciągnąć do siebie, zasymilować – uczynić Polakami wszystkich Ormian galicyjskich (lwowski arcybiskup ormiański w latach 1902-38 Józef Teodorowicz był jednym z największych patriotów polskich), wiele tysięcy Żydów galicyjskich, z których wielu zasłużyło się polskiej literaturze, sztuce i nauce, a przede wszystkim – i to jest niebywały fenomen – uczynić patriotami polskimi i zasłużonymi Polakami bardzo wielu synów i córek urzędników austriackich w Galicji (np. Wincenty Pol, Ferdynad Goetel, Walery Goetel, Julian Goslar, Adama Fastnacht, August Emil Fieldorf, Jan Paweł Ferdynand Lam, Rudolf Probst) w okresie austriackiego tam panowania. Prymitywna i wiejska kultura rusińska nie mogła rywalizować z kulturą polską, język i literatura ruska z językiem i literaturą polską, itd. Poza tym stanie się Polakiem było także awansem społecznym. Dlatego nacjonaliści rusińsko-ukraińscy już wszelkie zbliżenie do Polaków uważali i ciągle uważają nie tylko za niebezpieczne, ale za formalną prawie zdradę narodową (bp Grzegorz Chomyszyn).

Takich Rusinów, którzy się uważali za „gente Ruthenus, natione Polonus” było wiele tysięcy i to do końca panowania austriackiego w Galicji. Najlepszym na to dowodem jest to, że kiedy nacjonalista rusińsko-ukraiński Mirosław Siczyński zamordował we Lwowie w 1908 roku namiestnika Galicji, hrabiego Andrzeja Potockiego, na znak protestu wiele tysięcy grekokatolików „gente Ruthenus, natione Polonus” przeszło na katolicyzm i stało się Polakami. Za Polaka uważali się m.in.: grekokatolicki ksiądz Michał Harasiewicz – redaktor pierwszej w dziejach gazety polskiej wydawanej codziennie „Dziennika Patriotycznych Polityków” wydawanej we Lwowie w latach 1792-1798 (z tym, że później za dostojeństwa kościelne i tytuł barona sprzedał się Austriakom, sprzedał swoją duszę diabłu) czy syn księdza grekokatolickiego Mikołaj Zyblikiewicz – 1874-81 zasłużony prezydent Krakowa i polityk walczący o wprowadzenie języka polskiego w szkołach i administracji w Galicji. Do Wiosny Ludów w 1848 roku inteligencja ruska i duchowieństwo unickie rozmawiało na co dzień po polsku. W okresie po Powstaniu Listopadowym 1830-31 do Wiosny Ludów w 1848 roku zarówno młodzież ruska, jak i duchowieństwo unickie (np. oo. bazylianie, niektórzy seminarzyści) odznaczali się szczerym patriotyzmem polskim i współpracowali w licznych wówczas na terenie Galicji tajnych organizacjach polskich. Jeszcze kiedy w 1868 roku Franciszek Smolka sypał we Lwowie Kopiec Unii Lubelskiej na Wysokim Zamku na pamiętkę unii polsko-litewskiej zawartej w 1569 roku, Polak i Rusin w jednej osobie, syn księdza grekokatolickiego, Platon Kostecki (1832 Więckowice k. Sambora – 1908 Lwów), znany lwowski publicysta („Gazeta Narodowa”), poeta (także rusiński) i literat, stał na idealnym jeszcze stanowisku unii Polski z Rusią, pisząc, że kopiec ten stanowi fundamenty pod przyszłe porozumienie obydwu narodowości.
.......

W sekcji starodruków Biblioteki Uniwersytetu Warszawskiego przechowywany jest cenny klocek zawierający 60 druków urzędowych austriackich władców: Marii Teresy i Józefa II z lat 1773-1780 wydanych we Lwowie. Dokumenty te zostały wydane po zajęciu przez Austrię w wyniku I rozbioru Polski w 1772 roku całej południowej Rzeczpospolitej – od wrót Krakowa po rzekę Zbrucz w Galicji Wschodniej, z głównym i największym miastem tych ziem – Lwowem. Dokumenty te zostały wydane we Lwowie w językach niemieckim i polskim, ale nie rusińskim/ukraińskim. Są tym samym wymownym dokumentem na to, kto był dla Austriaków partnerem czy chociażby odbiorcą tych dokumentów nawet w Galicji Wschodniej, gdzie obok Polaków mieszkali także i Rusini/Ukraińcy. Dla ówczesnych Austriaków cała Galicja była więc polską ziemią, gdyż jej inteligencja, szlachta i liczące się mieszczaństwo było w 99% polskie; rusińscy pańszczyźniani chłopi dla nich nie istnieli, nie uważano ich za osobny naród, nie mieli oni głosu w ówczesnej Galicji.
Jednak niebawem zaborca we własnym interesie postanowił rozbić tę jedność i zgodę polsko-rusińską zgodnie z rzymskim powiedzeniem „dziel i rządź” (divide et impera); łatwiej jemu bowiem było panować nad dwoma powaśnionymi narodami aniżeli nad politycznie zwartą ludnością i to w dodatku przez nich krzywdzoną. Najpierw założył w Wiedniu seminarium grekokatolickie „Barbareum” aby klerycy żyli w środowisku niemieckim, a ich profesorami nie byli Polacy. Następnie kiedy pozamykał wiele polskich klasztorów katolickich to ich kościoły BEZPRAWNIE sprezentował grekokatolikom (a chociaż przykazanie boskie mówi: „Nie kradnij” – grekokatolicy przyjęli je bez żadnego moralnego oporu te skradzione kościoły!). I tak np. we Lwowie grekokatolicy dostali kościoły paulinów (dziś piękna cerkiew św. Piotra i Pawła), dominikanek i trynitarzy; w Stanisławowie kościół pojezuicki, który został katedrą grekokatolicką; w Przemyślu kościół karmelitów, który został także katedrą grekokatolicką; w Krakowie kościół norbertanek, który został parafią grekokatolicką w mieście, chociaż była tu tylko garsteczka grekokatolików. I tak z biegiem lat Austriacy, z pomocą upadłego moralnie duchowieństwa ruskiego (skorumpowanego przez władze austriackie), zaczęli odnosić coraz większe sukcesy w sianiu nienawiści między Polakami i Rusinami, z których starali się z dużym powodzeniem zrobić swoich lojalnych poddanych. Stąd Rusini/Ukraińcy w Galicji byli nazywani “Tyrolczykami wschodu”. Prawdziwymi parobkami (bo na ten wyraz w zupełności sobie zasłużyli) Wiednia zostali grekokatoliccy arcybiskupi lwowscy Michał Lewicki (1816-58) i jego następca Grzegorz Jachimowicz (1860-63, przedtem od 1848 biskup przemyski). Pierwszemu za wysługiwanie się Austriakom – za rozbijanie jedności polsko-rusińskiej cesarz Franciszek Józef I nadał w 1848 roku tytuł prymasa Galicji i Lodomerii (czym chciał poniżyć Polaków-katolików, których w Galicji było więcej niż grekokatolików, a poza tym w Galicji Zachodniej nie było grekokatolików; jak więc mógł być prymasem rzymskokatolików?!) i Wiedeń w Watykanie postarał się dla niego o kapelusz kardynalski. Chociaż był niby chrześcijaninem (przykazanie Pana Jezusa: Kochajcie się wzajemnie) był on prawdziwym patronem polakożerców. Z kolei Jachimowicz wysługiwał się Austraikom już tylko za tytuł barona. Jak na syna chłopa, było to duże wyróżnienie; i tym się cieszył i za nie godził się być parobkiem Wiednia i – wbrew swemu chrześcijańskiemu powołaniu – także siać nienawiść grekokatolików do rzymskokatolików/Polaków.

Proces zrywania braterstwa Rusinów z Polakami przyśpieszyła także europejska “Wiosna Ludów” 1848-49, podczas której nastąpiło przebudzenie narodowe wielu ludów Europy. Niektóre osoby rusińskiego pochodzenia, znowu głównie duchowni, żądni nie tylko władzy duchowej ale także politycznej nad wiernymi, zrozumieli, że nadarza się okazja do tego przez odcięcie się ich i Rusinów od Polaków.

Jeśli jednak Rusini w Galicji Wschodniej nie mieli być Polakami czy czuć się związani z narodem polskim na podstawie braterstwa, to otwartą sprawą stawało się wśród nich pytanie: to właściwie kim jesteśmy? Za Ukraińców się nie uważali, gdyż pojęcie to było im wówczas zupełnie obce. Koncepcja bycia narodem rusińskim im nie odpowiadała, bo to wówczas znaczyło tyle co być narodem chłopskim. A oni nie chcieli być gorszym narodem od Polaków. Chcieli być co najmniej równi Polakom w oczach Austriaków i Europy. Nie ulega wątpliwości, że mania wielkości ludzi z dołów społecznych odgrała wielką rolę w procesie „odrodzenia narodowego” Rusinów-Ukraińców. Z pomocą przyszli im Rosjanie wmawiając im, że są częścią wielkiego narodu ruskiego-rosyjskiego. Tak powstało we Lwowie w 1848 roku ugrupowanie polityczne Świętojurców, związane z wyższym duchowieństwem grekokatolickim (stąd nazwa – od katedry św. Jura we Lwowie), które uzyskało wsparcie ówczesnego austriackiego gubernatora Galicji i polakożercy Fraza Stadiona, a później jego następców, a to dlatego, że stronnictwo to występowało zawzięcie przeciw polskiemu ruchowi narodowemu i w ogóle przeciwko Polakom; księża grekokatoliccy jako serwilistyczne narzędzie antypolskiej polityki rządu wiedeńskiego, szczuli na kazaniach przeciwko Polakom – przeciwko polskim sąsiadom, których w sposób paranoiczny obwiniali za wszystko zło, które im przyszło go głowy.

Do 1882 roku świętojurcy reprezentowali opcję staroruską, czyli promoskiewską – byli nazywani moskalofilami. Domagali się wyodrębnienia Galicji Wschodniej dla Rusinów, rozpowszechniali język rosyjski i zaczęli wprowadzać nabożeństwa prawosławne. To oni jechali na okupowaną przez Rosjan Chełmszczyznę aby zniszczyć tam unię; to ich łajdacka działalność zrodziła 13 unitów zamordowanych w Pratulinie na Podlasiu przez Rosjan, którzy dzisiaj są polskimi błogosławionymi Kościoła katolickiego.

W 1881 roku doszło do otwartego przejścia parafii grekokatolickiej w Hniliczach koło Zbaraża (woj. tarnopolskie) na prawosławie. Dopiero wtedy Wiedeń zrozumiał, że ruch starorusiński jest de facto antyaustriacki i zagraża jedności terytorialnej Austrii. W 1882 roku wytoczono przywódcom starorusinów proces o zdradę stanu i popieranie prawosławia. Proces ujawnił, że wielu działaczy starorusińskich i wyższego kleru było po prostu agentami Rosji; byli finansowani przez rząd rosyjski i rosyjskie Towarzystwo Słowiańskie. Zmuszono do ustąpienia grekokatolickiego metropolitę lwowskiego Josyfa Sembratowicza. Nacjonaliści rusińsko-ukraińscy nie byliby zafajdanymi polakożercami, gdyby i w tej sprawie nie mieli głupich i kłamliwych pretensji do Polaków. Otóż autorzy wydanej we Lwowie w 1993 roku „Encyklopedii ukrainoznawstwa”, chociaż przyznają, że Sembratowiczowi zaszkodziło moskalofilstwo, to jednocześnie uderzają w Polaków pisząc, że wielka (?!) przeciwalkoholowa akcja, jaką rozpoczął Sembratowicz jako metropolita, nie spodobała się polskim działaczom, bo uszczuplała ich przychody ze sprzedaży alkoholu, dlatego rozpoczęli intrygi na cesarskim dworze w Wiedniu. Już samo napisanie: „polskim działaczom” dyskwalifikuje tak autorów jak i sam zarzut. Bowiem polscy działacze nie produkowali gorzałki. Produkowali ją właściciele gorzelni, a ich narodowość była różna, nie wyłączając rusińskiej. Poza tym dla historyków nie ulega wątpliwości, że dystrybują i sprzedażą wódki obok Polaków, Rusinów czy Austriaków zajmowali się głównie Żydzi. A sam Sembratowicz też nie stronił od alkoholu!

Ruch starorusiński w Małopolsce Wschodniej istniał aż do 1939 roku i z prasy lwowskiej tego okresu wiemy do jakich ostrych zajść dochodziło we Lwowie między starorusinami a nacjonalistami rusińsko-ukraińskimi. Podczas I wojny światowej, kiedy przez kilka miesięcy w latach 1914-15 Rosja okupowała Lwów i Galicję Wschodnią podniósł on głowę, ściśle współpracując z okupantem rosyjskim, m.in. przy tworzeniu struktur Cerkwi prawosławnej na tym terenie (na prawosławie przeszło wówczas 200 księży grekokatolickich). Kiedy Austryjacy powrócili na ten teren w 1915 roku wymordowali 50 000 starorusinów za zdradę stanu. W Polsce międzywojennej starorusini byli nienawidzeni przez nacjonalistów rusińsko-ukraińskich na równi z Polakami. W cerkwi Wołoskiej we Lwowie, która służyła starorusinom, bez przerwy dochodziło podczas nabożeństw do awantur wszczynanych przez nacjonalistów rusińsko-ukraińskich („Kalendarium Lwowa 1918-1939” Kraków 2012). Dla nacjonalistów rusińsko-ukraińskich nie było żadnej świętości i nie mieli oni żadnych zasad moralnych. Dla nich cel (samostijna Ukraina od Krakowa po Kaukaz i bez mniejszości narodowych) uświęcał środki. Cechował więc ich działalność faszyzm, zamordyzm i terror.
.......

W drugiej połowie XIX w., bardziej intensywnie od lat 70., zaczął rozwijać się we Lwowie i Galicji Wschodniej ruch narodowy Rusinów, który miał oblicze ukraińskie. Do rozbudzenia jego przyczynili się znacznie napływający z Ukrainy Kijowskiej działacze i uczeni, prześladowani przez carat, jak np. Pantelejmon Kulisz, Michał Drahomanow czy w późniejszym okresie Michał Hruszewsky, który, za zgodą Polaków, w 1894 roku został na Uniwersytecie Lwowskim profesorem historii dla Rusinów z ukraińskim językiem wykładowym (do 1914 r.).

Z początku ruch ukraiński w Galicji Wschodniej nie był antypolski. Pantelejmon Kulisz popierany przez Józefa Ignacego Kraszewskiego nawoływał do porozumienia Polaków i Ukraińców, wyrażał nadzieje, że dawne zatargi można przezwyciężyć. Kulisz zachęcał Ukraińców do studiowania literatury i kultury polskiej, gdyż znajdą tam wiele korzyści dla swego narodu. Był on prawdziwym apostołem zgody polsko-ukraińskiej. Jeszcze w 1890 roku deklaracja przywódców rusko-ukraińskich w Sejmie galicyjskim – Romańczuka i Teliszewskiego podkreślała, że „powinniśmy się jednoczyć, bo przed nami stoi wspólny wielki wróg (tj. Rosja), przeciw któremu jeśli się nie połączymy, to zginiemy jedni i drudzy”.

Złym duchem w stosunkach polsko-rusko-ukraińskich w Galicji Wschodniej stał się Michał Hruszewsky, który okazał się być skrajnym szowinistą ukraińskim. Marzyła mu się wielka Ukraina, odgrywająca mocarstwową rolę w Europie Wschodniej, której to mrzonce hołubią po dziś dzień nacjonaliści ukraińscy. Hruszewski postawił wyraźny program budowy Ukrainy, której państwowość miała mieć charakter zarówno antyrosyjski jak i antypolski. A więc miało to być państwo, które miało być wrogiem największych swoich sąsiadów: Rosji i Polski (takie państwo nie mogło mieć i nie ma racji bytu – możności istnienia!).

Hruszewski też zapoczątkował rugowanie starej nazwy historycznej Rusinów, która rzeczywiście w obecnych czasach prowadziła do nieporozumień: ruski – russki – rosyjski) i zastąpił ją nazwą Ukraińców, a ich państwo Ukrainą, nawet w odniesieniu do dawnych wieków; stąd wydał pracę pod tytułem „Historia Ukrainy-Rusi” (t. 1-12 1898-1936).

Polski historyk polski Kazimierz Sochaniewicz zarzucił Hruszewskiemu brak obiektywizmu naukowego w jego pracach i porównał je do prac naukowych w rosyjskiej nauce, która również postępowała ówcześnie w sposób tendencyjny "dobywając z archiwów i publikacji te rzeczy, które odpowiadały idei". Obiekcje wobec najważniejszej pracy Hruszewskiego (czyli "Historii Ukrainy-Rusi") zgłaszał także prominentny analityk najstarszych źródeł ruskich – profesor Henryk Paszkiewicz. Kategorycznie nie zgodził się on z interpretacją pojęcia Ukrainy przedstawioną przez Hruszewskiego zarówno w tytule jego pracy, jak i przede wszystkim w treści wydania. Paszkiewicz w swojej książce "Początki Rusi" przedstawił pogląd, że historycznym fałszem jest przenoszenie dzisiejszych pojęć na czasy, kiedy te pojęcia nie istniały, dlatego według niego używanie terminu Ukraina w odniesieniu do wieków IX-XIV (czyli m.in. czasy Rusi Kijowskiej) jest błędem. Do jakich błędnych rezultatów prowadzi fałszywe użycie terminu "ukraina", wskazuje choćby tytuł wielotomowego dzieła M. Hruszewskiego – "Historia Ukrainy-Rusi". Oba pojęcia: Ukraina i Ruś, nie pokrywały się ze sobą ani w czasie, ani w przestrzeni, nie mogą więc być traktowane równorzędnie. Uczony powyższy omawia obszernie dzieje południowo-wschodniej Europy w czasach, kiedy słowo "ukraina" oznaczało terytorium pograniczne, a jak Paszkiewicz pisze – wówczas każdy kraj miał swoją "ukrainę" - pogranicze (Wikipedia.pl).

Wiedeń walcząc ze starorusinami od razu poparł ruch ukraiński wśród Rusinów. Popierał go nawet wtedy, kiedy zdał sobie sprawę z tego, że Rusini-Ukraińcy także dążą do oderwania się od Austrii. A popierał ich wówczas już tylko dlatego, aby móc nimi szantażować Polaków, którzy byli większym zagrożeniem dla całości terytorialnej Austrii. Popierał ich jednak do pewnych granic, wiedząc, że rola Polaków jaką oni odgrywają tak w Galicji jak i w Austrii jest wielokrotnie większa od roli jaką odgrywają Rusini-Ukraińcy – naród jedynie biednych i ciemnych chłopów (inteligencji rusińsko-ukraińskiej cały czas było bardzo mało). Stąd nigdy nie spełnili żądania Rusinów-Ukraińców - wyodrębnienia dla nich Galicji Wschodniej.

Na owoce działalności Hruszewskiego nie trzeba było długo czekać. Rusini-Ukraińcy w Galicji Wschodniej natychmiast zaakceptowali jego mrzonki o Ukrainie i stali się JESZCZE GORSZYMI wrogami niepodległej Polski i Polaków od Prusaków/Niemców i Moskali, widząc Polskę i Polaków jako największą przeszkodę do zrealizowania marzeń Hruszewskiego – stworzenia państwa ukraińskiego, które jednocześnie –na trupie Polski i Polaków - będzie grało pierwsze skrzypce w Europie Wschodniej.

Już w 1895 roku galicyjski przywódca rusińsko-ukraiński Julian Baczyński wystąpił z programem niepodległości Ukrainy od Kaukazu po San, czyli z Galicją Wschodnią-Małopolską Wschodnią. Wkrótce śpiewali oni antypolską pieśń „Nie pora, nie pora Lachom służyć” i rzucili hasło: „Lachy za San”. Taka antypolska postawa nacjonalistów rusińsko-ukraińskich była o tyle niebezpieczna, że w latach 20. XX wieku do swojej ideologii politycznej wprowadzili hasła i praktykę faszystowską, którym hołdują po dziś dzień. Chyba żaden nacjonalizm w dzisiejszej Europie nie jest z ducha tak faszystowsko-hitlerowski, jak właśnie ukraiński, którego idealogiem był Dmytro Doncow (1883-1973). Był on twórcą doktryny przyjętej przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów. Jej główne tezy ogłosił w książce „Nacjonalizm” (1926), w której zdecydowanie odrzuca uniwersalizm, intelektualizm, humanitaryzm, liberalizm, demokrację i pacyfizm. Twierdził, że nowa epoka na Europie/świecie będzie opierała się na takich założeniach jak: "instynkt", "wola", "autorytet", "wodzostwo". Jego doktryna oparła się na darwinizmie społecznym, zakładającym że naród jest gatunkiem, który walczy o miejsce dla siebie tępiąc inne gatunki. W walce dochodzi do eliminacji słabszych kosztem silniejszych. Naród jako gatunek jest dla niego wartością najwyższą, ważniejszą od BOGA. Na czele narodu ukraińskiego ma stać "wódz nacji", mający do dyspozycji tzw. "mniejszość inicjatywną", której obowiązkiem ma być stosowanie "twórczej przemocy" wobec pozostałej masy narodu ukraińskiego. Według doktryny Doncowa, o państwo ukraińskie należało walczyć przy pomocy wszystkich bez wyjątku środków, w tym też drogą masowych mordów obcoplemieńców, którzy znaleźli się na ziemi ukraińskiej, oraz drogą likwidowania Ukraińców, którzy z takimi metodami działalności nie zgadzają się. ("Nacionalizm" Londyn, 1966, s. 283). Zdaniem Bogumiła Grotta tezy Nacjonalizmu, które są bliskie hitleryzmowi o charakterze faszystowskim wprowadziła w życie w 1929 roku Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, złożona głównie z nacjonalistów rusińsko-ukraińskich z Małopolski Wschodniej, wśród których było wielu księży grekokatolickich, co poskutkowało w latach II wojny światowej ludobójstwem Polaków i Żydów („Biuletyn IPN”, nr. 7-8, lipiec-sierpień 2010).

Niemcy od razu odkryli w nacjonalistach rusińsko-ukraińskich sojusznika w walce z Polakami. W 1900 roku nawiązali z nimi współpracę, którą miało ułatwić otwarcie konsulatu niemieckiego we Lwowie. Lecz o rodzaju i zakresie tych stosunków mało się wiedziało aż do 1913 roku, kiedy to dziennikarzowi polskiemu p. Krysiakowi udało się zdobyć dokumenty z tajnego archiwum słynnego niemieckiego Deutscher Ostmarkenvereinu (którą my Polacy znamy jako osławioną Hakatę), której celem była ostateczna germanizacja ziem polskich w zaborze pruskim. Odnalazł tam, za pośrednictwem przekupionej osoby, osobne dossier rusińsko-niemieckie. Dokumenty i korespondencja, z których pierwszy jest z 23 marca 1903 a ostatni 29 września 1913 roku, obejmują treścią swą spiski polityczne przeciw Polakom, instrukcje dla konsulów niemieckich we Lwowie, pomysły gospodarcze, przesyłki pieniędzy niemieckich na robotę. Ze strony niemieckiej w rozmowach i korespondencji biorą udział przede wszystkim sekretarze generalni Hakaty, pp. Bovenschen i Schoultz oraz przewodniczący p. Tiedemann, a ze strony rusińsko-ukraińskiej sekretarze Komitetu Narodowego, pp. Kusmycz i Baran, kilku posłów od Sejmu galicyjskiego we Lwowie oraz ksiądz Włodzimierz Hynyckyj, który był głównym łącznikiem i delegatem grekokatolickiego arcybiskupa lwowskiego Andreja (Andrzeja) Szeptyckiego (i tutaj znowu: rzekomy kapłan Chrystusa spiskuje przeciwko Polakom – braciom w Chrystusie! (Indep. Polon. Nr 1 i Doc.Ruth.-Ukr.).

Coraz słabsza na arenie międzynarodowej Austria, szczególnie po wojnie z Prusami w 1866 roku, musiała zacząć prowadzić politykę bardziej liberalną. W 1867 roku Galicja, tylko i wyłącznie przez nieugiętą walkę Polaków o wolności konstytucyjne (w której nie brali udziału Rusini!!!), otrzymała autonomię. Władza w Galicji przeszła w ręce polskie, bo tylko na Polakach mogła się oprzeć administracja kraju (Austria nie dbała o wykształcenie kadr rusińskich!). Dało to możność najpierw starorusinom a potem nacjonalistom rusińsko-ukraińskim oskarżania Polaków o ucisk narodowy, o „despotyczność Lachów”. To wprost maniakalne oskarżanie Polaków o wszelkie zło na świecie przez szowinistów rusińsko-ukraińskich stało się ich chlebem powszednim, którym jest po dziś dzień, chociaż Małopolskę Wschodnią wraz ze Lwowem mają od 70 lat w swoich łapach. W 1932 roku Rusin-Ukrainiec, biskup grekokatolicki w Stanisławowie (ob. Iwanofrankowsk) Grzegorz Chomyszyn wydał pracę pt. „Problem ukraiński”, w której czytamy: „Między Ukraińcami i Polakami (w Małopolsce Wschodniej – M.K.) istnieje historyczna, plemienna nienawiść i bezdenna przepaść. Ukraińcy uważają Polaków za swych dziedzicznych wrogów i gnębicieli; zieją przeciwko nim zawziętością; w nich widzą wyłączną przyczynę swego nieszczęścia i niepowodzenia. Ukraińcy mają więcej zaufania do każdego innego narodu, nawet do Chińczyków, Turków czy innych, aniżeli do Polaków, względem których są do tego stopnia uprzedzeni, że wszelkie zbliżenie do nich uważają nie tylko za niebezpieczne, ale za formalną prawie zdradę narodową”.

Oczywiście, ten ucisk Ukraińców przez Polaków w Galicji czy później w Małopolsce Wschodniej był płodem głupiego i łajdackiego nacjonalizmu ukraińskiego, który przez tę antypolską propagandę budował swoje wpływy w społeczeństwie rusińskim, które było biedne i jest znane z malkontenctwa. Kazimierz Chłędowski, jedna z bardziej znanych osób w autonomicznej Galicji, tak w swoich „Pamiętnikach” (Kraków 1957) skomentował rzekomy ucisk Rusinów przez Polaków: „Przede wszystkim, wobec liberalnych ustaw konstytucji austriackiej, jakikolwiek ucisk drugiej narodowości był niemożliwy...”.

Taka jest natura człowieka, że człowiek biedny zawsze zazdrości bogatemu. Ukraińcy w Galicji byli bardzo biedni. Ale biednymi było tam także tysiące Polaków, bo w XIX w. i do połowy XX w. bieda królowała w całej Europie. Takie były czasy i za to nie można obwiniać Polaków (prędzej Austriaków, bo oni jako panowie tej ziemi mieli decydujący wpływ na jej rozwój gospodarczy). Prawda, najbogatszymi ludźmi w Galicji byli niektórzy Polacy i ogólnie mówiąc bogactwo było tam w rękach Polaków i Żydów. Ale była też garstka bardzo bogatych Rusinów-Ukraińców. Np. wśród 2000 właścicieli ziemskich w Małopolsce Wschodniej było 47 Rusinów-Ukraińców. Nacjonaliści rusińsko-ukraińscy łapczywym okiem patrzyli na polsko-żydowskie majątki, uważając, że powinny być rozparcelowane a ziemia i lasy im przekazane na tej podstawie, że to oni są jedynymi panami tej ziemi, gdyż są to ziemie rzekomo etnicznie ukraińskie i wszystko co jest czy znajduje się na tej ziemi (także ruchomości Polaków i Żydów) to jest ich i tylko ich własność (temu obrzydliwemu rasizmowi i bezprawiu Ukraińcy hołdują po dziś dzień!). A przecież nie tylko kradzież polsko-żydowskiego majątku mogła ulżyć w życiu wielu Rusinom-Ukraińcom. Otóż np. w rękach Cerkwi grekokatolickiej w Małopolsce Wschodniej znajdowało się aż 100 488 ha ziemi ornej i 38 352 ha lasów, z tego 8623 ha ziemi ornej i 32 978 ha lasów znajdowało się w dyspozycji arcybiskupa lwowskiego A. Szeptyckiego, biskupa stanisławowskiego G. Chomyszyna i biskupa przemyskiego J. Kocyłowskiego („Kościół katolicki w Polsce w latach 1918-1939. Zarys historyczny” Warszawa 1966). Kościół poucza wiernych: „Łaknących nakarmić”. Biskupi Szeptycki, Chomyszyn i Kocyłowski mogli swoje łaknące „owieczki” nakarmić, rozdzielając swą ziemię wśród najbiedniejszych. Dlaczego tego nie uczynili? Dlaczego nacjonaliści rusińsko-ukraińscy nie krytykują ich za to? (to kolejny przykład na rasizm nacjonalistów rusińsko-ukraińskich; czy za to też są winni Polacy?!).

Powtarzam, to prawda, że Ukraińcom (ale także bardzo wielu Polakom!) źle się żyło w Galicji. Do historii przeszła tzw. „bieda galicyjska”, która tysiące Rusinów (także Polaków!) wygnała na emigrację za chlebem. Antypolscy propagandziści rusińsko-ukraińscy obwiniają za nią Polaków. Nie chcą wziąć pod uwagę tego faktu, tej prawdy, że ta bieda była produktem okupacji Galicji przez Austriaków od 1772 do 1918 roku, a więc aż przez 146 lat!, że była produktem polityki gospodarczej Austrii wobec Galicji. Był głód ziemi, ale Austriacy osiedlali w Galicji niemieckich kolonistów, którzy oprócz dużych nadziałów ziemi otrzymywali różne ułatwienia finansowe i przywileje, a przemysł i handel Wiedeń niszczył albo utrudniał jego rozwój po to, aby Galicję uczynić rynkiem zbytu dla towarów austriackich. Polacy od 1867 roku administrowali Galicją, ale nią nie rządzili! Tymczasem współcześni administratorzy Małopolski Wschodniej i Lwowa, ciągle mający do Polaków pretensje o to i owo, pod niebiosa wynoszą rządy austriackie w Galicji.

Tak, z nienawiści do Polaków i w celu fałszowania historii Lwowa, która jest chyba w 90% historią polską, co oczywiście boli nacjonalistów ukraińskich, czego najlepszym dowodem jest niedawna ich sugestia, aby rozebrać piękny neorenesansowy pałac Potockich we Lwowie, chociaż jest on dzisiaj rezydencją prezydenta Ukrainy w tym mieście, gdyż jest żywą polską pamiątką, nacjonaliści ukraińcy wychwalają austriacką okupację Lwowa. Jak podała „Wirtualna Polska” (10.4.2009) w mieście budowany jest pomnik austriackiego cesarza Franciszka Józefa I, który rzekomo tyle dobrego zrobił dla Rusinów-Ukraińców (konkretnie, co zrobił?). Także antypolskie władze miasta zaproponowały Austriakom utworzenie we Lwowie Centrum Historii Miejskiej Europy Środkowowschodniej, którzy chętnie z oferty skorzystali, tak jak korzystają z każdej okazji, aby wybielić swoje zbrodnie popełnione dla Hitlera podczas II wojny światowej.

Jak widać, głupota nacjonalistyczna nie ma dna i jest po dziś dzień w modzie na Zachodniej Ukrainie!

Po „aferze w Hniliczach w 1882 roku „sfery świętojurskie” przestraszyły się bata austriackiego i szybko zaczęły reprezentować narodową opcję ukraińską, szczególnie od kiedy w 1900 roku arcybiskupem grekokatolickim Lwowa został Polak-renegat Andrzej Szeptycki (jego matka była wnuczką największego polskiego komediopisarza Aleksandra Fredry), który za obiecanie mu lwowskiego stolca arcybiskupiego stał się nie tylko Ukraińcem, ale także szowinistą ukraińskim. Był w dużym stopniu odpowiedzialny za znaczne pogorszenie stosunków polsko-ukraińskich w Galicji Wschodniej/Małopolsce Wschodniej, co doprowadziło do masowej rzezi Polaków przez Ukraińców w Małopolsce Wschodniej podczas II wojny światowej. Szeptycki był arcybiskupem lwowskim do 1944 roku. O jego postawie moralnej i „chrześcijańskiej” niech świadczy to, że w okresie międzywojennym jego kościół katedralny - sobór św. Jura we Lwowie, w którym powinno się mówić o miłości bliźniego!, był składnicą broni terrorystów rusińsko-ukraińskich i w jego podziemiach 22-23 lutego 1930 roku obradowała tajna I Konferencja Krajowa terrorystów rusińsko-ukraińskich spod znaku OUN-UWO („Kalendarium Lwowa 1918-1939” Kraków 2012), podczas wojny pisał listy hołdownicze do Hitlera, a potem do Stalina i delegował kapelanów do ukraińskiej dywizji SS, walczącej u boku Hitlera. No i najważniejszy zarzut wobec niego to to, że odważnie i zdecydowanie nie potępił masowego mordowania (ludobójstwa) Polaków przez nacjonalistów rusińsko-ukraińskich podczas wojny. Działalność tego pseudochrześcijanina powinna być stanowczo i głośno potępiana. Tymczasem nacjonaliści ukraińscy starają się w Watykanie o wyniesienie go na ołtarze. Mają na to szansę, jeśli Watykan uzna, że przyszedł czas aby ktoś ze „świętych” był patronem renegatów, terrorystów i faszystów!

Jak pisze polityk i historyk polski Stefan Mękarski: „Ostatnie lata XIX stulecia stworzyły więc zagadnienie separatyzmu ukraińskiego na ziemiach południowo-wschodnich (Polski) i dały początek politycznemu sporowi polsko-ukraińskiemu o te ziemie, który z każdym rokiem będzie się zaostrzał. Ten spór wyraził się m.in. w zamordowaniu w 1908 roku namiestnika galicyjskiego Andrzeja Potockiego przez Rusina-Ukraińca Mirosława Siczyńskiego... A krwawe wyładowanie tego sporu nastąpiło w chwili odradzania się państwa polskiego w listopadzie 1918, gdy Rusini-Ukraińcy, powoławszy Ukraińską Radę Narodową i nie szukając porozumienia z Polakami opanowali Lwów (i Galicję Wschodnią) w nocy na 1 listopada 1918 r. za zgodą istniejącego jeszcze rządu austriackiego i przy czynnej pomocy austriackich czynników wojskowych... Ruch ukraiński (wspierany przez Niemcy i Związek Sowiecki) w dwudziestoleciu 1918-1939 rósł jednak często w formach, które musiałyby rozsadzić państwo (polskie), gdyby ono je tolerowało”. W okresie II wojny światowej przyjął formę zwykłego ludobójstwa. Nacjonaliści ukraińscy, często z błogosławieństwem duchownych grekokatolickich, wymordowali w bestialski sposób 100-200 tysięcy Polaków mieszkających w Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu, niszcząc także wszystko co było polskie w polu ich zbrodni.
.......

Od 1945 roku Małopolska Wschodnia z tak arcypolskim Lwowem z woli jednego z największych ludobójców w dziejach ludzkości – Józefa Stalina należy do Ukrainy. Gdyby nie jego wspólna z Hitlerem agresja na Polskę we wrześniu 1939 roku i oderwanie od Polski jej ziem wschodnich Małopolska Wschodnia, a już na pewno Lwów nie byłyby dzisiaj w rękach rusińsko-ukraińskich. To Stalinowi, a nie Stepanowi Banderze, który chciał a nie mógł, którego działania terrorystyczne nie mogły być i nie były skuteczne i nic Rusinom-Ukraińcom w Małopolsce Wschodniej nie dały poza wstydem za jego zbrodnie, nacjonaliści rusińsko-ukraińscy powinni wznieść we Lwowie niebotyczny pomnik.

Jednak na przyłączeniu Małopolski Wschodniej do Ukrainy, Rusini-Ukraińcy z pewnością wyszli jak przysłowiowo „Zabłocki na mydle”, gdyż wdepnęli we wschodniackie g..., oderwali kraj od Europy (Ukraina nigdy nie będzie członkiem Unii Europejskiej i NATO; będzie wisiała w próżni dopóki nie zostanie połknięta przez Rosję), a ich własny status polityczny na Ukrainie równa się prawie zeru, a ich kraj jest ukraińskim zadupiem. Jak podaje Unian.net (Kresy.pl 14.1.2013) Ukraina jest liderem w dystrybucji alkoholu wśród dzieci i w społecznym przyzwoleniu na korupcję oraz prawie ostatnim krajem w rankingu wolności. Zajęła 78 miejsce z 80 państw objętych badaniami przez „The Economist” na liście krajów, w których warto byłoby się urodzić i 64 miejsce we wskaźniku równouprawnienia kobiet.

Poza tym Ukraina jest światu zupełnie nieznana (wyjątki potwierdzają regułę). Aby zaistnieć w światowych mediach i „promować” w nich Ukrainę, Ukraińcy muszą się chwytać typowej „mody na sukces”, jak to zrobiły np. ostatnio Ukrainki na placu przed bazyliką watykańską, kiedy papież Benedykt XVI odprawiał mszę św.: otóż cztery działaczki ukraińskiego ruchu FEMEN zorganizowały na placu akcję propagującą zboczenia seksualne, rozbierając się do pasa. Na nagich piersiach miały napisane "In Gay We Trust" (Dziennik.pl 13.1.2013). Bardziej znane, szczególnie w Europie, od Ukrainy są Ukrainki: aż milion z nich żyje z prostytucji. Usprawiedliwia je bieda panująca na Ukrainie i beznadziejność w niej życia. Dziesiątki tysięcy Rusinów-Ukraińców z Zachodniej Ukrainy aby mieć coś włożyć do garnka musi pracować w znienawidzonej przez nich Polsce i dla znienawidzonych Polaków. Jeszcze więcej Ukraińców aby żyć jeździ do znienawidzonej przez nich Polski na handel z nienawidzonymi przez nich Polakami.

Doprawdy, można pogratulować Rusinom z Małopolski Wschodniej wyboru narodowości.

Dzisiaj większość mieszkańców Małopolski Wschodniej-Zachodniej Ukrainy uważa się za Ukraińców (wielu może dlatego, że nie mają dzisiaj żadnego innego wyboru). Mają pewne podstawy do tego. Jednak to bez wątpienia „lewi” Ukraińcy – na pewno nie z prawego ukraińskiego łoża. To raczej adoptowane „dziecko” przez jego własne starania.

Że tak jest potwierdza ukraiński polityk, doktor nauk historycznych, profesor nauk społecznych, doradca prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy, w latach 2002-05 i 2006-07 wicepremier Ukrainy i od 2010 roku minister edukacji i nauki oraz minister młodzieży i sportu Dmytro Tabacznyk. Z okazji 70. rocznicy paktu Ribbentrop-Mołotow (1939-2009), w wyniku którego Niemcy i Związek Sowiecki dokonały nowego (IV) rozbioru Polski, co spowodowało włączenie Małopolski Wschodniej do Związku Sowieckiego – sowieckiej Republiki Ukraińskiej, na łamach rosyjskiego dziennika „Izwiestija”, w artykule „Od Ribbentropa do Majdanu” skrytykował niektóre decyzje podjęte wtedy przez Józefa Stalina. Mianem "miny z opóźnionym zapłonem, która eksplodowała po rozpadzie ZSRR" określił "włączenie wschodniopolskich, zachodnioukraińskich ziem do Ukraińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej", pisząc: "Jak pokazała Wielka Wojna Ojczyźniana, a następnie rozwój poradzieckiej Ukrainy, Galicjanie (tj. Rusini-Ukraińcy z Małopolski Wschodniej – dzisiejszej Zachodniej Ukrainy – M.K.) praktycznie nie mają nic wspólnego z narodem Wielkiej Ukrainy - ani w sensie mentalnym, ani wyznaniowym, ani językowym, ani politycznym". I dodaje: "Mamy różnych wrogów i różnych sojuszników. Co więcej, nasi sojusznicy, a nawet bracia - to ich wrogowie, zaś ich „bohaterowie” (Stepan Bandera i Roman Szuchewycz) - to dla nas mordercy, zdrajcy i poplecznicy hitlerowskich katów". Tabacznyk podkreśla dalej, że "Galicjanie dostarczyli większość kadr dla hitlerowskiej pomocniczej policji, formacji Abwehry i SS". "Byli też siłą napędową majdańskiego puczu (pomarańczowej rewolucji z 2004 roku - PAP), który tylko cudem, dzięki opanowaniu ówczesnych władz, nie przekształcił się w wojnę domową" – zaznacza i konstatuje, że: "Dzisiejsza antyukraińska, antyrosyjska, antyeuropejska i antyhumanitarna postawa ukraińskich władz w dużej mierze jest wynikiem galicyjskiej przemocy w polityce Ukrainy". Zdaniem Tabacznyka, "dużej części dzisiejszych problemów można było uniknąć, gdyby Galicja w 1939 roku została włączona do ZSRR na prawach samodzielnego podmiotu". "Nie wspominając już o tym, że w 1945 roku można ją było bez bólu zwrócić Polsce" - wskazuje autor (PAP 23.9.2009).

A więc według Tabacznyka Rusini-Ukraińcy dzisiejszej Zachodniej Ukrainy nie są wcale prawdziwymi Ukraińcami.

Widać wyraźnie, że Rusini z Małopolski Wschodniej dobrze nie wyszli na wyborze swoje narodowości, że wbrew faktom postanowili być Ukraińcami. Tabacznyk ma rację: gdyby Rusini z Małopolski Wschodniej zostali przy swej prawdziwej – rusińskiej narodowości, to prawdopodobnie i tak znaleźli by się w granicach Związku Sowieckiego w 1939 roku. Ale nie byliby włączeni do sowieckiej Republiki Ukraińskiej, tylko Stalin utworzył by dla nich sowiecką Republikę Rusińską. Po upadku Związku Sowieckiego w 1991 roku Republika Rusińska stała by się niezależnym i wolnym państwem, jak np. Litwa, Łotwa i Estonia. A tak ich kraj jest dzisiaj nic nie znaczącą prowincją Ukrainy, oni sami nic nie znaczącymi obywatelami państwa ukraińskiego (w sensie ogólnopaństwowym: centrum władzy jest w Kijowie, a Ukraina jest w rękach prawdziwych Ukraińców i mniejszości rosyjskiej), żyją w państwie semidyktatorskim, rządzonym przez oligarchów, biednym (obok Mołdawii Ukraina jest najbiedniejszym państwem w Europie!), a przez to zacofanym pod każdym względem, jak np. cywilizacyjnym. Starczy wyjechać z Kijowa czy Lwowa aby się przekonać, że nie jest się w Europie XXI wieku, a tylko w Europie przedpotopowej, np. w komunistycznej Polsce sprzed 50 laty. A co może dla nich najgorsze – żyją w kraju mocno zrusyfikowanym i coraz bardziej się rusyfikującym.

Za niepoważne decyzje historia wystawia słony rachunek.
.......

Historia powstania ruchu nacjonalistycznego i narodu ukraińskiego w Małopolsce Wschodniej (podobnie jak litewskiego) jest tak obrzydliwa, że każdy prawdziwy chrześcijanin musi ją uznać za dzieło szatana. A to dlatego, że naród ten nie powstał w sposób naturalny – jak wiele innych narodów, ale prawie wyłącznie przez szczucie jednego człowieka na drugiego człowieka – przez sianie nienawiści religijno-etnicznej wśród ludzi, którzy żyli ze sobą w harmonijnej zgodzie. Dlatego obrzydliwa, że w tym procesie największą rolę – najbardziej haniebną odegrała rzekomo chrześcijańska Cerkiew grekokatolicka.

Austriacy, naród rzekomo katolicki, napadają (wraz z Prusakami i Rosjanami) na drugi kraj katolicki – Polskę, która w 1683 roku uratował Austrię przed niewolą turecką (w XIX w. nacjonaliści rusińsko-ukraińscy spłodzili bajeczkę, że to rzekomo ukraińcy kozacy, a nie Polacy, rozbili Turków pod Wiedniem, którą ciągle opowiadają, ale już tylko swoim dzieciom, gdyż historycy udowodnili, że nacjonaliści rusińsko-ukraińscy bredzą) i okupują wielki jej obszar (83 tys. km kw. i 8 mln mieszkańców w 1910 r.) i aby móc w nim panować, wbrew nauce Kościoła, zaczęli siać niezgodę między Polakami i Rusinami. Do tego dzieła zaprzągnęli Cerkiew grekokatolicką na okupowanych ziemiach. Jej kapłani, prymitywni ludzie z chłopskich rodzin – a było ich tysiące! - z wielką ochotą i ofiarnością za 30 srebrników czy tytuł barona zamiast zgodnie z nauką pana Pana Jezusa i Kościoła uczyć miłości bliźniego, siali nienawiść między sąsiadami, którzy do tej pory żyli w zgodzie. Co więcej, kiedy grekokatolicka dzicz chwyciła za siekiery aby zabijać rzymskokatolików (Polaków), to często sami uczestniczyli w tej zbrodni kainowej! Setki z nich zbroczyło swe ręce w polskiej krwi i brało udział w niszczeniu katolickich kościołów. Wśród tych kapłanów-zbrodniarzy nie zabrakło nawet biskupów. Gorzej, to właśnie oni byli największymi siewcami nienawiści do Polaków wśród swoich owieczek. Jak obrzydliwą postacią wśród nich jest np. grekokatolicki arcybiskup Lwowa Andrzej Szeptycki (zm. 1944). Jeśli jest piekło to on siedzi w nim na samym dnie!

Jeśli w działalności Stolicy Apostolskiej jest brana pod uwagę nauka Pana Jezusa, to ukraińska Cerkiew grekokatolicka powinna być potępiona i wykluczona ze społeczności katolickiej.

Marian Kałuski

Wersja do druku

Piotr Rubas - 17.08.17 3:17
Ciekawy artykuł. Z pewnymi tezami bym dyskutował (np., że istnieje jakiś naród ukraiński albo prawdziwi Ukraińcy - odnosząc się do dorobku takich znawców Rusi jak Franciszek Rawita-Gawroński myślę że to był zlepek różnych przybłędów o cywilizacji turańskiej a nie naród w rozumieniu cywilizacji łacińskiej) Ogólnie dużo ciekawych informacji.

Wszystkich komentarzy: (1)   

Publikowane komentarze są prywatnymi opiniami naszych Czytelników. Gazeta Internetowa KWORUM nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

22 Maja 1930 roku
Urodził się Jan Ciszewski, polski dziennikarz i komentator sportowy (zm. 1982).


22 Maja 2017 roku
W wieku 67 lat zmarł Zbigniew Wodecki, znakomity polski piosenkarz, kompozytor, multiinstrumentalista ("Chałupy Welcome to", "Pszczółka Maja", "Zacznij od Bacha)


Zobacz więcej