Wtorek 7 Lutego 2012r. - 38 dz. roku, Imieniny: Ryszarda, Teodora, Wilhelminy
| Strona główna | | Mapa serwisu
dodano: 14.10.06 - 20:57
Czytano: [635]
Dział: Co w prasie piszczy
Tajemniczy donos
W sobotę 5 sierpnia od samego rana, w mieszkaniach gdańskich działaczy „Solidarności”, rozdzwoniły się telefony. Z całej Polski pytano, kim jest, opisany w sobotniej „Rzeczypospolitej”, agent „Delegat”. Wielu rozmówców chciało tylko upewnić się, że mają rację w domyślaniu się, że chodzi o księdza Henryka Jankowskiego. Ja również odebrałem kilkanaście takich telefonów.
Jest oczywistością, że redakcja „Rzeczypospolitej”, formalnie nie podając nazwiska „Delegata”, zrobiła wiele, żeby wskazać czytelnikowi, kogo podejrzewa, jak napisano: “na 90%”. Podała, że chodzi o księdza z Gdańska (prowadził go Wydział IV gdańskiej SB); szczegółowo omówiła sprawę bursztynowego krzyża (a wszyscy wiedzą, który z gdańskich księży bardzo ceni bursztyn) oraz sprawę zachowania Bożeny Rybickiej (Piotr Adamowicz, jako gdańszczanin, musi wiedzieć o znanym konflikcie pomiędzy nią, a ks. Janowskim); na pierwszej stronie umieściła zdjęcie z ks. Jankowskim, jako pierwszym z lewej; z wypowiedzi Tadeusza Mazowieckiego wyłuskała precyzyjne wskazanie, że chodzi o „proboszcza” i z wielkim wyczuciem zauważyła, że ks. Jankowski potępił „macki bezpieki” dopiero „po chwili”.
Wszyscy wiedzą, że w najbliższym otoczeniu Lecha Wałęsy był tylko jeden proboszcz, który miał dostęp do prymasów, uczestniczył w spotkaniu z papieżem w styczniu 1981 roku i był aktywny na zjeździe „Solidarności”. Należy więc uznać, że „Rzeczpospolita” w pełni świadomie i z premedytacją opisała ks. Jankowskiego, jako groźnego konfidenta Służby Bezpieczeństwa, a tylko obłudnie udaje, że go nie wskazuje palcem.
Nie jestem w stanie takiemu oskarżeniu ani zaprzeczyć, ani go potwierdzić. Jednak pojawienie się tak niezwykłego artykułu właśnie w tym czasie i właśnie w „Rzeczypospolitej” zmusza do postawienia kilku pytań.
Pierwsze pytanie dotyczy daty publikacji. Nad artykułem redaktorzy pracowali od kilku miesięcy, ale uznali, że najlepszym momentem na rozpoczęcie druku serialu o agentach wśród ludzi Kościoła jest właśnie sierpień. Dotychczas na łamach „Rzeczpospolitej” zamieszczano raczej teksty, w których oskarżano innych, że wypowiadając się o agentach donoszących na ludzi „Solidarności” szkodzi się nie tylko dobru narodowemu, jakim jest legenda ruchu, ale również samym uroczystościom rocznicowym. I nagle, w przededniu kolejnych obchodów, gdy za chwilę prezydent RP będzie działaczy „Solidarności” dekorował orderami, „Rzeczpospolita” rzuca w to środowisko agenturalny granat, tworząc atmosferę podejrzeń i pomówień.
Pisząc w nadtytule: „Agenci Służby Bezpieczeństwa między prymasami Polski a „Solidarnością”. SB otrzymywała informacje od ludzi, którzy mieli bezpośredni dostęp do najwyższych hierarchów Kościoła, Lecha Wałęsy oraz najważniejszych spraw opozycji w latach 80.” gazeta stwierdza, że wie o całej grupie agentów obracających się w najwyższych kręgach wtajemniczenia. Czy jednocześnie uprzedziła prezydenta komu ma medalu odmówić?
Następna wątpliwość wynika z faktu, że oto redakcja, dotychczas wielce zasłużona w walce przeciwko ujawnianiu komunistycznej agentury, publikuje pojedynczy donos z archiwum IPN i taki, jak to zwykł określać znany antylustracyjny publicysta „Rzeczpospolitej” abp Józef Życiński, „esbecki świstek” traktuje jako w pełni wiarygodny dokument. Dlaczego meldunek k.o. „Delegat” jest prawdziwy, a meldunki np. t.w. „Beata” uznawane są za fikcyjne?
Sprawy „Delegata” i „Beaty” są w dużym stopniu analogiczne. Przed sądem lustracyjnym twierdzenie o agenturalności ks. Jankowskiego musiałoby upaść, ponieważ nie ma dokumentów werbunkowych i rejestracyjnych, a w dodatku ksiądz otrzymał z IPN status osoby pokrzywdzonej. Dlaczego „Rzeczpospolita” uznaje „Delegata” za agenta, skoro spisany przez funkcjonariusza SB meldunek, zgodnie z twierdzeniami przeciwników lustracji, mógł być przecież kompilacją informacji pochodzących z rozmowy towarzyskiej, podsłuchu i innych źródeł?
I dlaczego gazeta broni Zyty Gilowskiej, zarejestrowanej jako tajny współpracownik, czyli najwyższa kategoria agenta, a oskarża odnotowanego jako zaledwie „kontakt operacyjny” księdza Jankowskiego? Czy nie ma tu podwójnej miary, którą „Rzeczpospolita” stosuje w zależności od swych sympatii i interesów?
Te pytania prowadzą do następnej kwestii. „Rzeczpospolita” dysponuje pełnym dostępem do zgromadzonych przez IPN akt Lecha Wałęsy. Mimo, że Wałęsa publicznie deklarował wolę ujawnienia tych dokumentów, do dzisiaj ani on, ani Piotr Adamowicz - współautor artykułu o „Delegacie” oraz pełnomocnik Wałęsy i redakcji do eksploracji tych akt – nie ujawnili żadnych dokumentów na temat np. bardzo interesującej opinię publiczną sprawy t.w. „Bolek”? Czy dokument “Delegata” ma tu coś rozjaśnić czy raczej zaciemnić?
Jest faktem, że „Rzeczpospolita” zawsze pryncypialnie przeciwstawiała się temu co nazywała „dziką lustracją”. Przykładem niech będzie np. wyrzucenie z pracy Bronisława Wildsteina. A tu nagle gazeta daje wzór pełnej samowoli w traktowaniu materiałów, procedur i osoby oskarżonej. Cynizm? Owszem, ale czy tylko?
Trudno nie zauważyć, że ten gwałtowny lustracyjny ruch “Rzeczpospolitej” zrobiony został nie w stronę działaczy “Solidarności”, ale w stronę duchownego, a właściwie duchownych, włącznie z prztyczkiem w kierunku prymasa Wyszyńskiego. Trudno też uznać to za wydarzenie przypadkowe, bo przecież, choćby dzięki dostępowi do teczek Lecha Wałęsy, redakcja posiada tyle materiałów, że starczyłoby ich na kilka sierpniowych rocznic.
Wydaje się więc, że „Rzeczpospolita” spośród ludzi podejrzanych o agenturalność na rzecz SB wyróżnia właśnie duchownych. Ten domysł potwierdza zapowiedź, że w następnym numerze gazeta ujawni kolejnego agenta, t.w. „Michalskiego”.
To dobrze, że „Rzeczpospolita” przekonała się do konieczności ujawniania prawdy, ale należy zapytać dlaczego interesuje się prawdą w sposób tak wybiórczy? Skąd bierze się takie szczególne zainteresowanie agenturą „kościelną”, że publikuje się artykuł, który w innym przypadku zostałby zdyskwalifikowany, jako bezpodstawny donos, przy jednoczesnym milczeniu choćby o własnym środowisku dziennikarskim? Odpowiedź jest znana, przynajmniej „na 90%”.
Pytania o intencje “Rzeczpospolitej” mnożą się wraz z ich zadawaniem, ale tu postawię jeszcze tylko jedno. Redaktorzy Piotr Adamowicz i Andrzej Kaczyński, za wiedzą z-cy redaktora naczelnego Jana Skórzyńskiego spotykali się z byłymi funkcjonariuszami SB. Od nich mieli uzyskać potwierdzenie autentycznej agenturalności „Delegata” oraz poznać okoliczności jego werbunku. Wygląda na to, że cwani hipokryci liczą na to, że ksiądz Jankowski nie poda ich do sądu, bo będzie się obawiał, że wówczas powołają się na informacje np. od byłego funkcjonariusza SB Władysława Kucy (który sprawował „nadzór operacyjny” i nad „Delegatem” i nad Lechem Wałęsą), albo Ryszarda Berdysa, co do którego ksiądz Jankowski przyznawał publicznie, że wielokrotnie z nim rozmawiał (o swoich rozmowach z Berdysem mówił nawet arcybp Gocłowski).
Pytanie brzmi: czy gra „Rzeczpospolitej” jest moralna? Ze swej strony odpowiadam, że przynajmniej na tyle, żeby trzem w/w redaktorom przyznać nagrodę imienia Dariusza Fikusa.
I jeszcze jedno. Determinacja z jaką autorzy udają, że nie wiedzą, iż ujawniają agenturalność księdza Jankowskiego, jest równa tylko temu z jaką udają, że nie wiedzą, iż sprawę agenta “Libella” (tylko przejściowo występującego pod pseudonimem “Delegat”) dawno temu opisywały dwa tygodniki całkiem otwarcie specjalizujące się w walce z Kościołem - „NIE” oraz „Fakty i Mity”. I tak to uczniowie Fikusa cichcem podążają śladami Urbana. Zaiste, niedaleko pada „Rzeczpospolita” od „Polityki”.
Krzysztof Wyszkowski
Głos
Pod tym artykułem nie ma jeszcze komentarzy... Dodaj własny!

Cerkiew na Polu Mokotowskim
W prestiżowym miejscu w Warszawie na Polu Mokotowskim, oficjalnie nazwanym parkiem Marszałka Piłsudskiego, już wkrótce stanie cerkiew, a dokładnie sobór – prawosławna katedra polowa...
04.02.12 - 21:17 |
Czytaj więcej


07 Lutego 2002 roku
UOP zatrzymał prezesa PKN Orlen Andrzeja Modrzejewskiego, co wywołało w późniejszym czasie tzw. aferę Orlenu
07 Lutego 1994 roku
Zmarł Witold Lutosławski, polski kompozytor współczesny i dyrygent (ur. 1913)