Piątek 20 Września 2019r. - 263 dz. roku,  Imieniny: Faustyny, Renaty

| Strona główna | | Mapa serwisu 

dodano: 13.07.12 - 22:11     Czytano: [1907]

O politykę kresową


O nową politykę wobec Polaków na Kresach

Z poparciem politycznym Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych dyktator Związku Sowieckiego Józef Stalin oderwał od Polski w 1945 roku całe Ziemie Wschodnie (180 000 km kw., 13 mln mieszkańców), wraz z tak bardzo polskimi bastionami jak Lwów i Wilno. Stalin zarządził jak największą depolonizację tych ziem. W ramach tej akcji wypędzono z Ziem Wschodnich w latach 1945-46 ponad 1,5 mln Polaków, a kilkaset tysięcy Polaków opuściło te tereny dobrowolnie – z powodu rzezi Polaków przez nacjonalistów ukraińskich lub przed uzasadnioną obawą ponownego przyłączenia Ziem Wschodnich do Związku Sowieckiego. Przedtem, tj. w latach 1939-44 w łagrach sowieckich zginęło kilkaset tysięcy Polaków z Ziem Wschodnich, ok. 250 000 tamtejszych Polaków przedostało się na Zachód lub wyszło z Armią Polską pod dowództwem gen. Władysława Andersa. Prawdopodobnie drugie 250 000 Polaków kresowych zginęło z rąk naszych wrogów, a kilkaset tysięcy zostało wywiezionych na roboty przymusowe do Niemiec lub wcielonych do Ludowego Wojska Polskiego. W latach 1957-58, tj. podczas tzw. drugiej „repatriacji” Polaków z Kresów, do Polski Ludowej wyjechało ok. 250 000 Polaków.

Pomimo tych deportacji, wyjazdów i ucieczek oraz mordów Polaków, na Ziemiach Wschodnich, które zostały włączone do sowieckich republik: litewskiej, białoruskiej i ukraińskiej mieszkało w 1959 roku ok. 1 200 000 Polaków (w całym Związku Sowieckim 1 380 000 Polaków), z czego 539 000 na Białorusi, 363 000 na Ukrainie i 230 000 na Litwie. Poza Litwą (Wilno i Wileńszczyzna) i tylko Lwowem polskość na terenach Białorusi i Ukrainy była bezwzględnie tępiona. Za Rosji carskiej polskość na tych terenach pielęgnowały polskie kościoły katolickie. Teraz władze sowieckiej Białorusi, a szczególnie Ukrainy zadbały o zamknięcie prawie wszystkich kościołów. Stąd, z biegiem lat, ludność polska zaczęła ulegać procesowi asymilacji. Tylko mniejszość ludzi przyznających się do polskości posługiwała się na co dzień językiem polskim.

W 1989 roku, a więc w przeddzień upadku Związku Sowieckiego (1991), mieszkało na Litwie ok. 250 000 Polaków, na Białorusi 417 700 Polaków i na Ukrainie 219 200 Polaków. Natomiast wg danych zawartych w witrynie „Świat Polonii” obecnie na wolnej dziś Litwie mieszka ok. 325 000, na Białorusi 950 000 i na Ukrainie 1 050 000 Polaków lub osób polskiego pochodzenia.

Kto się interesuje współczesnym losem Polaków na Kresach ten wie, że ich codzienne życie nie należy do najlepszych, szczególnie na Białorusi i Ukrainie. We wszystkich tych trzech państwach trwa nieustannie od 1939 roku walka z tamtejszymi Polakami i w ogóle z wszelkimi objawami polskości. Dobrze by było, aby wreszcie Polacy mogli żyć w zgodzie z Litwinami, Białorusinami i Ukraińcami, aby Litwini, Białorusini i Ukraińcy za swój priorytet nie uważali likwidację Polaków i wszelkich po nich pamiątek w swoich państwach. Tym bardziej, że dzisiaj nie zagraża odebranie przez Polskę Litwie Wilna, Białorusi Grodna i Brześcia, a Ukrainie Lwowa. Niestety, tak nie jest i trzeba być wyjątkowym optymistą, aby wierzyć w to, że kiedykolwiek nastąpi zbliżenie Litwinów, Białorusinów i Ukraińców z Polakami. Historia nas bardzo podzieliła. I to w sposób nieodwracalny. Na pewno nasi wschodni sąsiedzi nie pójdą za przykładem Francuzów i Niemców.

Polityka różnego stopnia władz litewskich, białoruskich i ukraińskich, a przede wszystkim współczesne życie sprzyja wyjątkowo szybkiej asymilacji Polaków na Litwie, Białorusi i Ukrainie. Co więcej, w tej asymilacji wspierały i wspierają Litwinów, Białorusinów i Ukraińców wszystkie rządy warszawskie od 1945 roku. Nawet rządy wolnej od 1989 roku Polski. Uważają, że dla polepszenia stosunków Polski z Litwą, Białorusią i Ukrainą należy poświęcić tamtejszych Polaków. Prawda, rządy polskie finansują Stowarzyszenie Wspólnota Polska, które otacza opieką Polaków za granicą, szczególnie właśnie na byłych terenach polskich i Związku Sowieckiego. Jednak jest to z jednej strony mydleniem oczu społeczeństwu polskiemu, a z drugiej „syzyfowa praca”, która nie utrwala, a jedynie przedłuża agonię polskości na Kresach. Tym bardziej, że do walki z polskością włączył się zdecydowanie po 1991 roku odradzający się na tych terenach Kościół katolicki, który do tej pory był tam ostoją polskości.

Sprawę tę porusza w swej ostatniej książce ks. Roman Dzwonkowski SAC z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego pt. „Mniejszości narodowe a ewangelizacja. Białoruś – Ukraina” (Lublin 2004). Autor pisze, że chociaż większość Polaków na Białorusi i Ukrainie nie posługuje się na co dzień językiem polskim, język ten używa w modlitwach i pragnie go mieć w liturgii w otwartych po 1991 roku kościołach katolickich, w których Polacy i osoby polskiego pochodzenia ciągle stanowią większość wiernych. Tymczasem Watykan, aby móc prowadzić akcję misyjną wśród Białorusinów i Ukraińców, postanowił wprowadzić do tamtejszych kościołów język białoruski i ukraiński. Na zewnątrz jednak usprawiedliwia się to potrzebą przezwyciężenia stereotypu utożsamiającego katolicyzm z polskością. Jak pisze ks. Dzwonkowski, sprawa nie stanowiłaby problemu, gdyby nie fakt, ze zamiast zasady równoległości w stosowaniu w liturgii różnych języków, zmiany idą w kierunku ograniczania, a często zupełnego eliminowania języka polskiego, i to, jak już wspomniałem, wbrew oczekiwaniom i postulatom większości parafian. Oburzające w tym wszystkim jest to, że akcji depolonizacji Kościoła na Białorusi i Ukrainie przewodzą księża polscy przybyli z Polski do pracy duszpasterskiej na Białorusi i Ukrainie.

Z roku na rok wzrasta widmo całkowitej depolonizacji Kresów, a przede wszystkim asymilacji tamtejszych Polaków ze sprawującym władzę elementem litewskim, białoruskim i ukraińskim.

Czy jest ratunek dla Polaków kresowych? Czy można ich uratować dla polskości?
Rządy prawie wszystkich państw dbają o swoich rodaków za granicą. Dbało o Polaków za granicą biedne przedwojenne państwo polskie, przeznaczając na pomoc dla nich i zorganizowanej, a zagrożonej społeczności polskiej wiele milionów złotych. Do Niemiec po 1945 roku miał prawo powrócić każdy Niemiec, który tego pragnął. Przed Polakami z Kresów zatrzasnęły drzwi władze polskie po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w 1989 roku i po upadku Związku Sowieckiego w 1991 roku. Władze polskie mówiły, że z powodu wielkich trudności gospodarczych nie może być mowy o masowej repatriacji Polaków kresowych do Polski. Że państwa polskiego na to po prostu nie stać. Przeciwny repatriacji Polaków z Kresów, Rosji i Kazachstanu był także Kościół katolicki, który w odpływie z tamtych terenów Polaków-katolików widział osłabienie swojej roli i wpływów na tych terenach.

Dzisiaj w Polsce pod względem gospodarczym na pewno jest lepiej niż 10 lat temu. Poza tym Polska należy do Unii Europejskiej i można by było wybadać czy władze polskie (rząd czy samorządowe) mogłyby uzyskać pomoc na repatriowanie i urządzenie się Polaków z Kresów w Polsce. Ale jeśli nawet tej możliwości nie ma, to czy rzeczywiście 38 milionowego narodu nie stać na udzielenie pomocy pół milionom czy nawet milionowi Polakom ze Wschodu? Czy Polacy doprawdy zapomnieli już słowa poety: „Jeśli zapomnę o nich, Ty Boże na niebie, zapomnij o mnie...”?!

Polskę stać na repatriację kresowych rodaków także i z innego powodu. Otóż z powodu drastycznego spadku liczby urodzeń za 20 lat liczba ludności Polski zmniejszy się aż o kilka milionów osób. Tylko od 2000 roku ubyło aż 450 000 Polaków w Polsce („Polska bez Polaków” Newsweek Polska 18.10.2004). To tak jakby zniknęła w jednym dniu ludność całego Gdańska. Zamiast sprowadzać do Polski robotników z egzotycznych krajów czy nawet obywateli z nieżyczliwej nam Ukrainy czy Białorusi, czy nie lepiej repatriować do Polski zagrożonych asymilacją Polaków z Litwy, Białorusi i Ukrainy, prześladowanych i klepiących tam biedę? – Będzie to na pewno bardziej korzystne pod każdym względem dla Polski i narodu polskiego.

Polaków z Kresów trzeba koniecznie uratować dla polskości. Może to nastąpić tylko i wyłącznie w wyniku ich repatriacji do kraju ojczystego. Prawo powrotu powinny mieć jednak tylko te osoby, które mogą udowodnić, że zawsze czuły się Polakami i były i są katolikami oraz jedynie ci spośród już dość mocno wynarodowionych osób, którzy są w stanie potwierdzić polskie korzenie (włącznie z religią katolicką), przedwojenne polskie obywatelstwo oraz podpiszą deklarację, że szczerze chcą powrócić do polskości.
Czas najwyższy, aby zająć się tą sprawą.

Kresowianie w Sejmie i Senacie III RP

Chociaż od oderwania od Polski przez Stalina Ziem Wschodnich minęło 67 lat, Polacy pochodzący w Kresów odgrywają ciągle dużą rolę w życiu Polski i narodu polskiego. Np. od upadku komunizmu w Polsce w 1989 roku do wyborów w 2011 roku posłami na Sejm III RP było aż 55 osób pochodzących z Kresów, z których 6 urodziło się we Lwowie, 16 w Małopolsce Wschodniej, 7 na Wołyniu, 1 na Ukrainie, 1 na Polesiu, 4 na Grodzieńszczyźnie, 7 na Nowogródczyźnie, 3 na Wileńszczyźnie dziś białoruskiej, 7 w Wilnie, 2 na Wileńszczyźnie dziś litewskiej i 1 na Łotwie.
Także w Senacie III RP (odrodzonym w 1989 r.) było w tym samym czasie 27 Polaków-senatorów pochodzących z Kresów, z których 2 urodziło się we Lwowie, 8 w Małopolsce Wschodniej, 5 na Wołyniu, 3 na Polesiu, 2 na Nowogródczyźnie, 1 na Wileńszczyźnie dziś białoruskiej, 3 w Wilnie, 2 na Litwie Kowieńskiej i 1 na Kresach (tak podano miejsce urodzenia).

Order Virtuti Militari

Order Virtuti Militari jest najstarszym (ustanowiony w 1792 r.) i najwyższym polskim odznaczeniem wojskowym, nadawanym za wybitne zasługi bojowe. Ma on kresowe pochodzenie i w swej historii był bardzo związany z Kresami. Order został ustanowiony przez króla Stanisława Augusta Poniatowskiego (rodem z Polesia) 22 czerwca 1792 roku, dla upamiętnienia zwycięstwa nad wojskami rosyjskimi w bitwie pod Zieleńcami na Podolu (ob. Ukraina) 18 czerwca 1792 roku, w czasie wojny polsko-rosyjskiej „przeciwko konfederacji targowickiej i o konstytucję 3 maja”. Z początku krzyże miały na ramionach z jednej strony napis Virtuti Militari, z drugiej inicjały królewskie S.A.R.P (Stanislaus Augustus Rex Poloniae); na tarczy środkowej okolonej wieńcem laurowym znajdował się z jednej strony biało emaliowany orzeł w złotej koronie, z berłem i jabłkiem królewskim w szponach, z drugiej zaś Pogoń Litewska z datą utworzenia orderu – 1792. W 1808 roku Pogoń Litewską zastąpiono napisem Rex et Patria (Król i Ojczyzna). Jako pierwsi medalami złotymi zostali odznaczeni książę Józef Poniatowski i Tadeusz Kościuszko (rodem z Polesia). Order został zniesiony przez cara Mikołaja I w 1832 roku, a przywrócony odrodzonym w listopadzie 1918 roku państwie polskim przez Sejm Ustawodawczy 1 sierpnia 1919 roku. Dostał wtedy nazwę Order Wojskowy Virtuti Militari. Przewodniczącym Kapituły z tytułem Kanclerza mógł być najstarszy klasą i kolejnością kawaler orderu; był nim wówczas marszałek Józef Piłsudski – syn Wilna i jego oswobodziciel, jako jedyny Polak odznaczony Krzyżem Wielkim z Gwiazdą. Pierwsza dekoracja tym orderem odbyła się 22 stycznia 1920 roku. Orderem zostali wówczas odznaczeni wszyscy członkowie Kapituły (11 osób, w tym Józef Piłsudski i gen. Józef Haller). Najmłodszym kawalerem tego orderu zostało wówczas pośmiertnie 13-letnie Orlę Lwowskie - Antoś Petrykiewicz, który oddał życie 16 stycznia 1919 roku w walce z Ukraińcami o polski Lwów. Za tę walkę Krzyż Virtuti Militari otrzymał 11 listopada 1920 roku z rąk marsz. Piłsudskiego sam Lwów. Do III RP było to jedyne miasto polskie odznaczone tym orderem (order ten przyznany został Warszawie). Wśród kilkunastu tysięcy polskich żołnierzy odznaczonych Virtuti Militari wielu pochodziło z Kresów.

Dublany spod Lwowa koło Wrocławia

W przedwojennym powiecie lwowskim była wieś Dublany, w której w 1931 r. mieszkało 1272 Polaków-katolików. W 1945 r. Stalin oderwał od Polski Małopolskę Wschodnią, a więc i arcypolski Lwów. Przymusowi polscy wysiedleńcy z podlwowskich Dublan po przesiedleniu ich w 1945 r. do poniemieckiej wsi Drachenbrunn pod Wrocławiem, nadali wsi nazwę "Dublany". W 1947 r. władze komunistyczne zmieniły nazwę wsi na Wojnów, a w 1951 r. przyłączono ją do Wrocławia.

Kardynałowie polscy pochodzący z Małopolski Wschodniej

Ziemia Lwowska/Małopolska Wschodnia do 1945 r. należała do Polski. Mieszkało tam 1,5 mln Polaków. Stąd była to ziemia rodzinna także wielu polskich biskupów, w tym również kardynałów. Z ziemi tej pochodzili lub pochodzą polscy kardynałowie: ze Stanisławowa Albin Dunajewski – biskup krakowski 1879-94, kardynał od 1890; z Gwoźdźca k. Kołomyi Jan Puzyna – biskup krakowski 1895-1911, kardynał od 1901; z Tok k. Zbaraża Władysław Rubin – opiekun duchowy emigracji polskiej 1964-79, kardynał od 1979; ze Lwowa Marian Jaworski – administrator apostolski polskiej części archidiecezji lwowskiej z siedzibą w Lubaczowie od 1984 i arcybiskup lwowski od 1991, kardynał od 1998 r.

Cacko polksiego baroku w Wilnie

Kresy nawet dzisiaj (i tak było nawet w czasach PRL) należą historycznie do polskiego obszaru artystycznego – bo taka jest prawda. Na obszarze przedrozbiorowej Polski przykładem wspaniałego baroku był i jest kościół Św. Św. Piotra i Pawła na Antokolu w Wilnie (1668-75), o wnętrzu należącym do najbardziej malowniczych w Europie dzięki wspaniałej stuikowej dekoracji rzeźbiarskiej (P. Peretti). Kiedy byłem w Wilnie w 2005 roku zauważyłem w tym kościele kilka istniejących nadal starych poloników, ale ani jednej pamiątki litewskiej!

Prezydent Ukrainy z polskimi korzeniami

Obecnym (od lutego 2010) prezydentem Ukrainy jest Wiktor Janukowycz. Jego dziadek był Polakiem-katolikiem. Pochodził z miejscowości Januki koło Postaw na Wileńszczyźnie (przed wojną Polska, ob. Białoruś). Za chlebem wyjechał przed I wojną światową na Ukrainę i tam pozostał na stałe. Zachowane groby Janukowiczów, nawet tych, którzy zmarli po 1945 r.), w Janukach mają polskie napisy („Dziennik Polski” 4.3.2010).

Mikołaj W. Gogol: Ukraińcem czy Rosjaninem? A może to Polak?

Ukraińcy z Rosjanami toczą bój o to jakiej narodowości był znany pisarz Mikołaj W. Gogol (1805-1852), urodzony na Ukrainie, ale związany z Rosją i Rosjanami oraz sprawami rosyjskimi (np. zmarł i jest pochowany w Moskwie) i piszący swe znane na świecie utwory literackie (jak np. Martwe dusze, Rewizor, Taras Bulba) po rosyjsku. Ukraińcy uważają go za Ukraińca, zawsze nazywają go z ukraińska Mykołą Gogolem, a wyraz „Ruś” w jego książkach w tłumaczeniach ukraińskich zamieniają na „Ukraina”, co nazywa idiotyzmem nawet ukraiński filozof i politolog Mysosław Popowycz („Rzeczpospolita” 31.3.2009). Dlatego warto tu wspomnieć, że według rosyjskiej Wikipedii, która oparła się na rosyjskich źródłach archiwalnych: część jego (Gogola – M.K.) przodków stanowiła spolszczona szlachta, tak że jeszcze dziad Gogola, Afanasij Demianowicz Gogol (1738-1805), podawał w oficjalnym dokumencie, że rodzina nazwiskiem Gogol ma polskie pochodzenie.

Polscy mariawici w Kownie

Mariawityzm to wyznanie chrześcijańskie – oryginalnie polskie, wywodzące się organizacyjnie z ruchu honorackiego polskiego kapucyna, błogosławionego Honorata Koźmińskiego (1829–1916). Ruch mariawicki powstał w Polsce na przełomie XIX i XX wieku, i był oparty na objawieniu Miłosierdzia Bożego, którego miała dostąpić polska zakonnica Feliksa Kozłowska (1862-1921), która po objawieniach w 1893 roku podjęła misję uzdrowienia polskiego duchowieństwa. Jej spowiednikiem był bł. o. Honorat Koźmiński. Wspólnota mariawicka działała początkowo w ramach Kościoła rzymskokatolickiego zachowując jego zwyczaje i praktyki pobożnościowe. Jednak z biegiem lat do ruchu zaczęła przesiąkać herezja i w 1906 roku papież Pius X nałożył ekskomunikę na jego założycielkę i współpracującego z nią blisko księdza Jana Kowalskiego. Powstał osobny Kościół mariawicki. Dzisiaj ok. 30 000 osób w Polsce przyznaje się do wyznania mariawickiego.

O tym jak polskim było Kowno, które w dwudziestoleciu międzywojennym było stolicą Litwy!, świadczy to, że w tym mieście – jedynym mieście na Litwie (!) powstała w 1908 roku parafia mariawicka, która istniała do II wojny światowej. Jej świątynia była na ul. Mickiewicza (Mickevičiaus) 3; przy niej była plebania i klasztor żeński. Nabożeństwa odprawiane były w języku polskim, a później także i litewskim. Parafia kowieńska, która w 1908 roku miała 2000 parafian, posiadała filie w: Krukach, Władysławowie, Szilerowie i Karaliszkach. Z powodu walki rządu litewskiego z polskością na Litwie Kowieńskiej, w 1931 roku parafia miała już tylko 160 wiernych.

Proboszczem kowieńskiej parafii przez cały okres międzywojenny był ks. Antoni Maria Feliks Tułaba (1873-1944), któremu w latach 20. przeżarte polakożerstwem sądy litewskie wytoczyły kilka procesów karnych. Po rozłamie w 1935 roku w Starokatolickim Kościele Mariawitów w Polsce, ks. Tułaba opowiedział się za denominacją felicjanowską i w 1936 roku został wyznaczony biskupem mariawickim dla Litwy. Aby nie drażnić władze litewskie, sakrę biskupią przyjął 8 sierpnia 1939 roku w Saulkrasti na Łotwie. Zginął podczas wojny i pochowany został w Krukach koło Szak na Suwalszczyćnie litewskiej, gdzie od 1907 roku istniała kaplica, a następnie kościół filialny parafii mariawickiej w Kownie. Po wojnie ciało bpa Tułaby zostało przeniesione na cmentarz mariawicki w Pepłowie, w parafii mariawickiej w Felicjanowie koło Płocka.

Dbać o ukraiński Lwów czy o Polskę?

Lwów w swoim polskim herbie miał napis – Semper Fidelis – Zawsze Wierny.
Tak, Lwów był zawsze wiernym miastem Rzeczypospolitej. I tak bardzo polskim! W historii Polski i życiu narodu polskiego na pewno zajmuje trzecie miejsce – po Warszawie i Krakowie. Potwierdza to chociażby komunistyczna Wielka Encyklopedia Powszechna PWN (t. 1-13 Warszawa 1962-71). Chociaż starano się w niej pomniejszyć rolę miasta w historii i życiu narodu polskiego, pomimo tego aż ok. 2000 haseł mówi o polskości Lwowa. Dlatego Polska bez Lwowa nie jest Polską w całym tego słowa znaczeniu.

Lwów ukradł nam najpierw we wrześniu 1939 roku, a potem ostatecznie w 1945 roku szatan w ludzkim ciele - Józef Stalin i przyłączył do Związku Sowieckiego. Po upadku tego państwa w 1991 roku miasto znalazło się w granicach państwa ukraińskiego. I tak już pozostanie. Są bowiem w historii i polityce wydarzenia, które są po prostu nieodwracalne. A chociaż oderwanie Lwowa od Polski można śmiało nazwać sadyzmem historii, z jego utratą musimy się jakoś – chociaż z wielkim bólem – pogodzić. Jednak na terenie naszego kraju nie mamy prawa zapominać o jego polskiej przeszłości i o jego roli w życiu Polski i narodu polskiego.

Związek Sowiecki niszczył jak mógł wszelkie ślady polskości we Lwowie (i na całych Kresach), nie dbając wiele o jego starą zabudowę, włącznie z zabytkami architektonicznymi wielkiej klasy. Kreml wolał przeznaczać pieniądze na rozbudowę sowieckiej potęgi militarnej.

Z kolei po upadku Związku Sowieckiego i powstaniu państwa ukraińskiego okazało się, że nikt nie chce ukraińskiego węgla z Donbasu, kiepskiej już dzisiaj jakości rudy żelaza z Krzywego Rogu, jeszcze gorszej stali z ukraińskich hut oraz czołgów i armat produkcji ukraińskiej. Europa pełna żywności nie potrzebuje także ukraińskiej pszenicy i cukru, w czym wyspecjalizowało się rolnictwo ukraińskie. I w taki to sposób bogata kiedyś Ukraina stała się najbiedniejszym państwem Europy (Encyclopaedia Britannica. Book of the Year 2004). Bieda aż piszczy, na wszystko brakuje pieniędzy. Także na renowację starego Lwowa.

„Express Wieczorny” z 10 października 2004 zamieścił artykuł Michała Kacewicza pt. „Stary Lwów tonie”. Pierwszy wytłuszczony paragraf artykułu mówi: „Jeśli chcecie zobaczyć stary Lwów, wybierzcie się tam jak najszybciej. Za kilka lat może nie być już co oglądać”.

Że tak może być Kacewicz udowadnia w całym długim artykule (na 3 stronach). Lwów dzisiejszy jest w opłakanym stanie. Miasto nie ma pieniędzy na remonty historycznych budowli, a obecni mieszkańcy Lwowa, którzy zamieszkali w kamienicach od wieków należących do Polaków, to potomkowie prymitywnych ludzi przybyłych tu ze wsi galicyjskiej oraz Ukraińcy i Rosjanie ze wschodniej Ukrainy. Nikt z nich nie czuje żadnych historycznych związków z tym miastem i do tej pory nie są z miastem zżyci. Stąd stary – pamiętający polskie czasy – Lwów rozsypuje się, gdyż zabytkowe kamienice nie są odnawiane. Ponad 2000 zabytkowym budynkom grozi zawalenie się, jeśli w najbliższych latach nie będą poddane gruntownemu remontowi. Już wiele budynków zawaliło się lub zamienia się w ruinę.
Poza tym stare miasto niszczy dzika zabudowa (bez konsultacji z miejskim architektem!). Np. główny w mieście plac Adama Mickiewicza (z jego pomnikiem odnowionym ostatnio przez Polskę) został zeszpecony z jednej strony brzydkim nowoczesnym budynkiem Ukrsochbanku, a z drugiej brzydką i równie okazałą, dwudziestometrowej wysokości budowlą z czerwonej cegły. Budynki te zupełnie nie pasują do zabytkowej zabudowy lwowskiej Starówki. Na ulicy Wałowej w elewacje XVII-wiecznych kamienic wstawiane są zupełnie nieprzystające do renesansowej zabudowy elewacje ze szkła.

Na słynnych także z pięknej architektury przedwojennych Wałach Hetmańskich – dziś prospekt Swobody – właściciele sklepów, restauracji i biur odnowili jedynie parterowe części budynków, natomiast wyższe piętra nadal straszą szarzyzną i zaniedbaniami, zardzewiałymi parapetami. Wiele podwórek kilkusetletnich kamienic zamieniono na... wysypiska śmieci! W taki to sposób dewastuje się architekturę starego Lwowa.

Nie mając pieniędzy na ratowanie zaniedbywanego do tej pory miasta, władze Lwowa mizdrzą się do Polski i polskich inwestorów. Mówią, że „z otwartymi rękoma powitałyby pomoc z Polski” w renowacji Lwowa.

Polacy w Kraju i na emigracji w ostatnich 15 latach pomogli w odbudowie setek kościołów katolickich na Kresach zdewastowanych w epoce Związku Sowieckiego. A dzisiaj z tych kościołów usuwa się język polski i to wbrew życzeniu parafian, którzy są albo Polakami, albo pochodzenia polskiego, o czym pisze ks. Roman Dzwonkowski SAC z Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego swej ostatniej pracy pt. „Mniejszości narodowe a ewangelizacja. Białoruś – Ukraina” (Lublin 2004). Strona polska dokonała restauracji lub restauruje na Kresach wielu polskich pamiątek (m.in. pałac w Podhorcach, domek Słowackich w Krzemieńcu, Pomnik Adama Mickiewicza we Lwowie) i dzieł sztuki. Stowarzyszenie Wspólnota Polska wyasygnowało aż 200 000 zł na remont nawet mostu prowadzącego do twierdzy w Kamieńcu Podolskim. Teraz Ukraińcy podsuwają Polakom sugestię odbudowy dworku Szymanowskich w Tymoszówce.

Chyba wszyscy Polacy chcieliby, aby Lwów – stary polski Lwów – wyglądał ładnie, aby tamtejsze polskie pamiątki nie uległy dewastacji.

Jednak renowacja tak zaniedbanego Lwowa i setek innych pamiątek polskich na Kresach to sprawa setek milionów dolarów, a zapewne dużo, dużo więcej. Polskę i Polaków nie stać na wydatek tak wielkich pieniędzy na restaurację czegoś co nie jest i nie będzie już nasze. Czy zaistniał kiedykolwiek na świecie wypadek remontu domu przez BYŁEGO jego właściciela? Chyba nie. Możemy mieć sentyment do domu w którym się urodziliśmy czy wychowaliśmy, do domu, w którym zmarli nasi rodzice. Ale żeby dawać krocie pieniędzy jego nowemu właścicielowi, i to nie krajanowi, i to nie w naszej ojczyźnie, na jego renowację – tego świat na pewno nie widział! Nie dajmy się nabierać. O najważniejsze budowle Ukraińcy na pewno sami zadbają. A wszystkiego i tak nie da się już uratować.

Pomagajmy restaurować na Kresach tylko to, o co naprawdę powinniśmy dbać, jak np. o Pomnik Adama Mickiewicza we Lwowie lub o pamiątki związane z największymi Polakami. Most do twierdzy kamienieckiej na pewno zabezpieczyliby sami Ukraińcy, chociażby z uwagi na turystów odwiedzających tę twierdzę.

Dbajmy jednak dzisiaj przede wszystkim o to co jest nasze. Nikt się nie troszczy i remontuje kamienicy w której kiedyś mieszkał i która dzisiaj nie należy do niego. Powtarzam, ratujmy na Kresach to, co stanowi dla nas najcenniejsze pamiątki narodowe. Dbajmy jednak przede wszystkim o te pamiątki narodowe, które są na terenie dzisiejszej Polski i potrzebują remontu czy konserwacji. Np. dziesiątki pałaców, pałacyków i dworów zdewastowanych za komuny czeka na remont, podobnie jak setki innych zabytkowych budowli. Niedawno media krajowe podały informacje, że gruntownej renowacji wymaga Starówka warszawska, a ten sam „Expres Wieczorny” z 17 października 2004 roku zamieścił artykuł pt. „Skandal narodowy”, mówiący o tym, że z braku pieniędzy na zabezpieczenie i udostępnienie dla publiczności grozi zasypanie odsłoniętych niedawno przez archeologów pozostałości grodu księcia Mieszka I na poznańskim Ostrowie Tumskim. A przecież to jedno z największych polskich odkryć archeologicznych – znalezisko na skalę światową. Jednak przede wszystkim miejsce związane z historią powstania państwa polskiego.

To byłby skandal, gdybyśmy zasypali paladium Mieszka I, a wielkie polskie pieniądze dawali na ratowanie zabytków UKRAIŃSKIEGO Lwowa.

Ukraińska Bukowina w dziejach wojskowości polskiej

Bukowina to kraina historyczna między Karpatami Wschodnimi a środkowym Dniestrem. Północna jej część należy dzisiaj do Ukrainy, a południowa do Rumunii.

Ziemie te możliwe że od X wieku były w zasięgu wpływów Rusi Kijowskiej, a od XII wieku należały do Rusi Halicko-Wołyńskiej. Były to jednak tereny wówczas bezludne. W XIV w. od południa zaczęli zasiedlać je Mołdawianie (Rumuni). Ostatni władca Rusi Halicko-Wołyńskiej Jerzy II (z Piastów mazowieckich) przekazał ją w testamencie królowi polskiemu Kazimierzowi Wielkiemu. Król zajmując ziemie księstwa w latach 1340-49, włączył do Królestwa Polskiego także północną część Bukowiny, tzw. Ziemię Szepienicką, zabezpieczając ważny dla Polski szlak handlowy prowadzący do księstw i królestw bałkańskich oraz na wschód. Na tym szlaku na terenie Bukowiny Kazimierz Wielki wzniósł jeden zamek w Cecynie nad Prutem, w odległości ok. 8 km od dzisiejszych Czerniowiec, drugi w Chmielowie, a trzeci w Chocimiu, które strzegły bezpieczeństwa tej drogi handlowej. Południowe ziemie dziś ukraińskiej Bukowiny zostały w 1359 roku włączone do księstwa (hospodarstwa) mołdawskiego. Jeśli chodzi o północną, czyli wówczas polską część Bukowiny, to jest o Ziemię Szepienicką, to jak pisze Zdzisław Spieralski („Awantury mołdawskie” 1967), nie jest wykluczone, iż po śmierci króla Polski i Węgier Ludwika Węgierskiego w 1382 roku ostatni na Rusi Czerwonej (Lwowszczyzna) starosta węgierski Emeryk Bebek wydał Mołdawianom Ziemię Szepienicką i Pokucie. Z 1408 roku pochodzi pierwsze pisemne świadectwo istnienia mołdawskich Czerniowiec. W 1387 roku we Lwowie hospodar mołdawski Piotr I Musata złożył hołd lenny królowi polskiemu Władysławowi Jagielle i zwrócił Polsce Pokucie i Ziemię Szepienicką. Ziemia Szepienicka przeszła do Mołdawii w formie zastawu, gdy Jagiełło w 1388 roku pożyczył od hospodara Piotra 3000 rubli.

Mołdawia była lennem Polski (do 1497 r.), która przez to miała handlowy dostęp do Morza Czarnego – do jej portów Białogrodu nad Dniestrem (rum. Cetatea Alba) i Kilii (rum. Chilia Nouă). W Czerniowcach przez cały XV wiek pojawiali się kupcy polscy. Niestety, w 1484 roku Turcy zdobyli te porty. Polscy kupcy zostali pozbawieni dostępu do Morza Czarnego. Polska postanowiła odzyskać dostęp do Morza Czarnego przez podporządkowanie sobie Mołdawii, tym bardziej, że muzułmańscy Turcy stawali się zagrożeniem także dla Polski.

W 1431 roku hospodar mołdawski Aleksander sprzymierzył się z wichrzącym przeciwko Polsce księciem litewskim Świdrygiełłą i najechał ziemie Rusi Czerwonej po Halicz, a Pokucie siłą zagarnął. Polska natychmiast odpowiedziała zbrojnie na tę agresję i odebrała nie tylko Pokucie, ale także Ziemię Szepienicką. Sprawa Pokucia i Ziemi Szepienickiej jednak nadal iskrzyła w stosunkach polsko-mołdawskich. W okresie od 1497 do 1538 roku z tego powodu prowadzone były nawet polsko-mołdawskie wojny.

Zapoczątkowała je wyprawa wołoska króla polskiego Jana Olbrachta, podjęta na wezwanie hospodara mołdawskiego Stefana Wielkiego, który zwrócił się do Polski o pomoc przeciw Turcji. Jednak zainicjowana wyprawa przeciwko Turkom, przez intrygę węgierską (Węgry same chciały podporządkować sobie Mołdawię), skończyła się niepowodzeniem – klęską w lasach bukowińskich pod Koźminem (na południe od Czerniowiec) 26 października 1497 roku. Idący z pomocą wojsku polskiemu Mazowszanie wkroczyli do Mołdawii z opóźnieniem i zostali rozbici 29 października pod Czerniowcami. Następnie Mołdawianie najechali województwo ruskie aż po Halicz, po drodze wszystko paląc i mordując, co było ich uświęconym rytuałem podczas każdego najazdu na Polskę. Klęska wojsk polskich w lasach bukowińskich zrodziła powiedzenie: „Za Jana Olbrachta wyginęła szlachta”. Jednak jak stwierdza Spieralski (j.w.) jej rozmiary nie były aż tak wielkie. W każdym bądź razie rozzuchwaliła Mołdawian, którzy uwierzyli, że mogą dać sobie radę w walce z Polską. Poza tym sprowokowała ona pierwsze trzy najazdy Turków na Polskę – w maju, lipcu-sierpniu i listopadzie 1498 roku, podczas których wojska tureckie dotarły pod Lwów, a ich zagony pod Przemyśl, Sanok i Łańcut. Od tej pory i aż po 1699 rok musieliśmy nieustannie walczyć z Turkami i ich sojusznikiem – Tatarami krymskimi.

Podczas wojny w 1497 roku Polacy mieli spalić mołdawskie Czerniowce. Polskie wojska spaliły to miasto także w 1509, 1531 i 1538 roku, kiedy to po mołdawskich zbrojnych i krwawych wyprawach na polskie Pokucie (Kołomyja), w celu przyłączenia tej ziemi do Mołdawii, wojska polskie wyruszały na Mołdawię w wyprawach odwetowych. Wcześniej, bo we wrześniu 1502 roku Mołdawianie wykorzystując kłopoty polsko-litewskie zajęli zbrojnie Pokucie, które zwrócli Polsce dopiero we wrześniu 1505 roku. Jednak już w następnym roku na wieść o śmierci króla polskiego Aleksandra (19 sierpnia) ponownie zajęli zbrojnie Pokucie. We wrześniu tego roku hetman wielki koronny Mikołaj Kamieniecki wkroczył na czele 3000 żołnierzy na Pokucie i potem ruszył w głąb Mołdawii i pod Czerniowcami rozbił parotysięczny oddział mołdawski, a po zagonie aż pod Botoszany w październiku triumfalnie wrócił do kraju. Wyprawa ta nie zakończyła jednak konfliktu z Mołdawią o Pokucie.

W czerwcu 1509 roku hospodar mołdawski Bogdan najechał Polskę (jego wojska podeszły aż pod Lwów), a w drodze powrotnej ponowie zajął Pokucie. We wrześniu wyruszyła polska wyprawa odwetowa do Mołdawii ponownie pod dowództwem hetmana Mikołaja Kamienieckiego. Przepędzono załogi mołdawskie z miast pokuckich, a następnie ruszono w głąb Mołdawii, pustosząc kraj aż pod stolicę – Suczawę. Wracające do kraju wojsko polskie hospodar zaatakował 4 października w czasie przeprawy przez Dniestr. Kamieniecki nie dał się jednak zaskoczyć i Mołdawianie ponieśli sromotną klęskę. Do niewoli wzięto bardzo wielu dostojników mołdawskich, z których – tych najważniejszych w liczbie 50 ścięto. Osłabiona Mołdawia i upokorzony Bodgan musiał zawrzeć pokój z Polską. Jednak jego następca Piotr Raresz zaczął ponownie wysuwać pretensje do Pokucia, a także do niektórych terytoriów węgierskiego Siedmiogrodu, spiskując w tym celu z Moskwę i Turcją, co ostatecznie go zgubiło. Bowiem dał się użyć jako narzędzie taktycznego posunięcia Turków. 8 grudnia 1530 roku Mołdawianie zajęli Pokucie i 31 grudnia w bitwie pod Chocimiem rozgromili oddział wojska polskiego (1500 koni). Oczywiście Polska, jak to zawsze bywało w naszych dziejach, i tym razem nie była przygotowana militarnie do odparcia najazdu. Dopiero w lipcu 1531 roku została sklecona mała zaciężna armia (4800 jazdy, 1200 piechoty, 12 dział i 300 wozów), podczas gdy armia mołdawska liczyła 20 000 ludzi i 50 dział; została zgromadzona pod Czerniowcami. Darem bożym dla Polaków było to, że na czele polskiej armii stanął wielki wódz – hetman wielki koronny Jan Tarnowski. Tak pokierował działaniami wojennymi, że wojsko polskie odniosło wielkie zwycięstwo. W ciągu trzech dni (2-4 sierpnia) wyparł z Pokucia oddziały mołdawskie (1200 ludzi), dowodzone przez perkubała czerniowieckiego Tomasza Barnowskiego, 19 sierpnia zadał klęskę wojskom mołdawskim pod Gwoźdźcema, a 22 sierpnia, dzięki zastosowaniu taktyki walki obronno-zaczepnej i przy użyciu taboru z wozów, odniósł wspaniałe zwycięstwo w bitwie pod Obertynem, niszcząc całkowicie armię hospodara.

Piotr Raresz nie dał jednak za wygraną. Spiskując teraz z Moskwą i Habsburgami, a przede wszystkim wykorzystując zaangażowanie się wojsk polskich w wojnie z Moskwą, która najechała na Litwę, w sierpniu 1535 roku wyruszył na Pokucie. Jednak stacjonujące w tym rejonie wojsko polskie (3500 jazdy i 500 piechoty) zmusiło Mołdawian do odwrotu. Zimą 1535 roku wojska Piotra Raresza ponownie wkroczyły na Pokucie w celu zagarnięcia łupów i wykonania jeszcze jednej dywersji na korzyść Moskwy. W lutym 1536 roku ponownie najechał na Pokucie i puścił z dymem wiele wsi. W lutym 1537 roku rozejm zakończył wojnę polsko-moskiewską i Polska mogła przystąpić do zbrojnej rozprawy z hospodarem mołdawskim. W lipcu armia polska była gotowa do marszu. Hospodara uratował rokosz szlachty pod Lwowem – tzw. wojna kokosza, uwieczniony na znanym obrazie Henryka Rodakowskiego z 1872 roku pod takim tytułem (Muzeum Narodowe w Warszawie). Dopiero w listopadzie wojsko polskie pod dowództwem Mikołaja Sianiawskiego wkroczyło do Mołdawii, ale ograniczyło się do spalenia Czerniowiec i Batoszan. Hospodar wziął odwet i w styczniu 1538 roku napadł na Podole i zadał dotkliwą klęskę wojskom polskim (1800 ludzi) w bitwie nad Seretem, na południe od Trembowli.

Polska postanowiła teraz raz a dobrze rozprawić się z Mołdawią. Zebrana dużą armię (11 500 jazdy i 6700 piechoty), ponownie pod dowództwem hetmana Jana Tarnowskiego. 17 sierpnia przystąpiono do oblężenia największej twierdzy mołdawskiej w Chocimiu. Wówczas stała się rzecz niebywała – Piotr Raresz stanął przed hetmanem i błagał go o natychmiastowe zawarcie pokoju, na mocy którego on i jego następcy zrzekają się na zawsze pretensji do Pokucia. Pokój został zawarty jeszcze tego samego dnia. Piotr Raresz dokonał tego desperackiego aktu na wiadomość, że armia turecka najechała Mołdawię. Problem pokucki zniknął w stosunkach polsko-mołdawskich. Zniknął z dziejów Mołdawii także Piotr Raresz. Turcy go wypędzili, a kraj ten został najpierw podporządkowany, a następnie przyłączony do Turcji.

Mając na uwadze własne bezpieczeństwo Polska starała się wyrwać Mołdawię z rąk tureckich. Były to częściej inicjatywy prywatne niż państwowe. Miały one poparcie wielu bojarów mołdawskich, których łączyły z Polską liczne więzy. Np. potężny ród Mohyłów i bojarzy pochodzenia greckiego wierzyli w potęgę Polski i chcieli ją wykorzystywać do wyzwolenia Mołdawii. Także szereg polskich rodów kresowych było spowinowaconych z mołdawskimi rodami bojarskimi. Doszło więc do wypraw polskich do Mołdawii w celu osadzenia tam przyjaznych im i Polsce hospodarów. W 1563 roku doszło do pierwszej polskiej, a właściwie Dymitra Wiśniowieckiego interwencji w Mołdawii w celu osadzenia na tronie hospodarskim życzliwego Polsce bojara. Kolejna wyprawa nastąpiła w 1572 roku (dowódca Mikołaj Mielecki, wojewoda podolski). Obie wyprawy były nieudane. W 1595 roku odbyła się kolejna wyprawa pod dowództwem Jana Zamoyksiego, kanclerza wielkiego koronnego, który osadził na tronie hospodarskim Jeremiego Mohyłę. Jego władzę obalił w maju 1600 roku hospodar wołoski i książę siedmiogrodzki Michał Waleczny. Toteż Jan Zamoyski w październiku 1600 roku dokonał nowej wyprawy do Mołdawii, a odniósłszy w bitwie pod Bukowem zwycięstwo nad Michałem Walecznym, osadził na wołoskim tronie hospodarskim brata Jeremiasza Mohyły i polskiego lennika Simeona Mohyłę, którego jednak dwa lata później wypędzili Turcy. W 1607 i 1612 roku doszło do wypraw na Mołdawię wojewody bracławskiego i generała podolskiego Stefana Potockiego. Był on żonaty Marią, córką Jeremiego Mohyły, po którego śmierci w 1606 roku chciał osadzić na tronie hospodarskim jej brata Konstantego Mohyłę. Obie wyprawy zakończyły się niepowodzeniem. W latach 1615-16 interweniował zbrojnie w Mołdawii Samuel Korecki, ożeniony z córką hospodara Jeremiego Mohyły – Katarzyną. Do obu wypraw doszło za cichą zgodą króla Zygmunta III Wazy. Korecki wypędził hospodara Stefana Tomżę i osadził na tronie Aleksandra Mohyłę. Jednak w lutym 1616 roku został on wyparty przez Turków. Ponownie wyruszył do Mołdawii w marcu tego roku i pobił Tomżę w bitwie pod Chocimiem. Także i ta wyprawa skończyła się jednak fiaskiem.

Chociaż często dochodziło do bitew polsko-tureckich, większość z nich nie było toczonych na terenie północnej Bukowiny. Przez północną Bukowinę prowadziła droga armii polskiej (30 000 żołnierzy i 65 armat; w drodze dołączyło do nich kilka tysięcy Mołdawian), dowodzonej przez hetmana wielkiego koronnego Jana Sobieskiego, do Chocimia, gdzie 11 listopada 1673 roku wojsko polskie odniosło świetne zwycięstwo na armią turecką (30 000 ludzi i 50 dział), dowodzoną przez Husejna Paszę; w bitwie tej armia turecka została całkowicie zniszczona. Zwycięstwo pod Chocimiem utorowało Sobieskiemu drogę do korony polskiej; został wybrany na króla 21 maja 1674 roku.

Po raz drugi przez północną Bukowinę przeszła armia polska (35 000 ludzi) w lipcu 1686 roku, dowodzona przez króla Jana III Sobieskiego. Szła na walną rozprawę z Turkami. 26 lipca armia królewska przekroczyła granicę mołdawską i przez lasy bukowińskie podążała na południe – do Jass. Po drodze przyłączały się do niej oddziały mołdawskie. 13 sierpnia Sobieski wkroczył do Jass, witany uroczyście przez ludność miasta. Po polsku witał go prawosławny metropolita mołdawski Dosyteusz, znany polonofil. Niestety, Polaków nie wsparli hospodarowie Mołdawnii i Wołoszczyzny i nie nadeszły zapowiadane posiłki austriackie. Dodatkowo w pierwszych dniach września pożar (prawdopodobnie rozniecony przez agentów tureckich) strawił Jassy i wszystkie zapasy armii polskiej, przez co wojska królewskie utraciły podstawę operacyjną. W tych warunkach król zarządził odwrót wojska do Polski. 13 października armia polska stanęła w polskim Śniatyniu (Małopolska Wschodnia).

Do największej bitwy polsko-tureckiej na terenie północnej Bukowiny doszło pod Bojanem (na pd.-wsch. od Czerniowiec) na przełomie września i października 1685 roku. Podczas trwającej od 1683 roku wojny turecko-polskiej, hetman wielki koronny Stanisław Jabłonowski na czele 14 tysięcy żołnierzy wyprawił się do Mołdawii. Pod Bojanem zastąpiły mu drogę wojska turecko-tatarskie (12 tys. Turków, 100 tys. Tatarów) pod wodzą Solimana. Otoczeni Polacy dzielnie odpierali ataki wroga. Jabłonowski widząc tak wielką przewagę wroga zarządził odwrót do granic Polski warownym taborem. Kolejne natarcia i nieustanne ataki wroga na tabor odpierane były silnym ogniem piechoty i artylerii. Turcy i Tatarzy ponieśli duże straty w ludziach. Hetman doprowadził tabor do granicy polskiej, którą Turcy nie chcieli przekroczyć, co zakończyło tę wielodniową bitwę. W latach 1687-99, tj. do czasu podpisania pokoju z Turcją, część ziem północnej Bukowiny była okupowana przez wojska polskie.

Pokój ten, zwany pokojem w Karłowicach, został zawarty 26 stycznia 1699 roku w Karłowicach (Karlovici, dzisiaj Serbia) między Turcją i jej lennikiem Chanatem Krymskim a państwami Świętej Ligi (Papiestwo, Wenecja, Austria, Polska i Rosja) i zakończył wojnę tych państw z Turcją, trwającą od 1683 roku. Osłabiona tą wojną Turcja została zmuszona do zwrotu ziem uprzednio zbrojnie zagarniętych. Polska odzyskał utracone w 1672 roku Podole wraz z Kamieńcem Podolskim oraz tereny województwa bracławskiego i kijowskiego. Podczas rokowań pokojowych, prowadzonych od 16 listopada 1698 roku, Polska domagała się w ramach reparacji przyznanie jej skrawka Mołdawii z Czerniowcami, Chocimem, Suczawą i Soroką. Nie tylko że nie dostała tych miast, ale także musiała zwrócić Turcji tereny Bukowiny zajęte przez wojska polskie w okresie tej wojny.

Północna (dziś ukraińska) Bukowina jeszcze cztery inne razy zapisała się w dziejach wojskowości polskiej. Było to podczas I wojny światowej, kiedy linia frontu austriacko-rosyjskiego przebiegała na Bukowinie na wschód od Czerniowiec. Po stronie austriackiej walczyły Legiony Polskie Józefa Piłsudskiego. W dniach 20-29 kwietnia 1915 roku II Brygada Legionów, dowodzona przez ppłk Mariana Januszajtisa i płk Zygmunta Zielińskiego, objęła obroną odcinek tuż przy styku granic austriackiej Bukowiny i rosyjskiej Besarabii – od Dobronowiec po Razdorożnyj. W czasie rosyjskiej kontrofensywy znad Dniestru rozpoczętej 8 maja, która ustanowiła front bukowiński, oddziały II Brygady Legionów Polskich stoczyły w pobliżu Dobronowiec (rum. Dobronauti) w dniach 9-13 maja 1915 roku bohaterskie walki opóźniające posuwanie się Rosjan, a od 14 maja do 8 czerwca na odcinku od Strileckiego Kuta po Billę broniły zajętych pozycji. Pod naporem kawalerii wroga zmuszone jednak były wycofać się na nowe pozycje za rzeką Prut. 9 czerwca Brygada stoczyła walki z Rosjanami pod Mamajestie i Kocmaniem po czym zajęła Łużany, 10 czerwca zdobyła Witelówkę, 11 czerwca Szubraniec i przełamała front rosyjski pod Zodobrówką, biorąc do niewoli 4 oficerów, 500 żołnierzy i zdobywając karabiny maszynowe, po czym zajęła Sadogórę i Szenzen, 12 czerwca zajęła Rarańczę i doszła do liziery Rokitny (na pn.-wsch. od Czerniowiec). Uporczywe walki II Brygady Legionów Polskich pod dowództwem płk. Zygmunta Zielińskiego toczyły się tu do 17 czerwca i w ich trakcie legioniści wdarli się w głąb Bersarabii. Legioniści bronili także bohatersko pozycji austriackich w tym rejonie przez kontruderzeniami Rosjan. Na cmentarzu w Rokitnie znajduje się pomnik Legionistów z napisami w języku rumuńskim i polskim: „Legionistom polskim, poległym za niepodległość Ojczyzny, wierni towarzysze broni wdzięczni rodacy z Bukowiny i Gdańska, 12 VI 1932”.

Tymczasem pozycje austriackiej 42 dywizji zaczęły być zagrożone przez nacierające oddziały rosyjskie. II Brygada otrzymała rozkaz cofnięcia się na linię na granicy z Besarabią między Rokitną a Rarańczą. 17 czerwca legioniści odparli cztery nocne ataki Rosjan, po czym przeszli do kontrataku pod komendą ppłk Januszajtisa, rozbijając brygadę rosyjską, biorąc do niewoli 7 oficerów i ok. 1000 żołnierzy. Kontratak rozpoczął 2 szwadron ułanów (115 ludzi pod dowództwem rotmistrza Zbigniewa Dunin-Wąsowicza), rzucony na potrójne i silnie umocnione okopy rosyjskie. Pod morderczym ogniem armat i karabinów maszynowych, w ciągu około 15 minut ułani w prawdziwie brawurowej szarży sforsowali umocnienia. Wówczas do akcji weszła piechota legionowa. W szarży zginął dowódca, komendant 2 szwadronu – porucznik Jerzy Topór-Kisielnicki i zastępca komendanta dywizjonu – porucznik Roman Prawdzic-Włodek oraz 12 ułanów, a 23 odniosło rany. Szarża ta, jakkolwiek niewielka rozmiarami, przeszła obok Somosierry, Krechowiec i Jazłowca do najświetniejszych tradycji polskiej kawalerii, dała też nazwę jednemu z pułków kawalerii II Rzeczypospolitej (1918-39): II Pułk Szwoleżerów Rokitniańskich w Bielsku Białej. Po wojnie Rokitna znalazła się na terytorium Rumunii i w porozumieniu jej władzami w lutym 1923 roku przeprowadzono ekshumację zwłok, które przewieziono do kraju. 26 lutego 1923 roku odbył się w Krakowie uroczysty pogrzeb poległych w szarży ułanów z udziałem marsz. Józefa Piłsudskiego. Mszę celebrował biskup krakowski Adam Sapieha. Piłsudski udekorował trumny żołnierzy orderami Virtuti Militari V klasy. Po uroczystościach na Rynku kondukt żałobny udał się na Cmentarz Rakowicki, gdzie do uczestników szarży przemawiał gen. Stanisław Szeptycki, który w imieniu Piłsudskiego udekorował Orderami Virtuti Militari żyjących uczestników szarży. W 1925 roku odsłonięto pomnik na grobie ułanów.

Od 18 czerwca do połowy października 1915 roku toczone były walki pozycyjne wzdłuż granicy z Besarabią. 18 października 1915 roku na rozkaz dowództwa austriackiego nastąpiła translokacja II Brygady Legionów z Bukowiny do Królestwa Polskiego („Panteon Polski” 1.7.1925, Lwów).

Ponownie pod Rarańczą ale teraz w nocy na 16 lutego 1918 roku, po zawarciu przez Austriaków pokoju brzeskiego oddającego Ukrainie Chełmszczyznę, jako protest przeciwko temu Polski Korpus Posiłkowy (dawna II Brygada Legionów Polskich, 100 oficerów i 1500 żołnierzy) pod dowództwem brygadiera Józefa Hallera podjął tu walkę z oddziałami austriackimi 53 pułku piechoty (tracąc 16 zabitych i kilkunastu rannych) i przedarł się przez zasieki na drugą - rosyjską stronę frontu celem połączenia z II Korpusem Polskim na Ukrainie, co umożliwił przedstawiciel Polskiej Organizacji Wojskowej w Kamieńcu Podolskim, Tadeusz Hołówko. W 1926 roku w porozumieniu z władzami rumuńskimi dokonano ekshumacji ciał poległych żołnierzy polskich i trumnę z ich prochami przewieziono do Lwowa i pochowano na Cmentarzu Orląt. W 1928 roku odsłonięto na grobie pomnik dłuta Witolda Rawskiego.

W 1939 roku nastąpiło ocieplenie w stosunkach politycznych między Niemcami hitlerowskimi a Związkiem Sowieckim. 23 sierpnia 1939 roku oba państwa podpisały w Moskwie pakt o nieagresji i jednocześnie zawarły tajną umowę dotyczącą podziału Europy na hitlerowską i sowiecką strefę wpływów, zwaną dzisiaj „paktem Ribbentrop-Mołotow”. Do sowieckiej/rosyjskiej strefy wpływów została włączona wschodnia połowa Polski, Litwa, Łotwa, Estonia, Finlandia i Rumunia. Najważniejszym i pierwszym do wykonania punktem miało być dokonanie rozbioru Polski przez oba państwa. 1 września 1939 roku Niemcy hitlerowskie napadły na Polskę od zachodu, a 17 września Związek Sowiecki od wschodu. Ziemie Wschodnie, wraz ze Lwowem i Wilnem, znalazły się pod okupacją sowiecką.

Rząd Polski na napadzie Niemiec na Polskę ewakuował się na wschód; znalazł się ewentualnie na granicy polsko-rumuńskiej – w miasteczku Kuty. Po otrzymaniu wiadomości o napadzie Związku Sowieckiego na Polskę, prezydent, rząd polski i naczelny wódz Armii Polskiej, aby nie wpaść w łapy zbrodniarzy stalinowskich i móc nadal poza granicami zniewolonej Polski sprawować swój urząd i kierować walką narodu polskiego o odzyskanie niepodległości, został zmuszony do ewakuacji do Rumunii, co nastąpiło w nocy z 17 na 18 września. Obok prezydenta Ignacego Mościckiego, premiera Felicjana Sławoja-Składkowskiego i szeregu jego ministrów (w tym ministra spraw zagranicznych Józefa Becka) oraz naczelnego wodza Armii Polskiej, marsz. Edwarda Rydza-Śmigłego. Prezydent Mościcki już z terytorium Rumunii wystosował orędzie do narodu polskiego, min. Beck przyjmował oficjalnie w Czerniowcach akredytowanych przy rządzie polskim ambasadorów, a marszałek Rydz-Śmigły usiłował z rumuńskiego pogranicza wpływać na bieg bitew toczonych jeszcze w Polsce (Dariusz Kupiński, profesor.pl). Polski rząd emigracyjny z lat wojny (1939-1945), przebywający najpierw w Paryżu, a następnie w Londynie, miał więc swoje korzenie w Czerniowcach na ukraińskiej dziś Bukowinie.

W dniach 17-22 września 1939 roku, tj. do chwili jej obsadzenia przez żołdaków sowieckich, granicę polsko-rumuńską przekroczyło ponad 37 000 osób z tego ok. 30 000 żołnierzy i oficerów (ok. 22 tys. żołnierzy przy cichej zgodzie rządu rumuńskiego do czerwca 1940 roku przedostało się do Wojska Polskiego na Zachodzie). Wszyscy oni, zanim trafili do obozów, znaleźli się w Czerniowcach. Stąd Czerniowce stały się miejscem narodzin polskiego ruchu oporu wobec nowych okupantów Polski. Bowiem w Czerniowcach, zaraz po przekroczeniu granicy i przybyciu do tego miasta, marszałek Edward Rydz-Śmigły nakazał majorowi Edmundowi Galinatowi uruchomienie podległej mu części sieci dywersji przyfrontowej. Ten z kolei przekazał 26 września w Warszawie gen. Juliuszowi Rómmlowi upoważnienie-rozkaz do zainicjowania na terenie całego kraju konspiracji wojskowej. Z kolei 27 sierpnia 1940 roku odbyła się konferencja w Czerniowcach (kryptonim "Cezar"). Brali w niej udział m.in.: por. Roman Tatarski z bazy wojskowej w Bukareszcie (kryptonim "Bolek"), a ze Lwowa adiutant ppłk. Emil Macielińskiego ("Kornel", "Sas", komendant Związku Walki Zbrojnej-1 we Lwowie) - por. Stanisław Niemczycki ("Leszek"). Na konferencji przekazano E. Macielińskiemu polecenie zorganizowania we Lwowie i Małopolsce Wschodniej Porozumienia Stronnictw Politycznych w celu lepszego koordynowania działalności narodowo-wyzwoleńczej (dane IPN).
Jak widzimy, ukraińska dziś Bukowina odegrała znaczącą rolę w dziejach wojskowości polskiej.

Marian Kałuski

Wersja do druku

Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

20 Września 1942 roku
W wyniku połączenia Organizacji Wojskowej Związek Jaszczurczy i części Narodowej Organizacji Wojskowej powstały Narodowe Siły Zbrojne


20 Września 1939 roku
Rozpoczęła się obrona Grodna przed nacierającą Armią Czerwoną.


Zobacz więcej